„Dziewiętnaście minut”. Jodi Picoult.

"W dziewiętnaście minut można skosić frontowy trawnik, ufarbować włosy, obejrzeć tercję meczu hokejowego. (…) W ciągu dziewiętnastu minut można się doczekać dostawy zamówionej pizzy. Przeczytać dziecku bajkę lub wymienić olej w aucie. (…) W dziewiętnaście minut można wstrzymać świat lub ewakuować się z niego na zawsze.
Dziewiętnaście minut-tyle wystarczy, żeby dopełnić zemsty".

Tak rozpoczyna się kolejna na naszym rynku książka jednej z ulubionych moich ostatnio autorek Jodi Picoult, wydana w Wydawnictwie "Prószyński i S-ka" (2009). I powiem, a raczej napiszę tak, panie i panowie, rewelacja. Najwyraźniej poprzednia książka Picoult, którą zjechałam o, w tej recenzji to był "wypadek przy pracy".
W "Dziewiętnastu minutach" Picoult zdecydowanie powraca do swojej formy i do tego, do czego przyzwyczaiła nas, wiernych jej czytelników, a mianowicie do brania na karty swoich książek tematów kontrowersyjnych, ale nie robienia z nich sensacji a wywracania ich na drugą stronę i ukazywania tym samym, iż nic nie jest czarno-białe, jak nam się może wydawać. Owszem, ktoś może zarzucić , że to nic nadzwyczajnego, co za wyczyn, wręcz chyba nie jest to nic niezwykłego, ale według mnie Picoult w swoich książkach dokonuje czegoś niewiarygodnego. A mianowicie powoduje, że to co wydaje się dość oczywiste, nagle nim przestaje być, a my zaczynamy zmieniać swoją opinię na pewne sprawy a nawet jeśli nie zmieniamy jej, to zaczynamy rozumieć, dlaczego ktoś może na świat patrzeć w ten czy inny sposób.
Podoba mi się bardzo fakt, że autorka sięga po tematy kontrowersyjne, często wręcz, jak napisałam pobrzmiewające sensacją i nie dość,że sensacji tematy te pozbawia, to w dodatku ukazuje nam jakby ich drugie dno, pozwala zerknąć na problem nieco jak w kalejdoskop, w którym obrazek zmienia się w zależności od tego, jak przekręcimy zabawkę i jak ułożą się w nim kolorowe szkiełka.

Ten długi wstęp miał na zadaniu wyrazić moją satysfakcję po lekturze i radość, że w tej książce autorka wróciła do swojej dawnej formy.

Kiedy rodzi się dziecko, i nie mamy do czynienia z rodziną zaburzoną czy patologiczną, na ogół logicznym jest, że rodzice cieszą się ze swojego nowo narodzonego dziecka, nawet jeśli początkowo, szczególnie przy pierwszym dziecku, sytuacja jest dla nich całkowicie nowa i niezwykła, mało tego, wywraca dotychczasowe życie do góry nogami.
Matka bierze na ręce tego małego nowego człowieka i zaczyna się snucie przyszłości. Oczywiście, ten człowiek będzie nadzwyczajny, osiągnie w swoim życiu wszystko to, czego jej samej nie udało się osiągnąć. zostanie wspaniale wykształcony, bo oczywiście będzie geniuszem, jakżeby inaczej, skończy prestiżowe studia, szczeble kariery będzie pokonywać wprawnie  jak kozica na skałach. Każdy wie, że to dziecko wyrośnie na rewelacyjnego człowieka. Nie ma innej opcji.
Przyznajmy się, nikt, to logiczne, nie bierze pod uwagę, że jego dziecko będzie nieinteligentne, nudne, że nie osiągnie żadnych sukcesów czy co gorsza, że pewnego rozpocznie dzień szkolny od zabrania ze sobą plecaka wypełnionego bronią , a następnie wejdzie do swojej szkoły, gdzie zacznie strzelać do uczniów, jak do kaczek.

"Dziewiętnaście minut" to książka wielowarstwowa. Autorce udało się bowiem poruszyć w niej kilka ważnych problemów, takich jak fakt przemocy w szkole wobec słabszych jednostek a także problemów rodzicielskich.

Bohaterów mamy tu kilku, ale głównym jest Peter, wokół którego kręci się akcja. To on zastrzeli swoich kolegów a część z nich uczyni na zawsze kalekami.
I tak naprawdę pewnego dnia zawali się na zawsze świat jego samego, jego rodziny ale również rodziny jego dawnej przyjaciółki, Josie, jak również zachwiany zostanie dotychczasowy porządek małej amerykańskiej prowincjonalnej mieściny, w której dojdzie do masakry w liceum.

