„Widmo przeszłości”. Aneta Kisielewska.

Wydana w Wydawnictwie Zysk i S-ka. Poznań (2024).

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Wyobraźcie sobie taką sytuację. Jesteście szesnastolatką, która podczas przeholowała z rozmaitymi środkami i z alkoholem. W związku z tym w domu po waszym powrocie odbywa się karczemna awantura po której wszyscy rozchodzą się do swoich pokojów. A w sobotni poranek, kiedy budzisz się i zaczynasz obmyślać, jak zmiękczyć rodziców, którzy na pewno wymyślą jakieś konsekwencje twojego zachowania, orientujesz się, że jesteś w domu sama. Nie ma ani mamy, ani taty ani pięcioletniej siostry, Klaudii.
Klarę Ross szesnaście lat wstecz spotkała dokładnie taka sytuacja.
Bohaterkę poznajemy w chwili, gdy dziewczyna budzi się po imprezie i początkowo nie przejmując się nieobecnością pozostałych domowników, szybko orientuje się, że ten sobotni poranek mocno różni się od wcześniejszych. I niestety, bardzo szybko dociera do dziewczyny, że ten poranek, to koniec świata, bezpiecznego, beztroskiego świata, jaki miała ze swoją rodziną a początek zupełnie nowej rzeczywistości. A jej rodzina skurczyła się do dwóch osób, jej i babci ze strony mamy.

Szesnaście lat później Klara jest już żoną i matką pięcioletniej Tosi. Mimo zaginięcia rodziny, która kilkanaście lat temu po prostu zniknęła z rodzinnego domu, jej samej udało się stworzyć swoje bezpieczne miejsce, swoją własną rodzinę.
Niestety, traumie zaginięcia bliskich i nieodnalezienia mamy, taty i siostry, towarzyszy wieczny lęk i stres, łagodzony przez wieloletnią terapię i leki. Niemniej jednak każda rocznica zaginięcia bliskich wiąże się dla Klary z o wiele większym nasileniem lęków, obaw, jak również złych snów. Nie inaczej jest w chwili, gdy poznajemy ją szesnaście lat po traumatycznym wydarzeniu.
Nie dość, że ma koszmary, w których widzi swoich bliskich, którzy zniknęli i wydają się wołać ją o pomoc, to jeszcze ma wrażenie, że ktoś od pewnego czasu obserwuje dom jej, jej męża Michała i małej Tosi. Ale kto to mógłby być? I czego chce od nich? A może chodzi mu jedynie o Klarę? Kobieta jakimś szóstym zmysłem wyczuwa to i czuje się dodatkowo zaniepokojona.

Niestety, Michał, nauczony doświadczeniem nasilających się u Klary rokrocznie w okolicy rocznic zaginiecia rodziny, strachów i koszmarów, początkowo nie chce wierzyć w to, co kobieta mu relacjonuje.
I nawet to, co zaczyna się coraz bardziej intensywnie dziać dookoła nich, wszystko to jakoś go nie przekonuje do tego, aby jej uwierzyć.
Klara czuje się w tym wszystkim bardzo osamotniona. A najgorzej, że sytuacja zaczyna coraz bardziej się pogarszać a kobieta coraz bardziej czuje się sama w tej całej historii. I sama nie wie, czy pogarsza się jej samopoczucie, czy może jednak sama to sobie wymyśliła, czy jednak faktycznie ktoś uprzykrza jej życie. Ale czemu? Jaki chce odnieść skutek? Czy to ktoś, kto skrzywdził wtedy jej rodzinę?

„Widmo przeszłości”, to thriller, który oprócz samej akcji, może dać do myślenia. Czy możliwe jest, że z chwili na chwilę giną trzy osoby i śladu po nich nie ma? Czy istnieje zbrodnia doskonała? A może jest nadzieja na to, że jednak prędzej, czy później każdy czyniący zło zostanie namierzony i ukarany? Jak można dać sobie radę po tak dramatycznych wydarzeniach w młodości?

Ta książka, to dobry wybór na wakacyjny wyjazd, jeśli szukacie czegoś do poczytania podczas urlopu.

Moja ocena to 4.5 / 6. Daję jej taką ocenę, bo niestety, zbyt wcześniej pewnych spraw się domyśliłam.

„Rozbite lustro”. Merce Rodoreda.

Wydana w Wydawnictwie Marginesy. Warszawa (2024).

Przełożyła z języka katalońskiego Anna Sawicka. 
Tytuł oryginalny Mirall trencat.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Nie ukrywam, nie znam autorki książki „Rozbite lustro” ale zainteresował mnie sam jej opis a przede wszystkim fakt, że jej akcja dzieje się na obrzeżach Barcelony. A konkretnie w rodzinnej willi na jej obrzeżach. 

Ale zanim trafimy do samej posiadłości poznajemy kobietę, mężatkę.
Teresa Goday de Rovira to postać z pewnością nietuzinkowa. Nie pochodzi z bogatej rodziny, wręcz odwrotnie, za to nie można odmówić jej tego, że w życiu sprzyja jej szczęście. Poznajemy ją w początkach jej pierwszego małżeństwa. Związku zawartego zdecydowanie dla obustronnych korzyści dwójki, za to będącego czymś w rodzaju pomostu Teresy, córki właścicielki straganu rybnego w tak zwany wielki świat. A przynajmniej w świat, w którym nikt nie musi oglądać każdego grosza dwa razy, zanim ów grosz wyda. 

