„Gościni”. Marcin Napiórkowski.

Wydana w Wydawnictwie Literackim. Kraków (2023). Ebook. 

„Gościni” przewijała się na dwóch grupach książkowych, w których jestem więc siłą rzeczy zainteresował mnie ten tytuł dość dawno temu i kiedy Syn spytał co chciałabym od Mikołaja pod choinkę powiedziałam, że mnie ucieszy zawsze książka i zażyczyłam sobie dwa tytuły, w tym właśnie ten. Dlaczego? Bo sugerowano mi horror chociaż nie taki klasyczny i szczerze, to tak tak tak, jako fanka horrorów chciałam poznać „Gościni”.

I w sumie rację mają ci, którzy mówią, że nie jest to taki klasyczny horror. Jest to raczej ciekawa obyczajowa książka, poruszająca bardzo interesująco problemy świata czy społeczeństwa współczesnego z elementami grozy. Grozy, powiedziałabym, narastającej.

Zaczyna się spokojnie. Rodzina Jaworskich to rodzina-firma. Dawno temu Jaworski (ciekawe, chyba ani razu w książce nie pada imię tego bohatera) pracował w szkole jako nauczyciel. W pewnym momencie coś w nim „pękło”. Trochę pod wpływam przypadku gdyż zapomniał o urodzinach własnego dziecka, zabrał syna Marka na spontaniczną wycieczkę rowerową, jako prezent. Następnie nakręciwszy film z wyprawy wstawił go na YT po czym doznał zaskoczenia albowiem film okazał się być hitem. No i poszło! Jaworski rzucił pracę w szkole i rozpoczął życie youtubera wycieczkowicza nowszącego nick Pan Wycieczka. W sprawę została zaangażowana cała jego rodzina, to znaczy w tamtym momencie żona i dwójka dzieci. W chwili rozwijania się akcji książki Jaworscy będą już z trójką potomków. Ale do brzegu!

Zaczyna się kolejna wyprawa Pana Wycieczki i jego dzieci. Dopiero co wrócili z jednej wycieczki ale kredyty nie spłacą się same. Są sponsorzy, są produkty turystyczno podróżnicze, które ma się zareklamować więc Jaworski trochę podstępem a bardziej właściwie emocjonalnym szantażem zagania rodzinę do wypożyczonego na tę wyprawę suvana i ruszają w mniej lub bardziej (raczej mniej) entuzjastycznych nastrojach na wyprawę w Beskidy.

Dość szybko jednak zdarza się coś, co nie pozwoli dotrzeć im do pierwotnego miejsca podróży, jaką była Wysowa. Najpierw o mały włos a mieliby zderzenie z ciężarówką, następnie rozpoczyna się straszna ulewa. Taka, że siłą rzeczy ich serca skłaniają ich do zabrania czekającego na podwózkę autospowicza, Heńka. 
I tak oto Pan Wycieczka, Natalia, jego żona dzieci, szesnastoletnia Marta, czternastoletni Marek i czteroletnia Marysia trafiają wraz z przygodnie zabranym Heńkiem zupełnym przypadkiem do Uśniejowa. 
Tam okazuje się, że ich podróżne auto nie jest w stanie jechać dalej ale szczęście w nieszczęściu, starsi państwo, przy domku których zatrzymała się grupa, prowadzą coś na kształt agroturystyki więc cała ta spora gromadka może przenocować. A potem jeszcze jedną noc i jeszcze jedną noc. 

I tak zaczyna się ich nieplanowany pobyt w miasteczku, o którym do tej pory wydawało im się, że żadne z nich wcześniej w ogóle nie słyszało. 
Ale zdaje się ono być idealne dla nich, prowadzących taki a nie inny biznes. Skoro i tak samochód musi zostać naprawiony w lokalnym warsztacie, Jaworski postanawia nieprzwidzianą sytuację przekuć w sukces. A jest to działanie nieco utrudnione bo ulewa, która przerwała im pierwotny plan podróży i skierowała do Uśniejowa, spowodowała też przerwę w dostawie internetu więc rodzinka jest pozbawiona możliwości kontaktu ze światem tą drogą i bezpośredniego udostępniania materiału na YT. Ale to się najwyżej wstawi później. Tak więc z przygodami,  zaczyna się tour po mieście, które z chwili na chwilę a właściwie z dnia na dzień przedstawia im coraz atrakcyjniejsze strony. Bo rodzina ma okazję zwiedzić i skansen z możliwością wypieku na miejscu chleba i ruiny średniowiecznego zamku (wraz z dowiedzeniem się legendy o Czerwonej Kasztelanowej) i obejrzenie rekonstrukcji walki na miecze. W końcu nagle okazuje się, że jest tam ogromny i ciekawy Park Dinozaurów (jak to możliwe, że wcześniej nie dostrzegli tych ogromnych makiet dinozaurów ?) i wreszcie, niezwykły aquapark z najróżniejszymi wodnymi atrakcjami. Jak dla Pana Wycieczki jest tego wbród aby nakręcić masę materiału na kanał i zbić na tym jeszcze większe profity i oglądalność. 
W czasie gdy Jaworski z żoną, Markiem i Marysią zwiedzają wszystkie atrakcje turystyczne miasteczka, Marta eksploruje je sama. O dziwo, chociaż w swojej szkole nie ma zbyt dużo znajomych tu szybko nawiązuje znajomości między innymi z nastolatką pracującą w restauracji Grapa. Tak, przez jedno „p”. 
Jednak mimo początkowego enztuzjazmu po odkryciu, że przymusowa przerwa obfitować będzie w atrakcje, Marek zaczyna odczuwać coraz bardziej narastający niepokój. Jakoś tak dziwnie to wszystko zaczyna się układać. Niby nic złego się nie dzieje. Marta ma znajomych, z którymi spędza czas, rodzice są mniej nerwowi, najmłodsza latorośl mająca wypełnione dni atrakcjami nie zawraca mu głowy a jednak Marek zaczyna się coraz bardziej denerwować. Coś jest nie tak i to poczucie zaczyna coraz bardziej go uwierać.  Do tego, dlaczego Heniek wciąż jest z nimi? W końcu to przypadkowo zabrany na stopa człowiek a jakby się do nich przykleił. Ale rodzina, o dziwo, na prośbę chłopaka aby po prostu wyjechać z Uśniejowa i kontynuować podróż zgodnie z planem, nie chce opuścić miasteczka. Marta, bo wreszcie jest akceptowana, tata bo wiadomo, atrakcje i „będę miał filmów na zapas! a kredyty same się nie spłacą!”, mama bo wreszcie zaczyna odczuwać dawno nie odczuwany spokój ducha, Marysia bo wiadomo, dziecko, które ma miłość rodziców i ich czas chce mieć to jak najdłużej a tu jest siostrze najwyraźniej bardzo dobrze. Jednym słowem, niepokój Marka, wzmocniony starą opowieścią zaserwowaną mu przez gospodynię domu, w którym chwilowo mieszkają, staje się bardzo nagły ale chłopak jest z tym poczuciem osamotniony. Do czasu ale jak to właśnie w klasycznym horrorze, wszyscy orientują się o realnym zagrożeniu dopiero wtedy gdy to zagląda im w twarz. 