Kiedy to wszystko się zaczęło, będzie potem zastanawiać się jego matka. I z biegiem czasu dowie się, że to, co podziwiała w swoim synu, Peterze, jego wrażliwość, wręcz nadwrażliwość, mądrość, delikatność, stała się dla niego samego przekleństwem, które doprowadziło go do stanu załamania i do popełnienia w rezultacie zbrodni.
Jak sam Peter opowie podczas rozprawy, zaczęło się w pierwszym dniu przedszkola, na które tak się cieszył ten miły pięciolatek. Kiedy wraz ze starszym bratem wdrapał się do szkolnego autobusu, trzymając dumnie śliczny prezent od mamy, pudełko na lunch z wizerunkiem jego ukochanego bohatera, Supermana. Pudełko, które dosłownie chwilę potem zostanie wyszarpnięte przez jakiegoś starszego chłopaka i wysłane przez okno na asfalt ku roztrzaskaniu. Czy to już wtedy coś roztrzaskało się w psychice tego małego człowieka? Szczególnie, że dorosły obserwujący zdarzenie, nie zainterweniował. I tak zaczęło się dziać w życiu małego Petera. Nauczyciele nawet zauważali problem, dziecko było męczone, dokuczano mu, ale właściwie najlepszą radą, jaką mieli pedagodzy dla zrozpaczonej matki Petera, była rada, że dziecko powinno dać sobie radę samo i może nie kłaść uszu po sobie a stawić czoła prześladowcom. Prześladowcom, którzy, jak to ma miejsce na amerykańskiej prowincji, rośli wraz z nim i niestety, nie miał szansy się z nimi rozstać aż do końca licealnej edukacji, bowiem tych samych ludzi, którzy uczęszczali z nim do przedszkola spotkał potem w podstawówce, gimnazjum i liceum właśnie. I którzy stworzyli mu piekło na ziemi. Piekło, które bolało, ale dało się znieść póki była przy nim jego najlepsza przyjaciółka Josie. Ale która, pewnego dnia, niestety, zostawiła Petera samego sobie, jako, że odkryła prawidłowość, w świecie szkoły istniejesz tylko wtedy, kiedy jesteś popularny i należysz do tak zwanej szkolnej elity.

"Dziewiętnaście minut" to rewelacyjny według mnie oczywiście, obrazek klasy średniej mieszkającej na typowym przedmieściu. Środowiska, które przymyka oczy na pewne grzeszki, w imię tego samego, czym tłumaczono molestowanie 14 letniej Ani, która powiesiła się na skakance pod Gdańskiem parę lat temu. Ot, dzieciaczki, dorastają, muszą się wyszumieć, ot, takie niewinne żarciki im w głowie. Jednak owe "żarciki" prowadzą bardzo często do tragedii. Tylko, że wszystko zależy od konstrukcji psychicznej dorastającego człowieka. Jeden złamie w końcu prześladowcy szczękę czy nos, inny popełni samobójstwo wieszając się na skakance a ktoś inny wystrzela prześladowców, jak polujący myśliwy kaczki.

Podobało mi się, że Picoult w swojej książce nie broni Petera, nie stawia go za wzór ale pochyla się nad nim z matczyną wręcz czułością, jak i nad tysiącami innych maltretowanymi w szkole i prześladowanymi przez rówieśników. Autorka chce nam uświadomić jedno. "Każdy jest czyimś synem (…), a także każdy z ludzi, nawet najgorszy bandyta, być może był kiedyś przez kogoś kochany. Nie każdy rodzi się z góry z założeniem, że wymorduje część szkoły, i nie każdy ma zbrodnię wypisaną na twarzy. Niektórzy z nich są kochani przez rodziców, ale niestety, następuje jakiś rozpad rodziny , który prowadzi do tego,że rodzice tracą kontakt z własnymi dziećmi. I to nieodwracalnie. Oczywiście, łatwo jest krytykować, ale odpowiedzmy sobie szczerze na pytanie, czy tak faktycznie nie jest, że często kontakt dzieci z rodzicami ma miejsce jedynie na zasadzie pytań "co byś zjadł?" albo "jak było w szkole?", nawet jeśli obie strony czują, że coś jest nie tak, to puszczona w ruch lawina niedomówień, nieporozumień i wzajemnych pretensji prowadzi często do tragedii.


