…ktoś napisał w komentarzach na jutubie, że definicja miłości trafiona w dziesiątkę. Na pewno dla osób poniżej dwudziestki:) ale sama piosenka fajna, jakoś tak mimo wszystko pozytywnie nastraja (mimo tego, że pan z piosenki jednak poszedł sobie precz a pani okazała się chodzącą wredotą:).
pętla czasowa…
…jakaś taka dzisiaj miała miejsce. Niby dziesięć lat minęło a jakby nie minęło…
Znowu siedziałam na tej samej familijnej imprezce, za tydzień miałam mieć Ślub. Z tym, że skład trochę inny , kogoś już przy stole nie było, pojawiły się nowe osoby. Dobrze, że człowiek nie wie, co będzie w przyszłości, bo czasem lepiej nie wiedzieć, żeby nie oszaleć może. Lepiej jest żyć sobie w pewnej nieświadomości, w nadziei, że spotka nas tylko to, co dobre, bo dlaczego by właściwie nie móc sobie marzyć?
techniki szpiegowskie zawsze na czasie, telepatia…
…działa.
Techniki szpiegowskie jednak się przydają, nie ma to tamto.
Listy z Monoli piszemy słuszne. Od kilku lat je piszemy, żeby nie było. Znacie moje zdanie, że żaden email nie jest w stanie "wykosić" listu papierowego. Nie trzeba się z tym zgadzać, to moja opinia:) moja się nie zmieni. Listy piszę, odkąd pamiętam i tak już mam, że uwielbiam je i pisać i otrzymywać.
No więc, listy z Monoli piszemy słusznych rozmiarów. Tradycją rodzinną stało się już, że kiedy dostaję list od niej, to P. zawsze komentuje "dostałaś książkę":) Jakby nie było, na list słusznej objętości, odpisuje się równie słusznym listem. No i chyba z rok temu P. podsunął mi pomysł. To było wtedy, kiedy PP naraziła mi się już maksymalnie. P. mówi "co się będziesz stresować, przed zakopertowaniem sfotografuj ten list, jak nie dojdzie, będziesz mogła przynajmniej wysłać jego elektroniczną wersję". Jak tu Go nie kochać chociażby za ten świetny pomysł? Od tej pory dużokartkoworozmiarowe listy do Monoli są przeze mnie obfotografowywane, a jakże. Czuję się niemal jak jaka Mata Hari albo i inna Krystyna Skarbek, kiedy rozkładam starannie list na stole, robię pstryk, potem odwracam na drugą stronę, to samo i tak znowu z następną kartką. Jakbym niemal tajne materiały kopiowała albo i inne tam nie wiedzieć , co:)
Śmiałam się z tego do niedawna. Dopóki nie wyszło, że wysłany przeze mnie list do Monoli nie dotarł. A wysłałam w poniedziałek, ale nie ten miniony a ten półtora tygodnia temu.
Wyszło na to, że list zginął. Szkoda wielka, bo myśli i emocji akurat w niego napakowane było niesamowicie wiele. No, ale co robić. Zginął, trudno się mówi. Co więc zrobiłam? Wysłałam po raz pierwszy właśnie jego kopię elektroniczną. Jak ja wtedy P. dziękowałam za Jego pomysł.
No i akurat dzisiaj odpisując komuś na email poruszyłam ten temat. Że właśnie do jednej osoby pisząc list robię jego fotografie. Bo dużo do Niej piszę i nie powieli się przecież myśli, emocji danej chwili.
I tak po napisaniu tego zaczęłam myśleć o Monoli. I tak sobie myślałam o Niej i myślałam i …dostałam od Niej sms , że …dzisiaj jednak mój list dotarł;))
No i jak tu nie wierzyć w telepatię. Akurat z Monoli coś takiego nam się zdarza w obie strony nie po raz pierwszy, więc zdecydowanie utwierdza to moją wiarę w telepatię właśnie…
Birmingham, Magdeburg…
…odwiedziły w tym tygodniu moją skrzynkę.
Birmingham na kartce podesłała Maga-mara. Konkretnie, to na kartce jest Gas Street Basin. Ciekawe jest według mnie takie połączenie tego, co stare architektonicznie z tym, co nowe.
Dziękuję niezawodnej M-m za pamięć;)
Magdeburg a konkretnie Grune Zitadelle projektu jednego z moich ulubionych architektów, czyli Hundertwassera przysłała mi Obiezy_swiatka, która u siebie na blogu o budowli pisała o, tu;)
Nic na to nie poradzę, że mnie się te jego budowle podobają. Od razu mi się humor poprawia, jak na nie patrzę. Jeden z najulubieńszych papierów listowych mam (ale już niedługo, bo się kończy;( ) z motywem właśnie jego architektury, nabyty w Wiedniu jeszcze, cztery lata temu.
