groch z kapustą…

…czyli o wszystkim. Muzycznie to dzisiejszy dzień zdecydowanie należy do Pań, a mianowicie odsłuchuję dawno nie słuchanych płyt i oto dziś Khadja Nin, Natacha Atlas i być może Sade.
Szczególnie ucieszyłam się, że przypomniałam sobie tak lubianą przeze mnie Khadję Nin.

Niedawno dwie osoby rozpieściły mnie pocztówkami z ukochanej Grecji. Pierwsza od znajomej, z Mykonos…Nigdy tam nie byliśmy ale kto wie, może kiedyś trafimy? Cztery obrazki z Mykonos przypomniały ten klimat i te niezwykłe chwile, które sprawiają, że tak za Grecją tęsknię. Od froginthefogg przyszła kartka z Aten, za którą również dziękuję. Tu też nie byłam, kiedyś była okazja trafić tam w listopadzie, chyba niepotrzebnie się wtedy wahałam i tak okazja przeszła koło nosa, teraz uważam, że listopad, nie listopad, trzeba było się zdecydować, jak była okazja. 

Miałam napisać coś o „Wyznaję” Cabre. No więc, ze skruchą wyznaję;), że utkwiłam. Czytało mi się świetnie, naprawdę, ale…miałam wrażenie, że czytam, czytam a na czytniku nie przybywało procent oznaczających postępu w lekturze. Poddałam się chwilę przed 60%. Niestety, od dłuższego czasu nie przepadam za „cegłami”. Dotyczy to też, zauważyłam, długich wpisów na blogach, których wtedy po prostu nie czytam. Swego czasu zgadałam się z kimś, kto ma podobnie, więc na pociechę? wiem, że nie jestem jedyna. Tak więc nie wiem co będzie z tą książką. Podejrzewam, że istnieje całkiem spore prawdopodobieństwo, że jej nie skończę jednak. Trochę szkoda mi czasu na lekturę, która jednak w jakiś sposób nie idzie, skoro tyle innej na czytniku czeka. 

Życzę Wam dobrego spokojnego tygodnia.  

„W Japonii czyli w domu. Amerykanka w Kraju Kwitnącej Wiśni”. Rebecca Otowa.

Wydana w Świat Książki. Warszawa (2013). Ebook.
Przełożyła Iwona Kordzińska-Nawrocka. 

Tytuł oryginału At home in Japan.

Czytając wspomnienia czy opis życia w Japonii najczęściej niestety jednak mamy do czynienia z kimś, kto przebywał tam jednak czasowo. Dlatego jak sęp na padlinę rzucam się na cokolwiek co dotyczy kogoś, kto w Japonii spędził czas nie turystycznie a kto tam zwyczajnie mieszka, żyje. Nie inaczej było w tym przypadku, czyli podczas lektury książki autorstwa Amerykanki mieszkającej w Japonii od blisko trzydziestu lat. W dodatku, co jest plusem, na japońskiej prowincji.

Ponieważ ostatnio o życiu na prowincji japońskiej czytałam tu, o, opisuję w tym wpisie, więc jak widzę, dość dawno. 

„W Japonii czyli w domu” nie zawiodła mnie. Nie spodziewałam się fajerwerków ale za to wręcz otrzymałam więcej niż oczekiwałam. Autorka nie analizuje dogłębnie kultury Japonii a opisuje swoje wrażenia, swoje refleksje po tych dziesiątkach lat spędzonych w Japonii. Odniosłam wrażenie, że takie „uporządkowanie” myśli było jej najbardziej potrzebne. I uważam, że warto, że na to się skusiła. 

Już kiedyś chyba wspominałam, że gdy czytam opisy życia w Japonii to bez względu na to czy są to opisy Polaków czy też innych nacji, to są dwie opcje, albo często krytyczne i narzekające albo wręcz bałwochwalcze co przy całej sympatii do tych zachwyconych,  ale wpływa też na moją lekturę bo zwyczajnie, nie dowiem się prawie nigdy czy kraj ten posiada jakiekolwiek minusy. 
Rebecca Otowa podeszła do tematu jeszcze inaczej, odnoszę wrażenie, że chyba wyszło jej to przypadkiem. Jak mówię, po prostu zebrała w książce swoje spostrzeżenia, swoje refleksje po tylu latach spędzonych w Kraju Kwitnącej Wiśni. W centrum opowieści ustawiła, i słusznie, siebie i wokół swojej postaci opowiada o życiu, o zwyczajach, o pracy w gospodarstwie.

Niełatwo było jej na pewno wdrożyć się w życie w Japonii a na pewno niełatwo było jej przenieść się na wieś a mimo to widać, że zdecydowanie jej się to udało.
Ja czytając jej opowieść wręcz odnosiłam wrażenie, że ona usiłując zjednoczyć się z nowym miejscem zamieszkania, jakby wręcz zapomniała o sobie samej. Skupiła się na wypełnieniu oczekiwań jakie wobec niej wysuwano werbalnie bądź nie. Czy to dobrze? Wydaje mi się, że nie do końca i chyba sama autorka podczas tego porządkowania myśli, sama w jakiś sposób zdaje sobie z tego sprawę. Już nie przejmując się tym czy owym, stwierdza, że do pewnych spraw zmusić się nie zamierza, szczególnie gdy są one sprzeczne z jej uczuciami czy odczuciami czy potrzebami.  

