jeśli chodzi o książki…

…to czytam nowości ale jeśli chodzi filmy to mam co najmniej refleks szachisty 😛

Wyobraźcie sobie, że dopiero w weekend obejrzeliśmy „Bezsenność w Seattle”.
Jaki to ładny film ! O miłości. Ale nie tylko o tej kobiety do mężczyzny a przede wszystkim syna do ojca i wzajemnie. Wzruszyłam się oczywiście do łez a i zachwyciłam wspaniałym soundtrackiem. 
Tak sobie myślę, że z jednej strony dobrze jest gdy jest się na bieżąco z repertuarem książkowym i filmowy a z drugiej wiem, że co jakiś czas zdarzają się właśnie takie przegapione przeze mnie filmy, które mnie zachwycają. 🙂

Ps. Czy wspominałam, że jakiś czas temu widzieliśmy z P. świetny film „Kobiety z szóstego piętra”? On już nie taki z zamierzchłych czasów bo nawet jak na nas dość współczesny ale bardzo dobry i tym, którzy nie znają, polecam. 

siedzimy sobie…

…wczoraj z P.  i rozmawiamy, między innymi o życiu przedszkolnym naszego Syna. Ja stwierdzam „Zauważyłeś, że w zeszłym roku Jaś częściej bawił się z dziewczynkami a teraz jednak zaczęły się już podziały, że dziewczynki bawią się z dziewczynkami a chłopcy z chłopcami?”.
P. podnosząc głowę znad obiadu (bo akurat jedliśmy) „Jak się znów zacznie bawić z dziewczynkami to się będziesz tylko denerwować”.

Nie ma to jednak jak wsparcie Męża 😛

Kurtyna 🙂

„Czereśnie zawsze muszą być dwie”. Magdalena Witkiewicz.

Wydana w Wydawnictwie FILIA. Poznań (2017). Ebook.

To moja pierwsza książka autorstwa Magdaleny Witkiewicz. I sądzę, że nie ostatnia bo ta spodobała mi się. Zanim przystąpiłam do lektury naczytałam się opinii jak to autorka w lekki sposób pisze o sprawach poważnych. Według mnie to bardzo  niefortunne wyrażenie a w dodatku nie zgadzam się z nim. To znaczy tak, autorka porusza tematy poważne czy smutne ale nie pisze o nich w jakiś specjalnie lekki sposób. Pisze normalnie ani nie przesadza w stronę nadmiernej dramatyzacji ani też nie robi sobie z poważnych spraw żartów. Tyle tytułem wstępu.

„Czereśnie zawsze muszą być dwie” to książka o uczuciu. O miłości. O tym, że człowiek nie potrafi jednak na dłuższą metę być samotny. Że zwyczajnie, po ludzku, dobrze jest mieć w życiu kochających nas ludzi wokół. 
Opowieść poznajemy ustami narratorki i bohaterki, początkowo mieszkającej w Gdańsku Zosi. Zosia snuje swoją narrację a w pewnej chwili poznajemy z przekazów jeszcze kogoś zdarzenia mające miejsce w latach przed II WŚ. Tak więc wydarzenia będą się przeplatać a pewne historie z przeszłości staną się podstawą do wydarzeń współczesnych.

Zosia rozpoczyna swą opowieść w momencie szczęścia a więc siłą rzeczy przystępujemy do lektury z niejakim „spoilerem” (przynajmniej nie denerwowałam się jak potoczą się losy bohaterki). Poznajemy więc jej dzieciństwo i sytuację, dzięki której jak sama twierdzi, stała się tą osobą, jaką się stała. W swoim życiu bowiem spotkała pewną starszą panią, panią Stefanię. Która zastąpiła dziewczynce jej braki w uczuciach, którymi najwyraźniej nie dość wyraźnie obdarzali a przynajmniej nie okazywali ich córce rodzice Zosi. Wzruszyłam się czytając początek książki i opisaną w niej znajomość Zosi z panią Stefanią bowiem i ja w swoim dzieciństwie miałam taką „panią Stefanię”, która oczywiście nosiła inne imię ale zastąpiła mi babcię, której zawsze potrzebowałam a której było mi brak. 

I od tej znajomości z panią Stefanią zaczyna się cała akcja, która zaprowadzi Zosię po latach do własnego domu w Rudzie Pabianickiej. Zosia pozna ustami pewnego starszego pana historię swojego nowego domu, ludzi go zamieszkujących, ale również to czego nie zdążyła jej opowiedzieć pani Stefania. 

Podobała mi się ta książka. Nie siląc się na nie wiedzieć jak filozoficzny wykład autorce udało się przypomnieć nam prawdę często zapominaną, że tak ważne jest mieć obok siebie drugą osobę, na której można polegać i którą kochamy ale i która nas kocha.

Czytało mi się ją dobrze i cieszę się, że oprócz tej książki kupiłam sobie jeszcze inną książkę pani Magdaleny Witkiewicz bo czuję, że będę mieć kolejną autorkę, której książki będą mi się podobały. 

Moja ocena to 5 / 6.