„Bilet dla zabójcy”. Wojciech Wójcik.

 Wydana w Wydawnictwie Zysk i S-ka. Poznań (2023). Ebook.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Jestem na siebie zła i sama sobie zazdroszczę. Skąd ten dualizm, spytacie może? (Może nie? 🙂 ). 
Ano stąd, że jestem na siebie zła, że do tej pory nie sięgnęłam po kryminały autorstwa Wojciecha Wójcika. A zazdroszczę sobie bo widzę, że Autor napisał ich sporo i…już się cieszę na następne!

Muszę powiedzieć, że mimo, że staram się nie oceniać książki po okładce, to właśnie okładka, zaprojektowana przez Joannę Wasilewską, wpadła mi w oko, zatrzymała na tyle, że przeczytałam opis książki i stwierdziłam, że chętnie ją przezytam.

Ma on w sobie bowiem to, co w kryminałach lubię i doceniam a mianowicie, ciekawy pomysł na intrygę kryminalną, grzechy z przeszłości, które w znaczny sposób wpływają na teraźniejszość. Poza tym, zwykłe postaci bohaterów a nie jakieś wydumane, niemożliwe do zaistnienia, jednostki oraz wartką akcję. Nie ukrywam, lubię gdy w książce kryminalnej jednak akcja toczy się w miarę szybko a nie wlecze refleksyjnie. To nie ta półka. 

To wszystko, plus fakt, że autorowi udaje się czytelnika zwodzić aż do ostatnich stron książki w kwestii wyjaśnienia, kto stoi za zbrodnią, spowodowało, że mimo sporej w sumie objętości, książkę niemal pochłonęłam. 

Plus również za umiejscowienie większości akcji książki w mniejszej miejscowości a nie jakieś wielkiej metropolii. Od wielu lat uważam, że małe miasteczka mają w sobie wiele różnych tajemnic. I tych miłych i tych niekoniecznie. 
A akcja „Biletu dla zabójcy”  rozgrywa się w większości w Działdowie. To miasto położone w województwie warmińsko-mazurskim jest też rodzinnym miastem bohaterów opowieści. 
Akcję poznajemy dwutorowo, rzec można. Zarówno opowiedzianą w trzeciej osobie gdy poznajemy polcjantkę Olgę Bojko jak i  w narrancji pierwszoosobowej, za sprawą Kacpra Słubickiego. 
Olga Bojko to Ukrainka, która w Polsce mieszka od wielu lat a obecnie pracuje w komisariacie na Dworcu Centralnym. Nie wzięła się tam przypadkiem, bo kiedyś pracowała jeszcze w rodzinnym kraju w milicji a póżniej, w policji. 
Niemniej jednak teraz od lat mieszka w Warszawie i patroluje teren Dworca Centralnego. Olga wydaje się być osobą spokojną i zrównoważoną, taką, która z każdym wie jak rozmawiać i to jest według mnie jej, jako bohaterki ogromna zaleta. Autor nie pokarał jej jakimś strasznym doświadczeniem życiowym, Bojko nie musi też topić swoich smutków w alkoholu. Niewiele wiemy o jej życiu osobistym, właściwie na stronach kryminału wydaje się ono jakby nie istnieć ale też wcale mi to nie przeszkadzało a wręcz według mnie jest to potencjał do stworzenia cyklu z jej osobą i dopiero wtedy zapoznania czytelnika z losami policjantki. 

Bojko zostaje zaangażowana do pomocy w śledztwie prowadzonym przez Wydział do walki z Terrorem Kryminalnym i Zabójstwami. Staje się pomocnicą Agaty. A to z powodu faktu, że na terenie już poza Dworcem Centralnym zostaje znaleziony zamordowany mężczyzna, Ukrainiec Wasyl Zajcew. Potrzebny jest więc ktoś, kto pomoże w tłumaczeniach rozmów ze świadkami chociażby. 
Gdy Olga Bojko zaczyna pracę z Agatą, Policjantką z wydziału, do którego jest tymczasowo zaangażowana, szybko orientuje się, że nie jest to jedno z typowych śledztw.

Otóż, okazuje się, że najwyraźniej powrócił Trepanator. Albo raczej, co bardziej realne, jego uczeń czy też – naśladowca. 
Dwadzieścia osiem lat wstecz, w pociągach zabijał mężczyzn niejaki Dariusz Arkanowicz, obecnie odsiadujący karę dożywotniego pozbawienia wolności w Zakładzie w Gostyninie. Morderca odbierał życie zadając swoim ofiarom cios młotkiem. Na swoim koncie miał aż siedem zbrodni. A przynajmniej za tyle skazał go sąd, gdy wreszcie został on namierzony i ukarany. Problem w tym, że wydaje się, że dwie ostatnie zbrodnie dokonane przez niego, nie zostały jednak faktycznie przez Arkanowicza popełnione. Czyżby więc wówczas, gdy opinia publiczna te dwadzieścia osiem lat temu chciała natychmiastowego ukarania bestii z pociągu, zbrodnia dokonana na Marku Bosackim i Florianie Zaniewskim, została niesłusznie przypisana mordercy z pociągu, jak obwołano Arkanowicza?
I oto na domiar złego, zbrodnie, popełnione w taki sam sposób jak te przez skazanego i odsiadującego wyrok w Gostyninie, zaczynają się na nowo. Oto bowiem parę dni temu zabito w Olsztynie pracownika pociągu na linii Działdowo-Warszawa, konduktora Jacka Twardygrosza a wychodzi na to, że zabójstwo Wasyla Zajcewa zostało popełnione przez tę samą osobę. Ogólnie wygląda na to, że naśladowca Arkanowicza działa zdecydowanie bo ginie aż czterech mężczyzn. 
Czy jest coś, co łączy te cztery ofiary a ponadto, czemu wydaje się, że zbrodniarz z pociągu przekazał coś na kształt wątpliwej schedy jakiejś innej osobie? Tego musi dowiedzieć się Olga Bojko wraz ze współpracownikami. 