Tak jak pisałam na początku, faktycznie „Gościni” trudno traktować jako horror ale z pewnością jest to książka z elementami grozy. Dodatkowo co mi się spodobało, to ciekawa obserwacja psychologiczna, bardzo trafny obraz współczesnego społeczeństwa, świata. I nie mówię tu o jakiejś krytyce autora bo właśnie wcale takowej się nie doczytałam. Raczej jest to sportretowanie rodziny na tle wydarzeń jakie miały miejsce w ich życiu i to jak każdy z członków rodziny Jaworskich sobie z tym radzi. 

Jeśli więc ktoś liczy na taki stricte horror ze straszakami wyłażącymi z szaf i lejącą się krwią czy zombiakami goniącymi bohaterów, zawiedzie się. Jednak ja doceniam tę książkę dlatego, że pokazuje, że największe strachy siedzą w nas samych, w naszych głowach. Strachy i pragnienia, które dobrane w niewłaściwych proporcjach mogą stać się przyczynkiem czy wręcz wyzwoleniem, najrozmaitszych zdarzeń…

Moja ocena to 5 / 6. 

„Tęsknica”. Anna Sokalska.

 Wydana w Wydawnictwie Zysk i S-ka. Poznań (2023). Ebook.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Co pewien czas lubię opuścić swoją czytelniczą bańkę, jak ja to określam i sięgnąć po gatunki literackie nie czytane przeze mnie niemal w ogóle. 
Tu, przyznam się, książek autorki do tej pory nie czytałam ale opis tak mnie zaciekawił i zaintrygował, że postanowiłam zobaczyć co i jak. 

I okazało się, że miałam dobrego czytelniczego nosa bo „Tęsknica” okazała się świetnym czytelniczym wyborem. Dlaczego zaintrygował mnie opis tej książki? Bo skusiło mnie to nawiązanie w niej do słowiańszczyzny, dawnych wierzeń, elementów ludowej obrzędowości.

Narratorką opowieści jest Iga pracująca na wysokim stanowisku w jednej z korporacji. Pewnego dnia kobieta słabnie w pracy i trafia do szpitala. Tam okazuje się, że lata pracy czy raczej eksploatowania się w niej niestety, spowodowały trwały uszczerbek na jej zdrowiu. Na szczęście kobieta nie stara się przekonywać samej siebie, że to lekarze się mylą i daje sobie czas na regenerację i zwolnienie lekarskie. 
Aby dojść do siebie w innych niż miejskie, warunkach, wynajmuje chatę dla gości na terenie posiadłości Nadziei. Siedlisko o nazwie „Pomiędzy” znajduje się we wsi, wcale nie zapyziałej i opuszczonej jak można by pomyśleć a sama gospodyni o pięknym imieniu jest miłą osobą, młodą i prowadzącą właśnie coś na kształt wynajmu domu dla tych, którzy z jakichś powodów chcą na dłużej wyjechać. W oczach lokalnych mieszkańców nie jest może jedną z najbardziej lubianych mieszkanek, o czym szybko dowiaduje się Iga ale pomiędzy kobietami rodzi się stopniowo coraz bardziej silna więź przyjaźni. 
Jako, że Iga ma zalecony przez lekarkę prowadzącą naprawdę solidny odpoczynek, spędza w „Pomiędzy” długi czas. A podczas jej pobytu zaczyna się dziać coraz więcej dość dziwnych wydarzeń i sytuacji, które nie do końca jest ona w stanie wytłumaczyć. 
Do najgorszej dochodzi pewnego dnia gdy Iga zostanie postawiona w sytuacji niejako bez wyjścia. I to od niej i jej działań, chociaż na szczęście, z pewnym wsparciem, będzie zależało naprawdę wiele. Czy Iga znajdzie w sobie siłę do przezwyciężenia uprzedzeń, lęków i obaw przed tym, co nieznane? Czy odnajdzie w sobie siłę do stanięcia oko w oko z czymś niewytłumaczalnym a jednocześnie dziejącym się w jej życiu tu i teraz?

Książka „Tęsknica” ogromnie mnie wciągnęła. Podobał mi się przede wszystkim styl pisania Anny Sokalskiej. Taki plastyczny, mięsisty wręcz. Podczas lektury książki czułam się jakbym wędrowała przez namalowane obrazy albo kolorowe sny należące do kogoś bardzo tajemniczego. 
I jednocześnie bardzo chciałam przekonać się jak zakończy się historia narratorki a jednocześnie chciałam aby trwała i trwała jeszcze bardzo długo. 
Jest tu masa magii, obyczajów ze starych wierzeń, podań, ze słowiańszczyzny, są i Rodzanice i demony i tytułowa tęsknica i tajemnicze miejsca i krainy, nieprzebrana masa tajemnic i dziwności. 
Jeśli lubicie tego typu klimaty, zdecydowanie to książka dla Was. 

Przy tym wszystkim mnie samej spodobało się również, że pomiędzy takim właśnie świetnym stylem, ciekawą fabułą, autorka zostawia nam miejsce na różne pytania, które w zabieganym codziennym świecie możemy sobie sami zadawać i to z pewnością nie raz. A mianowicie, na ile powinniśmy zatracić się w cpdzienności, obowiązkach i pracy? Co z naszymi marzeniami? Czy powinniśmy zawsze im ulegać czy też starannie je segregować? 

Myślę, że to nie jest moje ostatnie spotkanie z książkami Anny Sokalskiej i cieszę się, że zdecydowałam się poznać coś, co wyszło spod pióra tej autorki. 

Moja ocena to 6 / 6. 

„Jezioro pełne łez”. Wojciech Wójcik.

 Wydana w Wydawnictwie Zysk i S-ka. Poznań (2017). Ebook.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa. 

Kontynuuję lekturę kryminałów Wojciecha Wójcika i oto sięgnęłam po coś nieco starszego. 
Akcja tego kryminału rozgrywa się, co mnie zainteresowało, na granicy Warmii i Mazur czyli w regionie, w którym od wielu lat bywamyrodziną na wyjazdach wakacyjnych.

Narratorem pierwszoosobowym jest Marcin, bohater, którego życie nie zawsze układało się dobrze. Poznajemy do jako pracownika ośrodka wypoczynkowego „Rybitwa”, w którym piastuje stanowisko kierownika kulturalno-oświatowego czyli jak się to nazywa popularnie, kaowca. 

