„Upalne lato Marianny”. Katarzyna Zyskowska-Ignaciak.

Wydana w Wydawnictwie MG. Warszawa (2012). Ebook.

Skorzystałam po raz nie wiedzieć który z promocji (tym razem na jednej z ulubionych księgarni ebookowej z okazji warszawskich Targów Książki) i nabyłam dwa ebooki autorki, której do tej pory nie znałam. Książek znaczy się 😉 
Zaczęłam od „Upalnego lata Marianny” bo pomimo, że to chyba nie jest jakiś konkretny cykl to te upalne lata (pojawiło się już trzecie do kolekcji, na dniach dosłownie) dobrze jest czytać przynajmniej chronologicznie.

Jest lato roku 1939. Upalne lato, dodajmy.
Marianna ma osiemnaście lat. Skończyła pewien etap nauki i udało się jej zdać na studia prawnicze w Warszawie. Siedzi więc u siebie na mazowieckiej wsi, w dworku ojca, i snuje plany i marzenia, które wiążą się z zupełną zmianą dotychczasowego jej życia u boku ojca, brata i pomocy domowej, która jest chyba jednak więcej niż tylko pomocą domową. Matka Marianny bowiem zmarła tuż po porodzie brata dziewczyny.
My już wiemy, że Marianna na te studia się nie wybierze, a raczej , że nie uda się jej ich rozpocząć, ona jeszcze nie, więc pozwólmy jej cieszyć się tą radością z możliwości wyrwania się z ziemskiego majątku pod Wyszkowem.
To lato jest dla Marianny przełomowe. Nie tylko dlatego, że w jakiś sposób czuje, że ostatecznie żegna się z jakimś etapem niedorosłości ale również ze względu na intensywność uczuć jakie będą przez nastolatkę przeżywane tego konkretnego lata. A dziać będzie się dużo.

Marianna dowie się rzeczy, o istnieniu których do tej pory nie miała pojęcia. Utwierdzi w podejrzeniach co do spraw, które podejrzewała, że mają miejsce.
To lato będzie pełne namiętności i zbyt gorących uczuć. Uczuć, które nie są dobre bo zbyt szybko spalają. I każą wierzyć, że za ich odczuwanie można zostać ukaranym w sposób okrutny od losu.

Opowieść jest prowadzona w czasie teraźniejszym. Mnie to nie przeszkadza, ale wiem, że niektórych może to drażnić. 
Ja znalazłam w niej często chyba zbyt współczesny jak na tamte czasy język ale ogólnie czytało mi się „Upalne lato Marianny” bardzo dobrze. Opowieść mnie wciągnęła, pomimo,że bohaterowie nieco zbyt papierowi czy raczej „czarno-biali”. Ale akcja mnie ciekawiła, odczuwałam żar lejący się z nieba, który dodawał temperatury uczuciom i emocjom.

Dodatkowo na plus oceniam okładkę książki czyli piękną fotografię kobiety czy to stylizowanej na późne lata trzydzieste czy to może właśnie zapożyczona fotka z tamtych czasów.

Na czytniku czeka teraz „Upalne lato Kaliny” i chyba za nie się zabiorę.

Moja ocena to 4.5 / 6.
 

„Dom pod Lutnią”. Kazimierz Orłoś.