Do tego dochodzi postać Kacpra Słubickiego, o którym wspomniałam na początku a który odegra niemałą rolę  w książce. Poznajemy go po jego powrocie z pracy za granicą gdy można rzec, stoi on na rozdrożu dróg. Jego była już żona i dwójka dzieci mają nowy dom za sprawą nowego partnera Ewy, byłej żony Kacpra. Sam Kacper wskutek swoich błędów życiowych właściwie został z niczym. Chociaż tyle dobrego, że Ewa nie utrudnia mu kontaktów z dziećmi, Olą i Adamem, które dla Kacpra, byłego piłkarza działdowskiego Klubu Sportowego Start, a poźniej nauczyciela Wychowania Fizycznego w miejsowej szkole, są całym światem. 
To, co sprawiło, że Kacper opowiadający nam swoją historię nie pracuje już w szkole, nie jest już z żoną i dlaczego zaczyna swoje życie praktycznie od nowa poznajemy stopniowo właśnie dzięki jego pierwszoosobowej narracji. 
Kacper rozpoczyna pracę na kolei. I, co trochę złowieszcze, zajmuje miejsce zamordowanego niedawno Jacka Twardygrosza. Jeszcze bardziej nieswojo czuje się nasz bohater, gdy odkrywa, że pokój przy rodzinie pani Janiny i Eugeniusza, który zajmuje, wynajmował dwadzieścia osiem lat temu sam Dariusz Arkanowicz. Trochę ciarki przechodzą, prawda? Ale co robić? Pokój kosztuje tyle co nic, na starcie mężczyzna nie ma żadnych oszczędności a kokosów się znowuż takich na stanowisku konduktora, którą to pracę przecież dopiero co rozpoczyna, nie zarabia. 
Zaczyna na trasie, na której między innymi kiedyś działał zbrodniarz i które i teraz owiane zaczynają być złą sławą. Otuchy dodaje mu fakt, że pracuje z przyjaciółką z dzieciństwa, Heleną, której mąż z kolei to też jego kolega z dzieciństwa a obecnie policjant, który zresztą też bierze udział w śledztwie.
I tak oto wychodzi na to, że w sprawie naśladowcy Trepanatora prowadzone są dwa śledztwa. Jedno to oficjalne, policyjne a drugie, Kacpra. Mężczyzna poznaje bowiem córkę zamordowanego konduktora, pana Jacka i okazuje się, że jest ona w posiadaniu ciekawych materiałów. Czyżby pan Twardygrosz był na tropie tego, kto po prawie trzydziestu latach znów odbiera życie w pociągach i dlatego zginął?

Co mi się podobało w tej książce, to już pisałam. Sam pomysł na intrygę kryminalną, postać Olgi Bojko i Kacpra Słubickiego, to, że akcja dzieje się w małym mieście. Niby małym a okazuje się, że pełnym prężnych inicjatyw i ciekawych miejsc, jakimi są wspomniany przeze mnie a wciąż działający Klub Sportowy Start czy Dom Kultury mieszczący się w pokrzyżackim zamku działdowskim. W tym Domu Kultury nawiasem mówiąc pracuje była żona Kacpra. 
Co mniej mi się podobało to to, że akcja rozgrywa się w czasie pandemii i raczej jej rozwoju a nie schyłku. Nie lubię wracać wspomnieniami do tych chwil ale mam też świadomość, że jest to część historii, która się działa i nic tego nie zmieni. Zresztą, akurat ta sytuacja około pandemiczna, okazuje się być w pewnym momencie bardzo ważnym elementem tego kryminału. 

Muszę powiedzieć, że cieszę się, że zdecydowałam się na rozpoczęcie przygody z kryminałam autorstwa Wojciecha Wójcika bo widzę, że przede mną dużo dobrej lektury. 
A tymczasem, „Bilet dla zabójcy” otrzymuje u mnie ocenę 6 / 6. 

„Najlepszy prezent”. Karen Swan.

Wydana w Wydawnictwie Bukowy Las. Wrocław (2021). Ebook.

Przełożyła Magda Białoń-Chalccka.

Tytuł oryginału The Perfect Present.  

Muszę przyznać, że dawno coś, co traktowałam w kategorii „czytadełko” sprawiło mi tyle problemu. 

Nie wiem jak znalazła się na moim czytniku ale sądzę, że nabyłam ją  pod wpływam opisu, może w jakiejś promocji?

Na pewno skusił mnie opis bo jakże ja, sroka biżuteryjna, oparłabym się temu, że do Laury ,która prowadzi małą jednoosobową firemkę jubilerską przychodzi mężczyzna, który na urodziny żony przypadające w Święta, chce zamówić naszyjnik z zawieszkami. A biżuteria Laury słynie nie tylko z tego, że jest ładna ale też jej zawieszki są mocno osobiste, widać, że przed ich wykonaniem robi porządne rozeznanie. Nie inaczej ma być w tym przypadku, gdy mąż chce aby Laura spotkała się z paroma osobami, które według niego odgrywają ważną rolę w życiu jego ukochanej. Każda z zawieszek ma być nawiązaniem do relacji żony klienta, Cat i jej bliskich, dzięki którym jest w tym miejscu życia, w którym jest.

No i tak, początek ciekawy, potem dalej się nieźle rozkręcało i nagle dotarłam do części, która mnie nie ciekawiła, mnie trochę irytowała (potem wyczytałam, że autorka pracowała jako autorka modowa i o ile do tego nie mam żadnych zastrzeżeń, to przyznam, przestało mnie dziwić, że czytam takie wnikliwe opisy strojów, materiałów, kolorów itd). No ale do brzegu. 

