bardzo żałuję, że nie zapisałam wczoraj na blogu…

…mojego snu o rozmowach z panią Barackową. Bo taki miałam. Po obudzeniu śmiałam się okropnie, bo skąd taki sen? Teraz już wiem. (Nawiasem mówiąc, jakby ktoś był ciekawy, pani Barackowa w moim śnie była bardzo sympatyczną babką bez cienia zadęcia i tego "co to ja nie jestem" a rozprawiałyśmy haha na tematy lingwistyczne, z tym, że teraz już nie do końca wiem, o co konkretnie chodziło). No i bach, dzisiaj Pokojowa Nagroda Nobla dla Baracka Obamy. Ktoś może mi wyjaśnić, za co? Bo przeca nie za ubicie muchy;) Szczerze? Nie wiem, o co kaman z tymi nagrodami. Nie bardzo rozumiem, dlaczego akurat on został nagrodzony.
No, ale , od pewnego czasu Literacka Nagroda Nobla i ta Pokojowa jest li i jedynie według mnie nominowana jakimś nieznanym mi kluczem politycznym.
I tyle.

„Podróż Enrique”. Sonia Nazario.

Wydana w Wydawnictwie Replika, (2009). Tłumaczenie Anna Kłosiewicz.


Dawno , dawno temu, pewna mama nie miała za co wykarmić swoich dzieci. Ruszyła więc za rzeki i morza dalekie, aby w innym kraju zarobić na jedzenie i przede wszystkim wykształcenie swoich dzieci. Dzieci jednak tęskniły za swoją mamusią i w końcu syn postanowił ruszyć za góry , morza  i rzeki aby ją odnaleźć. Ruszył a po drodze zmagał się z piratami, niedobrymi dżinami i wojownikami. Jednak udało mu się ich wszystkich pokonać i w końcu dotarł do swojej mamusi i żyli razem długo i szczęśliwie.

Niestety, takie historie dzieją się jedynie w bajkach. W życiu nie jest już tak kolorowo i niestety, nie ma tylu happy endów a jak każdy z nas wie, ci , którzy najbardziej na happy endy zasługują często muszą obejść się ich smakiem.

Po rozweselającej książce o gotowaniu nadszedł czas na lekturę poważniejszą, poruszającą i dającą do myślenia.

Oto bowiem autorka i dziennikarka Sonia Nazario w swojej książce "Podróż Enrique" przedstawia świat nie do końca taki, jaki byśmy chcieli widzieć. To świat biedy i nędzy krajów Ameryki Środkowej takich jak ojczyzna bohatera przedstawionego w książce, pochodzącego z Hondurasu Enrique.
Bieda, nędza, załamanie instytucji rodziny, to wszystko sprawia, że pozostające z gromadką dzieci młodziutkie jeszcze same często prawie dzieci, matki , decydują się na opuszczenie ojczyzny i wyruszenie do Stanów Zjednoczonych w poszukiwaniu pracy , oczywiście, nielegalnej, za to umożliwiającej zapewnienia wyżywienia i wykształcenia dzieciom, które pozostawione zostają pod opieką bliższych lub dalszych członków ich rodzin.
Z tym, że to rozstanie nie trwa rok, dwa a często jest na zawsze, o czym same one często wyruszając , nie wiedzą a może i zdają sobie z tego faktu sprawę, jednak nie chcą dopuścić takiej myśli do swoich głów, aby nie zwariować. Bo cóż bardziej strasznego dla matki, niż zostawienie swoich dzieci , opuszczenie ich, nawet w imię tego, że wierzy się, że dzięki temu te dzieci nie będą żyć w nędzy, w jakiej im samym żyć przyszło.

Co roku te zostawione dzieci pełne tęsknoty i miłości za matkami, których często nie widziały lat dziesięć wyruszają ze swoich krajów do Stanów. A droga ta jest jedną z najbardziej niebezpiecznych wypraw, jakich można się podjąć. To oczywiście nielegalna podróż, najczęściej na dachach pociągów wiozących najrozmaitsze towary. Podróż, która trwa miesiącami, ale nie czas jej jest największym wrogiem. Nie zimno, brud czy towarzyszący jej głód, nie niebezpieczeństwo przygniecenia przez wykolejony pociąg czy możliwość śmierci pod jego kołami a niebezpieczeństwo ze strony ludzi, czy to bandytów czy skorumpowanych włodarzy czy mieszkańców na przykład jednego z najbardziej niebezpiecznych stanów Meksyku, czyli Chiapas.

