Mikołajki…

…za nami. Wszyscy bardzo byli grzeczni najwyraźniej w tym roku bo Mikołaj każdemu podarki zostawił, niemniej jednak oczywiście, najwięcej otrzymał Jaś 🙂
I jak zwykle przy takich okazjach otrzymaliśmy skróconą lekcję od życia na temat „co dla dziecka gra przy takich okazjach największą rolę”. Otóż najlepszym prezentem okazało się samo zapakowanie ich przez pomocnika Mikołaja, czyli Tatę, i schowanie ich pod poduchami kanapy.
I chyba sam fakt tego zamieszania z tym, że w nocy KTOŚ podrzucił prezenty.
Całą bowiem niedzielę Jaś bawił się nie tyle otrzymanymi od Mikołaja podarunkami (chociaż czekoladki otrzymane zjadł prawie wszystkie aż jedne cichaczem czym prędzej schowałam jak się nie zorientował) a inaczej. Organizował wciąż i wciąż przyjście Mikołaja do domu a może raczej nie samo przyjście ale zastany przez Jasia po obudzeniu i przybiegnięciu do pokoju fakt prezentów spakowanych i pozostawionych przy kanapie. Tak więc wczoraj Mikołaj powrócił późnym wieczorem do domu i padł chyba dosłownie albowiem odwiedził nas ze sto chyba razy 🙂 I najpiękniejsze było to jak Jaś reagował podczas tego , jak wysyłał nas z pokoju abyśmy nie widzieli co pakuje do dwóch toreb, w których prezenty otrzymał, jak wołał że już można przyjść. Jak się cieszył jak się za każdym razem od nowa cieszyliśmy z „niespodzianek”, które znajdowaliśmy w owych torbach. I jak zdradzał się z tajemnic czyli kiedy oglądaliśmy kuferek, w którym chował samochód od Mikołaja i zastanawialiśmy się „co to może być w środku?” nie wytrzymywał i wołał podekscytowany „Auto!”.

Nastrój Mikołajkowy potrwa i dzisiaj albowiem wczoraj został odczytany Jasiowi list od Świętego Mikołaja, który przyszedł pocztą czas jakiś temu i w nim Mikołaj skarży się Jasiowi, że w ferworze dostarczania prezentów…zgubił swoje sanie.
Dziś odbędzie się wielkie przedszkolne poszukiwanie sań, a pomogą w tym dzieciom pozostawione przez renifery w salach poszczególnych grup wskazówki. 
Jestem chyba bardziej podekscytowana niż sam Jaś, który po odczytaniu listu nie zmartwił się zbytnio tylko czym prędzej zorganizował sanie Mikołaja u nas w domu 🙂

Życzę tradycyjnie sobie i Wam dobrego, spokojnego tygodnia.  

„Człowiek z Wyspy Lewis”. Peter May.

Wydana w Wydawnictwie Albatros. Warszawa. (2014). Ebook.

Przełożył Jan Kabat. 
Tytuł oryginalny The Lewis Man.

 

„Człowiek z Wyspy Lewis” to druga część trylogii Petera Maya dziejącej się  na Wyspie Lewis, która jest częścią Hebryd Zewnętrznych.

O pierwszej części pisałam dopiero co. Podobała mi się. Ale , co mnie ucieszyło, część druga (dedykowana ojcu autora) , spodobała mi się o wiele bardziej od „Czarnego domu”.

Niby przyzwyczaiłam się do tego, że głównie skandynawskie kryminały mają obok warstwy kryminalnej coś jeszcze, tę często obyczajowo psychologiczną warstewkę ale to odnajduję w książkach Petera Maya. Gdy rozmawiałam z P. i wspomniałam Mu o moich przemyśleniach, stwierdził, „może to fakt północnego umiejscowienia akcji książki”…Może. Dość, że zarówno pierwsza część jak i druga oprócz kryminału miały do zaoferowania coś więcej. Tu sporo przemyśleń i rozważań natury wszelakiej. Bo poruszone są dwa ważne aspekty, jeden to kwestia ponurego i dość strasznego rozwiązania „pomocy społecznej” dla osieroconych dzieci ze Szkocji w latach 30stych, 40stych i pewnie pięćdziesiątych ubiegłego wieku ale również aspekt starości we współczesnym świecie. Starości dodatkowo obarczonej chorobą bądź demencją po prostu. 

I chociaż mogę się do tego bądź owego „przyczepić” (na przykład do faktu, że dziwnym trafem bohaterom tej trylogii co i rusz coś strasznego się przytrafia) to całość oceniam bardzo, bardzo dobrze.  

Tytułowy „Człowiek z Wyspy Lewis” to znalezione w torfie zwłoki młodego mężczyzny. Badania szybko wykazują, że ciało spędziło w torfie nie więcej niż pół wieku a więc nie archeolodzy zająć się nim muszą a policja albowiem okazuje się, że mężczyzna ten padł ofiarą przestępstwa. 