I oto wraz z poznawaniem losów Teresy poznajemy jej rodzinę zasiedlającą piękną i obszerną posiadłość pod Barceloną. Posiadłość, w której toczy się życie nieco na dwóch poziomach, właścicieli i służby aczkolwiek większy nacisk zdecydowanie położony jest w narracji na opis życia bogatszej części mieszkańców domu.

„Rozbite lustro” napisane jest w bardzo charakterystycznym stylu. Bardzo barwnym, opisowym, takim, jak ja go nazywam, mięsistym. Czasem, kiedy potrzeba, onirycznym. Zawsze podkreślam, że osoby pochodzące z krajów hiszpańskojęzycznych piszą według mnie w takim właśnie wyłapywalnym, bogatym stylu. I nie inaczej jest w tej książce. 

„Rozbite lustro” zostało podzielone na trzy części, z których każda składa się z niewielkiej objętości tekstów, z których każdy nosi tytuł odnoszący się do treści.

Jak pisałam, książka ta jest barwna, pełna postaci, których wierzcie mi, jest naprawdę dużo. Dzieje się w niej także dużo. Bohaterowie mają swoje własne tajemnice, powoli odkrywane przez nas na kartach książki. Zdarza się tu więc mnóstwo miłości ale i zdrad, są tajemnice, zabawa i cieszenie się życiem ale i śmierć i żałoba. 
Co mnie zaskoczyło, mimo, że jest tych postaci mnóstwo i każda z nich wiedzie osobne, autonomiczne życie, to właśnie, wydaje się, że rodzina żyjąca przecież pod jednym dachem nie wydaje się być jednością. To jedno. Nie wiem do końca, czy takie było założenie samej autorki, jeśli tak, to jest to ciekawy zabieg ukazania takiego życia niby razem a jednak obok siebie członków jednej rodziny. Druga rzecz, która mnie, jako czytelniczkę trochę zaskoczyła i to nieco na minus, nie wiem czemu, ale nie byłam w stanie polubić którejkolwiek z postaci. Nie udało mi się współczuć nawet tym, których losy nie były zbytnio udane. Nie udało mi się też nikogo intensywniej znielubić.  Po części może to wynikać z tego, że niektórzy bohaterowie nie zostali według mnie wystarczająco ciekawie i szczegółówo opisani, scharakteryzowani. Niewiele o nich wiedząc, znając jedynie wycinek z ich życia, trudno jest im kibicować lub nie. Trudno jest nawet zwyczajnie po prostu żywić jakiekolwiek odczucia względem tych osób, które poznajemy właściwie powierzchownie. Najbardziej, jeśli już, lubiłam jedną z mieszkających od dawna służących, noszącą imię Armanda. 

W sumie jednak według mnie to „Rozbite lustro” postanowiłam potraktować jako bardzo barwną w kontekście postaci i wydarzeń rodzinnych, rodzinną historię właśnie. Opowiada ona o trzech pokoleniach żyjących w posiadłości w Katalonii. Wydarzenia historyczne wydają się być również bardzo delikatnie zarysowane, ot w sumie po to, aby nakreślić tło dla wydarzeń spotykających naszych bohaterów. 

Muszę powiedzieć, że na swój sposób tę książkę warto czytać po prostu dla jej z pewnością malownicznego i oryginalnego stylu, języka, niemniej jednak uczciwie dodam, że nie jest to według mnie do końca wykorzystany potencjał, jaki mogła na kartach powieści rozpisać nam autorka. Według mnie szkoda tego nieco niewykorzystanego pomysłu czy możliwości ale to oczywiście moje zdanie i być może nie każdy się z nim zgodzi a z pewnością nie każdy musi je podzielić. 

Na pewno jest to coś kompletnie odmiennego od kyminałów, którymi teraz się zaczytuję i stanowiło przyjemną zmianę po tropieniu zabójców i złych ludzi. 
Jednocześnie, z pewnością nie mogę odmówić książce „Rozbite lustro” tego, że potrafi ona przenieść nas w świat wyższych sfer, bogaczy noszących się elegancko, ubranych w szeleszczące suknie, obwieszonych piękną biżuterią. Dzięki niej możemy uczestniczyć w operowych spektaklach oglądanych w zarezerwowanych wcześniej lożach teatralnych, brać udział w wystawnych przyjęciach i bankietach.
W tym wszystkim jest jakaś cząstka magii przypominająca, że świat literacki, to nic innego jak bezpłatna podróż w miejsca i w czasy, w których bez literatury nigdy byśmy się nie znaleźli. 

Moja ocena to 5 / 6. 

