„Pocieszenie”. Anna Gavalda.

Wydana w Wydawnictwie Świat Książki, (2009). Tłumaczyła Magdalena Kamińska-Maurugeon.

Na wstępie, wielkie "dzięki" dla kogoś z wydawnictwa za praktycznie streszczenie treści książki na skrzydełku okładki. Brawo. Trzeba było wyjaśnić rzecz do końca (już i tak to właściwie zrobiono) to oszczędziłabym kasę na inną książkę ze ŚK. To naprawdę takie skomplikowane napisanie czegoś o książce w sposób nie zdradzający najważniejszych w niej momentów?
Jeśli więc chcecie przeczytać książkę na świeżo, bez sugerowania się niczym, nie czytajcie tego, co jest wydrukowane o niej na okładce.

Kolejna książka Anny Gavaldy na naszym rynku. Powiem tak. Mnie się spodobała, ale nie rzuciła na kolana. Jednak nie była lepsza od jej "Po prostu razem" za to o wiele, wiele, wiele lepsza od jej "Kochałem ją". Tak więc plasuje się ona według mnie gdzieś pośrodku.

Gavalda kojarzy mi się nieco (nieco) z Johanną Nilsson a to za sprawą tego, kogo czynią obie autorki bohaterami swoich  książek. A są to najczęściej osoby, których życie nie układa się zawsze tak, jakby chciały. Czasem są to osoby, o których tak łatwo niektórzy mówią pogardliwie , że są to osoby z tych czy innych powodów "przegrane".

Temat dziwnie trafił do mnie jak na moje ostatnie nastroje. Bowiem w książce główny bohater dowiaduje się o śmierci osoby dawniej baaardzo mu bliskiej, z którą jego kontakty pod koniec jej życia rozluźniły się bardzo i czego on sam nie może sobie wytłumaczyć jak i potem odżałować.
Charles, to wzięty architekt, którego życie dla kogoś, kto patrzy na nie z boku, zdawać się może pasmem sukcesów. Wspaniała praca, w dodatku w zawodzie, który się kocha, piękna kobieta obok i dziecko, co prawda nie własne, ale praktycznie jak własne. Mieszkanie w dobrej dzielnicy Paryża. Hmmm, o la, la, chciało by się zawołać. Z tym, że oczywiście, w beczce miodu zawsze musi trafić się łyżka dziegciu. W przypadku Charles’a chyba odwróciły się w ostatnich latach proporcje owego przysłowiowego miodu i dziegciu.

W dodatku dociera do niego informacja o śmierci osoby niegdyś bardzo mu bliskiej, która po części ukształtowała go takim, jakim jest jako czterdziestosiedmiolatek.

Do zwykłych niepowodzeń dochodzi uczucie smutku i nagłe (nagłe?) poczucie niezrealizowania.

Troszeczkę zbyt lukrowane okażą się w trakcie lektury pewne rozwiązania, nieco zbyt wiele happy endów a na pewno rozwiązania, które teoretycznie powinny boleć, w końcowym rozliczeniu bolesne się nie okażą, co nie do końca dla mnie prawdziwą książkę uczyniły, ale generalnie czyta się ją dobrze. Na pewno mnie skłoniła do pewnych osobistych zadumek i refleksji, a już na pewno mogę powiedzieć, że autorka nie zostawia nas z poczuciem smutku i pokrzepia, pociesza (jak w tytule) na sam koniec. Może więc niezłą to proza na zimne, śnieżne jesienne wieczory, kiedy czasem dajemy się ponieść zbytniej melancholii?

no i co, fajniusia ta jesień?

…Wpis dedykowany wszystkim tym, którzy mi się tu zawsze nad jesienią rozpływają. To wiecie, co? Dziękuję za taką jesień i obrzydliwą breją walącą z nieba na skos przez łeb. Współczuję ludziom, którzy w sobotę mają mieć Ślub. Optymistką w obliczu takiej aury bym nie była.
Ohydna jest taka jesień. A to kto wie, może preludium do jeszcze bardziej ohydnej zimy. Coś w radio przed chwilą facet postraszył, że ma być zima stulecia, chociaż mam nadzieję, że to tylko takie krakanie na razie.
A tymczasem "rozkoszujmy się" zimnem, walącą w twarz breją śniegową i urokiem naszych ulic i chodników w taką aurę.
Z roku na rok gorzej znoszę jesień i zimę.