Wydana w Wydawnictwie Literackim. Kraków (2012). Ebook.
Książka ta została mi sprezentowana, za co dziękuję w tym miejscu, bo podejrzewam, że ktoś, kto mi ją sprezentował, zwątpił już w to, że ją przeczytam. No więc przeczytałam i jestem zachwycona. Nie wiem czy już pisałam (pewnie tak) ale samorodnie i nagle podjęłam się własnego zadania czyli „czytać więcej polskich autorów”. Od kilku tygodni to zadanie wypełniam, co najważniejsze, z wielką przyjemnością.
„Dom pod Lutnią” wpasował się idealnie w lekturę po „1945. Wojna i pokój” Grzebałkowskiej. Po pierwsze, złagodził nieco to wrażenie, jakie książka Grzebałkowskiej pozostawiła we mnie jako w czytelniku. Po drugie, akcja książki dzieje się na Mazurach. Ziemi, która jeszcze do niedawna była Prusami Wschodnimi a po wojnie między innymi ta część ziem została włączona do terenów nowej Polski.  
Jest parę lat po wojnie, koniec lat czterdziestych. Tomek, dziesięciolatek, zostaje przywieziony przez mamę z Warszawy w gruzach do dziadka , Józefa Bronowicza. Bronowicz uciekł z Warszawy niemal zaraz po wojnie, uciekł od zniszczonego miasta, od dokwaterowanych lokatorów, od rodziny, z którą jakby już nic go nie łączyło, od obowiązków. Bywa i tak. Ponieważ w życie rodziny włącza się polityka i ojciec Tomka zostaje aresztowany i osadzony w więzieniu, matka decyduje, że jednak dziecku lepiej będzie w bezpieczniejszym miejscu. Bronowicz kontaktując się z rodziną listownie zapomniał najwyraźniej wspomnieć jak ciągle niebezpiecznie i burzliwie dzieje się na terenach, które obecnie wcielone w granice Polski, przyszło mu zamieszkiwać. Niemniej jednak decyzja zapada, Tomek znajduje bezpieczną przystań u dziadka.Początkowo niechętny tej decyzji szybko się aklimatyzuje w nowym miejscu. Jest jeszcze dzieckiem i trochę nie do końca orientuje się w nowej rzeczywistości, zarówno politycznej jak i rodzinnej ale najważniejsze, że znajduje swoje miejsce w nowym domu, wśród nowych mu ludzi.
Mimo polityki, która dzieje się wokół, dla Tomka zaczyna się po prostu nowy wspaniały czas. Jakby nieco przedłużonych wakacji pomimo faktu, że rozpoczyna naukę w szkole, idąc do trzeciej klasy. U dziadka jest mu dobrze, przytulnie, ma nowych kolegów. Z dziadkiem mieszka miła młoda kobieta i jej pięcioletnia córka, która dla Tomka stanie się kimś w rodzaju młodszej siostry. 
Dni mijają, dzieje się życie. Nie będzie w tej książce fajerwerków akcji, ale to nie szkodzi, ja bardzo lubię takie spokojnie dziejące się opowieści o ludziach i ich często niełatwym, skomplikowanym życiu. Tu dodatkowo przyjemnością jest czytanie książki bo autor pisze bardzo ładnym językiem, piękną polszczyzną, czyta się więc książkę z prawdziwą przyjemnością. Do tego dochodzą opisy przyrody, natury, która jest, trwa wokół naszych bohaterów. W tej krainie, gdzie jeszcze do niedawna rządził ktoś inny a teraz żyć przyszło i Polakom, i niemieckojęzycznym Mazurom i Ukraińcom, Tomek spędzi wspaniały, dobry rok. 
Bardzo mi się ta książka podobała. Zła jestem na siebie, że nie przeczytałam jej wcześniej a z drugiej strony uznałam, że najwyraźniej tak właśnie miało być. Może „Dom pod Lutnią” czekał właśnie na to aż przeczytam go teraz, po tamtej wojennej książce aby w swoisty sposób stać się jej uzupełnieniem?
Polecam bardzo, moja ocena to 5.5 / 6.

 

obkupiłam się jak…

…dzika norka w ebooki z okazji minionych już Targów Książki. Można więc powiedzieć, że wirtualnie imprezę obeszłam bo fizycznie na Targi się nie wybierałam. Niemniej jednak czytnik zapełnił się jeszcze bardziej dobrem wszelakim. Ostatnio ukuło mi się moje własne prywatne postanowienie, czyli „czytać więcej autorek i autorów polskich” i niniejszym mogę powiedzieć,że tak,że wypełniłam to postanowienie. 
Weekend mieliśmy bardzo intensywny. Ale pomimo wczorajszej i związanych z nią refleksji i wspomnień, Rocznicy mogę powiedzieć, że był to udany, dobry weekend. 
Dziękuję Ewiezdublina za to, że rozpieściła mnie budapesztańską pocztówką (na razie wiem o niej od Mamy bo do Mamy korespondencję przeniosłam) ale jeszcze większe podziękowania składam Ci Ewo za kartkę dla Janeczka 🙂 Janeczek albowiem ma już swoją własną kolekcję kartek i na pewno jak Mu powiem, że to jest wysłana z zagranicy specjalnie dla Niego to będzie przeszczęśliwy 🙂

Tradycji stać się musi zadość i oto życzę zarówno sobie jak i Wam dobrego, spokojnego tygodnia.
 

„1945. Wojna i pokój”. Magdalena Grzebałkowska.

Wydana w Wydawnictwie Agora. Warszawa (2015). Ebook.