Seria o Maggie O’Dell

 Czy zdarzyło się Wam wrócić do jakiejś serii czytelniczej, którą czytaliście dość dawno temu?
Ja wróciłam, trochę przypadkiem, do cyklu autorstwa Alex Kavy o agentce FBI, Maggie O’Dell. I powrót ten okazał się być świetnym pomysłem. Cykl jak widzę na Biblionetce, ma piętnaście części. Ja jestem już przy jedenastej (jedna z nich, jeśli dobrze zrozumiałam, została napisana „w środku” ale stanowi część pierwszą, wprowadzającą w historię Maggie O’Dell (jakoś nie chcę używać nazwy „prequel”) a nosi ta część tytuł „Przedsmak zła”.
Obecnie czytam część jedenastą tego cyklu, czyli „Ostateczny cel” i jest to już kolejna, której nie czytałam wcześniej ale tak do siódmej lub nawet ósmej (nie pamiętam teraz dobrze) byla to lektura, do której wróciłam po wieeeeelu latach. I, co mnie zaskoczyło ale tak na plus, okazało się, że obecnie oceniam książki lepiej niż wtedy gdy poznawałam je po raz pierwszy. Co to oznacza? Albo zrobiłam się mniej wymagającym czytelnikiem, albo byłam kiedyś bardziej surową w ocenie. Albo też, co najbardziej prawdopodobne, miałam wielką ochotę na właśnie taki klimat czytelniczy oraz doceniam w tym cyklu coś więcej niż jedynie ciekawy kryminał, thriller. Co teraz ogromnie mnie wciągnęło to to, że przedstawione jest też życie osobiste zarówno samej Maggie jak i jej współpracowników i przyjaciół. Według mnie więc dobrze jest, to taka informacja dla osób, które poczują się zachęcone moim dzisiejszym wpisem do zapoznania się z tą serią, czytać książki w kolejności. Losy Maggie są bowiem ciekawe i warto je poznać we właściwej chronologii. Dobrze jest też zobaczyć, które wydarzenia mające miejsce w życiu Maggie bezsprzecznie na nią wpłynęły i co zdeterminowało takie a nie inne jej zachowania.

Pisząc ten post mam ogromną nadzieję na jakąś dyskusję w komentarzach. Nie ukrywam, nie jestem w stanie poznać sekretu popularności blogów i tego, że u niektórych osób rozwija się dyskusja na pięćset komentarzy nawet w momencie, gdy napisane jest o zmianie zasłon 😛 a gdzieniegdzie cisza i posucha. 
A naprawdę chętnie dowiem się czy lubicie takie książkowe powroty, zwłaszcza do cyklów właśnie.

Refleksyjnie, rocznicowo…

Dzisiaj kolejna smutna rocznica, jaką jest trzynaście lat od dnia, w którym nasze serca pękły na pół…
Te wszystkie wspomnienia z maja 2011 roku wciąż są gdzieś w mojej głowie, zostaną już na zawsze to wiadomo.
Narodziny Emilki, walka o Jej życie, to jaka była dzielna, w końcu śmierć i przygotowania do pogrzebu, który organizowała Osoba, która zna mnie od urodzenia (jakiś parszywy paradoks życia 😦 ). Wreszcie, pogrzeb, który poprosiłam aby odbył się w przeddzień Dnia Matki, żeby tej daty dodatkowo jeszcze jakoś nie naznaczać.

Po raz milionowy to napiszę, wiem,że rozumieją mnie Osoby, które też są po stracie a mam takich Osób wśród znajomych niestety wiele, zbyt wiele, nie ma dnia, sekundy pewnie, żeby z tyłu głowy nie było o Niej myśli…

I po raz kolejny to napiszę, jest we mnie ogromna wdzięczność za obecność Janka w naszym życiu.
Nie wiem naprawdę, jakby potoczyło się ono bez Niego…

Pomyślcie dziś przez chwilę o małej, walecznej Dziewczynce, która była z nami za krótko ale która na zawsze pozostała w naszych sercach…

Alice Munro

Wczoraj doszły nas wieści o tym, że trzynastego maja zmarła Alice Munro.
Noblistka otrzymała Literaką Nagrodę Nobla w roku 2013.
Czytałam jej opowiadania bo to właśnie z tej formy literackiej autorka słynęła i muszę powiedzieć, że pomimo że uważałam je za nie zawsze „równe” to czytałam je zawsze z wielką przyjemnością. Zajrzałam w archiwum blogu i czytałam cztery tomy jej autorstwa a jak widzę, na czytniku czeka jeszcze parę.
Być może wrócę do prozy Munro niebawem, jakoś tak mnie teraz naszła chęć na powrót.

A czy Wy znacie opowiadania Munro? I jeśli tak, to czy Wam się podoba jej proza?

„Jęk zamykanych bram”. Wojciech Wójcik.

Wydana w Wydawnictwie Zysk i S-ka. Poznań (2024).

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa. 

W zeszłym roku, jak może pamiętają stali czytelnicy mojego blogu, odkryłam dla siebie polskie nazwisko autora kryminałów, jakim jest właśnie Wojciech Wójcik. Zaczęłam od jego „Biletu dla zabójcy” i wciągnęła mnie ta książka do tego stopnia, że od tej pory przeczytałam dużo więcej  kryminałów jego autorstwa. I oto mamy najnowszy kryminał autora o dość intrygującym tytule, zaczerpniętym z wiersza Antoniego Słonimskiego „W Warszawie”. 

