„Julie&Julia. Rok niebezpiecznego gotowania”. Julie Powell.

Wydana w Wydawnictwie Świat Książki (2009).

O rety, daaaaawno nie poczułam z kimś takiej "więzi" pomimo to, że się z tą osobą kompletnie, ale to kompletnie nie znam i nie ma raczej szans na to, abyśmy się poznały. Mimo, że tak naprawdę łączy nas niewiele (dłuższy staż małżeński niż rok, brak dzieci, i blogowanie) to wyczułam w tej babce zdecydowanie bratnią duszę.

Oj, jak ja lubię ludzi, którzy nie pozują na chodzące ideały. Ideały? kto to taki? Tacy ludzie nie istnieją. Tiaaa…przemawia przeze mnie zazdrość zapewne bowiem dlatego, że ja obok pojęcia "ideał" nawet nie stałam. Pewnie dlatego mam wrodzoną alergię na ideały właśnie i bliżej mi do pokręconych , dziwnych i nieokreślonych. Bliżej mi do ludzi, którzy nagle wpadają na przedziwne (dla innych, tych idealnych i uporządkowanych;) pomysły, które właśnie większość ludzi kwituje pogardliwym prychnięciem bądź wręcz jawnym pukaniem się w czoło.
Bo taka właśnie z książki jawi się sama autorka. Autorka, której "kariera" co było dla mnie dodatkowym atutem tej książki , rozpoczęła się od prowadzenia bloga.

Być może wasze życie to nieustające pasmo sukcesów i radości. Życie autorki jednak takie nie było. Owszem, jest w udanym małżeństwie z chłopakiem jeszcze z liceum, ma pracę, ale…no właśnie. Jej praca jej nie satysfakcjonuje. Do tego stopnia, że pewnego dnia Julie zdaje sobie sprawę, że jeśli nie podejmie jakichś zmian w swoim życiu, to popadnie w jakiś nieodwracalny stan , nie wiem, szaleństwa bądź depresji. Nie ukrywajmy, że na jej samopoczucie ma wpływ również niezbyt pomyślna rozmowa w gabinecie ginekologicznym.
I właśnie, jej pomysł na zmiany, na coś, co ma wpłynąć na jej życie, nie jest sztampowy. Nie, nie zmienia pracy na bardziej satysfakcjonującą, nie wybiera się na religijną, duchową wyprawę, która zmieni jej życie, nie zmienia partnera życiowego, ani nie staje się chodzącym serduszkiem na dłoni, które zmieni świat na lepszy.
Nie. Ona postanawia zrobić projekt Julie and Julia. Inspirowana książką sławy kulinarnej Julii Child pod tytułem "Doskonalenie francuskiej sztuki kulinarnej" postanawia w rok wypróbować zawarte w tej książce 524 przepisy. Nie pytajcie dlaczego tak i dlaczego Julie narzuciła sobie tak ostry kulinarny reżim do tego stopnia, że często gotuje wymordowana dniem pracy dosłownie po nocy. Najważniejsze jest, że to "jej" pomysł i że ona się w tym szaleństwie kulinarnym odnajduje. I najważniejsze, że jej mąż Eric mocno ją w tym wspiera. Ale nie tylko mąż, również jej psiapsiółki, z którymi nie raz i nie dwa można spokojnie wypalić paczkę fajek, wypić wódkę i poczuć się swobodnie.
Ostatnio mam farta do czytania książek, których akcja dzieje się w Nowym Jorku. Pierwsza, to podesłana przez Spacerka, "Kolacja z Anną Kareniną" a druga to ta właśnie. Nowy Jork, miejsce jednego z moich ulubionych seriali ("Sex w wielkim mieście") tu jest powiedzmy nieco obok, ale i tak miło było o niej poczytać.


Drugi przemiły aspekt tej książki, to blogowanie. Blog , który zakłada autorka wymyślając swój projekt "Julie and Julia" ku jej zdziwieniu zaczyna "żyć" swoim życiem. To uczucie przyjemnego zdumienia znają wszyscy ci, którzy kiedyś zaczynali blogowanie. Ten ekscytujący moment, w którym nagle odkrywasz nowy komentarz do swojego wpisu i nie jest to wpis nikogo z rodziny, kto zna adres Twojego blogu. Ha! Dla osób blogujących, nie ukrywajmy, miło jest , kiedy liczba gości się powiększa i tak dzieje się w przypadku bloga Julie Powell. Polecam adres jej pierwszego i drugiego dziennika internetowego. Dla mnie plusem jest, że Julie nie udaje nikogo innego, niż jest. Ja lubię taką szczerość w czyichś zapiskach. Lubi sobie zakląć, kiedy coś ją zdenerwuje i napić się drinka z przyjaciółkami.

Na koniec trochę smaczków, ja skupiłam się głównie na tych dotyczących blogowania. Ze zrozumiałych, dla tych, którzy mnie znają , względów.

"Obecnie każdy, kto posiada kupiony w supermarkecie laptop i dostęp do internetu może wydać swój wrzask barbarzyński na dowolny temat. Ale niespodzianka polega na tym, że na każdą osobę, która ma coś do powiedzenia, przypada co najmniej kilka, które to interesuje. I czasem nawet nie jest to rodzina". (str. 103).

"(…) (bo zaczęłam czuć, że ci czytelnicy bloga mnie potrzebują, choć nie miałam na razie na to dowodów), (…). str. 131.

Na sam koniec. Świetną robotę zrobiła tu tłumaczka Maciejka Mazan, która według mnie właśnie "zrobiła" tę książkę.

Mnie się podobała ogromnie i polecam spragnionych nietypowej "babskiej" literatury.

Artykuł o Julii Child.