To jest książka roku 2015 jak dla mnie (przynajmniej w obecnej chwili, oczywiście, że życzyłabym sobie jako czytelnikowi aby któraś jeszcze ją „pobiła” i zajęła jej miejsce) a nie wiem, nie wiem doprawdy czy nie okaże się książką dekady. Przypominam, że mówię tu o moich własnych odczuciach i poruszam się w obrębie lektur własnych. 

Jak już pisałam wcześniej, ta książka jest książką o słusznej objętości , co za tym idzie, poświęca się jej dużo czasu. I dobrze. Bo na pewno nie jest to lektura lekka, łatwa i przyjemna, taka, nad którą się przebiega oczami i już. Nie. Tu się przystaje, zastanawia, myśli. Wspomina. Jeśli nie samemu (chociaż na pewno będą osoby wśród czytelników, które przypomną sobie konkretne wydarzenia z autopsji) to to, co zasłyszało się z opowieści kogoś bliskiego. 

Grzebałkowska stworzyła swoistą (niesamowitą i wstrząsającą, poruszającą emocje) monografię roku 1945 w Polsce, podzieliwszy ją na rozdziały odpowiadające miesiącom, w których umiejscowiła konkretne wydarzenia. Rozdziały opowiadają więc na przykład o problemie wysiedleń zza wschodniej (obecnie) granicy i przeniesienie ludności ze wschodu na ziemie ongiś niemieckie a w nowej sytuacji „odzyskane” przez Polskę, ale i o zatopieniu Gustloffa. Jest przejmujący obraz ludności cywilnej polskiej, której przyszło nagle porzucić własne ziemie, dobra i ruszyć w nieznane, być może na poniewierkę, ale jest i obraz Niemców, którzy opuszczali tereny zamieszkałe aby powrócić do Niemiec, których najczęściej kompletnie nie znali.
Jest też przejmujący rozdział opowiadający o otwockim domu dla sierot żydowskich.
Ale to oczywiście nie wszystko.
Te rozdziały i treść potraktowaną z mistrzostwa godną ręką reportażystki, Magdalena Grzebałkowska okrasza nam na początku każdego rozdziału ogłoszeniami z gazet całej Polski, które to ogłoszenia odpowiadają danemu miesiącowi, o którym autorka pisze.
Nie wiem doprawdy co częściej mnie wzruszało i przyprawiało o łzy. Czy sama treść książki czy tych właśnie ogłoszeń. Najtrudniejsze, zwłaszcza, gdy jest się matką, są te dotyczące dzieci. W najrozmaitszym kontekście. Począwszy od ludzi, którzy chcą oddać swoje dziecko bo nie są w stanie go wyżywić i wychować, a skończywszy na prośbie matki, którą okradziono z plecaka, w którym znajdowały się fotografie dziecka, które zginęło w czasie wojny i te zdjęcia stanowiły jedyną po nim pamiątkę. Tak, te ogłoszenia dotyczące dzieci spowodowały u mnie dwa razy płacz i to naprawdę konkretne łzy. 

Z drugiej strony często te ogłoszenia stanowią źródło wiedzy o tamtych czasach i świadectwo, jak bardzo człowiek jako człowiek nawet w najgorszej sytuacji potrzebuje NORMALNOŚCI , a raczej może powrotu do niej. Ogłoszenia o wznawianiu działalności chórów, poszukiwaniu muzyków, o wznowieniu działalności teatrów, proponowanych na Święta książkach z dobrze znanych nam do dziś istniejących wydawnictw. To pokazuje, jak człowiek potrzebuje podnieść się ze zgliszcz, popiołów, jakkolwiek górnolotnie to by nie zabrzmiało , i iść dalej, naprzód…

Które reportaże, opowieści zrobiły na mnie największe wrażenie? Chyba to o żydowskim sierocińcu ale i o Wernerze, Niemcu, którego wojna zastała jako dziecko, które musiało zdecydowanie zbyt szybko dorosnąć. Jego historia jest naprawdę bardzo ciekawa. 
Moja rodzina nie podzieliła losu repatriantów ale wiem, że sporo z czytających osób ten problem dotyczy, a raczej przodków tychże osób. Myślę, że dla nich rozdział o repatriacjach stanowić będzie znakomite wspomnienie, przypomnienie opowieści rodzinnych a także po prostu ich uzupełnienie.
Również interesujące jest przedstawienie zasiedlania nowych miejsc przez Polaków i przypomnienie czytelnikowi przez autorkę faktu, że nie zawsze działo się tak, że miejsce zastawało się puste. We Wrocławiu Polacy mieszkali często wespół z Niemcami, zanim ci wyjechali bądź pozostali i na swój sposób zasymilowali się z polską ludnością.
Z kolei jeszcze wracając do opowieści o sierocińcu, to przerażająco smutna opowieść o kolejnych dzieciach, którym być dziećmi tak naprawdę nigdy nie pozwolono.  
Wstrząsnęła mną też opowieść o synu Łucji, której udało się ocaleć z katastrofy Gustloffa. Kto czytał, ten wie o co chodzi, kto nie czytał, doczyta i się dowie. 