Od razu powiem, że dość wyjątkowo jak na książki Wójcika, grono bohaterów biorących udział w wydarzeniach przedstawionych w książce jest wąskie. Nawet powiedziałabym, kameralne. Ale nie zmienia się inna „stała” autora czyli fakt, że śledztwo w książce prowadzą nie tylko profesjonaliści ale rzekłabym, laicy, zwykli ludzie biorący udział w sprawie.
Policyjnego śledztwa właściwie tu nie ma czy raczej, nie poznamy tym razem jego kulisów czy szczegółów. 

Akcja książki rozgrywa się w otoczeniu mecenasa Mikołaja Szulca, nazywanego powszechnie Mecenasem. Prawnik jest między innymi właścicielem restauracji-klubu mieszczącego się w Warszawie na ulicy Oboźnej 13, noszącego nazwę Trzynastka.
Poznajemy Edytę, pracownicę restauracji, która raczej pracuje tam na wieczorne zmiany a przed południem i wczesnym popołudniem pracuje w innym miejscu. Edyta to młoda dziewczyna, która przyjechała do Warszawy w, cóż, żadne to zapewne odkrycie, poszukiwaniu lepszego życia ale też chyba chęci radykalnego zmienienia swojego życia. W rodzinnym domu na Mazurach została rodzina ale i sporo złych wspomnień i trauma na resztę jej życia. 
Pracuje ciężko i chociaż nie zarabia kokosów, jakoś przędzie jak się to kolokwialnie mówi. Może odłożyć pieniądze nie na swoje zachcianki a raczej na pomoc bliskim a dzieje się to między innymi dzięki wyrzeczeniom. Na przykład, śpi w komórce w piwnicy kamienicy, której właścicielem również jest Mecenas. Mecenas bowiem jest też znany w stolicy nie tylko z powodu bycia prawnikiem czy właścicielem klubu lecz prawdopodobnie najbardziej znany jest jako osoba odzyskująca nieruchomości. Sam wszedł w posiadanie kamienicy i zatrudnia „czyścicieli kamienic”. Cóż, nie jest to zapewne ktoś, z kim chętnie byśmy posiedzieli przy kawie i porozmawiali poznając się jakoś bliżej. Zreszta, zależy jakie kto ma oczekiwania od znajomości. Ja niekoniecznie nie chciałabym poznać tego typu osobnika. 
Edyta nie ma wielu znajomych w Warszawie ale na pewno coś na kształt lepszej znajomości bo chyba nie przyjaźni łączy ją z Arkiem Majem. Arek jest ochroniarzem w Trzynastce i też mieszka w piwnicy kamienicy. 
Niestety, pewnego dnia zostaje on brutalnie pobity i trafia do szpitala gdzie lekarze z pewnością mogliby mu pomóc ale niestety, ktoś uniemożliwia im te zamiary mordując mężczyznę. 

Mecenas czuje się zaniepokojony atakiem na swojego pracownika, tym bardziej, że ma córkę, która jest oczkiem w głowie prawnika. Zleca więc prywatne śledztwo swojemu innemu pracownikowi, byłemu policjantowi, Mateuszowi Krysiakowi i pracującej dla Mecenasa prawniczce, Karinie Nowackiej. 
Jednocześnie, o czym zupełnie nie wie Szulc, swoje prywatne śledztwo podejmują zupełnie niezależnie od siebie dwie kobiety. Edyta, która chce dowiedzieć się, co się stało ale również, komu oddać powierzone jej pieniądze, które na chwilę przed trafieniem do szpitala przekazał jej Arek i Andżelika Majewska, lekarka na stażu na chirurgii. Te dwie niezależne, jak wspomniałam, „detektywki” prowadzą równolegle swoje dochodzenie. Trzecie to to prowadzone przez Mateusza i Karinę. Czwarte przez policję. 
Wydaje się być tu aż nadto „śledczych” i tych profesjonalnych ale i tych niekoniecznie ale też i sama sprawa jest mocno zagmatwana.

Edyta na przykład z przykrością stwierdza, że ona i Arek pochodzili z niemal sąsiedztwa o czym Arek nigdy nie powiedział dziewczynie gdy ta opowiadała, że pochodzi z Mazur. Nie zająknął się nawet o tym, że są krajanami i to naprawdę z bliskich okolic.
Nawiasem mówiąc, to czytając tę książkę odkrywałam po raz kolejny znane mi dobrze miejsca między innymi nasze ulubione warmińskie miasteczko czyli Reszel. Ponieważ stali czytelnicy blogu (czy raczej odwiedzający stronę blogu na Fb) wiedzą, że od 2016 roku regularnie bywamy pod Reszlem, mogę na przyszły raz służyć pomocą i wsparciem do co szczegółów, gdyby Szanowny Autor zechciał raz jeszcze osadzić akcję któregoś ze swoich kryminałów w tamtych rejonach ;). Miło mi również było część książki czytać właśnie pod Reszlem, gdzie spędzaliśmy tradycyjnie, majówkę. 

Tak więc w dość krótkim jak to zwykle ma miejsce w książkach Wójcika czasie, dzieje się dość dużo bo wszystkie te prowadzące swoje dochodzenia osoby działają, ich ścieżki częśtokroć się przecinają a dochodzenie do prawdy zaczyna być coraz bardziej frapujące. 
Czy Mecenas naraził się komuś ze światka czyścicieli kamienic? A może to poboczna działalność klubu Trzynastka ściągnęła kłopoty na jego pracownika? 