Pięć ostatnich lat Marcin spędził w Zakładzie Karnym ponieważ niestety, w wyniku bójki zabił człowieka. 
W chwili gdy rozpoczyna się akcja książki mężczyzna rozkoszuje się wolnością, tak na nowo odkrytą. 
Pracę w ośrodku pomógł mu załatwić Michał. lokalny biznesmen i osoba majętna, z którym to bratem Marcin ma dobre układy. Jak również z bratową, Marysią. To oni nie zapomnieli o nim gdy trafił do więzienia, to oni pomogli mu stanąć na nogi gdy z niego wyszedł po odbyciu całej zasądzonej mu kary. 
Nie chce on jednak nadużywać pomocy brata i chociaż na powrót do zawodu nauczyciela, wykonywanego przed pamietną w skutki bójką nie ma szans, chce stanąć na nogi i być niezależnym.
Praca w ośrodku wczasowym nie jest taka zła, pozwala spokojnie wejść z powrotem w rytm życia na wolności. 
Niemniej jednak nie wszystko układa się tak jakby sobie to wymarzył. 
W ośrodku, w którym pracuje zaczynają dziać się dziwne rzeczy. Najpierw, włamanie do archiwum dokumentów tego miejsca, następnie niestety, zostaje zamordowany jeden z wczasowiczów. I tu zaczyna się niepokój Marcina bowiem orientuje się, że ktoś w to morderstwo usilnie chce go wrobić.
Marcin nie ma zamiaru dać się wrobić w czyn, którego nie popełnił i zaczyna prowadzić swoje własne, prywatne śledztwo. To dochodzenie doprowadzi go do poznania wielu tajemnic dziejących się w jego najbliższej okolicy. Nic nie jest takie, jak Marcin myślał, chyba też z czasem zaczyna się przekonywać, że nie zna swoich bliskich tak dobrze, jak o tym myślał. 
A dziwne wydarzenia i sytuacje nawarstwiają się w szybkim tempie i czasu na rozwikłanie tego, co tak naprawdę się dzieje i kto chce wrobić Marcina jest coraz mniej. 

Jak zawsze u tego autora, postaci jest sporo, zaszłości z minionych lat wiele i wpływają one oczywiście na teraźniejszość. Jest też ciekawie skonstruowany klimat ośrodka wypoczynkowego już po sezonie ale wciąż jeszcze ze słonecznymi dniami, z wodą nareszcie nagrzaną na tyle, że kąpiel w jeziorze naprawdę relaksuje. I oto nagle, w tym dość sielankowym obrazku pojawia się zbrodnia. A jak jest zbrodnia, będzie musiała być i kara. Chociaż jak się okazuje, nie zawsze. 

Czytałabym z pewnością szybciej ale akurat był czas przed i świąteczny a wtedy, wiadomo, skupiam się na byciu z bliskimi a książki zostają na wieczory lub nawet na nocne godziny.
Tak więc dość długi czas lektury nie wynika z tego, że mi się nie podobała ale zwyczajnie nie miałam na nią zbyt wiele czasu. No ale wreszcie skończyłam i oto piszę, że jeśli ktoś jej nie zna, to polecam ten kryminał.

Moja ocena to 5.5 / 6. 

Życzenia Świąteczne, grudzień 2023

Tradycyjnie, ponieważ zbliżają się już Święta Bożego Narodzenia, chciałabym tu na blogu złożyć Wszystkim Wam, którzy tu zaglądacie, Zdrowych, Spokojnych Świąt oraz Wspaniałego Roku 2024, który już przecież tuż tuż.

Na te nadchodzące świąteczne dni życzę aby każdy spędził je tak, jak mu jest to najbardziej w tej chwili potrzebne. Celebrując je religijnie albo odpoczywając i spędzając czas z bliskimi, jeśli to jest dla nich najważniejsze. 
Ze swojej strony tradycyjnie życzę Wam i Waszym Bliskim dużo zdrowia, bo to naprawdę wiem, truizm ale silny ogromnie, że jeśli ono dopisuje, wiele jesteśmy w stanie zrobić, przeżyć, odczuć. 
Również spokoju i życzliwych ludzi wokół. Takich, którzy nie tylko będą zajmować się swoją osobą ale czasem zainteresują się też w stu procentach Wami i tym co tam Wam w duszy gra.

Spokojnego i Zdrowego świątecznego czasu !

„Martwa woda”. Wojciech Wójcik.

 Wydana w Wydawnictwie Zysk i S-ka. Poznań (2022). Ebook.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa. 

„Trzecia szansa”, którą czytałam przed tą książką spodobała mi się na tyle, że (chociaż w planach były inne książki Autora) zdecydowałam się poprosić o możliwość sięgnięcia po kontynuację cyklu z Karoliną Nowa i Krzysztofem Rozmusem. Który to nawiasem mówiąc, w „Martwej wodzie” jest już również policjantem. Na razie jednak, głównie patroluje. Podczas patrolu na Polu Mokotowskim w weekend w drugiej połowie czerwca Krzysztof zostaje wezwany do jednego z pobliskich akademików.
I tak nieco fartem Karolina Nowak, którą spotyka po dość długim czasie bo minęło półtora roku od ich ostatniego spotkania, włącza Krzysztofa do śledztwa, nad którym sprawuje kontrolę. Oto bowiem w akademiku o podwyższonym standarcie doszło do zbrodni. Pod prysznicem jednego z pokoi znaleziono zamordowaną Alinę Kozioł. Dziewczyna organizowała z soboty na niedzielę małą imprezkę w domu studenckim, świętując tym samym obronę pracy magisterskiej na Wydziale Resocjalizacji. 

I znowu, jak to u Wojciecha Wójcika, będzie pokaźna galeria postaci, będzie mnóstwo rozmaitych wydarzeń ale co najważniejsze, znowu na teraźniejszość wpływ będą miały wydarzenia sprzed dwudziestu lat, gdy na Mazurach doszło do kilku zbrodni. 

Ale co wspólnego z mazurskimi wydarzeniami sprzed lat miała Alina Kozioł, sama pochodząca z okolic tamtych stron, która przyjechała studiować do stolicy a w chwili, gdy w jej rodzinnych okolicach działał seryjny morderca była malutkim dzieckiem?

Znowu wydarzenia poznajemy na dwa sposoby bo oprócz opisu teraźniejszości mamy wspomnienia narratora, osoby, która brała udział w studenckiej wyprawie dwadzieścia lat wstecz, która to zaowocowała tragicznymi wydarzeniami. Junior to narrator pierwszoosobowy, który wspomina swoją pracę przy obozie studenckim ze Akademickiego Koła Turystycznego. Mieszkał wówczas u wuja a młodzież nazywała go Juniorem, chociaż nie był od nich wtedy wiele młodszy. 
Tak więc część historii sprzed lat poznajemy właśnie dzięki niemu. A część dzięki żmudnemu śledztwo prowadzonemu zarówno przez Karolinę jak i przez oddelegowanego do pracy ze starszym stażem Faryną, Krzyśkiem. 

Początkowo nie wiadomo, jak „ugryźć” temat. Co prawda ojczym Aliny jest wicedyrektorem Zakładu Karnego w Głuchowie, co prawda praca magisterska Aliny prowadziła ją właśnie na spotkania z osobami osadzonymi w ZK ale dlaczego ta lubiana przez wszystkich, stojąca u progu życia dziewczyna została nagle pozbawiona możliwości właśnie tego życia zasmakowania? Jaki był motyw zbrodni?

Do tego wszystkiego nie pomaga fakt, że jej chłopakiem, który jest szalenie o Alinę zazdrosny, jest policjant, kolega Krzysztofa z pracy, Piotr Malinowski. Kto stoi za odebraniem jej życia?
Karolina i Krzysztof, chociaż tym razem nie prowadzą dochodzenia razem, powoli zaczną rozwiązywać skomplikowane kawałki tej układanki. A jak zawsze będzie tu sporo i osób biorących udział w tym dramacie i miejsc do odwiedzenia (na przykład jeden z warszawskich klasztorów).

