Pierwsza Rocznica…

…Urodzin Emilki. Trudno mi napisać w sytuacji, jaka się zdarzyła, że są to Jej pierwsze Urodziny. Bo fizycznie to niemożliwe. Jednak. Do końca życia będą myśli, że tego dnia nasza Córka kończyłaby…..lat…

Dziś kończyłaby pierwszy rok. Urodziła się w Święto, do końca życia miałabym zagwarantowane wolne w Urodziny, fajna perspektywa. Stało się inaczej, los zadecydował, że nie nacieszyliśmy się Nią długo. I ten najważniejszy dzień życia, bo takim są dla mnie Narodziny mojej Córki postrzega się z perspektywy zupełnie inaczej, niestety, z bólem. Ze łzami.

Gdyby wszystko potoczyło się inaczej, szykowalibyśmy rodzinną i przyjacielską imprezkę. Oczywiście byłby torcik z jedną świeczką, którą potem miałaby nieudolnie oczywiście zdmuchnąć, pewnie z naszą, rodzicielską pomocą. Oczywiście szykowałabym tą grę, którą się serwuje wszystkim roczniakom, które ja przynajmniej znałam czyli naszykowało by się książkę, różaniec i coś tam jeszcze (spytałabym Mamy chociaż sama teraz nie pamiętam, co „wylosowałam” no, nie różaniec to raczej pewne), z których to przedmiotów nasza Córka miałaby wylosować któryś , co zapewne miało by Jej wróżyć, czym się będzie zajmowała w życiu…

Byłoby wszystko inaczej. Od rana dzwoniły by telefony i głównie kobiety znajome, przy okazji życzeń gratulowały by i mnie, bo wiadomo, nie ma dzieci bez rodziców itd. Od tygodnia nadciągałyby kartki z Życzeniami, które oczywiście małe łapy wymiędliłyby bezlitośnie a my zachowalibyśmy dla Niej na przyszłość jako pamiątkę tego, jak wiele osób cieszyło się z Jej obecności na świecie.

Pętla czasu zawinęła swoje koło. Znów jestem w 3 maja 2011, w którym byłam , jestem, trwam sobie dualistycznie czasowo od tego zeszłego roku i pewnie jednak już tak zostanie. Za dwie godziny i czterdzieści pięć minut minie równo rok jak Emilia pojawiła się na świecie, który jej nie chciał, który Ją odrzucił i który nie był dla Niej gościnny.

My pójdziemy na cmentarz. Zamiast zabawek, tak, tych ośmieszanych przez mądrych psychologów zabawek, które mają rozpieszczać nasze dzieci, kupimy Jej kwiaty, wymienimy wkłady w zniczach.

Emilka dostała jednak jedną kartkę Urodzinową. To wyszło trochę przypadkiem, ale o dziwo, okazuje się, że było dla nas miłym właśnie akcentem. To jedyne, co gdzieś tam pokazało łącznik z tym, co „miało być” …

„Ulica Paradis 588”. Reż. Henri Verneuil.

Znacie to uczucie, kiedy zmęczeni „jakością” tego, co leci na kanałach telewizji zaczynacie po nich „skakać”, trafiacie na fragment filmu i coś, nie wiecie dokładnie co konkretnie, powoduje, że każe się Wam na nim zatrzymać? Ja tak dziś miałam i gdyby nie to, że byłam zirytowana sieczką w państwowej i nie tylko, telewizji, która leciała, nie trafiłabym na jeden z najpiękniejszych i najlepszych, tak, nie waham się użyć tego słowa, filmów, jakie w życiu widziałam! Niech żyją te dobre przypadki, które owocują niespodziankami tego kalibru i takiej filmowej klasy.

„Ulica Paradis 588” to film, o którym powiem jedno, wrażliwcy koniecznie muszą zasadzić się na nim z pudełkiem chusteczek. Łzy i ogrom oczyszczającego wzruszenia- wpisane w seans. Wręcz nieodłączne. Ale to dobre wzruszenie. To właśnie takie wzruszenie, które przypomina, jaka powinna być rola kina (dla mnie przynajmniej). Jednak nie tylko ta rozrywkowa, chociaż czemu by nie, ale jak dla mnie przede wszystkim płynąca z serca, mówiąca coś ważnego o człowieku, o uczuciach, o nas samych poniekąd.