Miałam dziwne wrażenie, jakby ta książka miała początek i koniec napisany przez jedną osobę a środek przez inną , która miała ochotę popisać o blichtrze i bogactwie. Nie wiem, mnie ta część znużyła i zmęczyła. 

Dobre pytanie, czemu ją skończyłam, skoro od lat mam zwyczaj porzucania książki, jeśli nie idzie mi lektura? Przyznam, chciałam się dowiedzieć, o co właściwie chodzi z bohaterką , to raz a dwa, czy skończy się ta cała historia tak, jak myślałam (tak). Ten środek z akcją w Szwajcarii przekartkowałam nieco 😛 o ile da się to zrobić na czytniku. No i jak znam siebie, miałam nadzieję na więcej motywów około świątecznych (zawiodłam się ).

Szczerze, to może ja się nie znam, bo gdzieś wyczytałam, że komuś właśnie opis spotkań z bogaczami spodobał się najbardziej. Mnie nie, może dlatego, że nie jestem bogaczką i nie aspiruję to bycia takową. 

Ostatecznie jednak za bardzo ciekawy pomysł (szkoda, że tak jakoś nie do końca ciekawie poprowadzony) i wyjaśnienia zawieszek z bransoletki Laury i wisiorka Cat daję jej ocenę 4 / 6. 

„Mikołaj z ulicy Pogodnej”. Joanna Szarańska.

 Wydana w Wydawnictwie Czwarta Strona. Poznań (2023).

Ci, którzy regularnie czytają wpisy z mojego blogu wiedzą, że książki Joanny Szarańskiej bardzo lubię. A te z motywem Świąt Bożego Narodzenia wręcz …uwielbiam. Za co? Za mądrość, za poczucie humoru, za klimat, za ciepło, za to, że są po prostu dobrymi, otulającymi opowieściami o zwykłych ludziach, którzy są dla siebie dobrzy. Tylko tyle lub może aż tyle. Najwyraźniej te motywy dla mnie są ważne i nie zmieni się moje do nich upodobanie. 

Dlatego też jak kania dżdżu wypatruję co roku zapowiedzi książki świątecznej Joanny Szarańskiej. Nie inaczej było w tym roku gdy zobaczyłam pierwszą zapowiedź „Mikołaja z ulicy Pogodnej” i gdy od razu wiedziałam, że chcę ją przeczytać najszybciej jak tylko się da. 

„Mikołaj z ulicy Pogodnej” zaczyna się opisem niezwykłego pomysłu, na który wpadły dzieci z ulicy Pogodnej w grudniu 1992 roku gdy wpadły na pomysł ożywienia swojej skromnej czy nawet nazywanej przez niektórych najbrzydszą uliczką miasteczka. A pomysł zrealizowały poprzez obwiązanie rosnących wzdłuż Pogodnej drzewek kolorowymi szalikami. I oto w jednej chwili wszyscy na tej ponurej uliczce robi się kolorowo i wesoło. I nawet codzienność, czasem ciężka, czasem biedna, wydaje się nieco mniej uciążliwa gdy człowiek popatrzy na coś tak zabawnego, barwnego i po prostu sympatycznego.
A w Święta okazuje się, że stało się jeszcze coś pięknego. Oto uliczkę Pogodną odwiedził nie kto inny a Mikołaj, który pod opatulonymi kolorowymi szalikami drzewkami, zostawił dla każdego mieszkającego tu dziecka, prezent. Nie są to jakieś wielkie dary, raczej drobiazgi ale okazuje się, że stają się ogromną radością, jak to bywa z niespodziankami, nawet tymi mniejszymi. 
A obwiązywanie szalikami drzewek w grudniu i zostawianie pod nimi prezencików dla najmłodszych przez wciąż tajemniczeg Mikołaja, staje się można by powiedzieć, lokalną, coroczną tradycją.

Przenosimy się do roku 2022. Tamte dzieci, które zostały pierwszy raz zaskoczone prezentami, stały się dorosłymi ludźmi. Niektóre z nich same założyły rodziny, ich losy różnie się potoczyły. 
Niezmienne jest to, że na ulicy Pogodnej wciąż mieszka grono tych samych sąsiadów, są tu znane im sklepiki i restauracja. Jest z kim się pośmiać, radować i komu się wypłakać.

W książkach Joanny Szarańskiej lubię jeszcze to, co jest w nich zawsze, a mianowicie podkreślenie wspólnoty, która się wspiera i która wzajemnie sobie pomaga. Owszem, jak w każdej społeczności, bywa różnie ale ostatecznie ludzie są dla siebie podporą. 

W grudniu 2022 na ulicę Pogodną przybywa Kornelia Starska, autorka bestellerowych książek świątecznyc. Co roku każda z jej książek z tym motywem sprawia, że czytelniczki wykupują cały nakład i potem z zachwytem omawiają lekturę. Co roku aż do tego kiedy to młodą kobietę dotyka coś bardzo dla każdego autora lub autorki, przykrego a mianowicie, kryzys twórczy. I to nie właściwie kryzys twórczy ogólny a raczej można by rzec, kryzys książki świątecznej. Kompletnie brakuje jej pomysłu na to, co może wymyślić w tym roku a terminy czy raczej jej zaprzyjaźniona ale jednak oczekująca na książkę, redaktorka prowadząca, stukają do drzwi. Czasem w przenośni, a w ostateczności, całkiem dosłownie. 
I oto gdy Lena Maciejko, wspomniana już redaktorka Kornelii zwanej też Nelą, przybywa do autorki wyglądając baaardzo stylowo i jodełkowo 😉 , pisarka zdaje sobie sprawę, że z obowiązku się nie wywinie. 
Lena jednak nie zjawia się aby robić Kornelii awanturę a z pomysłami. Przywiozła bowiem ze sobą wycinki z gazet dotyczące różnych około świątecznych ciekawostek, które mogą stać się inspiracją do książki. Redaktorka ma ze sobą między innymi artykuł o tajemniczym Mikołaju z ulicy Pogodnej, w pewnym miasteczku na południu Polski, który to Mikołaj od trzydziestu lat pamięta o dzieciach zamieszkujących zapomnianą przez świat i ludzi, uliczkę. 
I to właśnie ta informacja sprawia, że Nel czuje się zaciekawiona czy wręcz zaintrygowana zarówno samym pomysłem obdarowywania w taki a nie inny sposób jak również chce odkryć, kto owym tajemniczym Mikołajem jest. I czuje, że chciałaby o tym napisać. 