I, co już pisałam, że cenię w kryminałach Wojciecha Wójcika, znowu jest tak, jak lubię czyli te grzechy z przeszłości, to zło dawniej poczynione, odzywa się w teraźniejszości i ma na nią wielki wpływ. Jak również dużo tu właśnie gwałtownych uczuć, emocji, nad którymi wielu trudno zapanować. Jest też lęk. Zwykły lęk przed tym, że można odebrać komuś coś, co sobie mozolnie składał tyle lat. I nieważne, że do budowy tego użył własnego zła i przez siebie uczynionych zbrodni ale jednak w swoich własnych oczach postrzega się zupełnie inaczej. I na pewno odczuwa trwogę przed tym, że ten bezpieczny błogi świat, który sobie zbudował i urządził według własnych reguł może mu nagle runąć jak domek z kart.

Moja ocena „Martwej wody” to 6 / 6. 

„Trzecia szansa”. Wojciech Wójcik.

 Wydana w Wydawnictwie Zysk i S-ka. Poznań (2022). Ebook. 

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

„Trzecia szansa” to pierwsza książka z bohaterami Karoliną Nowak i Krzysztofem Rozmusem. To tak informacyjnie gdyby ktoś chciał czytać seriami kryminały Wojciecha Wójcika. 

Ja powiem tak, widzicie to sami i nie ma być może potrzeby podkreślania tego co książkę ale…tak, wciągnęłam się w te kryminały. I mimo tego, że, o czym pisałam, postaci tu tyle, że wystarczyłoby na niejeden notesik z kontaktami telefonicznymi ze starych dobrych czasów zanim mieliśmy kontakty w telefonach komórkowych, a wydarzeń tu tyle, że niejedna kronika miasta nie pogardziłaby takowymi, to …wciągają, wciągają ogromnie. Tym bardziej, że Wojciech Wójci pisze dokładnie takie kryminały, jak lubię. Bez nadmiernego epatowania okrucieństwem, za to z ciekawymi bohaterami, które mają i zalety ale i wady, jak również z interesującą intrygą kryminalną. Która to opiera się nie na szpiegowsko sensacyjnych klimatach a wynika z emocji, z dawno temu uczynionych błędów, które mszczą się często po latach i to wielu. Lubię, kiedy są tu właśnie emocje, przeżycia, kiedy powody to nie chęć zysku, wzbogacenia się a kiedy wynikają z mocno skrywanych emocji, pretensji i zaszłości. To właśnie jest w czytanych do tej pory przeze mnie kryminałach tego autora. Czyli ja, jako czytelniczka, jestem zadowolona, emocje, grzechy przeszłości, ciekawe postaci, niewielkie relatywnie grono podejrzanych (mimo całej galerii osób, która zdąży przed nami przedefilować w trakcie lektury) i tradycyjnie o tymm kto jest sprawcą dowiaduję się na niemal ostatniej stronie książki.

„Trzecia szansa” ujęła mnie już samym swoim tytułem. Bo kto z nas używa takiego określenia? Jeśli już, mówimy o dawaniu drugiej szansy a tu proszę, oryginalnie. Ale ma to swoje uzasadnienie w sytuacji jednego z głównych bohaterów, Krzysztofa Rozmusa.

Akcja książki, co również typowe dla kryminałów Wójcika, rozgrywa się na przestrzeni kilku dni i chociaż wpływ na nią mają wydarzenia sprzed nawet kilkudziesieciu lat, to ta, która rozgrywa się w trakcie śledztwa, to parę dni zaledwie. 
Krzysztof Rozmus to doktorant na UW, konkretnie na Wydziale Nauk Politycznych. Jest obecnie na życiowym zakręcie. Właśnie niedawno porzuciła go partnerka, Majka. Wybrała rywala z wydziału. Krzysiek źle sobie radzi z rozstaniem, co akurat nie dziwi bo chyba nie znam nikogo, po kim porzucenie słynęłoby jak woda po kaczce. Niemniej jednak on znosi to o tyle ciężko, że przesadza z alkoholem a ponieważ jako doktorant ma zajęcia na uczelni, do uczelnianej „góry” doszły słuchy o tym, że Krzysztof przychodzi na zajęcia w stanie nie bardzo właściwym na wykładanie nauki. I mężczyzna ma w związku z tym coraz większe problemy w pracy.

Karolina Nowak to z kolei policjantka od niedawna w Warszawie a wcześniej, w Szytnie. Jest po rozwodzie, jej były mąż robi karierę w Olsztynie, również w policji a ona z dziesięcioletnią córką Julką przeniosły się do stolicy gdzie Karolina rozpoczyna pracę w wydziale kryminalnym. Powoli buduje swoją pozycję w wydziale, z nowymi współpracownikami. Na razie można powiedzieć, że jest na etapie zagnieżdżania się ale zaczyna z czasem zdobywać pozycję wśród nowych kolegów i jednej koleżanki.

Sprawa, która sprawi, że Karolina Nowak mocno się napracuje zaczyna się nietypowo. Od strzału snajpera, w dniach przed Dniem Wszystkich Świętych na cmentarzu Bródnowskim. Od strzału doskonałego, można rzec, zważywszy na okoliczności i ilość osób w tamtym czasie krzątających się przy pielęgnacji grobów bliskich. Od strzału, który zabija Mariana Kądzielskiego. 
Ledwo Karolina z kolegami zaczyna pracę nad dochodzeniem, kto zabił Kądzielskiego na Bródnie, a okazuje się, że snajper nie czekał długo i oto kolejną jego ofiarą staje się starsza pani, Janina Potocka, tym razem zabita strzałem snajpera na Powązkach. 
Karolina wraz ze swoim zespołem rozpoczynają naprawdę żmudne śledztwo mające na celu dowiedzenie się, kto strzela do jak się szybko okazuje, konkretnych osób na cmentarzach. Wtedy to drogi Karoliny Nowak i Krzysztofa Rozmusa się przetną i tych dwoje zostaje połączonych we wspólnych działaniach, mających na celu dowiedzenie się, o co w tym wszystkim chodzi. 

No i …będzie odkrywane! Bo w tym czasie ta dwójka, która szybko złapie dobry kontakt podczas pracy nad śledztwem, odwiedzi i domy byłych wysoko postawionych komunistycznych dygnitarzy i dawną siedzibę dobroczynnej Fundacji Eydziatowiczów, która największe działania czyniła zaraz po IIWŚ. Podczas śledztwa nie zawsze działając razem odwiedzą też Muzeum Powstania Warszawskiego, kolejny cmentarz, na którym dojdzie do zbrodni, trzeciej już, tym razem w Nidzicy. 
Żmudne śledztwo i wnikliwe działania obojga zaczną przed nimi odkrywać coraz to straszniej odsłaniające się historie zarówno poszkodowanych i ich rodzin jak również i innych osób występujących na kartach tego kryminału. Prawda wyłaniająca się z tego, do czego Karolina i Krzysztof odkryją, będzie naprawdę szokująca.

Jednocześnie podczas śledztwa mającego miejsce, poznajemy z ust narratora pierwszoosobowego, byłego wojskowego to, co dzieje się w jego rzeczywistości i to, o czym nam, czytelnikom opowiada, budzi coraz większe przerażenie i niepokój. 

To też typowe dla tego autora, ta mnogość wątków, wydarzeń z przeszłości toczy się jak może się wydawać równolegle by na samym końcu spleść się w doskonale logiczną całość. I wychodzi z tego całkiem konkretna treść.