W rozdziale o Warszawie roku 1945 przeszkodziło mi tylko jedno i jest to jedyna rzecz, do której zamierzam się „przyczepić” podczas całej lektury. A mianowicie chodzi mi o stosowanie przez Grzebałkowską słowa „trup”. Ponieważ podczas lektury (uff, na szczęście) nie zauważyłam ze strony autorki żadnych potrzeb zbędnego epatowania okrucieństwem więc zakładam, że to taki trochę „wypadek przy pracy”. Mnie to słowo powtarzające się siłą rzeczy w tym konkretnym rozdziale bardzo wiele razy nieprzyjemnie zgrzytało, uważam, że można było zastąpić je innym, bez odbierania prawdy obrazowi strasznej sytuacji jaką zastali powracający do miasta jego mieszkańcy. 

Grzebałkowska w swojej książce przypomina to, o czym być może często się zapomina. Nigdy nie wiadomo do końca, kto z kim wygra, kto zajmie czyje wygrzane na krześle przy stole miejsce. 
Podczas lektury do głowy przychodzi czytelnikowi bardzo, bardzo dużo myśli, refleksji.

Magdalena Grzebałkowska dokonała sztuki fantastycznej. Udało się jej napisać książkę bez umieszczenia tam własnych ocen a więc zachowała fantastyczny reporterski obiektywizm. Nie oceniała i nie wystawiała laurek. Nie mieszała z błotem. Nad każdym ze swoich bohaterów umiała się zatrzymać i go wysłuchać, rzecz bardzo już zapomniana w dzisiejszych zabieganych czasach. Ze swej strony postawiła nie na własny komentarz a na konkretne, prawdziwe wydarzenia, które poznajemy jako czytelnicy i co za tym idzie, możemy sami starać się wyrobić sobie własne zdanie. Jednocześnie zaś nie odczuwa się przy tym braku osobistego komentarza jakiegokolwiek braku zaangażowania ze strony autorki. Bo zaangażowanie jest. Magdalena Grzebałkowska poświęciła tej książce wiele, wiele godzin swojego życia i to się odczuwa na każdej stronie. Staranna treść, drobiazgowo do tego dobrane ogłoszenia, fotografie ilustrujące to o czym autorka pisze, kalendarium i solidnie opracowana bibliografia, to wszystko składa się na sukces tej książki. Jestem przekonana, że autorka poświęcając się bardzo swojej pracy nad książką na pewno odczuła to na własnych emocjach, nerwach. 

Panie i panowie, o historii można napisać książkę niezwykłą. Pomimo trudności tematu ( i nie wiem czy będzie to określenie pasujące do wagi tematu) książkę zajmującą!

Moja ocena to zdecydowanie coś więcej niż to, co posiadała moja dotychczasowa , prywatna skala ocen. 
6.5 / 6.

TRZEBA! 

Cztery lata temu…

…jeszcze nie o tej porze dokładnie ale nastąpił się koniec naszego, mojego i P. , świata. Jak ja to nazywam, tego dnia skończyło się moje pierwsze życie. 
Tamtego strasznego dnia spytałam we wpisie „Jak teraz żyć?”. Odpowiedzi na to pytanie chyba wciąż nie do końca udało mi się poznać.

Wiem natomiast KTO dał mi siłę i spowodował, że dalej tu do Was piszę.
Mój Mąż. I pewien Ktoś, na Kogo wpatrywałam się dziś dobry kwadrans, jak śpi spokojnie oddychając i o czymś tam chyba śniąc sobie… 

Trudne są te dni majowe, pełne takich „naszych”, niezrozumiałych dla wielu rocznic…
Dni Matki takich dziwnych, niepełnych, potem Dni Dziecka, (tak, to już czerwce), które są też inne niż sporej części rodziców.
Takie nasze brzemię, które wlec będziemy do końca życia.
I jak zawsze tego dnia przypomnę sobie jednego z bardzo niewielu mądrych, sensownych księży, których miałam okazję poznać w życiu. Ksiądz, który spotkał nas w CZD tamtego dnia, po Jej Śmierci, był właśnie takim. Do końca życia wdzięczna Mu będę za tamtą rozmowę, którą z nami przeprowadził, wszystkie słowa wsparcia, które wtedy nam przekazał i chęć pomocy. 