Autorka odnalazła już w Stanach jednego z tych, którym udało się dotrzeć do matki w Stanach. Sama odbyła częściowo zrekonstruowaną podróż jego właśnie śladami, w czasie której sądzę, że zmieniło się jej spojrzenie na świat raz na zawsze. Bo nie da się takiej podróży przebyć i pozostać tym samym człowiekiem. Jej i tak groziło, nie ukrywajmy, o wiele mniej niebezpieczeństw, niż dzieciom czy młodzieży, która narażona jest na przemoc, gwałt czy wręcz utratę życia.

"Podróż Enrique" to książka, która porusza wiele tematów, nad którymi warto się zastanowić. Nad samym smutnym faktem biedy i nędzy, która pcha ludzi do tego aby opuścić najbliższych i ruszyć w niepewną drogę nielegalnej emigracji. Nad tym, jak praktycznie niszczy to rodziny i jakie spustoszenie czyni w emocjach pozostawionych dzieci, które często mają do końca życia pretensje do własnych rodziców, że ich zostawili. I nie zmieni tego faktu to, że mogli się uczyć dłużej, niż ich rówieśnicy czy mieli się w co ubrać.
Pozostaje też kwestia przerażającej skali przestępstw i agresji w stosunku do owych podróżujących emigrantów ze strony niektórych Meksykanów, którzy też przecież często usiłują dostać się do Stanów, również, przypomnijmy, nielegalnie.

Na szczęście, przedstawiła ona także ludzi, którzy emigrantom pomagają czy to na miejscu, w Kościołach, lub po prostu na zasadzie "skrzyknięcia się" i dostarczeniu im odzieży , jedzenia, pomocy w wypadkach przemocy czy sytuacjach, kiedy muszą uzyskać pomoc medyczną. Taki "dobry" stan Meksyku, w którym ludzie zdają się być serdeczniejsi i bardziej wyrozumiali, to Oaxaca. Tam nawet władze starają się w jakiś sposób im pomóc.

Na koniec, problem występujący po tym, jak niektórym , tym, którzy nie zginęli, nie zostali zamordowani i nie zostali cofnięci do kraju, z którego wyruszyli, udaje się wreszcie dotrzeć do Stanów do matek. Otóż, niestety, po pierwszych radościach i szczęściu, że oto jest się z ukochaną mamą, nadchodzi czas gniewu, pretensji, żalu do niej, że swego czasu zostawiła dziecko lub dzieci same, mimo, że pod opieką rodziny. Żal jest tym większy, że spora część owych kobiet w Stanach rodzi kolejne dzieci a dla tych, które matki odszukały to kolejny dowód zdrady i opuszczenia. Matki mają żal do dzieci, że to obwiniają je o opuszczenie , podczas kiedy one w Stanach zaharowywały się aby posłać co miesiąc gotówkę umożliwiającą przeżycie w ich ojczyznach. Dzieciaki zaś, często z masą problemów typu narkomania, o innych nie wspomnę, nie są w stanie często do końca tego pojąć.
Tak, jak było to w przypadku Enrique, który nie żył ze swoją odnalezioną matką w największej zgodzie.
I co mnie zszokowało na samym końcu książki to niestety, fakt powielenia przez niego i jego dziewczynę, dokładnie tego samego schematu. A więc sam wpadł w to błędne koło być może nawet nie uświadamiając sobie tego do końca.

Książka to niełatwa, bo otwiera oczy na coś, czego nie chce się wiedzieć, lepiej jest udawać, że takich rzeczy na świecie nie ma, jednak oczywiście, to tylko błędne myślenie. Lepiej było by zastanowić się nad tym, czy jest jakakolwiek szansa na poprawę tej sytuacji chociażby poprzez programy rządowe danych krajów stwarzających miejsca pracy.
Ale, o czym ja mówię, w końcu przecież i my mamy swoje grzeszki, czyli Eurosieroty. I czy jest wielka różnica w tym, że matka nie jedzie do Stanów a na Wyspy? Spustoszenie, jakie pozostawienie dzieci samym sobie czyni w ich głowach, emocjach, relacjach z innymi i światem jest przecież takie samo. I problemy, jakie są z tymi dziećmi praktycznie są takie same jak z tymi z krajów Ameryki Środkowej.

Osobom, które mają chęć na lekturę do przemyślenia, z refleksjami, jakie można po niej wysnuć, lekturę poruszającą ogromnie-polecam.