Szybko organizują więc pobyt Nel w miasteczku, a pokój autorce wynajmuje prowadząca bar „Rozgwiazda” jak również pokoje na wynajem, Mirosława Bochenek.

Kornelia trafia w to miejsce z zaciekawieniem i szybko daje się wciągnąć w miłą, niepowtarzalną atmosferę tam panującą. Poznaje wszystkich mieszkańców ulicy a ludzka życzliwość otula ją prawie tak samo miło jak jej świąteczne książki otulają jej czytelniczki. Z czasem zaczyna a my wraz z nią, poznawać losy poszczególnych mieszkańców ulicy Pogodnej. Okazuje się też, że tajemniczy Mikołaj jest chyba detektywem na drugim etacie, bo szybko orientuje się, że Nel nie przybyła tam jedynie dla pisania książki. O czym daje znać młodej kobiecie w podrzucanych jej liścikach.

Jak już wspomniałam wcześniej, ogromnie lubię książki Joanny Szarańskiej za bijącą z nich serdeczność, ciepło, mądrość, nienachalne przypomnienie tego, co powinno być dla człowieka najważniejsze. Za to, że tak, ludzie tam się generalnie lubią i wspierają, chcą się ze sobą spotykać i być dla siebie i w chwilach radości i smutku. 
Nie inaczej jest w „Mikołaju z ulicy Pogodnej”.
Nawiasem mówiąc, mam wielką nadzieję, że jest to jedynie początek jakiejś serii bo widzę w niektórych wątkach, z którymi Autorka nas zostawia, potencjał na ciekawą kontynuację.

Tak, jak książki Kornelii Starskiej zwanej Gwiazdeczką, są otuleniem czy wręcz plasterkiem na bolączki dla czytelniczek, tak dla mnie zawsze są kolejne książki Joanny Szarańskiej. 
Sięgajcie, jeśli potrzebujecie czegoś mądrego i niekoniecznie okraszonego jedynie piernikowym lukrem ale jednak ostatecznie zdecydowanie krzepiącego i poprawiającego nastrój.

Moja ocena to oczywiście 6 / 6. 

„Witajcie w Wieczności”. Camilla Grebe.

 Wydana w Wydawnictwie Sonia Draga. Katowice (2023). Ebook. 

Przełożyła z języka szwedzkiego Elżbieta Ptaszyńska-Sadowska.

Tytuł oryginalny Valkommen till Evigheten.

Niedawno czytałam dobre opinie o tej książce w grupie ksiażkowej, do której należę i tak mnie wtedy opis zaintrygował, że stwierdziłam, że chcę sama się przekonać jaka jest.

I oto jestem po lekturze.
Owszem, książka jest bardzo dobra ale dodam na samym początku, żeby nie było, łyżkę dziegciu, ciut się jednak na niej zawiodłam. Chyba oczekiwałam totalneg zachwytu a szczerze, oczekiwałam ciut więcej tego, co cenię w skandynawskich kryminałach czyli takiej dość szerokiej przestrzeni psychologicznej. Nie wiem, być może miała być w zamierzeniu, dla mnie nie była. A nawet główna teza, której nie chcę sformułować bo to byłoby właściwie zaspoilerowanie całej książki w jednym z pierwszych zadań mojej opinii, była jak dla mnie wyłożona aż nazbyt łopatologicznie. 

Jeśli jednak przestać się czepiać (ja 😛 ) a zacząć skupiać na całości, powiem, że wypadła ona całkiem nieźle. Ot, niezły kryminał bo w sumie jak dla mnie nawet nie thriller. I chociaż w innej recenzji na jej temat wyczytałam, że ktoś niemal od razu zgadł to, kto jest sprawcą zbrodni, ja aż tak się nie pochwalę. Domyślałam się natomiast, że z pewnością nie będzie to takie proste jak mogłoby się wydawać. 

Akcja książki toczy się w posiadłości pewnego małżeństwa. Oboje pracują dla wydawnictwa. On, Gabriel, jako znany i ceniony pisarz, ona, Lykke, jako redaktorka w tymże wydawnictwie. Mają dwóch siedemnastoletnich synów, bliżniaków. I wąskie grono znajomych. Mieszkając na wsi, nigdy nie zdołali zdobyć sympatii i przychylności okolicznej ludności, zresztą nie zależy im na tym. Organizują spotkania dla przyjaciół i pracowników wydawnictwa. I to im wystarczy.
Jedynie synowie David i Harry zaprzyjaźniają się z rówieśnicą, Bonnie. Znają się od dziecka i stanowią przyjaźniany trójkąt. 
Na jednym z przyjęć organizowanych przez małżeństwo dochodzi do tradegii, która nieodwracalnie zmienia los tej rodziny. Prowadzi też do refleksji na temat tego, jak łatwo jest nam wmówić sobie, że wiedziemy życie dobre i szczęśliwe, któremu nic i nikt nie zagraża. 

