„Mama ma zawsze rację”. Sylwia Chutnik.

Wydana w Wydawnictwie mamania. Warszawa (2012).

Nareszcie miałam okazję aby skończyć książkę, którą nabyłam w wyprzedaży z ponad rok temu 🙂
„Mama ma zawsze rację” to świetnie opracowany graficznie (super okładka, dodatkowy smaczek to kolaże autorstwa samej Sylwii Chutnik)) reportaże, z których część ukazała się wcześniej w piśmie „Gaga”.
Kolorowo i niby na wesoło a o sprawach ważnych i poważnych pisze w niej autorka i cieszę się, że wreszcie miałam możliwość jej przeczytania.
O macierzyństwie tu współczesnym, o roli kobiet, o zagubieniu kobiet w dzisiejszych czasach, o tym w jakie role się kobiety usiłuje wtłoczyć na siłę. Moja prywatna myśl po lekturze, chociaż sama autorka tego nie mówi, ale mnie to do głowy przyszło, czyli, że w sumie jedną z największych przeszkód dla kobiety umie być w życiu nie kiepsko myślący polityk, nie zła propozycja „prorodzinna” kolejnych rządów, a niestety, druga kobieta. No, ale to moje przemyślenia.
Pewnie nie we wszystkim nam z Sylwią Chutnik po drodze (czytaj: nie we wszystkim byśmy się ze sobą zgodziły, i w sumie dobrze) ale na te podstawowe tematy widzę, że myślimy bardzo podobnie. I to cieszy bo czytałam jej zbiór felietonów trochę na zasadzie jakbym rozmawiała z bliską koleżanka czy przyjaciółką. Dużo tu refleksji, przemyśleń, które znam, które sama mam niejeden raz.

Moja ocenia to 5.5 / 6.

 

„Ogród księżycowy”. Agnieszka Krawczyk.

Wydany w Wydawnictwie FILIA. Poznań (2015). Ebook.

Trzecia część opowieści krzepiącej osadzonej w miejscowości Ida (otulającej dobrym słowem jak ja zwykłam nazywać tego typu książki) za mną. 
I znów, nie zawiodłam się. Agnieszce Krawczyk udaje się tworzyć cykl, którego każda część mimo takiego samego klimatu (nie, nie tego związanego z aurą a raczej z temperaturą uczuć międzyludzkich:)) zaciekawia i sprawia, że chce się te opowieści czytać.

Znów opowieść toczy się wokół Sabiny Południewskiej , (którą to poznaliśmy jako czytelnicy w książce „Dolina mgieł i róż”, o której pisałam w tym wpisie ). Sabina osiadła w Idzie. Nabyła tam dom, ma zamiar rozpocząć nowe życie u boku ukochanego. Wszystko dobrze się układa. Chociaż w tę krainę szczęśliwości zdaje się nadciągać jakaś ciemna chmura…Do tego warsztaty literackie, które zostają zorganizowane w pałacu Mili i Witolda, które prowadzi oczywiście Sabina, to wszystko sprawia, że tym razem więcej będzie się działo, niż pewnie niektórzy by sobie życzyli.

Co bardzo lubię w tym cyklu książkowym, to nie tylko samą atmosferę ciepła, gościnności, przyjacielskości i takiego otulenia słowem, o którym pisałam wielokrotnie ale również to, jak bardzo widać , że autorka książki, Agnieszka Krawczyk, sama uwielbia literaturę. Ha, powiecie, to chyba oczywiste, że ktoś kto sam pisze książki, musi kochać literaturę i to widać z jego książek? No więc, różnie to bywa. Tu jest masa cytatów i odniesień do literatury czy to polskiej czy nie i powiem Wam, że ten dodatkowy „smaczek” umila mi czytanie tego cyklu. Co więcej, sprawia, że po sporą część z nich mam ochotę sięgnąć bądź do czytanych już kiedyś tytułów, powrócić. 

Wiem, że nie wszyscy są zwolennikami tego typu literatury. Ja odnajduję w niej tak ostatnio potrzebny mi spokój i radość, więc ja byłam z kolejnej części opowieści o mieszkańcach Idy zadowolona. 

Moja ocena to 5.5 / 6.

muzycznie na dziś…

…Iza Kowalewska. Jej piosenki to moje niedawne odkrycie muzyczne. 