Dziś obudził mnie deszcz…Świat też płacze. 

czytam…

…teraz coś bardzo, bardzo dobrego, a mianowicie książkę Magdaleny Grzebałkowskiej „1945 Wojna i Pokój”. Ponieważ jednak książka słusznej objętości, to na pewno zajmie mi to jeszcze trochę czasu a na pewno nie jest to lektura, którą warto czytać „po łebkach” i nieuważnie, tym bardziej, że to książka podczas której dużo się myśli, dużo przychodzi do głowy refleksji, zasłyszanych od rodziny czy bliskich wspomnień wojenno i powojennych.
Bardzo Wam ją polecam, uważam, że to książka z gatunku tych, które należy przeczytać.  

do ptasiej…

…muzycznej oczywiście „kolekcji” mogę dołożyć sobotni koncert Pana Słowika, który nie przejmując się kotłującymi się dookoła niego ludźmi wyśpiewywał w najlepsze niemal w centrum Ogrodu Botanicznego. Prawdziwa miłość nie zważa wszak na przeszkody, czyż nie?
I tym optymistycznym akcentem pozdrawiam Was w poniedziałek i życzę tradycyjnie już sobie i Wam miłego, spokojnego tygodnia. 

„Persymona”. Katarzyna Maicher.

Wydana w Wydawnictwie Literackim. Kraków (2013). Ebook.

Odnotuję , chociaż jakiejś wielkiej recenzji nie popełnię, książkę, którą skończyłam dziś a mianowicie ksiązkę autorstwa Katarzyny Maicher pod tytułem „Persyfona”. Ten książkowy debiut to jedna z najdziwniejszych książek, jakie czytałam ale w takim pozytywnym znaczeniu. No i kolejna, która na pewno nie jest lekka, łatwa i przyjemna i żadne z niej czytadło. Ciężki ma klimat, atmosferę, kiedy się ją czyta człowiek zaczyna pogrążać się w coraz to mniej pozytywnych nastrojach narratorki. Narratorki, co do której na samym końcu już pogubiłam się. Bo niby opowieść snuje córka, malarki i lekarza psychiatry. A pod koniec książki już sama nie wiem czy narratorką jest córka, czy matka, czy też może taki zabieg niejasności tego kto narratorką jest wprowadzono celowo aby zaznaczyć, że pewne sprawy zataczają koło, dzieją się powtarzalnie, coś w końcu pewnie dziedziczmy…

Narracja traktuje dziwnych i coraz to dziwniejszych relacji w rodzinnym domu opowiadającej. Mamy więc dom (poniemiecki) z przepięknym bujnym ogrodem. W ogóle roślinność i ich opis, to wspaniała warstwa tej książki, która zdecydowanie pobudza wyobraźnię czytelnika. Symbolika roślin zresztą nie raz i nie dwa ukazuje nastrój narratorki… 

Relacje w tym domu są z opowieści na opowieść coraz mniej przyjemne. Ta trzyosobowa rodzina nie do końca zdaje się być rodziną a z czasem coraz bardziej przypomina trzy zagubione autonomiczne jednostki przypadkiem tylko egzystujące w jednym domu.

Ojciec to niemal Bóg i główny znienawidzony przez narratorkę, wokół którego dzieje się cała relacja. On decyduje o nastrojach panujących w domu i on decyduje niemal o wszystkim co dzieje się w życiu matki, czyli żony i córki. 

Jak wspomniałam, klimat książki jest przedziwny, ciężki i nie poprawia zdecydowanie nastroju. W tym domu miały miejsce i mają jakieś nie do końca zwerbalizowane wydarzenia, które przez bohaterkę ( co ciekawe nigdzie nie poznajemy jej imienia, jak również matki ani ojca) zostały zepchnięte na dno świadomości a wspomnienia, które by może i chciały ujrzeć światło dzienne zdają się być ostatecznie przez nią stłamszone.