Nie ukrywam, z pewnych powodów ta książka okazała się dla mnie ciężka ale też po raz kolejny pokazała mi, że Wojciech Wójcik nie skupia się jedynie na warstwie kryminalnej swoich książek, że chce dodać coś więcej do tych treści, co czyni ten kryminał nie jedynie rozrywką a książką, nad którą zdecydowanie można się wręcz zamyślić, mieć różne refleksje, nie przechodzi się nad tą książką ot tak, coś we mnie po jej lekturze na pewno zostało. Tak lubię i dlatego uważam, że niesłusznie niektórzy lekceważąco wciąż traktują ten gatunek literacki. Na szczęście, coraz rzadziej tak chyba jest.


Tymczasem nie pozostaje mi nic innego jak polecenie „Trzeciej szansy” tym ,którzy jej nie czytali. Ja cieszę się ogromnie, że zdecydowałam się sięgnąć po „Bilet dla zabójcy” tego autora, co spowodowało, ze dałam Mu czy raczej, książkom przez Niego pisanym, pierwszą szansę 🙂

Moja ocena to 6 / 6. 

„Odmęty śmierci”. Wojciech Wójcik.

 Wydana w Wydawnictwie Zysk i S-ka. Poznań (2023). Ebook.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa. 

Wciągnęłam się w kryminały autorstwa Wojciecha Wójcika. 
Jak już pisałam parę dni temu w odniesieniu do „Dziedziectwa von Schindlerów”, kryminały tego autora to nie są książki na czytanie po kawałku lub na odłożenie i „bezkarne” wrócenie po jakimś czasie. Wymagają ogromnego skupienia i uwagi. Ja, o czym również pisałam, wspomagam się solidnymi notatkami. Autor bowiem lubi umieścić w swoich książkach bardzo wiele postaci, wątków i jak się okazuje, każda z postaci jest istotna. Żaden z bohaterów nie pojawia się na kartkach książki przypadkiem. Wiem, że to może niektóre osoby irytować, dlatego tak to podkreślam. 
Mnie się to podoba, ja się w ten specyficzny dla autora styl zdążyłam wciągnąć i wiem, co mi w nich pasuje. A pasuje mi to, że po pierwsze, bohaterowie nie są chodzącymi ideałami, że mają swoje zarówno zalety jak i wady. Że motywy zbrodni to emocje i namiętności, że grono podejrzanych wbrew wszystkiemu nie jest bardzo liczne a co podoba mi się przede wszystkim, to to, że o tym, kto jest sprawcą, dowiaduję się dosłownie na ostatnich stronach książek. Mnie się to podoba, ja to „kupuję”. 
Owszem, aby dojść do tego, kto jest zbrodniarzem, potrzeba przejść przez mnóstwo wydarzeń, spraw z przeszłości i poznać całą masę bohaterów ale to tworzy taki interesujący klimat, w którym czytelnik na końcu dostaje nagrodę w postaci udanego czasu spędzonego nad książką. 
A w tej dodatkowo ostatnie zdanie czy może raczej nazwisko, które pada na końcu, powoduje, że aż przeszły mnie ciarki. Ale, tu mały plusik, coś tak w pewnym momencie wydawało mi się, że to może być tak właśnie a nie inaczej chociaż potem autor znów tak zakręcił akcją książki, że wydało mi się to niemożliwe. 

Wojciech Wójcik akcję książek rozgrywa na przestrzeni kilku zaledwie dni ale jak już pisałam, sięga w przeszłość i to chwilami naprawdę odległą. Nie inaczej jest w „Odmętach śmierci”.

Akcja ksiązki rozpoczyna się w lipcu 2021 roku.  Tu, podobnie jak w poprzedniej czytanej przeze mnie książce, pandemia odgrywa ważną rolę w akcji. Nie przepadam za powrotem do tamtych początkowych czasów ale tu jest to w pełni uzasadnione dla wydarzeń.
Krystyna Kalinowska, starsza pani mieszkająca w okolicach Filtrów Warszawskich, wraca pewnego upalnego popołudnia do swojego mieszkania w kamienicy, w której przyszło jej żyć całe życie niemal. A na pewno życie małżenskie i życie jako wdowy. Jej mąż, Julian Kalinowski, pełniący w pewnym momencie  funkcję dyrektora Filtrów Warszawskich ( i uhonorowany tablicą upamiętniającą ten fakt na kamienicy, w której mieszkał) został bowiem zamordowany we wrześniu 1987 roku. 
Pani Kalinowska nie zostaje nam, czytelnikom, przedstawiona w jakiś wnikliwszy sposób bowiem niemal chwilę po powrocie z, jak się okazuje, szpitala psychiatrycznego, w którym odwiedzała jednego z chorych, również pada ofiarą zbrodni a jej ciało w mieszkaniu odkrywa jej wnuczka, Laura. 
Do Warszawy ściąga cała rodzina. Laura co prawda jest na miejscu ale zarówno jej matka, Lucyna Woźniak-Lubecka wraz z ojczymem, Marcelem, jak i brat Laury, Karol z rodziną, na co dzień przebywają za granicą. Na miejscu są ciotka Monika i jej mąż brat Lucyny, Jarek ale i oni akurat w chwilach gdy wydarzyło się morderstwo Krystyny Kalinowskiej, przebywali za granicą. 
Tak więc rodzina zbiera się w stolicy Polski nie tylko w celu dojścia do siebie w tych ciężkich chwilach ale również w celu poznania testamentu starszej pani. 
Niektórzy, o tak, liczą bardzo na pieniądze bo mają poważne problemy finansowe. Inni znów pozostają obojętni na to czy i jeśli, to ile, otrzymają w spadku. 

Odczytanie testamentu zaskakuje. Nie dość, że ci, co liczyli na pieniądze, mogą się srogo przeliczyć to jeszcze okazuje się, że część pieniędzy otrzymała opiekunka Krystyny, Aleksandra Arbaszewska i, co zaskakuje rodzinę jeszcze bardziej, jakaś nieznana im bliżej fundacja zajmująca się poczukiwaniem osób zaginionych. 
Jeśli doda się do tego, że po rodzinie krążą plotki, że po śmierci dziadka Juliana wcale nie złożono go do grobu a podobno pochowano pustą trumnę, że Krystyna w ogóle nie opiekowała się grobem swojego zmarłego męża a nadto, że na cmentarzu,  na którym został pochowany bardzo intensywnie zajmowała się grobem zupełnie kogoś innego, mnożą się w rodzinnym, kameralnym przecież gronie, liczne i raczej pozostające bez odpowiedzi pytania. O co w tym chodzi? Dlaczego kolejna osoba w rodzinie padła ofiarą przestępstwa? Co to za tajemniczy grób, którym tak solidnie opiekowała się babcia i matka?

I, tradycyjnie dla kryminałów Wojciecha Wójcika, prowadzone są dwa niezależne, tym razem prywatne, śledztwa. Te policyjne też ale tym razem my czytelnicy znamy relację jedynie dwóch detektywów rodzinnych. Laury i Karola, czyli rodzeństwa a wnuków zmarłej. Chociaż prowadzą oni swoje śledztwa niezależnie, oboje ostatecznie dojdą prawdy.

