„Stacja Tokio Ueno”. Yu Miri.

 Wydana w Wydawnictwie Uniwersytetu Jagiellońskiego.  Kraków (2020).

Przełożył Dariusz Latoś. 

Tytuł oryginału JR UENO-EKI KOEN-GUCHI.

Od razu napiszę, że „Stacja Tokio Ueno” jest bardzo dobrą książką. Zdecydowanie warto ją przeczytać. Ja jednak muszę przyznać, że nie czytałam jej w najbardziej odpowiednim momencie. Ogólnie mówiąc, obecnie potrzebuję lektury, która poprawi mi humor i nastrój a ta książka zdecydowanie tego nie zrobiła.

Poznajemy narratora, Kazu. To duch, który opowiada nam swoje życie. Kazu mieszka obecnie w parku położonym obok stacji metra Ueno. W parku tym od lat mieszkają osoby bezdomne. 
Japonia jawi się większości ludziom jako kraj dobrobytu. Tak przynajmniej jawiła się mnie. Do czasu. Z dobre ponad dziesięć lat temu po raz pierwszy czytałam coś większego dotyczącego bezdomności w kraju kwitnącej wiśni. I szczerze, nie wiem czemu w sumie, było to dla mnie ogromne zaskoczenie i szok, że w tej pięknej, bogatej krainie są ludzie, którzy wybierają lub są zmuszeni, do życia na ulicy. 

Autorka książki w roku 2011, słynnym z trzęsienia ziemi i katastrofalnego tsunami, przeprowadziła się do miasta w prefekturze Fukushima i prowadzi obecnie audycje z tymi, którzy przeżyli tamten straszny czas. 
Myślę, że to też wyjaśnia, dlaczego ta autorka, pochodzenia koreańskiego, zajmuje się jakby nie było, bardzo niewygodnym i mało ślicznym tematem. 
Tematem marginalnym bo i u nas ze świecą szukać czegokolwiek co nie byłoby reportażem a zajmowało się tematyką osób bezdomnych. Właściwie chyba nic takiego nie ma?

Opowieść Kazu jest bardzo smutna w całej swojej wymowie. Urodzony w ubogiej, wielodzietnej rodzinie, już jako dwunastolatek musi rozpocząć pracę. W roku poprzedzającym Igrzyska Olimpijskie w Tokio przybywa ze swojej wioski aby rozpocząć pracę. Pracy jest dużo. Igrzyska rozpoczną się za chwilę i potrzeba całej tej infrastruktury umożliwiającej ich rozpoczęcie. Narrator pracuje więc na budowach. W tym czasie w wiosce zostaje jego żona, i reszta jego rodzeństwa i rodzice. Podczas kiedy Kazu ciężko pracuje i wysyła pieniądze a dom odwiedza rzadko, dwukrotnie w roku, jego żona dba o dwójkę ich dzieci, córkę Yoko i syna Koichi ale i o jego rodziców i rodzeństwo. 

Mężczyzna tymczasem dwadzieścia lat spędza poza domem. Nie zdąży tak naprawdę poznać własnej żony a co dopiero własnych dzieci, które są dla niego niemal obcymi dziećmi. Pewnego razu uświadamia sobie, że nie ma z nimi żadnej fotografii.
Dwadzieścia lat poza domem, nie mający możliwości poznania naprawdę własnych bliskich. I właściwie niekończąca się historia smutków i dramatów. 

Jak napisałam na początku tego wpisu, niestety, książka głównie mnie przybiła. Ilość zła i niepowodzeń spadających na głównego bohatera opowiadającego jakby bez większych emocji i bardzo oszczędnie o kolejnych katastrofach niszczących jego życie i świat, powodowała, że czułam się podczas lektury bardzo przygnębiona. 
Wiem, że ta książka znajdzie miłośników i z pewnością na wiele osób nie podziała aż tak przygnębiająco. Ja sama uważam ją za dobrą, nawet o niej rozmawiałam podczas lektury z P. ale jak już wspomniałam, czytałam ją w nie najlepszym momencie. 

Na pewno to ważna lektura bo oddająca głos osobom na co dzień nazwijmy to wprost, niezauważalnym, wyprowadzonym na margines społeczeństwa. Mieszkający w parku bezdomni, których wcale nie jest mało, co jakiś czas zostają zmuszeni do zabrani dobytku bo park jest sprzątany przed wizytą pary cesarskiej. Lub, już bardziej współcześnie, przed wizytą w nim komisji mającej na celu ocenę możliwości ponownego przyznania organizacji Igrzysk Olimpijskich japońskiej stolicy. I to jest jeden z najważniejszych według mnie, aspektów „Stacji Tokio Ueno”. 

Myślę, że to z pewnością tego typu książka, która zostaje w głowie czytelnika na dłużej.

Moja ocena to 5.5 / 6.