Dlaczego Arek Maj wydaje się być tajemniczy jeszcze bardziej niż uśmiech Mony Lisy, kto stoi za pobieciem i jego zabójstwem? Co z tym ma wspólnego dawna grupa lokalnych bandziorów znad Zalewu Zegrzyńskiego? Oraz wreszcie, jakie konkretnie wątpliwej natury a na pewno nielegalne interesy dzieją się tak naprawdę w bliskim otoczeniu Szulca. Tego dowiemy się po przeczytaniu „Jęku zamykanych bram”.
Dla mnie ciekawym wątkiem był nie tylko ten stricte kryminalny ale losy Edyty, przyjezdnej, która jakoś nie powielała mitu osoby, która po przeprowadzce do wielkiego miasta nagle odniosła natychmiastowy i spektakularny sukces i świetnie sobie radziła w mieście a wręcz borykała się z najrozmaitszymi trudnościami. I tak jak właśnie jej śledztwo napotykało przeszkody, tak miałam wrażenie, że to właśnie kolejne tytułowe bramy zamykają się przed nią samą nie oferując jej nic oprócz rozczarowania. 

Moja ocena to 5.5 / 6. 

Odkładam przeczytaną książkę i nie ukrywam, że czekam na coś nowego, co wyjdzie spod ręki Wojciecha Wójcika. 

„Wybacz”. Kamila Cudnik.

 Wydana w Wydawnictwie Zysk i S-ka. Poznań (2024). 

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

To moje pierwsze spotkanie literackie z kryminałem Kamili Cudnik ale sądzę i nawet mam nadzieję, że nie ostatnie. Dlaczego? Już wyjaśniam. Otóż, mimo, że nie czytałam pierwszej z książek z cyklu o komisarzu Robercie Bukowskim, noszącej tytuł „Zgadnij, kim jestem”, to tę czytało mi się dobrze. I również, mimo, że z założenia jest to kryminał, książka ta posiada dobrą warstwę psychologiczno obyczajową. Przyznać nawet muszę, że ta strona podobała mi się bardziej niż sam wątek kryminalny. 

Robert Bukowski to policjant ze sporym stażem, pracującym w jednej z toruńskich komend. 
Jego żona to Izabela, artystka malarka. Małżenstwo ma czternastoletnią córkę, Konstancję i wiedzie życie wydawałoby się w miarę ustabilizowane, mimo, że w ich życiu nie brakowało ciężkich chwil. Cztery lata temu Robert wdał się w romans, który co prawda nie zaowocował rozstaniem pary ale jak możemy się domyślać, spowodował na pewno niełatwe momenty w życiu całej rodziny. 

Policyjną sytuację Bukowskiego poznajemy w chwilach zmian w miejscu pracy. Jakiś czas temu z Warszawy przybył im nowy pracownik, Paweł, na dniach dochodzi nowa pracownica, Karolina, mówiąc kolokwialnie wepchnięta trochę na siłę i po znajomości właśnie do tego konretnego miejsca pracy. 
Niemniej jednak Robert nie ma czasu na zastanawianie się nad kolejnymi zmianami i tym, co one dla niego samego mogą oznaczać (może niedobrze bo okaże się, że oddziaływać będą bardziej niż myślał) bo oto zdarza się straszna zbrodnia. Ktoś zastrzelił parę młodych ludzi, licealistów, Martynę i Szymona. 
Zbrodnia na jeszcze jakby nie było, niemal dzieciach a dopiero co wchodzącej w życie młodzieży sprawia, że wszyscy mobilizują się aby jak najszybciej dowiedzieć się, kto zdecydował się odebrać życie tej parze. Rusza śledztwo, które szybko okazuje się być bardzo skomplikowane. Pojawia się w nim wiele postaci, wątków a wszystko to trzeba porządnie złączyć w logiczną całość dającą odpowiedź na to, kto jest zbrodniarzem. 
Bukowski podczas śledztwa szybko orientuje się, że w rodzinie zabitej dziewczyny działy się różne rzeczy i że niestety, dopiero on będzie musiał odkryć wiele tajemnic, które miały tam miejsce. A łatwe to z pewnością nie będzie.

Równolegle do śledztwa dzieje się wiele w rodzinie zarówno samego komisarza, jak i w gronie znajomych i okazuje się, że niestety ale pierwsze wrażenie, które ktoś na nas robi, często jest mocno mylne. Warto brać pod uwagę wszystkie opcje i możliwości bowiem niestety ale każdy ma swoje większe lub mniejsze sekrety, o których ostatnia rzecz o jakiej marzy, to ta, że wyjdą one na jaw. 

Jak już pisałam, warstwa psychologiczno-społeczna spodobała mi się o wiele bardziej od tej kryminalnej. 
Dużo tu prawdziwych obserwacji z życia, możliwości jakie z pewnością mogłyby zaistnieć w pradziwym świecie. Nikt nie jest czarno biały i postaci wydają się być po prostu możliwe do zaistnienia a to sobie zawsze w książce ogromnie cenię. Nie lubię chodzących ideałów ale też zakładam, że nie jest możliwe aby jednak ktoś był z gruntu tylko i wyłącznie zły.