Wstawiam Wam link, kto zechce, puści sobie w wolnym czasie, mnie bardzo urzekło i to od tej właśnie piosenki, czyli „Nocnej zmiany kobiet” zaczęło się zainteresowanie tą muzyką i wyszukiwanie co więcej ta pani wyśpiewała.

Przy okazji, życzę tradycyjnie już sobie i Wam dobrego, spokojnego tygodnia.

 

https://youtu.be/oKszbXB3aSg 

telefon…

…od przyjaciela  a konkretnie, przyjaciółki;) którego się nie słyszało dłuuugo spowodował rogala na mojej twarzy. Naprawdę, nie ma nic milszego niż rozmowa z kimś, przed kim można szczerze się otworzyć, nie grać, nie udawać a dodatkowo, kogo dawno się nie słyszało. I. zrobiłaś mi dzisiaj wielką niespodziankę, dziękuję. 

Dzisiaj pierwszy dzień jesieni. W radio pani oznajmiła, że jesień zaczęła się o 10.20.
Ciekawe, jaka będzie tegoroczna. Mam nadzieję, że mrozy, śniegi i tego typu atrakcje pojawią się jak najpóźniej a na razie cieszyć się będziemy naszą tradycyjną złotą polską jesienią. I niech będzie dobra, spokojna ta jesień, tego sobie życzę. 

Miotam się książkowo. Zaczęłam „Ogród księżycowy” Agnieszki Krawczyk, który porzuciłam po chwili na rzecz „Warszawskiego niebotyku” Marii Paszyńskiej aby dziś znów wrócić do „Ogrodu księżycowego”. Potrzeba mi chyba wciąż takiej lektury, tego „otulenia się” ciepłym słowem. Tym bardziej, że czwarta część sagi o Idzie dziś się ukazała. Czyli premiera kolejna, którą będę chciała nabyć.

Jesień sprzyja czytaniu, podobno, chociaż ja z tych, którzy czytają wciąż. Ale faktem jest, że pewnie wiosną czy latem mniej czasu spędza się w domu.
Jesień sprzyja też poezji. Jakiś czas temu polecałam Wam tom poezji Adama Pluszki, zatytułowany „Zestaw do besztań”. Wiersze z tego właśnie tomu przez cały tydzień (od poniedziałku) można słuchać w wykonaniu samego ich autora, w Radiowej Jedynce o godzinie 20.50. Każdego dnia jeden wiersz. Bardzo to niesamowite, jednak czytanie wierszy przez ich autora dodaje temu waloru, zdecydowanie polecam. Do niedzieli sami możecie jeszcze posłuchać tych niezwykłych wierszy jednej z najskromniejszych (według mnie, niesłusznie !) osób, które znam.

Równo za miesiąc nasza szesnasta Rocznica Ślubu… 

weekend…

…był dość intensywny. W sobotę spacer do Ogrodu Botanicznego, korzystając z ładnej pogody. 
Niedziela, bardzo przyjemna. Najpierw jazda Janeczka. Od wakacji Janeczek ma swoje początki jazd (na razie jest to obwożenie i zapoznawanie się z jazdą konną, własnym ciałem na koniu i samymi końmi) na koniach. Okazało się, że dobrze, że szkoła jeździecka, którą początkowo chcieliśmy wybrać dla Niego (a która jest dużo dalej niż ta, do której zapisaliśmy Go w rezultacie) potraktowała nas niesympatycznie, bo w wyniku tego wdrożyłam intensywniejsze poszukiwania i okazało się, że dobrze pamiętałam, niedaleko nas jest szkoła jeździecka. Tak więc od kilku tygodni Janeczek już kontynuuje swoje wakacyjne hobby.

Po jeździe udało się nam odwiedzić miejsce, które odwiedzić chciałam już bardzo dawno temu, a mianowicie Służewski Dom Kultury. Miejsce faktycznie super, fajnie położone, super architektura. O mnogości zajęć się tam odbywających rozpisywać się nie będę, to może sprawdzić w internecie każdy zainteresowany.
My byliśmy z okazji odbywającego się tam Festiwalu Kultury Japońskiej, który odbywał się z powodu Przywrócenia Warszawie Dzwonu Pokoju. Sam dzwon widzieliśmy, na ceremonii przywrócenia nie byliśmy, bo odbywała się później. Niemniej jednak trochę japońskości się udało nam „łyknąć” chociaż wiadomo, że ze względu na Janeczka za długo nie chcieliśmy przebywać. 
Nabyliśmy książkę dla Janeczka, o Japonii , dla dzieci. Tak na przyszłość , ale spodobała mi się. To książka „Banzai. Japonia dla dociekliwych” Zofii Fabjanowskiej-Micyk. Dla siebie dwa japońskie gadżety. Panowie zjedli coś na ciepło z jednej z obecnych tam restauracji japońskich. Z dania Janeczkowi najbardziej smakowała cukinia, marchew i bakłażan 😉
Myślę, że sama impreza była bardzo fajna, chociaż zabrakło mi na przykład stoiska z mangą chociażby, czyli takiego stricte literackiego.