Jak wspomniałam, zabrakło mi tego, co lubię u Skandynawów czyli takiej psychologicznej otoczki i tego rozbierania spraw na czynniki pierwsze ale przyjmując to jako po prostu bardzo dobry kryminał, thriller, mogę stwierdzić, że książka podobała mi się i była dobrą rozrywką.

Moja ocena to 5.5 / 6.

„Nie ufaj nikomu”. Katrhyn Croft.

 Wydana w Burda (obecnie Wydawnictwo Słowne). Warszawa (2018). Ebook.

Przełożyła Ewa Kleszcz.

Tytuł oryginalny Silent Lies.

Po raz kolejny jak zaczęłam czytać, tak się nie mogłam oderwać. Nie wiem jakie ma przeciętne opinie ta książka, mnie się podobała, o ile oczywiście o takim thrillerze można powiedzieć, że się podoba.

Mia to terapeutka, która pięć lat temu przeżyła tragedię. 
Jej mąż Zach Hamilton popełnił samobójstwo w mieszkaniu studentki, z którą rzekomo łączył go romans. 
Mia została sama z dwuletnią wówczas córeczką. Freya, obecnie siedmioletnia, nie pamięta siłą rzeczy taty a Mia postanawia mówić jej o tacie tylko dobrze bo tatą był dobrym.

Narratorka i główna bohaterka prowadzi prywatną praktykę terapeutyczną i pewnego dnia, gdy wydaje jej się, że już poukładała sobie jako tako życie a nawet zaczęła spotykać się z nowym mężczyzną, Willem, do jej drzwi puka przeszłość. Puka za sprawą Alison, młodej kobiety, która była pięć lat wstecz współlokatorką Josie. Z kolei  Josie, to dziewczyną, z którą rzekomo miał romans Zach i którą podobno również zamordował a następnie odebrał sobie życie. 
Alison umawiąjąc się na wizytę chce spotkać się z Mią jako terapeutką ale w gabinecie szybko wyjawia, z czym naprawdę przyszła. A przyszła oznajmić Mii, że Zach nie odebrał sobie życia.

Od tej pory ustabilizowane i spokojne życie narratorki właściwie przestaje istnieć. Mia czuje się zaniepokojona informacją od Alison, tym bardziej, że dziewczyna w pośpiechu opuszcza jej gabinet. 
Co tak naprawdę ma na myśli? Czy mówi prawdę? Skąd posiada takie wywrotowe wręcz informacje i czy na pewno jej intencje są szczere? Pięć lat temu Mia pochowała męża sądząc, że sam zdecydował o tym, co miało miejsce ale jeśli nie? Jeśli to ktoś inny odebrał mu życie? I co wówczas stało się w mieszkaniu Josie, która zniknęła po całej sprawie lecz o której mówi się, że Zach również jej odebrał życie. Bardzo to skomplikowane. 

Klasyka, Mia oczywiście nie mówi nic Willowi, z którym przecież rozpoczęła nowey rozdział życia i sama usiłuje dojść prawdy prowadząc prywatne śledztwo. A my poznajemy równolegle przeszłość i to, co wówczas, te pięć lat temu, działo się w życiu Josie i jej współlokatorki Alison. Jak również jak wtedy przebiegała relacja Josie i Zacha. 

Akcja toczy się więc nielinearnie, raz dowiadujemy się tego, co działo się w przeszłości, to znów tego, co dzieje się obecnie. I w sumie do końca nie wiemy, co tak naprawdę się stało, co jest prawdą a co wymysłem i kto jest winien jak również, czego konkretnie.

Muszę przyznać, że zaintrygowała mnie ta książka, podobał mi się rozwój akcji i ponownie, jak w przypadku czytanej przeze mnie przed chwilą  książki pod tytułem „Tylko jedno kłamstwo”, zaskoczyło mnie (to dobrze), zakończenie.

Thriller całkiem przyzwoity, ja nie narzekam. Dokładnie na takie coś miałam chęć sięgając po nią. 

Moja ocena to 5 / 6.

„Jeszcze jedno kłamstwo”. Kathryn Croft.

 Wydana w Burda. Warszawa (2016). Ebook.

Przełożyła Aga Zano. 
Tytuł oryginalny While You Were Sleeping.

Niedawno, przeszukując przepastne zasoby czytnika (taki odpowiednik tradycyjnych książkowych stosów wstydu) znalazłam dwie książki Kathryn Croft.
Nie wiedząc w sumie, czego się spodziewać, stwierdziłam, że po książkach, które niedawno czytałam mam ochotę na coś właśnie takiego. Kryminał albo thriller, nie jakiś też wymyślny psychologiczny twór. Po prostu czytadło. Opinie jakie znalazłam w internecie były różne. Albo się podobało albo nie ale stwierdziłam, że co tam, mam na czytniku to zobaczę. I o dziwo, jak zaczęłam czytać, tak się wciągnęłam i czytałam z zainteresowaniem, kto zabił. 

Co prawda w sumie przez większość książi irytowała mnie nieco główna bohaterka (wszak każdy kto budzi się po nocy, z której nic nie pamięta, obok martwego sąsiada, z którym to sąsiadem i jego żoną przyjaźnił się, nawiewa i tajniaczy przed najbliższymi, że w ogóle tamtej nocy widział sąsiada) ale rychło mleko się wylało i od tej pory już przynajmniej nie zżymałam się na kobietę, że postępuje jakoś totalnie bez sensu i nielogicznie. 

Narratorka, Tara to matka dwójki dzieci, Rosie, niemal osiemnastolatki i jedenastolatka, Spencera. Ma też męża, Noah, z którym chwilowo jest w relacji niezbyt stabilnej ale też oboje pracują nad powrotem do dawnych, lepszych relacji. 