Niemniej jednak to jedna z najciekawiej poprowadzona opowieść o toksycznych relacjach w zdawało by się gronie osób, które powinny takich relacji toksycznych unikać, jaką ostatnio udało mi się przeczytać.

Polecam Waszej uwadze ten debiut aczkolwiek uprzedzam, że nie każdy może być tą książką zachwycony. Myślę, że to literatura dla dość specyficznego czytelnika, z dużą dozą wrażliwości i empatii.

Moja ocena to 5 / 6.

„Tam, gdzie nie sięga już cień”. Hanna Kowalewska.

Wydana w Wydawnictwie Literackim. Kraków (2015). Ebook.

Nie ukrywam, że nie sięgnęłabym po tę książkę (tym bardziej, że okładka mnie nie zachwyca) gdyby nie entuzjastyczna recenzja Agnieszki Tatery na Jej blogu, o tu w tym wpisie

Ale sięgnęłam i okazało się to bardzo dobrym pomysłem bo miałam naprawdę dobrą lekturę. Nie jest to książka wesoła i taka, którą bym poleciła na poprawę nastroju (chociaż na szczęście niesie ze sobą na końcu nadzieję na lepsze i dobrze) ale dziwnym trafem idealnie zbiegła się w czasie z moimi początkowomajowymi nastrojami.

To książka, którą trudno by czytać nieuważnie. Nie dlatego, że mami nas nagłymi zwrotami akcji czy mnogością postaci, ale dlatego, że pomiędzy opowiadaną nam fabułą znajdują się różne warte zapamiętania zdania, myśli, refleksje… Warto więc czytać tę książkę uważnie, dawkując ją sobie, powoli, niespiesznie. Opowieść i tak się będzie działa, całą historię głównej bohaterki, Inki, i tak ostatecznie poznamy.

Inka, to młoda dziewczyna, tuż przed trzydziestką. Nie, dalej nie będzie o tym,że Inka wraca na prowincję, na której się wychowała i tam zakłada kawiarnię, galerię, cuda i dziwy i poznaje miłość swego życia.

Inka po wielu latach nieobecności w domu, w którym się wychowała (celowo nie używam określenia „rodzinnym”) powraca do niego aby spędzić ostatnie chwile życia przy umierającej na raka ciotce Bercie. To ciotka zleciła komuś wysłanie telegramu ponaglającego do przyjazdu Inkę i Inka czuje, że nie jest to chwilowy kaprys. Oto więc popularna miejscowość na polskim wybrzeżu, która w sezonie tętni życiem a po sezonie wydaje się, że życie w niej zamiera. Nic bardziej mylnego.

Inka podczas tej wizyty po raz kolejny uświadomi sobie jak wiele zła mogą zdziałać plotki i ludzkie języki mielące to czy tamto. I po raz kolejny poczuje, jak bardzo nie na miejscu czuje się tam, gdzie kiedyś żyła a potem nagle z tego miejsca salwowała się ucieczką. 
Inka dowie się też różnych ważnych spraw ze swojej przeszłości, z przeszłości własnej rodziny ale próżno oczekiwać spektakularnego ujawnienia tajemnic czy sekretów. Niech się więc czytelnik na to nie nastawia.

To raczej trudna opowieść o umieraniu, bolesnym dodatkowo, odchodzeniu osoby nam bliskiej, o własnych wobec tego faktu uczuciach a także o zmaganiu się innych bliskich z tym faktem. 
To także opowieść o tym,że tylko naiwni turyści  sądzą, że w małych miejscowościach cokolwiek interesującego dzieje się jedynie podczas sezonu urlopowego a po ich wyjeździe życie tam się kończy. Nie, nie. Miłość, namiętność, zło, występek, wszystkie uczucia dalej mieszają się i grożą często wybuchem w najmniej oczekiwanym momencie.
To opowieść o miłości, która zdarzyła się za późno i trwała za krótko. O szczęściu, które mogłoby być, gdyby nie……
To w końcu opowieść o przebaczeniu, w którego siłę warto jednak jest wierzyć, dawać sobie szansę zakosztowania tego uczucia aby móc ruszyć przed siebie ze spokojnym sercem.
„Kochającym ludziom łatwiej się wybacza” mówi do nas autorka książki słowami jednej z bohaterek.

Moja ocena to 5 / 6.

I zdecydowanie mam ochotę zapoznać się z innymi książkami pani Hanny Kowalewskiej, ktoś z Was może mi coś może specjalnie polecić?