Mogłabym pisać i pisać o tej książce, bo muszę się przyznać, że zrobiła na mnie wielkie wrażenie. Przyznaję się też, że ostatnie strony czytałam roniąc łzy. Nad tymi wszystkimi, którzy pogubili się w relacjach zarówno ze światem, jak i najbliższymi, nad tymi, którzy poczuli się tak wyobcowani, że aż boli. Nad rodzicami, którzy w taki właśnie sposób stracili kontakt z własnymi dziećmi, które przecież te naście lat wstecz miały stać się najlepszymi i najmądrzejszymi, nad rodzicami, którzy może dobrze, że trzymając wtedy w rękach uśmiechniętego noworodka nie wiedzieli, co ich jeszcze czeka w przyszłości.

Na koniec tej przydługiej recenzji, tradycyjnie kilka cytatów:

"Zapytajcie pierwszego lepszego z brzegu dzieciaka, czy chce należeć do szkolnej elity, a powie, że nigdy w życiu, chociaż tak naprawdę, gdyby umierał z pragnienia na pustyni i dostał do wyboru: szklankę wody lub natychmiastową popularność -najprawdopodobniej wybrałby to drugie".

"Można mieć poczucie, że się tonie, nawet jeśli w zasięgu wzroku nie ma skrawka wody, prawda?".

"Więzienie w gruncie rzeczy niewiele różniło się od publiczej szkoły".

"Kiedy matka patrzy dziecku w oczy (…) widzi potencjał potrzeby do spełnienia jej najskrytszych marzeń…a nie ziszczenia się najgorszych możliwych koszmarów".

wczoraj miałam wieczorem ból głowy…

…wzięłam nawet procha, ale w sumie prawie do położenia się spać głowa jednak nie dawała spokoju…ćmiło. Może dlatego przyśnił mi się niedobry sen z pewną kiedyś dość ważną znajomą w roli głównej. W tym śnie osoba ta, pozująca na słodką i milusią, wbijała mi szpile raz za razem, wykorzystywała moje poczucie smutku i generalnie obudziłam się jak po najgorszym koszmarze;(
swoją drogą, rzadko śnią mi się dawni znajomi, ale tylko jedna z nich, przyjaciółka z czasów licealnych , jest w tych snach dla mnie miła i serdeczna…dwa lata temu chodząc po ulicach Monachium czy podróżując metrem, miałam jakąś bezsensowną nadzieję na to, że natkniemy się na siebie…

upodobania smakowo muzyczne;)

Kanarek, nie ma to tamto, ma swoje gusta i upodobania. Ciągle nie chce jabłka. Wzgardził marchwią i kiełkami i ogórkiem (za ogórkiem szalały moje kanarki poprzednie tak samo, jak za jabłkiem). Na forum, na szczęście pocieszono mnie, że powinno mu minąć, po prostu prawdopodobnie jednak nie był karmiony smakołykami. Mam nadzieję, że się skusi, bo to mu naprawdę uprzyjemni menu.
Natomiast testuję na nim jego upodobania muzyczne. Jak już pisałam, słuchał już majowego koncertu słowika i początkowo ochoczo go zaśpiewywał. Jednak od dwóch dni słowik stanowi raczej kompana do ćwierkania niż do śpiewania w duecie. Moja Mama stwierdziła, że po prostu przyzwyczaił się do nowego kolegi, nie traktuje w kategorii rywala i stąd to poćwierkiwanie. Kto wie. Puściłam mu więc płytę dodaną do książki Kruszewicza otrzymanej na Gwiazdkę, "Ptaki Polski" i to mu się podoba. Odgłosy są różne różniste. Chyba faktycznie przywykł do słowika, bo słowika zignorował, za to chętnie zagłuszał gęgawę czy skowronka. Mam nadzieję, że odgłosy innych ptaków poprawiają mu nastrój:)

„Aranżowane małżeństwa”. Chitra Banerjee Divakaruni.

