I po raz kolejny wesprę się recenzją innej blogowiczki, czyli w tym przypadku Ekolozkii, dzięki której zresztą mogłam obejrzeć ten film (za co ponownie dziękuję). Czyli- ja znowu polecam Wam przeczytanie jej recenzji a sama skupię się na tym, co mnie osobiście w tym filmie poruszyło.
Tak, Ekolozkaa ma rację, to film o niczym innym, jak o usiłowaniu pogodzenia się ze stratami. Z tym, że stratami najbardziej bolesnymi w życiu człowieka, bo stratami osób, które się kochało. I których kochać się nie przestało. Bardzo wzruszający to film, bardzo prawdziwy. Prawdziwy w tej jednej konkretnej prawdzie. Śmierć nie urywa miłości. Uczucie trwa nawet po tym, kiedy jedna z osób nie jest już na tym świecie. Uczucie miłości, tęsknoty trwać może latami. Niektórzy dają sobie z tym radę, inni tkwią w tym smutku, tęsknocie latami.
Dla mnie to film niezwykle ważny, bo "opowiedział" mi historię , którą znam "obok", od paru osób…niektórych bardzo mi bliskich. I niby to wszystko wiem, bo widzę sama, że śmierć ich bliskich nie przerwała ich miłości do nich, ale może jakoś łatwiej mi jest to odbierać…nie, nie umiem sprecyzować swoich własnych odczuć na ten temat. Po prostu, to mądry film o miłości i stratach. O odzyskiwaniu, chociażby wspomnień. O życiu.