W tym samym czasie do rodzinnego domu powraca niczym syn marnotrawny bohater znany nam z pierwszej części, czyli były już w tej części, policjant Fin. Jego życie osobiste uległo tak wielkiej zmianie, że postanawia on powrócić do korzeni. Na razie przed nim remont domu rodziców jak również odrestaurowanie kontaktów i układów rodzinnych na wyspie. 
Dość szybko dowiaduje się o tajemniczym torfowym znalezisku i szybko zostaje wplątany w sprawę gdyż trop wiedzie ni mniej ni więcej a do jego dawnej miłości, Marsaili, a raczej, do jej rodziny.

Przedziwna to będzie sprawa, która pokaże, że nie zawsze ktoś jest tym, za kogo się podaje. I że poznanie prawdy bywa czasem bardzo bolesne bo potrafi zachwiać naszym przekonaniem czy wręcz pewnością określającą nas „kim jesteśmy”.

Jak już pisałam na początku, „Człowiek z Wyspy Lewis” podobał mi się nawet bardziej od „Czarnego domu” a więc czas chyba skonfrontować wrażenia z dwóch części z trzecią , co oznacza, że biorę się za „Jezioro tajemnic”. 

A ocena tej książki to 5.5 / 6. 

„Czarny dom”. Peter May.

Wydana w Wydawnictwie Albatros. Warszawa (2014). Ebook.

Przełożył Jan Kabat. 
Tytuł oryginału The Blackhouse

Często zdarza mi się sięgać po książki, którymi większość już moich znajomych książkolubów pozachwycała się stosownie w swoim czasie.
Po książkę Petera Maya sięgnęłam za sprawą, a jakże, kolejnej ebookowej promocji. I nie żałuję, większość zachwytów nad tą częścią trylogii jak najbardziej zasłużona. Mnie wciągnęła opowieść, ba, miałam wrażenie, że powinnam robić notatki podczas lektury bo myśli, spostrzeżenia , naprawdę wiele z tego chciałoby się zapisać i przypomnieć sobie kiedyś, a zarzuty mam głównie co do samej końcówki. A raczej do zachowań (jak dla mnie kompletnie nielogicznych a wręcz irracjonalnych) jednej z bohaterek. No ale nie chcę za wiele pisać bo a nuż ktoś jednak jest jak i ja do niedawna byłam, przed lekturą tego kryminału, i nie chce być zaskoczony spoilerem 🙂 No i jeszcze dodatkowo niechętnie czytałam o pewnym niby to „tradycyjnym” wydarzeniu związanym z ptakami, które jest opisane w książce a które to stanowi w sumie kanwę całej opowieści. 

Do domu pachnącego ciastem, w którym rozbrzmiewają miłe dźwięki muzyki dyskretnie włączonej w tle, w którym zawsze czekają na nas otwarte ramiona najbliższych gotowych przytulić i wysłuchać, wraca się najczęściej jednak podczas sentymentalnych i wyciskających z oczu łzy piosenek około świątecznych. Taką przynajmniej refleksję można zdobyć po lekturze tej książki. 

Bohater książki to Fin Macleod, policjant obecnie mieszkający w Edynburgu. Na Wyspę Lewis, gdzie wychował się i mieszkał do osiemnastego roku życia, sprowadza go nie tęsknota czy właśnie ów ciepły dom ale okoliczności zbrodni. Zbrodni, która zdarzyła się w tym wydawało by się opuszczonym przez wielu miejscu, w którym każdy zna każdego i w którym mieszka się nieco zbyt blisko siebie. Cóż, hermetyczność nigdy nie sprzyja niczemu dobremu jeśli oczywiście mówimy o ludziach i ich relacjach.

Fin przybywa na wyspę sprawdzić czy zbrodnia na niej popełniona ma coś wspólnego z morderstwem, które czas jakiś temu wydarzyło się w Edynburgu. Albowiem wiele wskazuje na to, iż morderca może być w obu przypadkach ten sam.
Fin wraca na wyspę pomimo niechęci do tego kroku a również w bardzo złym, tragicznym wręcz momencie swego życia czyli nieco po miesiącu od straty swego syna. 
Powrót w rodzinne strony nie jest ani przyjemny ani kuszący, tym bardziej, że spotkania po latach nie mają nic wspólnego z radosną atmosferą szkolnych zjazdów a przynoszą wręcz wiele trudnych wspomnień. 

Niemniej jednak książka wciąga i nawet właśnie chyba ta atmosfera mroczności i takiej gęstości wydarzeń, sytuacji, emocji, dodaje jej smaku literackiego. Jak mówię, ja właściwie mogę się mówiąc kolokwialnie, „przyczepić” jedynie do końcówki i zachowania jednej z bohaterek.

Moja ocena to 5 / 6.

I sięgam po następną część trylogii czyli po książkę pod tytułem „Człowiek z Wyspy Lewis”.