Mimo, że jest to książka dość słusznej objętości, czytało mi się ją świetnie. Intrygowało mnie zarówno to, kto okaże się sprawcą zbrodni ale również to jakie miał powody. Również nie ukrywam, skomplikowane relacje Roberta i Izabeli stanowiły dla mnie interesujacy motyw. 
Mam nadzieję na to, że autorka ma dla nas jeszcze kontynuację tej serii bo nie ukrywam, poczułam się zaciekawiona i wciągnięta w ten cykl. 

Moja ocena książki to 5 / 6. 

Życzenia Świąteczne

Z Okazji Nadchodzących Świąt Wielkanocnych chciałam Złożyć stałym  i nowym czytelnikom mojego blogu Życzenia : Zdrowych, Radosnych Świąt, spędzonych tak, jak jest to Wam w tej chwili najbardziej potrzebne. 

Tym, którzy są wierzący, życzę aby poczuli po raz kolejny Siłę Zmartwychwstania i tego, że Dobro zawsze pokona zło. 

Wszystkim nam, odpoczynku i spokoju, to jest według mnie ostatnio bardzo nam potrzebne bo żyjemy w bardzo niespokojnych czasach. 

Oraz, oby może Zajączek rozpieścił nas jakimś dobrym tytułem książkowym? 🙂 

„Sto kwiatów”. Genki Kawamura.

 Wydana w Bo.wiem. Seria z Żurawiem. Kraków (2024). Ebook. 

Przełożył Wiktor Marczyk.
Tytuł oryginalny Hyakka.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa. 

Być może ktoś z Was zna książkę tego autora „A gdyby tak ze świata zniknęły koty?”. Ja tamtej książki nie znam ale sięgnęłam po „Sto kwiatów”, dlatego, że mnie zaciekawiła opisem i tematyką.

Oto bowiem mamy syna i matkę. Syn to Izumi Kasai, ma trzydzieści siedem lat i właśnie ze swoją żoną Kaori, spodziewają się pierwszego dziecka. 
Akcja książki rozpoczyna się w wieczór sylwestrowy, kiedy to do matki, Yuriko, ma przyjechać Izumi. Przybywa do domu aby rozpocząć ich matczyno synowską tradycję spędzania wieczoru razem i świętowania urodzin Yuriko, które przypadają pierwszego stycznia. Jednak w sylwestrowy wieczór mężczyzna w rodzinnym domu matki nie zastaje. 
Zmartwiony zaczyna jej szukać i udaje się mu to. Znajduje ją na opustoszałym placu zabaw. 
Od tej pory zaczynamy wraz z Izumi stopniowo odkrywać, co stoi za tym, że Yuriko od pewnego czasu zaczyna zachowywać się nieco inaczej niż do tej pory. Niemniej jednak zagoniony, bo pracujący w wytwórni muzycznej, mężczyzna, nie przyjeżdża do mamy tak często jakby sobie tego życzył. Stąd i być może opóźnienie w zorientowaniu się, co tak naprawdę się dzieje z jego rodzicielką. 

Wiedziałam, decydując się na recenzję „Stu kwiatów”, że temat nie będzie lekki, łatwy i przyjemny ale nie przypuszczałam, że wzruszy mnie aż tak bardzo. A nie ukrywam, wzruszyłam się podczas lektury i były momenty, że potrzebowałam użyć chusteczek higienicznych. 

Szybko dowiadujemy się,że mama Izumi cierpi na demencję. Rozwój choroby śledzimy wraz z jej synem, który dodatkowo ma przed sobą wyzwanie jakim jest to, że wkrótce zostanie tatą. Dziewięć miesięcy wszak minie szybko. Na samym początku oboje ustalają, że mama zostanie w swoim domu, miejscu, które zna najlepiej. Z czasem zobaczą sami jak sprawa się toczy, jak szybko postępować będzie choroba i jakie podejmą kroki. Mimo, że Yuriko ma sześćdziesiąt osiem lat, lekarz stwierdza u niej dość zaawansowaną już chorobę. I tak oto z dnia na dzień życie tej rodziny się zmienia. 
Dodatkowo, wraz z rozwojem akcji książki poznajemy to jak toczyło się życie tej dwójki kiedy jeszcze Izumi był nastolatkiem i mieszkał wraz z mamą. Na samym początku dowiadujemy się, że Yuriko wychowywała chłopca samodzielnie, o ojcu właściwie nie wiemy kompletnie nic. I od samego początku sugeruje się nam, że coś kiedyś się zdarzyło, co rzutuje na ich współczesne relacje. Jakby to „coś”, „tamten czas” rezonowało wciąż, pomimo upływu wielu lat.

Jak już pisałam na samym początku, ta książka ogromnie mnie wzruszyła, aż niejednokrotnie, do łez. 

To bardzo mądrze napisana książka o stawianiu się dorosłym, o braniu na siebie brzemienia odpowiedzialności, o dojrzewaniu do takich a nie innych decyzji, o wchodzeniu w nowe role. Wreszcie, to książka o tym jak jest kiedy w rodzinie zaczyna chorować jedna osoba. To także opowieść o odchodzeniu, takim fizycznym ale również o odchodzeniu naszej pamięci. O tym, jak relatywnie patrzymy na wydarzenia, które nas dotyczą i jak pamięć może nas determinować, kształtować i tworzyć. Dla mnie samej interesujący był zastosowany przez autora zabieg zestawienia początku choroby matki z informacją o ciąży żony.