Raz na jakiś czas czytam książkę autorki pochodzącej z Indii i na ogół kończy się to podobną refleksją, życie kobiet z Indii nie jest łatwe. A zaraz potem przychodzi niechciana uwaga, ale czy tylko tych z Indii?
Wydana w Wydawnictwie Zysk i S-ka (2008) książka "Aranżowane małżeństwa", to zbiór opowiadań, o których swego czasu pisała u siebie na blogu Zosik. Wiem, ze niektórzy nie lubią opowiadań, ja akurat odwrotnie, nic do opowiadań nie mam, wręcz lubię raz na jakiś czas poczytać sobie taką krótszą formę literacką.
Opowiadania te to rozmaite historie kobiet. Kobiet urodzonych w Indiach i albo tam żyjących albo żyjących w Stanach, dokąd trafiły na ogół za mężami za sprawą aranżowanych małżeństw (chociaż niektóre z nich do Ameryki trafiły w celu kształcenia się).
Historie snute na kartach książki, to historie opowiadane prawie zawsze przez kobiety, narrator w pierwszej osobie wzmaga poczucie tego, iż bierzemy udział w typowo kobiecym spotkaniu, na którym słyszymy historie mniej lub bardziej zwykłe. Historie nieszczęśliwych związków, związków, które zdają się być udane chociaż zostały zaaranżowane przez rodziny państwa młodych, historie kobiet bezdzietnych, które o dzieciach marzą i tych, które mają dzieci i mężów a jakby wciąż czegoś im było brak.
Podczas lektury wynotowałam sobie kilka spostrzeżeń dotyczących tego, jak w opowiadaniach Divakaruni zostały przedstawione kobiety. A zostały one przedstawione często nie tylko w roli wspierających się kuzynek czy sióstr, ale rywalek, które wciąż odczuwają zagrożenie ze strony innych kobiet. Mimo tego, że spora część z przedstawionych kobiet zdobyła bardzo dobre wykształcenie, w swoich związkach z mężczyznami, szczególnie kiedy są to małżonkowie również pochodzący z Indii, kobiety nie czują się równorzędnymi partnerkami swoich mężów.
Spora część z nich odczuwa brzemię własnej kultury. I nie jest to zawsze przyjemność, owa świadomość tego, skąd pochodzą, co je ukształtowało. Ich kultura to nie tylko barwne i piękne sari, pachnące nieziemsko przyprawami cudowne potrawy wprost rozpływające się w ustach. To także świadomość tego, że w związku małżeńskim nie ma pojęcia miłości. Może być zgranie się, przywiązanie po latach, ale uczucia jakby brak. To również świadomość zależności w wielu sprawach od mężów i również fakt, że kiedy przyjdzie do konfrontacji nawet własna matka stanie po stronie mężczyzny tylko dlatego, że tak jest od wieków, bo tak ukształtowała ją ich kultura.
"Aranżowane małżeństwa" to opowieści także jednak podnoszące na duchu, bo w wielu przypadkach to opowieści o chęci zmian tego, co uwiera w życiu danej kobiety, to historie podniesienia się z upadku, nawet kosztem pewnych wyrzeczeń, to wreszcie opowieści o tym, jak wiele dać może przyjaźń z inną kobietą, szczególnie, kiedy w życiu nadchodzą te gorsze dni.
Polecam, jako, że podobały mi się te opowiadania bardzo.

nowy lokator…


…od piątku mieszka z nami nowy lokator, kanarek  (gloster wyrośnięty jak się jednak okazało). To mój trzeci a P. drugi kanarek. Mój pierwszy mały przyjaciel przeżył 15 lat, w tym większość mojego dzieciństwa i po jego śmierci płakałam długo. Długo potem słyszałyśmy z Mamą trzepot jego skrzydełek albo nawet popiskiwanie. Ot, siła przyzwyczajenia. Drugi kanarek miał niestety, krótki żywot, ale jego śmierć przeżyliśmy również okropnie. Mam nadzieję, że ten będzie zdrowy i będzie z nami długo i szczęśliwie sobie żył.
Na razie jest bardzo zadowolony, okazał się być towarzyski.
Aby nie brakowało mu śpiewu ptaków , z którymi do tej pory przebywał, wynalazłam mu z naszego stosu płyt nagranie z majowym koncertem słowika i to był strzał w dziesiątkę, bo jest nią zachwycony. Wyśpiewuje ze słowikiem wspólne koncerty i stara się go oczywiście prześpiewać (śpiewa tak ładnie, że nie mogę tego określić mianem "przekrzyczenia":).
Odnalazłam już w internecie forum dla miłośników kanarków i zamierzam się tam zapisać, bo trzeba przyznać, że zawsze można sporo ciekawostek się na takowym forum dowiedzieć no i zawsze coś nas łączy z kimś innym.
Co do kanarka, to na razie jestem dość zdziwiona, że nie chce jeść jabłuszka, którym go nęciliśmy. Moje dwa poprzednie kanarki za jabłkiem wprost szalały, pierwszy, to jeszcze jak mu się mocowało jabłuszko, to już pędził i wgryzał się w nie, łakomy na przysmak. A ten nie chce. A wierzcie, oferowaliśmy mu naprawdę smakowite. Zobaczymy, jak z jajkiem, ale niestety, nie mieliśmy żadnego na podorędziu, jutro się kupi.
Nie chciał też skorzystać z kąpieliska. Nie i nie. Nawet mam wrażenie, że demonstracyjnie zaczął toaletę "na sucho", żeby udowodnić nam, że jest czyściutki i nie potrzebuje wody, żeby się wymyć. A to też dość dziwne, bo większość kanarków uwielbia kąpieliska, które stanowią wyposażenie klatki.
To na razie tyle o nowym lokatorze;)