No i właśnie, pewnego dnia kiedy to Noah wyjeżdża służbowo do Nowego Jorku, syn zostaje „sprzedany”  dziadkom a córka nocuje u przyjaciółki ze szkoły, Tara zamiast pracować nad obrazem, który chce wysłać na wystawę, wybiera się na chwilę do domu sąsiada. Resztę już pisałam, rano budzi się koło Lee, sąsiada, który to jednak okazuje się, że padł ofiarą morderstwa. 
Tara wie ,że tego nie zrobiła. Niby z nocy nie pamięta nic, totalna mgła czy nawet po prostu, ciemność ale wie, skąd wie, tego nie wiemy ale wie, że nie zabiła. Natomiast to, co dzieje się w najbliższym otoczeniu kobiety, to jak dziwnie zachowują się jej bliscy a nawet to jak zwyczajnie ją okłamują (nie to, żeby ona sama była wobec nich szczera i uczciwa) każe jej zacząć się obawiać czy morderca Lee nie jest jednak w bliższym otoczeniu niż pierwotnie jej się wydawało. 
Nawarstwiające się kłamstwa i niejasności, brak możliwości zaufania komukolwiek, to właśnie zaczęło mocno w pewnej chwili przygnębiać Tarę. Kobieta postanawia więc wziąć sprawy we własne ręce i dowiedzieć się, kto zabił jej znajomego.

Jak pisałam, potrzebowałam czegoś, co będzie raczej rozrywką niż wielką rozkminą i w sumie to dostałam. Również, co dobre, w rezultacie nie wytypowałam prawidłowo sprawcy więc to na plus. 

Mnie się czytało dobrze i jestem zadowolona, że po nią sięgnęłam. 
Zaczęłam też, na fali, następną książkę Croft o tytule „Nie ufaj nikomu”.

Moja ocena to 5 / 6.

„Pani March”. Virginia Feito.

 Wydana w Echa. Warszawa (2023). Ebook.

Przełożył Tomasz Wyżyński. 
Tytuł oryginalny MRS.MARCH.

Mam wrażenie, że o „Pani March” czytałam jedynie bardzo dobre opinie i to właśnie ten fakt sprawił, że nabrałam ochoty na jej lekturę. No i nie żałowałam tej decyzji ani przez moment! Jest to jeden z lepszych debiutów literackich, jakie czytałam.
Chyba ostatnio „Dziennik pustki” sprawił, że miałam po książce tak wiele różnych przemyśleń i refleksji. 

„Pani March” to mężatka, której imię, co jest według mnie celowo zastosowanym w książce zabiegiem, poznajemy dopiero w ostatnim zdaniu książki. 
Jej mężem jest znany i ceniony autor książek, George March. To drugie małżeństwo autora, ma dorosłą już córkę. Natomiast z panią March mają ośmioletniego syna, Jonathana. 
Akcję książki poznajemy przez narratora trzecioosobowego. Poznajemy panią March w momencie, który dla niej zmienia dosłownie wszystko. Całe jej dotychczasowe życie. Czy myślicie, że jest ona w chwili otrzymania wstrząsającej diagnozy dotyczącej zdrowia jej samej lub kogoś z jej bliskich? Czy myślicie, że może pada ofiarą przestępstwa, które nieodwracalnie zmieni jej życie? Czy może jest ofiarą wypadku, katastrofy lub innej tragedii? Otóż, nie. Pani March słyszy z ust właścicielki piekarni, w której od zawsze nabywa pieczywo, że najprawdopodobniej główna bohaterka najnowszej książki jej męża, Johanna, jest wzrowana na jej, pani March, postaci. To niewinne, wtrącone zapewne dla potrzymania konwersacji przez sprzedawczynię zdanie wywraca życie głównej bohaterki raz na zawsze. Już nic nie będzie takie samo jak wcześniej. A będzie nawet gorzej.

Wizyta w piekarni, jakże brzemienna w późniejsze wydarzenia, rozpoczyna nasze czytelnicze poznanie tej postaci. Pani March jak już wiemy, jest mężatką. Dowiadujemy się też, że wraz z zawarciem małżeństwa rozpoczyna się jej życie jako statecznej, kulturalnej osoby, zamieszkującej duży apartament w prestiżowej dzielnicy Nowego Jorku. Osoby, którą stać na dobrą szkołę dla syna, osobę, którą stać na to aby nie pracować i mieć panią dochodzącą, zajmującą się kuchnią i domem. 
Jednym słowem, pani March może mieć dla siebie bardzo dużo czasu i postrzegać się wraz z mężem jako elitę kulturalną Nowego Jorku. To w sumie w ich mieszkaniu odbywają się przecież ciekawe przyjęcia, to w końcu jej mąż jest słynnym autorem, którego zapraszają telewizje również z innych krajów aby przeprowadzić z nim wywiad. 
I całe to ustabilizowane życie, jakie do tej pory wiodła bohaterka, jednego dnia, za sprawą niewinnie rzuconego stwierdzenia, runie. Runie jednak nie natychmiast a stopniowo. Trochę mi się ta książka wydawała przegadana ale rozumiem też dlaczego tak było. Powoli, powolutku wraz z rozwojem akcji i obserwowaniem działań pani March widzieliśmy też ów malutki kamyczek, który rozpędzając się pomału uruchamiał lawinę prowadzącą do nieuchronnej tragedii. 
Tym bardziej, że jest tu też motyw zbrodni, która wydarzyła się niby daleko od bezpiecznego i ustabilizowanego świata kobiety a jednocześniej wywrze na jej życie ogromny wpływ. 

To, po wspomnianym już przeze mnie wcześniej „Dzienniku pustki” kolejna książka, o której trudno coś więcej pisać aby nie zdradzić czytelnikom zbyt wiele z treści. A jednocześniej jest taka pokusa aby pisać o niej coś więcej niż jedynie przybliżyć to co się ostatecznie wydarzy i co, wiemy to właściwie od pierwszych stron książki, wydarzyć się właściwie musiało. 
Jednocześnie też to kolejna książka, która według mnie może mieć parę rozmaitych interpretacji. 