Miałam zacząć czytać trzecią część opowieść o Idzie Agnieszki Krawczyk i nawet w sumie zaczęłam, ale zaczęłam czytać coś innego, czyli „Warszawski niebotyk” Marii Paszyńskiej.

Życzę zarówno sobie i Wam dobrego, spokojnego tygodnia.  

 

„Przed północą”.

Reż. Richard Linklater. Scenariusz R. Linklater, Julie Delpy, Ethan Hawke.

Rzadko kiedy zdarza się aby trzecia część czegokolwiek była tak samo dobra, jak pierwsza. Tak jest w przypadku tej „trylogii” jak ja to nazywam na użytek własny bo coś czuję, że twórcy nie powiedzieli ostatniego słowa. Uprzedzam, że w dalszej części pojawić się może spoiler, dlatego tych, którzy chcą film zobaczyć „na czysto”, polecam dalej nie czytać.

W „Przed wschodem słońca” Celine i Jesse poznali się i doznali piorunującego wrażenia, że oto są dla siebie kimś ważnym. Jak wiemy, niestety, do ich następnego spotkania, planowanego za pół roku od pamiętnego wiedeńskiego spaceru minęło dużo dłużej i w części drugiej „Przed zachodem słońca” spotykają się już dorośli ludzie z bagażem życiowym. Jesse ma już rodzinę.
W „Przed północą” Celine i Jesse są ze sobą od dłuższego czasu, tworzą rodzinę z córkami, bliźniaczkami (nie są małżeństwem). 
Tych dwoje kończy właśnie rodzinne wakacje na Peloponezie. Wakacje, w których uczestniczył też syn Jesse z pierwszego związku.
Za nimi trochę już wspólnego życia i tak zwana szara codzienność z jej rachunkami, pamiętaniem o dentyście dla dzieci, numerze telefonu do pediatry, codziennych zakupach, i tym wszystkim co tak dobrze znamy, prawda?
Na do tej pory gładkiej tafli widzimy zarysowania. A może były już dawno a teraz zaczynają pękać?
Swoistego rodzaju katharsis (sądzę, że nieprzypadkowo osadzone w Grecji w antycznej scenerii) przypadnie na dzień i noc przed powrotem do domu.

Scenariusz tworzyli wspólnie, reżyser i aktorzy grający główne role i to widać i czuć.
Genialnie zagrany czas gorszy w związku, czas, kiedy coś zaczyna się wymykać spod kontroli a codzienność, galopada, w której bierzemy udział, zaczyna nas przytłaczać do tego stopnia, że to, że jest źle zauważamy z dość sporym opóźnieniem.
Genialnie rozegrany film.
Sceny rozmów, a zwłaszcza kłótni Celine i Jesse w hotelu uważam za majstersztyk. Zagrane tak, że lepiej być nie może. Że jest tak, że masz wrażenie, że właśnie w jakiś niefartowny sposób dostałeś pokój obok pary i niestety, ale pokój jest źle wyciszony i chcąc nie chcąc weźmiesz udział w tym prywatnym misterium oczyszczania narastającej pogarszającej się atmosfery tego związku…

Bardzo prawdziwy to film, bez oszukiwania się, bez lukru, którym lubi się słodzić niekiedy kino, i szczęściem, bez poczucia tragedii i końca bo szczęśliwie, po obejrzeniu wiemy, że tym razem rozwodu (umownie, bo jak pamiętamy, ślubu ciągle nie ma) nie będzie.
Za to jest nadzieja, że za parę czy paręnaście lat zobaczymy może coś jeszcze o tej dobrze znanej już nam parze.  

Moja ocena to 5.5 / na 6 .

„Dolina mgieł i róż”. Agnieszka Krawczyk.

Wydana w Wydawnictwie Filia. Poznań (2014). Ebook.