Film powstał w 1992 roku i wyreżyserował go reżyser ormiańskiego pochodzenia. 

W swojej filmowej opowieści na pewno reżyser zawarł swoje własne myśli, refleksje, swoje uczucia. To się po prostu czuje. To opowieść o mężczyźnie, który odniósł sukces. Pisze popularne sztuki, wystawiane na deskach całego świata. Jego rodzice to uchodźcy z Armenii, którzy mieszkają w Marsylii podczas gdy syn wraz z rodziną mieszka i odnosi sukcesy w Paryżu. 
Rodzice Pierre Zakara (pseudonim wymyślony przez żonę autora sztuk na potrzeby prężnego PR-u) to cisi, spokojni ludzie, którzy najwyraźniej wyszli z założenia, poniekąd słusznego, że dziecko chowa się nie dla siebie, że trzeba mu pozwolić realizować się i żyć własnym szczęściem. Nie wtrącają się więc i nie chcą mu wręcz przeszkadzać. Jednak w dniu premiery jednej z najważniejszych sztuk Pierra, do stolicy Francji obejrzeć ją przybywa ojciec bohatera. Jest tak dumny z syna!

Spotkanie niestety, nie do końca się udaje. Syn nie przyjmuje go w swojej rezydencji, a funduje luksusowy ale jednak hotel. Niepotrzebna zaś telefoniczna rozmowa w sumie doprowadzi do tragedii…

„Ulica Paradis 588” to piękny film o tym, jak ważna jest dla nas nasza przeszłość. To ona, wbrew temu, co możemy czy wręcz chcemy sądzić, determinuje nas i naszą przyszłość. Chociaż często tak bardzo chcielibyśmy o tym zapomnieć. 
To film o tym, że nasze korzenie są ważne. Jakiekolwiek by one nie były. I starając się o nich zapomnieć, ba, wręcz wyrwać je z naszego życia, czynimy największą szkodę niekoniecznie naszym przodkom, ale nam, tak, właśnie nam samym! 

To opowieść o tym, że możemy żyć w teraźniejszości pamiętając jednak o naszej tradycji i korzeniach. To także opowieść o bezmiarze rodzicielskiej miłości, która zawsze stanowi dla nas coś w rodzaju pancerza ochronnego, a z istnienia którego to pancerza tak wielu z nas dowiaduje się praktycznie dopiero po śmierci rodziców. To film o docieraniu do siebie samych, do sensu swojego życia w oparciu o naszą tradycję i naszych bliskich.

Jak wspomniałam wcześniej, seans niemożliwy bez solidnego wsparcia chusteczkowego, bo oczy będą mokre nie raz i nie dwa, ale nie szkodzi, jak też mówiłam, to wzruszenia z rodzaju tych dobrych, wartościowych, potrzebnych nam w naszym życiu.

I na koniec zapytanie, jest tyle genialnych, wspaniałych filmów jak ten, o którym pisze. Gdzie one są???????
Czy może któryś z kinomaniaków jeśli oczywiście zna ten film, o którym piszę, mógłby wesprzeć jakimiś tytułami podobnych wspaniałości? Które przeniosą mnie w świat wspomnień, refleksji, które sprawią, że zrozumiem dokładnie na czym polega właśnie „magia kina”.

O tym filmie wiele w internecie nie ma, na stronie filmwebu jest co nieco ale nie do końca solidnie napisane ale zawsze chociaż obsadę sprawdzić można. Przy okazji, w filmie zachwycają dwie wspaniałę role, Omara Sharifa w roli ojca bohatera i Claudii Cardinale w roli matki.

Ze szczerego serca polecam i myślę, że ci, którym w jakiś sposób uda się ten film zobaczyć, nie będą czuć się zawiedzeni.

Moja ocena, co chyba nie dziwi, 6 / 6. A może nawet 7 / 6.  

Update do wpisu: na kanale Zone Europa film ten będzie emitowany 25 maja a okazuje się, że jest on kontynuacją innego „Mayrig znaczy mama”, który będzie na tym samym kanale emitowany 6 maja.