W tym momencie chciałabym dać znać osobom to czytającym, że teraz mogę już spoilerować więc osoby, przed którymi ta książka dopiero jest, niech nie czytają dalej albo jeśli, to niech to biorą na własną odpowiedzialność i nie mają potem pretensji, że coś zdradziłam z treści powieści.

Przez całą lekturę zastanawiałam się, co z tego co czuje, wspomina, widzi pani March jest prawdą a co urojeniem. Wydaje się bowiem, że cała książka to zapis stopniowego wpadania w coraz to poważniejsze stadium choroby psychicznej kobiety. Czy jednak ta choroba gnębi ją od lat? Czy też, kiedy czyta się jej wspomnienia z dzieciństwa i młodości, na pewno wydarzyły się one w jej życiu? A może to jedynie jakaś faza silnych urojeń? Co z tego, o czym stopniowo się dowiadujemy, jest prawdą a co wymysłem? Na koniec, co ze zbrodnią, która też gnębi panią March i powoduje nawet jej prywatne śledztwo w tej sprawie. Czy wydarzyła się ona naprawdę. A jeśli, to czy na pewno sprawca jest nieznany?

Tyle pytań i tyle możliwych odpowiedzi. 
Na samym końcu książki zaczęłam się zastanawiać czy w ogóle pani March istnieje czy też jest to po prostu powieść, jaką zaserwował nam George. 

Uważam „Panią March” za jedną z lepszych książek jakie przeczytałam w tym roku i również jedną z najlepszych w ogóle przeze mnie czytanych.

Moja ocena to 6 / 6. 

„Całując ul”. Jonathan Carroll.

 Wydana w Wydawnictwie Domu Wydawniczym REBIS. Poznań (2019). Ebook.

Przełożył Piotr Taufelmann.

Tytuł oryginalny Kissing the Beehive.

Na fali osobistego powrotu do książek Jonathana Carrolla sięgnęłam po pierwszą z trylogii Crane’s View („Całując ul”, „Zaślubiny patyków”, „Drewniane morze”). 
To trochę inna niż na ogół ludzie się spodziewają, książka Carrolla, ze względu na to, że jest to kryminał bez żadnej tej charakterystycznej dla niego tajemniczości czy wręcz jakichś paranormalnych wydarzeń i zjawisk. No i niesamowicie mnie wciągnęła. Nawet bardziej od czytanej przeze mnie przed chwilą książki „Kraina Chichów”.

Po pierwsze, tak, lubię ten (wyświechtany?) motyw powrotu bohatera do rodzinnego miasteczka i odkrywania w nim jakiejś tajemnicy z przeszłości. Po drugie, oprócz intrygi kryminalnej, znalazłam w tej książce masę bardzo ciekawych dla mnie i mądrych stwierdzeń, przemyśleń, zdań po prostu.
Na przykład taka fraza, cytuję „(…) A kim niby oni wszyscy są, że tak zmieniają krajobraz, który kiedyś był mój? Jakaś część nas sądzi, że jest właścicielem obszaru swoich wspomnień: powinno istnieć prawo nakazujące zachować wszystko w niezmienionym kształcie”. 

Znów motyw pisarza, tym razem pisarza faktycznego a nie chcącego nim się stać wykładowcy jak w poprzedniej omawianej przeze mnie, książce. Pisarza, Samuela Bayera, którego dotyka coś dla autora strasznego a mianowicie – brak weny twórczej. 
W zbliżonym do tego stanu w jego twórczym procesie momencie poznaje on niejaką Veronicę Lake, z którą wdaje się w bardzo niespokojny romans. A aby zapobiec posusze literackiej wyprawia się do rodzinnego miasteczka, gdzie ma pomysł na najnowszą książkę. Otóż Sam jako piętnastolatek znalazł z kolegami ciało jednej z najbardziej znanych w miasteczku dziewczyny, Pauline Ostrovy. Pauline padła ofiarą zbrodni. I niby wydaje się, że wykryto wtedy sprawcę, którego ukarano ale coś się zaczyna nie zgadzać w tej układance zarówno Samowi, jak i, co szybko się okazuje, jego licealnemu przyjacielowi. Frannie McCabe to obecnie policjant, czego z pewnością ani on sam ani Sam w wieku nastoletnim nie spodziewaliby się. I jak szybko się Sam dowiaduje, Frannie też nie wierzy w to, kto trzydzieści lat wstecz zamordował Pauline .
Rozpoczynają swoje śledztwo, które będzie toczyć się szybko i z mnóstwem niespodzianek. A efektem tego prywatnego śledztwa ma być właśnie napisana przez Sama książka. 

Co mi się najbardziej podobało w tej książce? To, o czym już napisałam czyli powrót do rodzinnego miasteczka, w którym niby wiele się nie zmieniło a jednak zmieniło się wszystko. Tajemnica, która jest do rozwiązania. I jakaś taka ogólnie według mnie dobrze skreślona aura książki, taka mocno gęsta, niejasna, tajemnicza, trochę duszna. 
Sama intryga też była interesująca, zwłaszcza, że w sumie autorowi udało się mnie ostatecznie jednak „oszukać” czy może łagodniej, zwieść i zaprowadzić moje przypuszczenia w zupełnie inne strony niż te prawdziwe.

Ogólnie to wiem, że po drodze, odkąd „Całując ul” się ukazała pojawiło się masę książek opowiadających w mniej lub bardziej podobny sposób o takich powrotów ale tę czytało mi się jakoś wyjątkowo dobrze. 

Moja ocena to 5.5 / 6. 

„Kraina Chichów”. Jonathan Carroll.

Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Warszawa (1998). 