Spacerek podesłała mi płytę z soundrackiem z Vicki, Cristina, Barcelona i z czymś, o czym mam nie wspominać. Prawda, Spacer, że prawie mi się udało?:)
Dzięki dziewczyny;)
„Pocieszenie”. Anna Gavalda.

Wydana w Wydawnictwie Świat Książki, (2009). Tłumaczyła Magdalena Kamińska-Maurugeon.
Na wstępie, wielkie "dzięki" dla kogoś z wydawnictwa za praktycznie streszczenie treści książki na skrzydełku okładki. Brawo. Trzeba było wyjaśnić rzecz do końca (już i tak to właściwie zrobiono) to oszczędziłabym kasę na inną książkę ze ŚK. To naprawdę takie skomplikowane napisanie czegoś o książce w sposób nie zdradzający najważniejszych w niej momentów?
Jeśli więc chcecie przeczytać książkę na świeżo, bez sugerowania się niczym, nie czytajcie tego, co jest wydrukowane o niej na okładce.
Kolejna książka Anny Gavaldy na naszym rynku. Powiem tak. Mnie się spodobała, ale nie rzuciła na kolana. Jednak nie była lepsza od jej "Po prostu razem" za to o wiele, wiele, wiele lepsza od jej "Kochałem ją". Tak więc plasuje się ona według mnie gdzieś pośrodku.
Gavalda kojarzy mi się nieco (nieco) z Johanną Nilsson a to za sprawą tego, kogo czynią obie autorki bohaterami swoich książek. A są to najczęściej osoby, których życie nie układa się zawsze tak, jakby chciały. Czasem są to osoby, o których tak łatwo niektórzy mówią pogardliwie , że są to osoby z tych czy innych powodów "przegrane".
Temat dziwnie trafił do mnie jak na moje ostatnie nastroje. Bowiem w książce główny bohater dowiaduje się o śmierci osoby dawniej baaardzo mu bliskiej, z którą jego kontakty pod koniec jej życia rozluźniły się bardzo i czego on sam nie może sobie wytłumaczyć jak i potem odżałować.
Charles, to wzięty architekt, którego życie dla kogoś, kto patrzy na nie z boku, zdawać się może pasmem sukcesów. Wspaniała praca, w dodatku w zawodzie, który się kocha, piękna kobieta obok i dziecko, co prawda nie własne, ale praktycznie jak własne. Mieszkanie w dobrej dzielnicy Paryża. Hmmm, o la, la, chciało by się zawołać. Z tym, że oczywiście, w beczce miodu zawsze musi trafić się łyżka dziegciu. W przypadku Charles’a chyba odwróciły się w ostatnich latach proporcje owego przysłowiowego miodu i dziegciu.
W dodatku dociera do niego informacja o śmierci osoby niegdyś bardzo mu bliskiej, która po części ukształtowała go takim, jakim jest jako czterdziestosiedmiolatek.
Do zwykłych niepowodzeń dochodzi uczucie smutku i nagłe (nagłe?) poczucie niezrealizowania.
Troszeczkę zbyt lukrowane okażą się w trakcie lektury pewne rozwiązania, nieco zbyt wiele happy endów a na pewno rozwiązania, które teoretycznie powinny boleć, w końcowym rozliczeniu bolesne się nie okażą, co nie do końca dla mnie prawdziwą książkę uczyniły, ale generalnie czyta się ją dobrze. Na pewno mnie skłoniła do pewnych osobistych zadumek i refleksji, a już na pewno mogę powiedzieć, że autorka nie zostawia nas z poczuciem smutku i pokrzepia, pociesza (jak w tytule) na sam koniec. Może więc niezłą to proza na zimne, śnieżne jesienne wieczory, kiedy czasem dajemy się ponieść zbytniej melancholii?
no i co, fajniusia ta jesień?
…Wpis dedykowany wszystkim tym, którzy mi się tu zawsze nad jesienią rozpływają. To wiecie, co? Dziękuję za taką jesień i obrzydliwą breją walącą z nieba na skos przez łeb. Współczuję ludziom, którzy w sobotę mają mieć Ślub. Optymistką w obliczu takiej aury bym nie była.
Ohydna jest taka jesień. A to kto wie, może preludium do jeszcze bardziej ohydnej zimy. Coś w radio przed chwilą facet postraszył, że ma być zima stulecia, chociaż mam nadzieję, że to tylko takie krakanie na razie.