Laura dodatkowo ma wsparcie w osobie Michała Tracza, lekarza psychiatry ze szpitala , w którym to nawiasem mówiąc przebywała w odwiedzinach jednego z pacjentów, Szymona Romanowa na chwilę przed tym, jak została zamordowana babcia młodej kobiety. Dlaczego starsza pani odwiedziła tego mężczyznę? Czy coś ich łączyło? I dlaczego pan Szymon tak źle reaguje na odgłos jakiejkolwiek płynącej wody? 

Nie ukrywam, podobają mi się kryminały Wójcika. Owszem, jak ktoś chce, może się przyczepić do chociażby tego, że autor po raz kolejny stosuje podobne „zabiegi” jak chociażby to, że po raz kolejny tworzy dość kameralne środowisko zbrodni. Że teoretycznie wszystkie postaci tego dramatu są ze sobą związane czy to rodzinnymi koneksjami czy to miejscami, w których się uczyły bądź placówką, w której przebywały. Ale, mnie to pasuje, ja się już zdążyłam do tego przyzwyczaić i wręcz oczekuję z napięciem na to, jak ładnie wszystkie te cieniutkie niteczki wątków i wydarzeń zostaną na końcu logicznie splecione w całość. 
Plusem też jest to, o czym pisałam, że niełatwo jest się domyślić kto jest sprawcą a również podoba mi się to, że nie ma tu wątków sensacyjnych a stary, dobry kryminał z motywami wynikającymi z emocji i zdarzeń dziejących się w przeszłości. 

Ja zabieram się za kolejną książkę Wojciecha Wójcika z nadzieją, że porwie mnie swoją tajemnicą i intrygą tak samo jak te do tej pory przeze mnie czytane a „Odmętom śmierci” daję notę 5.5 / 6. 

„Dziedzictwo von Schindlerów”. Wojciech Wójcik.

 Wydana w Wydawnictwie Zysk i S-ka. Poznań (2020). Ebook.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Tak mi się spodobała najnowsza książka autora „Bilet dla zabójcy”, o której pisałam parę dni temu, że z chęcią zabrałam się za wcześniej napisane przez Wojciecha Wójcika, kryminały. 
Zaczęłam od czegoś, co skusiło mnie i tajemniczym tytułem i okolicami, w których dzieje się akcja książki. A rozgrywa się ona na Mazurach, w okolicach Mikołajek czyli na terenach dobrze mi znanych. 

Widzę, że podchodząc do lektury książek tego autora muszę nastawiać się na jedno. To nie jest książka „do autobusu” (czy to metra). To nie jest książka do poczytania chwilkę a następnie odłożenia ją bez konsekwencji. Ponownie bowiem autor serwuje czytelnikowi wiele różnych wątków, całą galerię postaci i muszę przyznać, trzeba jednak mocno się skupić aby nie pogubić. Ja niestety, parę razy mocno się nad książką „zawiesiłam”, zwłaszcza, że czytałam książkę nocą i kiedy następnego dnia sięgnęłam po nią, musiałam mocno pogłówkować aby pewne sytuacje sobie przypomnieć. Tym bardziej, że widzę, że autor stosuje kolejny schemat podobny do tego z pierwszej czytanej przeze mnie jego książki a mianowicie akcję rozpisuje nielinearnie. To jesteśmy na bieżąco w roku 2021, konkretnie w lipcu, to znów cofamy się do roku 2000. 
Akcja książki rozpoczyna się jednak w maju roku 2021 kiedy to ginie jeden z autorów książek. W okolicach Mikołajek jest dawny dwór niemieckiego rodu von Schindlerów. Potomek, Johann von Schindler kontynuuje pomysł sprzed dwudziestu lat i chce w dawnym rodzinnym siedlisku urzadzić pensjonat. Wraz z żoną, Polką urodzoną w okolicy, Aldoną, zapraszają do dworku pisarki i pisarzy. Osiem osób, z których niestety, jedna zginie. Autorzy mają stworzyć antologię opowiadań mających na celu przybliżenie rodu von Schindlerów i terenów obecnego pensjonatu. 
Przyjeżdża osiem osób, w tym Monika, młoda autorka, która dopiero rozpoczyna swoją drogę pisarską i czuje się szczęśliwa, że zaproponowano jej niemałą sumę za opowiadanie do zbioru ale nadto, że w ogóle została zaproszona do Wierutek. 
Przyjeżdża w lipcu i szybko dowiaduje się, że została zaproszona niejako z musu bo zamiast Zygmunta Grodzickiego, autora, który zginął tragicznie w maju. 
Został wówczas znaleziony martwy po upadku z wieży widokowej na terenie Rezerwatu Łuknajno a znalazł go Jacek Ligęza, były policjant posterunku w Mikołajkach. Wyrzucony z pracy „dzięki” uprzejmości szefa. Bruno Landau użył nieetycznego sposobu aby pozbyć się Jacka Ligęzy z roboty. Jacek obecnie pracuje w Ośrodku Wypoczynkowym „Wodnik” leżącym blisko dworku. 
I tak, znowu poznajemy zarówno historię dworku i ludzi, którzy byli z nim związani ale i współczesność, na którą przeszłość ma ogromny wpływ. 

Dlaczego grono ośmiu autorek i autorów zostało zubożone o jednego uczestnika pracy twórczej? Dlaczego miejscowy policjant, Bruno Landau tak szybko osądził, że doszło do nieszczęśliwego wypadku? I czy śmierć Grodzickiego jest efektem czegoś, co zdarzyło się kiedyś ?

Okolica, w której rozgrywa się akcja tego krymiału, to dobre tło dla wydarzeń tajemniczych i co tu dużo ukrywać, złych, jakie wydarzyły się w przeszłości. 
O niektórych z nich mają zamiar pisać autorzy antologii. Monika, dziewczyna zaproszona w ostatniej chwili, dostaje ciekawe zagadnienie. Niejako po Grodzickim odziedziczyła bowiem temat dwóch zaginięć. Oba zaginięcia dotyczyły dziewczyn pracujących w dworze von Schindlerów. Pierwsza zaginiona, to kelnerka Emma, którą widziano ostatnio w 1939 roku. Jednak, nad kelnerkami pracującymi tam wisi chyba jakaś klątwa, bowiem w roku 2000 zaginęła kolejna młoda dziewczyna, również pracująca jako kelnerka, Kaśka Nazaruk. 
Monika Łasicka musi teraz pomyśleć jak połączyć te dwa zaginięcia, tym bardziej interesujące, że Kaśkę rzekomo widziano ostatni raz odływającą jachtem von Schindlerów, który to jacht ostatnio widziany był w początku IIWŚ. 
Osobnym ciekawym pomysłem było umiejscowienie w jednym miejscu paru autorów, z których co prawda, podobno żaden nie ma być odbiciem znanych nam autorów i autorek a jednocześnie, aż prosi się o porównania. Chociaż uczciwie powiem, w posłowiu Wojciech Wójcik bardzo się od tych porównań odżegnuje. Niemniej jednak, dla czytelnika jest to niezła zabawa takie dopasowywanie opisów do autorów, których książki czyta. 