Przełożyła Jolanta Kozak.
Tytuł oryginalny „The Land of Laughs”. 

Nie pamiętam kiedy pierwszy raz czytałam tę książkę, ale według mnie spokojnie mogło minąć około trzydziestu lat. Pamiętam, w liceum była swoista „moda” na niektórych autorów, na pewno na Carrolla wtedy była. No, z pewnością Carroll był wówczas oryginalny i inny od tego, co czytało się wcześniej.

Teraz byłam ciekawa powrotu do książki, która mi się wtedy co pamiętam, bardzo podobała. Jaki okazał się powrót? Ciekawy bo jednak okazuje się, że jestem sprzężona z wspomnieniami około lekturowymi czyli podczas czytania naprawdę dużo wspomnień mi się wróciło, ludzi wspominałam i ogólnie taki trochę wspomnieniowy kącik mi się zrobił. Ale to chyba dobrze. 

Sama lektura? W porządku ale (pewnie jest to uwarunkowane tym, że sporo od tego czasu przeczytałam) nie odkryłam w niej na nowo czegoś, co rzuciło mnie na kolana. 

Plus za psiaki, które są jednymi z bohaterów książek Carrolla a bulteriery to już szczególnie (czy dobrze pamiętam z tamtego czasu pierwszych lektur, że sam autor lubi tę rasę ?).

W „Krainie Chichów” wykładowca szkolny bierze urlop i wraz z poznaną niedawno kobietą wybywa do miasteczka, w którym życie spędził ulubiony jego autor. Tomasza i Saxony łączy z pewnością jedno, miłość do książek autora Marshalla France’a i chęć napisania jego biografii. Trafiają do miasteczka Galen, gdzie ów autor spędził gros życia. 
No i tu zaczyna się właściwa przygoda. 

Cóż, poznanie szczegółów z życia kogoś, kogo twórczość się do tej pory bezkrytycznie uwielbiało może prowadzić albo do zwiększenia natężenia owego uwielbienia albo wręcz przeciwnie…

Ogólnie podsumuję to tak, podobało mi się, cieszę się, że wróciłam do czegoś z przeszłości, zwłaszcza, że nic z treści nie pamiętałam. Powrót co prawda nie rzucił mnie na kolana ale spowodował, że poszukałam innych książek Carrolla w ebooku i zakupiłam (niestety, widać, że moda na niego minęła i niewiele jest w tym formacie). 

Tak czy inaczej, mam chęć na powrót do jego książek, widać , że wzięta z osiedlowej książkodzielni, sprawiła chęć powrotu do tego typu książek ( a może, co bardziej prawdopodobne, do wspomnień jakie z nimi przybyły?).

Moja ocena to 5 / 6.

„Polka w Korei”. Agnieszka Klessa-Shin.

Podtytuł: „Jak się żyje w kraju K-popu, kimchi i Samsunga.
Wydana w Wydawnictwie Znak. Litera Nova. Kraków (2023).

Zacznijmy od tego, że kanał na YT noszący zabawną nazwę „Pyra w Korei” poznałam dzięki temu, że Pyra nagrała też podcasty true crime właśnie z Korei Południowej. W ten sposób trafiłam do tego miejsca i kiedyś stwierdziłam, że zobaczę o czym jeszcze Agnieszka u siebie opowiada czy opowiada i prezentuje podcas swoich filmów i …przepadłam. Wsiąkłam, wessało mnie, jak zwał tak zwał, w każdym razie, jestem wierną oglądającą kanał i oczekuję na każdy nowy filmik jak kania dżdżu.

Wiem, że Agnieszka wydała już wcześniej książkę, a konkretnie ebook kulinarny (daję znać tym, którzy mają chęć pogotować coś z kuchni tego właśnie kraju) ale kiedy usłyszałam, że ma zamiar ukazać się książka autorstwa Pyry dotycząca Jej życia w Korei, wiedziałam, że będę chciała ją przeczytać.

Autorka podzieliła książkę na sześć części, pięć opowiadających o realiach życia w Kraju Spokojnego Poranka i jedną- przewodnik.

Tak więc dowiadujemy się z książki o zwykłym życiu i jego realiach. Mnie to pasuje, lubię takie opowieści o tym jak się gdzieś mieszka, jak się tam pracuje, odpoczywa, relaksuje, podróżuje, co jest ciekawostką, co może szokować lub co jest tam co raduje. Szósta, ostatnia część to, jak już wspomniałam, przewodnik dla osób chcących odwiedzić Koreę Południową.

Nie wiem jak odbiera książkę ktoś, kto nie zna kanału Pyry. Ja o wielu sprawach już słyszałam u Niej podczas oglądania filmów, niemniej jednak z wielką przyjemnością sięgnęłam po papierową wersję tej książki i można powiedzieć, że poczytałam o tym, co dotąd oglądałam, w jakiś sposób porządkując sobie informacje.

Która część była dla mnie najciekawsza? Trudno powiedzieć bo interesowały mnie wszystkie ale chyba najbardziej piąta, nosząca tytuł „Co w koreańskiej duszy gra”.

Szczerze mówiąc, Korea Południowa nigdy nie stanowiła mojej pasji czy wręcz nie była na liście zainteresowań jako kierunek podróży i mimo wszystko wciąż na owej liście nie znajduje się ale odkąd oglądam „Pyrę w Korei”, naprawdę dużo się dowiedziałam o tym kraju i z chęcią nie tyle fizycznie, co za pośrednictwem Agnieszki, podróżuję sobie po nim i po części też go mogę poznać.
A ponieważ książka napisana jest w bardzo Pyrowym 🙂 stylu czyli tak ciepło i sympatycznie, uważam, że warto jest po nią sięgnąć nawet jeśli się uważa, że już wszystko się o tym kraju wie.

Moja ocena to 6 / 6.