„Dolina mgieł i róż” to kontynuacja „Magicznego miejsca”. 
To kolejna opowieść snuta niespiesznie, ze spokojnym rytmem i dobrze znanymi postaciami z pierwszej części jak również z nowymi bohaterami. To znów taka „bajka” dla dorosłych i sięgnęłam po nią z całą świadomością.
To proza, która dodaje otuchy, która pociesza, która otula mnie ciepłym, dobrym słowem.

Książka zaczyna się dwa lata od zakończenia akcji w „Magicznym miejscu”, kiedy do hotelu prowadzonego przez Milę i Witolda, bohaterów części pierwszej, przyjeżdża pisarka Sabina Południewska, która ma tak zwany kryzys twórczy. Jej wydawca wpada na pomysł wysłania jednej ze swoich najlepszych autorek do spokojnego miejsca aby tam mogła odzyskać wenę twórczą.

I tak oto zaczyna się kolejna opowieść o życiu w sielskiej miejscowości Ida, gdzie żyją serdeczni, mili ludzie, gotowi pomóc i być wsparciem. 
Nikt tu z nikim nie rywalizuje, nikt nie podkłada sobie nóg, nikt bez sensu się nie obraża na nikogo. Za to zawsze jest czas na wysłuchanie kogoś, wypicie z kimś wspólnie herbaty czy kawy. Pokrzepienie i pomoc. Działanie razem a nie przeciwko.

Tak, tego mi właśnie potrzeba i to po raz kolejny otrzymałam podczas lektury. Aż żal, że taka Ida jest chyba jedynie w książce…
A teraz zaczęłam czytać trzecią część opowieść o Idzie i jej mieszkańcach, czyli „Ogród księżycowy”.

A moja ocena „Doliny mgieł i róż” to 5.5 / 6.  

125 lat temu…

…urodziła się  jedna z moich ulubionych autorek, Królowa (i to ta PRAWDZIWA) Kryminału, czyli Agatha Christie. 
Jeden z najpierwszych kryminałów, jakie przeczytałam jako dzieciak jeszcze był właśnie jej autorstwa. Pamiętam nawet gdzie wypożyczony, a mianowicie na wyjeździe wakacyjnym do Jastrzębiej Góry, gdzie wypożyczyłam któryś z kryminałów (nie wiem czy nie było to „Morderstwo na plebanii” ale szczerze, to nie pamiętam) w bibliotece w ośrodku wczasowym zakładu pracy mojej Mamy. 

Kryminały Agathy Christie nie znudzą mi się NIGDY 😉 I chociaż niektóre z nich nie stanowią żadnej tajemnicy, bo po prostu pamiętam całą intrygę i to, kto jest sprawcą, mogę do nich wracać i wracać i wracać.

Trudno napisać „Sto lat!” ale w dniu urodzin autorki chcę napisać, że cieszę się, że kiedyś zaczęła pisać kryminały i że napisała ich aż tyle abym teraz po tylu latach ja wciąż mogła się nimi cieszyć.

I na koniec, nigdy nie umiałam wybrać, kogo z nich wolę, czy Pannę Marple czy Herkulesa Poirota. Obie postaci lubię 🙂 

seriale kryminalne…

…dwa , o których chcę napisać dzisiaj. 
Pierwszy, pod tytułem „Dicte” a produkcji duńskiej, jak się wczoraj upewniłam, powstał na podstawie książek Elsebeth Egholm. Szkoda, że u nas ukazała się jedynie jedna jej książka , „Ukryte wady”, którą to w 2008 roku czytałam i bardzo mi się podobała. Wczoraj zgadałyśmy się co do jej tytułu z Judyttą, której dziękuję za przypomnienie mi tytułu albowiem ja nie mogłam ni hu hu sobie przypomnieć, jaki on był. A po obejrzeniu jednego z odcinków byłam pewna, że „ja to czytałam!”. No i tak, miałam rację. Naprawdę szkoda, że więcej jej książek u nas się nie nie ukazało, tym bardziej, że jak sobie z własnej recenzji dotyczącej książki przypomniałam, a i w serialu widziałam, oprócz wątku kryminalnego równie ważny był tam i rozwinięty wątek osobistego życia bohaterów serialu a to bardzo lubię. 
Co prawda, serial się skończył tam gdzie był nadawany ale może kiedyś będą powtórki więc polecam Waszej uwadze.