A tymczasem "rozkoszujmy się" zimnem, walącą w twarz breją śniegową i urokiem naszych ulic i chodników w taką aurę.
Z roku na rok gorzej znoszę jesień i zimę.
rety, jak mi jej brak…
…Edyto, pewnie nigdy nie trafisz na mój blog (bo i w jaki sposób?), ale wiedz jedno…okropnie mi brak Twoich piosenek. Szkoda, szkoda, że zniknęłaś ze sceny i nie tworzysz już dla nas. W zalewie ogólnej chały na polskiej scenie takie Osobowości jak Ty były świecące jak diament pośród nawet najlepiej wyszykowanych ale sztucznych kamieni…
To piosenki z mojej młodości durnej acz chmurnej…
i ty możesz zostać szpiegiem;)
No i wybraliśmy się. Wcześniej czytałam o tej wystawie na gazecie (niestety , link z artykułem, który pamiętam, nie działa, działa jedynie ten mniej mnie interesujący), potem słyszałam w radio (a może na odwrót?;).
W każdym razie dziś był ten dzień, kiedy korzystając z faktu, że padał nieprzyjazny deszcz, który zniechęcał do spacerów, wybraliśmy się do warszawskiego Muzeum Techniki na wystawę Tajemniczy Świat Techniki Szpiegowskiej. Patrząc, na kłębiące się tam tłumy, odnoszę wrażenie, że większość Polaków, to niezrealizowani szpiedzy;) a serio, wystawa SUPER.
Po wyjściu z niej poczułam, że nie jestem stuprocentową kobietą, bo nie mam w torebce ani szminki wyposażonej w ostrze ani moja torebka nie wyposażona jest w kamerę;)
Co do samej wystawy, to są to dwie części, jedna, to eksponaty dotyczące szpiegostwa, zebrane z różnych agencji wywiadu, takich jak CIA , czy KGB, ale nie tylko. Są tam też trzy interaktywne gry, które na pewno przypadną do gustu zwiedzającym. Ale również, w pewnej chwili należy odkryć, gdzie zamontowano kamerę, która nas filmuje. Wcale nie jest to takie oczywiste, a jeśli odkryliście to od razu, to może znak, że powinniście rozważyć zmianę swojej ścieżki kariery.
Druga część wystawy, to eksponaty związane z ekranizacją książek dotyczących najsłynniejszego szpiega Jej Królewskiej Mości.
Mnie jednak bardziej przypadła do gustu owa część z większą ilością eksponatów, dotycząca właśnie sposobów szpiegowania i ilości i możliwości wykorzystania rozmaitych okoliczności, przedmiotów itd. Również zwierząt, jak gołębi pocztowych. Gołąb spuszczony na spadochronie ubrany w wełniany sweterek , który to gołąb dostarczał informacji a potem sam wracał do nadawcy, to dopiero pomysł.
Oczywiście nie brak polskich akcentów, jak nazwiska naszych polskich matematyków, którzy złamali szyfr ENIGMY czy chociażby nasza polska szpieg, Krystyna Skarbek.
Wystawa ta jest czynna do końca listopada. Myślę, że (sądząc również po ilości odwiedzających) jest interesująca i jeśli nie macie pomysłu na to, co zrobić z deszczowym popołudniem, to może to być jeden z pomysłów na wykorzystanie go.
rozwalający emocje sen…
…niepotrzebnie wczoraj sięgnęłam do netu. Patrzyłam na stronę kogoś , kogoś dawno temu tak bliskiego. Teraz ta osoba ma swoją firmę , zupełnie nomen omen nie związaną z wykształceniem, co potwierdza, że dobrze jest czasem przekuć hobby w zawód. Na stronę sięgnęłam na czyjąś prośbę , sama na pewno nie chciałabym tego robić, ze względów właśnie na to, że wiem, że potem się to na mnie mści no i w nocy mi się to zemściło, bo miałam sen z gatunku rozwalających emocjonalnie. W tym śnie ciągle się znałyśmy. Utrzymywałyśmy kontakty. Obudziłam się nieszczęśliwa.Kiedyś, dawno , dawno temu, myślałam, że z osobami, które znam, będę znała się zawsze, aż do później starości. Że nasze dzieci (bo oczywiście byłam pewna, że też je będę miała) będą się znały. Naiwna, nie? Za dnia w głowie tłuką się myśli, w nocy jak widać, nie lepiej;(
znowu sentymentalnie…
…nic na to nie poradzę, że wzięło mnie na wspominki z dzieciństwa. Znowu jestem pewna, że moi rówieśnicy +/ – 3 lata , będą pamiętać, o co chodzi…