Jeśli szukacie czegoś niekoniecznie długiego ale mądrego, jeśli oczekujecie, że podczas czytania i po lekturze będziecie snuć rozważania i przemyślenia, to „Sto kwiatów” jest zdecydowanie dla was. 

Moja ocena to 6 / 6. 

„Anne ze Złotych Iskier”. Lucy Maud Montgomery.

Wydana w Wydawnictwie Marginesy. Warszawa (2024). 

Przełożyła Anna Bańkowska. 
Tytuł oryginalny Anne of Ingleside.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Hmmmmm….Mam z tą książką pewien problem. Dobrze, ustalmy na początku, nigdy nie byłam wielką miłośniczką Ani z Zielonego Wzgórza. Pierwsze części owszem, ale te późniejsze, po prostu najprawdopodobniej przeczytałam raz i wystarczyło. Ale do czego zmierzam? Ano do tego, że nie pamiętam zupełnie swoich wrażeń z pierwszy raz czytanych późniejszych właśnie części serii. I dlatego z chęcią czytam nowe, rewelacyjne tłumaczenie Pani Anny Bańkowskiej. Czytam właściwie chyba już głównie dla tłumaczenia. Czemu? Bo niestety, ale obecnie ta seria już mnie nie wciąga. Teoretycznie, powinna, bo wreszcie Anne jest w wieku o ile nie zupełnie zbliżonego do mojego własnego co na pewno oznacza, że obie mamy wiele wspólnych doświadczeń jak bycie mamą, żoną itd. Co jednak z tego, jak niestety ale zupełnie tego pokrewieństwa nie odczuwam jak kiedyś, gdy Anne była młodą, pełną życzliwości do ludzi i świata, dziewczyną? 
Kiedy opublikowano „Anne z Zielonych Szczytów” rozgorzała mała awanturka (mała lub nie tak całkiem mała, zależenie co kto czytał i które konkretnie opinie czy wręcz oskarżenia) i padły oskarżenia pod adresem Tłumaczki, że zabrała im Anię i co w ogóle z nią zrobiła. Czytając kolejne części serii mam ochotę sama krzyknąć ale nie w stronę Anny Bańkowskiej a samej autorki. Co zrobiłaś z tę tak ciekawie zapowiadającą się Anne? I nie, nie chodzi mi o to, nad czym ubolewają niektórzy, że Anne po ślubie mając świetne jak na owe czasy wykształcenie, nie kontynuuje pracy zawodowej a staje się „żoną przy mężu”. Tu zdziwienia nie mam, mało kto w czasach, w których toczy się akcja książki, zdziwiłby się taką decyzją, nawet przy rewelacyjnym wykształceniu kobiety. Prędzej dziwiłby się gdyby owa świeżo poślubiona małżonka z pracy na rzecz kariery męża, nie zrezygnowała. Parafrazując niektórych, sorry, taki mieliśmy wówczas klimat społeczno obyczajowy. I należy się tylko cieszyć, że od tamtych czasów tak wiele na rzecz kobiet się zmieniło. I zamążpójście nie oznacza końca pracy zawodowej, chociażby.

Z tej części serii najbardziej urzeka mnie sam, nowy jak to jest w tłumaczeniu Bańkowskiej, tytuł. Podobno i do tego nowego tytułu są jakieś zastrzeżenia. Nie wiem, nie mam żadnych a według mnie tytuł jest o wiele przyjemniejszy i mówiąc jak Anne, romantyczniejszy od poprzedniego jakim była „Ania ze Złotego Brzegu”. Tak, tytuł ogromnie mnie ujął. 

Dobrze, spytacie. Ale co ci Chiaro aż tak bardzo przeszkadza w „Anne ze Złotych Iskier”? Co ci nie pasuje? Ano na przykład to, o czym już pisałam. Anne nie jest już według mnie tą Anne, którą poznawałam od początku cyklu. Gdzie podziało się jej serce dla innych? Gdzie jej empatia? Gdzie to, z czego słynęła czyli taka, coż, nazwę to nowocześnie, uważność na drugiego człowieka i zrozumienie? I nawet wygłaszane przez Anne co jakiś czas romantyczne teksty pełne niezrozumiałej najczęściej dla mnie wzniosłości, nie zmienią tego, że zdecydowanie pogorszył się tej kobiecie charakter. Spotkałam się z tym zarzutem już co do wcześniejszej części, w której Anne dopiero studiowała ale wówczas aż tak nie rzucało mi się to w oczy. 
No dobrze, może takie były czasy. I może jeśli kobieta z wykształceniem mogła się nim po ślubie jedynie pochwalić a nie z niego korzystać, to i człowiekowi w tamtych czasach włączał się podział społeczny i wyraźnie stawiane granice. Anne, co mnie mocno zdziwiło, stosuje jakąś segregację przyjaciół swoich dzieci. Jak ja się cieszę, że sama będąc dzieckiem, miałam mamę mądrą i bynajmniej nie szukającej po wizycie kogoś u mnie gęstego grzebienia czy nie przeliczającej srebra ;( (Chociaż tu akurat metody te stosuje służąca, Susan). Zresztą, o czym my mówimy, do dzieci Anne właściwie nikt nie przychodzi. To jest dom twierdza. O ile dorośli jeszcze wpuszczają do domu swoich znajomych (rozumiem, że „właściwych” im społeczno materialnie), to dzieci niestety, właściwie gości nie miewają. Nie dziwne, że właściwie większość książki to dość nużący już w pewnym momencie opis nieustających porażek dzieci w kontekście próby nawiązania jakiejkolwiek przyjaźni. Zwyczajnie, nikt nie dał im szansy na to aby się w odpowiednim momencie sparzyć czy nauczyć, że są ludzie kłamiący czy interesowni (tu mała dygresja, o którą nikt nie prosił a wszyscy dostaną, mam czterdzieści osiem lat i również wciąż tego nie opanowałam do końca, zwłaszcza tego o tej interesowności 😉 ale nie płaczę, mam świadomość, że niestety, takie jest życie. Tak więc rodzice czasem kogoś na swoje pokoje wpuszczają a dzieci już nie i właściwie nie ma zbyt wiele mowy o ich relacjach z dziećmi poza rodziną. 