Drugi serial, to „Prokurator”, który leci w telewizyjnej Dwójce. Dopiero się zaczął. Na niego zwróciłam swoją uwagę z racji tego, kto popełnił scenariusz do tego serialu a mianowicie Zygmunt Miłoszewski i jego brat Wojciech Miłoszewski.
Na razie napiszę tak, nie zachwycam się nim niestety, tak, jak zachwycałam się rewelacyjnym „Paradoksem”, którego niestety drugiego sezonu nie zdecydowano się najwyraźniej wyprodukować, a szkoda, wielka szkoda, ale…Oglądam i raczej chcę dalej oglądać. Tym bardziej, że tytułowy Prokurator, Kazimierz Proch, nosi w sobie jakąś tajemnicę. Na razie nie wiem jeszcze czy mnie wyjaśnienie tejże nie zdenerwuje tylko bo od samego początku mam złe przeczucia, że nic dobrego to się nie okaże ale…to wciąga. Same intrygi kryminalne średnio, ale jak mówię, chcę dalej oglądać, jakoś podoba mi się klimat samego filmu, ładne zdjęcia, kadry, obsada też mi pasuje, mnie się na razie podoba na tyle, że kontynuując oglądanie nie działam z pobudek masochistycznych 🙂

W powietrzu od paru dni jesień czuć chociaż mówią w prognozach, że od niedzieli ma być całkiem ciepło i słonecznie. 
Życzę Wam spokojnego weekendu.  

Edit:

Na Ale Kino! od minionej niedzieli kolejny serial kryminalny, tym razem produkcji brytyjskiej, pod tytułem „Grantchester”. Angielski prowincjonalny pastor na tropie przestępców wraz z zaprzyjaźnionym detektywem. Plus kostium, czyli Anglia lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku wraz z misternymi fryzurami tamtych lat, szeleszczącymi (halki!) spódnicami i lekką bigoterią tamtych lat. Ktoś mi ostatnio powiedział, że klimatem przypomniał mu ten serial powieści Agathy Christie, i chyba coś jest na rzeczy. Intryga kryminalna nie jest tu nadmiernie spiętrzona i wydumana ale serial ogląda się dobrze. 

 

 

„Prowincja pełna marzeń”. Katarzyna Enerlich.

Wydana w Wydawnictwie mg. Warszawa (2009). Ebook.

Niedawno przeczytałam tę książkę. Skorzystałam z promocji na książki tej autorki i „Prowincja pełna marzeń” za mną.
Jest to z pewnością lekka obyczajówka i nie ma tam czego szukać ktoś, kto szuka treści psychologicznej i nie wiadomo jak wielkiej głębi ale…mnie ujęła. A ujęła mnie tym, co czytałam pomiędzy wierszami czy raczej słowami Ludki, głównej bohaterki, z ust której poznajemy całą opowieść. Ujęło mnie bowiem wyczuwalne i płynące z treści zadowolenie autorki z życia w mniejszym mieście. Wyczuwa się szczęście z takiej może mniejszej stabilizacji ale też z tego, że jest więcej czasu na przyjaciół, bliskich, rodzinę, na własne hobby. Taka radość z tego, że żyje się tam, gdzie się żyje, że mieszka się tu dobrze i odczuwa się radość i nie ma potrzeby nie wiedzieć jak wielkich zmian stylu życia.
Po prostu pasowało mi to, że ktoś jest zadowolony nie z życia w wielkomiejskim gwarze i tłoku a z życia w mniejszym mieście, jakim w książce jest rodzinne miasto samej autorki czyli Mrągowo.
Mrągowo, które sama bardzo lubię zwłaszcza, że w strony opisywane przez autorkę jeździmy na wakacje. Tak więc dodatkowo do treści przyjemnie było poczytać o tak dobrze znanych nam miejscach.
A cała opowieść o zawirowaniach życiowych głównej bohaterki wzbogacona o wątek historyczny i co najfajniejsze, o stare zdjęcia Mrągowa właśnie.
Aż sobie pomyślałam, że cała seria o życiu na mazurskiej prowincji „prosi się” o jakiś wakacyjny szlak. Tak jak Ystad podobno ma szlak śladami Wallandera czy Londyn szlak śladami Harrego Pottera.

Sama opowieść podobała mi się najmniej, to znaczy przy całej sympatii dla sympatycznej bohaterki, wydała mi się ona zbytnio infantylna i lekkomyślna jak na swój wiek. 

Niemniej jednak czytało mi się dobrze a Mrągowo i mazurska prowincja w tle tylko dodawała uroku lekturze.

Moja ocena to 4 / 6.