Jak już pisałam, niby kryminał ale jest to lektura mocno „wymagająca”. Skupienia, pamięci, ja wspomagałam się notatkami. Okazuje się na przykład, że tu każdy trop jest istotny, każda postać występuje w jakimś celu, nawet jeśli poznamy ów cel dopiero na ostatnich stronach książki. Taka mnogość i wydarzeń i wątków i postaci była dla mnie jednak nieco zbyt „za bardzo”. Przyznaję, gubiłam się miejscami, musiałam wracać do treści wcześniej przeczytanej. Na plus jednak i miejsce (znam tereny z książki, w niektórych bywałam niejeden raz) i to właśnie grono pisarek i pisarzy. Niewątpliwą zaletą jest również to, co podkreślałam już przy lekturze „Biletu dla zabójcy” a mianowicie to, że kto jest zbrodniarzem, odkryłam w sumie na ostatnich stronach książki. To dla mnie, czytelniczki kryminałów, zawsze zaleta. Nie lubię domyślać się wcześniej, kto popełnił zbrodnie. Również, co według mnie na plus, postaci kreowane tak, że są pełnokrwiste, prawdziwe, ani chodzące ideały ani ostatnie dranie. Ot, ludzie z ich zaletami i wadami. 

Są takie tereny naszego kraju, obecnie należące do Polski, które noszą w sobie ogromny ciężar zła. Zła, które nie wzięło się znikąd, które zostało tam poniekąd sprowadzone za sprawą konkretnych ludzi. I tak dla niektórych Mazury są pięknym terenem wypoczynku, dla innych miejscem z tajemnicami historii, dla innych, krainą, w której po IIWŚ działy się różne tragedie. To wszystko zostało poruszone w tej książce i ta mnogość wątków na końcu gdzieś subtelnie się splata. 

Zaraz zabieram się za kolejny kryminał autora a tymczasem „Dziedzictwo von Schindlerów” dostaje ode mnie ocenę 5 / 6. 

„Bilet dla zabójcy”. Wojciech Wójcik.

 Wydana w Wydawnictwie Zysk i S-ka. Poznań (2023). Ebook.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Jestem na siebie zła i sama sobie zazdroszczę. Skąd ten dualizm, spytacie może? (Może nie? 🙂 ). 
Ano stąd, że jestem na siebie zła, że do tej pory nie sięgnęłam po kryminały autorstwa Wojciecha Wójcika. A zazdroszczę sobie bo widzę, że Autor napisał ich sporo i…już się cieszę na następne!

Muszę powiedzieć, że mimo, że staram się nie oceniać książki po okładce, to właśnie okładka, zaprojektowana przez Joannę Wasilewską, wpadła mi w oko, zatrzymała na tyle, że przeczytałam opis książki i stwierdziłam, że chętnie ją przezytam.

Ma on w sobie bowiem to, co w kryminałach lubię i doceniam a mianowicie, ciekawy pomysł na intrygę kryminalną, grzechy z przeszłości, które w znaczny sposób wpływają na teraźniejszość. Poza tym, zwykłe postaci bohaterów a nie jakieś wydumane, niemożliwe do zaistnienia, jednostki oraz wartką akcję. Nie ukrywam, lubię gdy w książce kryminalnej jednak akcja toczy się w miarę szybko a nie wlecze refleksyjnie. To nie ta półka. 

To wszystko, plus fakt, że autorowi udaje się czytelnika zwodzić aż do ostatnich stron książki w kwestii wyjaśnienia, kto stoi za zbrodnią, spowodowało, że mimo sporej w sumie objętości, książkę niemal pochłonęłam. 

Plus również za umiejscowienie większości akcji książki w mniejszej miejscowości a nie jakieś wielkiej metropolii. Od wielu lat uważam, że małe miasteczka mają w sobie wiele różnych tajemnic. I tych miłych i tych niekoniecznie. 
A akcja „Biletu dla zabójcy”  rozgrywa się w większości w Działdowie. To miasto położone w województwie warmińsko-mazurskim jest też rodzinnym miastem bohaterów opowieści. 
Akcję poznajemy dwutorowo, rzec można. Zarówno opowiedzianą w trzeciej osobie gdy poznajemy polcjantkę Olgę Bojko jak i  w narrancji pierwszoosobowej, za sprawą Kacpra Słubickiego. 
Olga Bojko to Ukrainka, która w Polsce mieszka od wielu lat a obecnie pracuje w komisariacie na Dworcu Centralnym. Nie wzięła się tam przypadkiem, bo kiedyś pracowała jeszcze w rodzinnym kraju w milicji a póżniej, w policji. 
Niemniej jednak teraz od lat mieszka w Warszawie i patroluje teren Dworca Centralnego. Olga wydaje się być osobą spokojną i zrównoważoną, taką, która z każdym wie jak rozmawiać i to jest według mnie jej, jako bohaterki ogromna zaleta. Autor nie pokarał jej jakimś strasznym doświadczeniem życiowym, Bojko nie musi też topić swoich smutków w alkoholu. Niewiele wiemy o jej życiu osobistym, właściwie na stronach kryminału wydaje się ono jakby nie istnieć ale też wcale mi to nie przeszkadzało a wręcz według mnie jest to potencjał do stworzenia cyklu z jej osobą i dopiero wtedy zapoznania czytelnika z losami policjantki. 

Bojko zostaje zaangażowana do pomocy w śledztwie prowadzonym przez Wydział do walki z Terrorem Kryminalnym i Zabójstwami. Staje się pomocnicą Agaty. A to z powodu faktu, że na terenie już poza Dworcem Centralnym zostaje znaleziony zamordowany mężczyzna, Ukrainiec Wasyl Zajcew. Potrzebny jest więc ktoś, kto pomoże w tłumaczeniach rozmów ze świadkami chociażby. 
Gdy Olga Bojko zaczyna pracę z Agatą, Policjantką z wydziału, do którego jest tymczasowo zaangażowana, szybko orientuje się, że nie jest to jedno z typowych śledztw.

Otóż, okazuje się, że najwyraźniej powrócił Trepanator. Albo raczej, co bardziej realne, jego uczeń czy też – naśladowca. 
Dwadzieścia osiem lat wstecz, w pociągach zabijał mężczyzn niejaki Dariusz Arkanowicz, obecnie odsiadujący karę dożywotniego pozbawienia wolności w Zakładzie w Gostyninie. Morderca odbierał życie zadając swoim ofiarom cios młotkiem. Na swoim koncie miał aż siedem zbrodni. A przynajmniej za tyle skazał go sąd, gdy wreszcie został on namierzony i ukarany. Problem w tym, że wydaje się, że dwie ostatnie zbrodnie dokonane przez niego, nie zostały jednak faktycznie przez Arkanowicza popełnione. Czyżby więc wówczas, gdy opinia publiczna te dwadzieścia osiem lat temu chciała natychmiastowego ukarania bestii z pociągu, zbrodnia dokonana na Marku Bosackim i Florianie Zaniewskim, została niesłusznie przypisana mordercy z pociągu, jak obwołano Arkanowicza?
I oto na domiar złego, zbrodnie, popełnione w taki sam sposób jak te przez skazanego i odsiadującego wyrok w Gostyninie, zaczynają się na nowo. Oto bowiem parę dni temu zabito w Olsztynie pracownika pociągu na linii Działdowo-Warszawa, konduktora Jacka Twardygrosza a wychodzi na to, że zabójstwo Wasyla Zajcewa zostało popełnione przez tę samą osobę. Ogólnie wygląda na to, że naśladowca Arkanowicza działa zdecydowanie bo ginie aż czterech mężczyzn. 
Czy jest coś, co łączy te cztery ofiary a ponadto, czemu wydaje się, że zbrodniarz z pociągu przekazał coś na kształt wątpliwej schedy jakiejś innej osobie? Tego musi dowiedzieć się Olga Bojko wraz ze współpracownikami. 