Wałkując jeszcze dlaczego dzieci Anne właściwie nie ma? To znaczy są ale sądzę, że niejeden czytający tę część rodzic zaśmiałby się co chwilę lub podsumował, jak ja, że dzieci w serii o Anne występują jak dzieci w reklamach i serialach polskiej produkcji. Bezproblemowe słodkie klony ojca, matki, dziadków, które nie dość, że żyją sobie jakoś obok zajmując się sobą wzajemnie. Są miłe, grzeczne, zawsze rozumieją swoje błędy, dziękują rodzicom za pokazanie tychże błędów i ogólnie słód cud malina. No nie wiem, mnie to nie przekonuje. Nawet sepleniąca Rilla zbywana jest przekonaniem,że z tego wyrośnie (to, że nie wyrosła pamiętam akurat zaskakująco ze starego tłumaczenia, w którym akcja książki działa się w czasie, w którym w Europie dzieje się IWŚ) i nikt nie zastanawia się nad tym czy to dla niej mógłby być w ogóle jakiś problem. Dzieci Anne nie kłamią, nie lawirują, nie obrażąją innych. Tu pozytyne akurat, bo według mnie swoim podejściem wyjątkowo niefajnie w niektórych sytuacjach traktuje innych sama Anne i pracująca u niej Susan, która teoretycznie ma być służącą ale jest właściwie domownikiem (tu akurat plus dla Anne i jej rodziny). No ale nie czarujmy się, są dziećmi ale jakby nimi nie były. Jest o nich wzmianka ale jakby rosły sobie obok a Anne z typową dla siebie egzaltacją co jakiś czas komentuje ich zachowanie czy relacje. Nawiasem mówiąc, to co zabawne i podkreślające charakter nastoletniej Anne nie do końca ogarniającej swoje emocje i takiej właśnie dość jak dla mnie egzaltowanej, dziwnie mnie irytuje w kontekście kobiety pod czterdziestkę. No nie wiem. 

Oraz, co mnie osobiście wkurzyło mocno. Dlaczego w tej części osoby ubogie z gruntu muszą być brudne, zaniedbane i niechlujne? Serio, w tamtych czasach rzeczywiście osoby o niskim statusie materialnym z gruntu takie były? Bo może teraz sama się czepiam autorki a wcześniej tłumaczyłam ją jako tę, która rozumie, że mężatka zwyczajnie nie pracuje zarobkowo. 

Ogólnie mówiąc, nie pamiętałam z tej części zbyt wiele (jakieś dosłownie przebitki) ale w sumie ciut się zmartwiłam, że zdecydowanie nie jest mi łatwo lubić tę nową Anne. Nie mówię, że nagle ją znielubiłam w stu procentach ale o ile z Anne z Zielonych Szczytów i nawet tą na studiach, chętnie bym się zaprzyjaźniła, tak z tą Anne jakoś niekoniecznie. Zresztą, a nuż podlegałabym jakiejś ostrej segregacji i nie pasowałabym tam do jej idealnego świata? Trudno wyczuć. 
Zżymam się trochę i oczywiście wychodzę z założenia, że po prostu, nowe tłumaczenie w jakiś wyraźniejszy sposób pokazało Anne jako osobę, którą niekoniecznie trzeba się zachwycać (i może i dobrze? bo w sumie nie ma ludzi idealnych). Jestem przekonana, że warto aby każdy sam przekonał się o tym jak mu te nowe przekłady podchodzą. A nuż wyjdzie na to, że jednak nie jest tak jak widzę to ja? 

Co pochwalę po raz kolejny, to rewelacyjny przekład Pani Anny Bańkowskiej. Naprawdę książkę tę czyta się dobrze głównie dzięki świetnemu przekładowi. 

Miłośnicy Ani/Anne też z pewnością sięgną po „Anne ze Złotych Iskier” i życzę im mniejszego, niż moje, rozczarowania. 

Moja ocena to 4 / 6.