 Podobało mi się, że autorka nie narzeka a widzi w swoim życiu w nowym, starym już miejscu raczej więcej pozytywów. Jest, co wyraźnie czuje się podczas lektury, szczęśliwa w małżeństwie i rodzinie. Baaardzo pięknie i ciepło wyrażała się nie tylko o swoim mężu ale o dwóch synach, z których widać, że jest naprawdę dumna.

Ponadto co uważam za bardzo miłe, zna ona historię rodziny męża (o co może nietrudno gdy mieszka się w ponad trzystuletnim domu!) i widać, że traktuje ją jak część swojej historii. 

Ogólnie podejrzewam, że wytrawni znawcy Japonii oczywiście do wielu rzeczy w tej książce by się przyczepili. Ja się nie przyczepiam, jak mówię, dostałam wręcz więcej niż oczekiwałam i miałam udaną lekturę. 
Moja ocena to 4.5 / 6. 

…który tylko Wy znacie…

…zespół, artysta, grupa, film, książka? którą macie wrażenie, że znacie jedynie Wy.
Ja tak mam z moim ukochanym zespołem Papermoon. Już kiedyś o nim pisałam, bo ich naprawdę lubię. Dziś do nich wróciłam po długiej przerwie i aż się popłakałam. Bo dużo z nimi mam wspomnień związanych z tym pierwszym, innym zupełnie życiem. Z młodością durną i chmurną, kiedy byłam przekonana, że będzie tylko dobrze. Bo i jak inaczej miało być.
Mam wrażenie, że w całej Polsce znam ich tylko ja, nie znam ani jednej osoby (no teraz już P. którego zapoznałam z muzyką zespołu) , która by ich znała. A w ich rodzinnej Austrii chyba odwrotnie bo jak widzę na ich stronie, koncerty wciąż mają miejsce.
Po strasznym roku 2011 strasznie oklapłam, zobojętniałam na większość kiedyś sprawiających mi przyjemność spraw. Teraz jest trochę lepiej ale też pod innym kątem patrzę, przede wszystkim skupiam się na mojej Rodzinie.
Jeśli jednak miałabym mieć dla siebie samej jeszcze jakieś kiedyś marzenie, to bardzo, ale to bardzo chciałabym pójść na ich koncert……….. 

pani w Radio…

…w Jedynce zapowiada audycję i mówi „Leniwa niedziela z Jedynką” a P. z kuchni, gdzie właśnie krzątamy się przy obiedzie „Tia, pani kochana, leniwa niedziela, kiedy to było? ostatnio jakieś trzynaście miesięcy temu”:)
Kurtyna. 

leje, leje…

…od rana. I nie zamierza przestać. Spacer z Janeczkiem siłą rzeczy dość skrócony i to nie ze względu na Niego a na mnie, która pomimo bardzo dobrej kurtki przeciwdeszczowej jednak czuła dyskomfort. 
Pozdrawiam niniejszym wszystkich miłośników jesieni i tych, którzy od lat na mój tekst, że tej pory roku nie lubię, pojęcia nie mam czemu, usiłują mi ją rozreklamować i przedstawić jako niezwykle urodziwą.
No, ale na razie jesień nawet przecież nie nadeszła, nie rozkręciła się (chociaż już za progiem stoi i przestępuje wręcz z nogi na nogę) a za nią niestety, zima. 
Dobrego, spokojnego tygodnia dla Was. 
Ja zabrałam się za „Wyznaję”, Cabre, ale z powodu aury również, nie zostaje mi wiele czasu na czytanie, więc pewnie szybko swojej opinii nie napiszę, chociaż zaczyna się jak lubię czyli smakowicie bo i styl mi pasuje i jakiś taki ogólny klimat opowieści.  

okulary…

…to stanowi mroczny przedmiot pożądania Janeczka ostatnio. Z zapałem zrywa Tatowe i sięga po moje, i niestety, nie bardzo udaje się Go przekonać, żeby tego nie robił. 

Wczoraj szalejemy sobie z Janeczkiem, to znaczy ja mam Go w ramionach i wygłupiamy się rozmaicie. W pewnej chwili ja nieopatrznie chlapię „No, jeszcze zerwij mi może okulary, co?” i chwilę potem (jak w tym kawale z jeżem;) „Ej, no, żartowałam!”
Zaprawdę, uważajcie co mówicie do dzieci waszych albowiem uszy ich gotowe są na wysłuchanie tegoż;) 

niektórzy…

…(nie my) celebrują dziś dziesiątą rocznicę Ślubu (najlepsze Życzenia dla Shalu i Jej Męża) a my też mamy swoją rocznicę, a mianowicie, dwanaście lat temu przenieśliśmy się z Żoliborza na Kabaty, tu gdzie mieszkamy. Czas leci, oczywiście truizm, ale taka prawda. Akurat tamten dzień pamiętam dobrze. To był ostatni dzień ładnej pogody, następnego dnia zaczęło padać i nie przestawało przez bardzo długi czas. Też był wtedy piątek, nawiasem mówiąc, ale my nie przesądni, dla mnie trzynasty dzień miesiąca to dzień jak każdy inny a i dzień tygodnia nie gra dla mnie roli.