Do tego dochodzi postać Kacpra Słubickiego, o którym wspomniałam na początku a który odegra niemałą rolę  w książce. Poznajemy go po jego powrocie z pracy za granicą gdy można rzec, stoi on na rozdrożu dróg. Jego była już żona i dwójka dzieci mają nowy dom za sprawą nowego partnera Ewy, byłej żony Kacpra. Sam Kacper wskutek swoich błędów życiowych właściwie został z niczym. Chociaż tyle dobrego, że Ewa nie utrudnia mu kontaktów z dziećmi, Olą i Adamem, które dla Kacpra, byłego piłkarza działdowskiego Klubu Sportowego Start, a poźniej nauczyciela Wychowania Fizycznego w miejsowej szkole, są całym światem. 
To, co sprawiło, że Kacper opowiadający nam swoją historię nie pracuje już w szkole, nie jest już z żoną i dlaczego zaczyna swoje życie praktycznie od nowa poznajemy stopniowo właśnie dzięki jego pierwszoosobowej narracji. 
Kacper rozpoczyna pracę na kolei. I, co trochę złowieszcze, zajmuje miejsce zamordowanego niedawno Jacka Twardygrosza. Jeszcze bardziej nieswojo czuje się nasz bohater, gdy odkrywa, że pokój przy rodzinie pani Janiny i Eugeniusza, który zajmuje, wynajmował dwadzieścia osiem lat temu sam Dariusz Arkanowicz. Trochę ciarki przechodzą, prawda? Ale co robić? Pokój kosztuje tyle co nic, na starcie mężczyzna nie ma żadnych oszczędności a kokosów się znowuż takich na stanowisku konduktora, którą to pracę przecież dopiero co rozpoczyna, nie zarabia. 
Zaczyna na trasie, na której między innymi kiedyś działał zbrodniarz i które i teraz owiane zaczynają być złą sławą. Otuchy dodaje mu fakt, że pracuje z przyjaciółką z dzieciństwa, Heleną, której mąż z kolei to też jego kolega z dzieciństwa a obecnie policjant, który zresztą też bierze udział w śledztwie.
I tak oto wychodzi na to, że w sprawie naśladowcy Trepanatora prowadzone są dwa śledztwa. Jedno to oficjalne, policyjne a drugie, Kacpra. Mężczyzna poznaje bowiem córkę zamordowanego konduktora, pana Jacka i okazuje się, że jest ona w posiadaniu ciekawych materiałów. Czyżby pan Twardygrosz był na tropie tego, kto po prawie trzydziestu latach znów odbiera życie w pociągach i dlatego zginął?

Co mi się podobało w tej książce, to już pisałam. Sam pomysł na intrygę kryminalną, postać Olgi Bojko i Kacpra Słubickiego, to, że akcja dzieje się w małym mieście. Niby małym a okazuje się, że pełnym prężnych inicjatyw i ciekawych miejsc, jakimi są wspomniany przeze mnie a wciąż działający Klub Sportowy Start czy Dom Kultury mieszczący się w pokrzyżackim zamku działdowskim. W tym Domu Kultury nawiasem mówiąc pracuje była żona Kacpra. 
Co mniej mi się podobało to to, że akcja rozgrywa się w czasie pandemii i raczej jej rozwoju a nie schyłku. Nie lubię wracać wspomnieniami do tych chwil ale mam też świadomość, że jest to część historii, która się działa i nic tego nie zmieni. Zresztą, akurat ta sytuacja około pandemiczna, okazuje się być w pewnym momencie bardzo ważnym elementem tego kryminału. 

Muszę powiedzieć, że cieszę się, że zdecydowałam się na rozpoczęcie przygody z kryminałam autorstwa Wojciecha Wójcika bo widzę, że przede mną dużo dobrej lektury. 
A tymczasem, „Bilet dla zabójcy” otrzymuje u mnie ocenę 6 / 6. 

„Najlepszy prezent”. Karen Swan.

Wydana w Wydawnictwie Bukowy Las. Wrocław (2021). Ebook.

Przełożyła Magda Białoń-Chalccka.

Tytuł oryginału The Perfect Present.  

Muszę przyznać, że dawno coś, co traktowałam w kategorii „czytadełko” sprawiło mi tyle problemu. 

Nie wiem jak znalazła się na moim czytniku ale sądzę, że nabyłam ją  pod wpływam opisu, może w jakiejś promocji?

Na pewno skusił mnie opis bo jakże ja, sroka biżuteryjna, oparłabym się temu, że do Laury ,która prowadzi małą jednoosobową firemkę jubilerską przychodzi mężczyzna, który na urodziny żony przypadające w Święta, chce zamówić naszyjnik z zawieszkami. A biżuteria Laury słynie nie tylko z tego, że jest ładna ale też jej zawieszki są mocno osobiste, widać, że przed ich wykonaniem robi porządne rozeznanie. Nie inaczej ma być w tym przypadku, gdy mąż chce aby Laura spotkała się z paroma osobami, które według niego odgrywają ważną rolę w życiu jego ukochanej. Każda z zawieszek ma być nawiązaniem do relacji żony klienta, Cat i jej bliskich, dzięki którym jest w tym miejscu życia, w którym jest.

No i tak, początek ciekawy, potem dalej się nieźle rozkręcało i nagle dotarłam do części, która mnie nie ciekawiła, mnie trochę irytowała (potem wyczytałam, że autorka pracowała jako autorka modowa i o ile do tego nie mam żadnych zastrzeżeń, to przyznam, przestało mnie dziwić, że czytam takie wnikliwe opisy strojów, materiałów, kolorów itd). No ale do brzegu. 

Miałam dziwne wrażenie, jakby ta książka miała początek i koniec napisany przez jedną osobę a środek przez inną , która miała ochotę popisać o blichtrze i bogactwie. Nie wiem, mnie ta część znużyła i zmęczyła. 

Dobre pytanie, czemu ją skończyłam, skoro od lat mam zwyczaj porzucania książki, jeśli nie idzie mi lektura? Przyznam, chciałam się dowiedzieć, o co właściwie chodzi z bohaterką , to raz a dwa, czy skończy się ta cała historia tak, jak myślałam (tak). Ten środek z akcją w Szwajcarii przekartkowałam nieco 😛 o ile da się to zrobić na czytniku. No i jak znam siebie, miałam nadzieję na więcej motywów około świątecznych (zawiodłam się ).

Szczerze, to może ja się nie znam, bo gdzieś wyczytałam, że komuś właśnie opis spotkań z bogaczami spodobał się najbardziej. Mnie nie, może dlatego, że nie jestem bogaczką i nie aspiruję to bycia takową. 

Ostatecznie jednak za bardzo ciekawy pomysł (szkoda, że tak jakoś nie do końca ciekawie poprowadzony) i wyjaśnienia zawieszek z bransoletki Laury i wisiorka Cat daję jej ocenę 4 / 6.