Skończyłam ostatnio „Starożytne kości” Kathy Reichs, ale szczerze mówiąc, mocno przegadana książka, zupełnie niepotrzebne dłużyzny. Widać za to tęsknotę autorki do pracy archeologicznej a niekoniecznie biurowej. Książka byłaby lepsza, gdyby nie tak niepotrzebnie długa i jak mówię, zbyt przegadana. 

Pozdrawiam, życzę Wam dobrego, spokojnego weekendu.  

„Cwaniary”. Sylwia Chutnik.

Wydana w Świat Książki. Warszawa (2012).

Książkę poleciła mi Młoda Pisarka, w chwili gdy po zachwytach nad prozą Joanny Bator pytałam o polskie nazwiska, które warto jest literacko poznać. Książkę w formie ebooka nabyłam i ta sobie jakoś zaległa na czytniku. Aż chwila na nią znalazła się sama. W momencie, kiedy w Lesie Kabackim wydarzył się gwałt a zaraz potem rozgorzała dyskusja, w której jak już pisałam, padały argumenty często na poziomie przedszkola a co poniektórzy chętnie by robili na tym tragicznym dla zgwałconej kobiety wydarzeniu, politykę, wiedziałam, że to czas na „Cwaniary”.
To w końcu książka, w której kobiety biorą sprawiedliwość w swoje ręce i wymierzają kary. Bohaterki,  to dziewczyny wychowane na Dolnym Mokotowie. Konkretne kobiety, nie bawiące się w subtelności i walczące z niesprawiedliwością.
W rozmaitych aspektach i wymiarach. Dziewczyny są różne (jedna jest w dodatku w zaawansowanej ciąży) a jednak łączy je jedno, bunt i niechęć do krzywdy na słabszym. I razem chodzą na akcje.
Tak na przykład więc bronią jednej z nich, maltretowanej przez lata przez męża ale również szykują większą akcję.

Warszawiacy będą wiedzieć, o co chodzi. A dziewczyny ni mniej ni więcej lecz szykują sposób na pewnego złego kamienicznika, który w bardzo brzydki sposób rozprawia się ze słabszymi od siebie. Niemniej jednak nie wie, z kim zadarł. I spotyka go baaardzo, baaaaardzo nieciekawy koniec. 

Lekturze „Cwaniar” towarzyszyła mi refleksja. Sylwia Chutnik pewnie nie szukałaby kontaktu z kimś takim, jak ja. Pewnie jednak też „wtłoczyłaby” mnie w jakieś ramy. A ja o dziwo, znalazłam wiele wspólnego z autorką:) W dodatku, co mnie zawsze ujmuje, autorka jest zagorzałą Varsavianistką, co cieszy w dobie wiecznego marudzenia i narzekania na moje rodzinne miasto. 

Ciekawe to było doświadczenie i cieszę się, że Młoda Pisarka mi ją poleciła.

Wartka akcja, ciekawy język, skojarzenie z popkulturą ale w takim zdecydowanie pozytywnym znaczeniu, to wszystko złożyło się na dobrą lekturę.
Na koniec dodam jeszcze, że książka okraszona jest fajnymi ilustracjami chyba ulubionej ilustratorki Sylwii Chutnik, czyli Marty Zabłockiej. 

Moja ocena książki to 4.5 / 6.

impreza…

…Urodzinowa Janeczka bardzo się udała. 
Goście dopisali. Było nas w sumie jedenaście osób, w tym wliczając celebrującego Urodziny, troje dzieci. Sporo ludu jak na nasze mieszkanie. Było więc dość tłoczno, gwarno ale serdecznie i przyjemnie, tak myślę. 
Janeczek dostał piękne prezenty i całą imprezę zniósł w dobrym nastroju.
Tort, zamówiony u dziewczyny, która robi torty o fajnych kształtach, okazał si bajeczny. Na ogół o takich tortach ludzie mówią, że kończy się na fajnym kształcie. Ta pani słynie z tego, że jej torty są jeszcze po prostu nie dość, że zjadalne to po prostu PYSZNE. Nasz taki był. Lekki, malinowy. O matko aż mi ślinka cieknie na samo wspomnienie. 
W rezultacie zapomnieliśmy zrobić tę grę z przedmiotami, z których dziecko ma wybrać jeden ale jak się po fakcie śmialiśmy, i tak równie dobrze od razu można było położyć przed Janeczkiem moją komórkę, którą przechwytuje jak tylko zdarzy się taka sposobność. 
Było i gaszenie świeczki z małą pomocą mamy i pewnej rezolutnej czterolatki, śpiewanie Sto Lat!, były toasty i dużo fajnej atmosfery.

Tym samym pożegnaliśmy w domu niemowlaka a witamy ponad roczniaka:)