„Wyspa z mgły i kamienia”. Magdalena Kawka.

Wydana w Wydawnictwie MG. Warszawa (2013). Ebook.
Tak, moje postanowienie, które wykluło się czas jakiś temu trzyma mnie mocno. Wciąż czytam autorki i autorów polskich. Ostatnio sprawdziłam w swoim notesie, w którym zapisuję oceny książek (oczywiście wraz z ich tytułami;)) i aż się sama zdziwiłam. Nieprzerwanie bowiem czytam polską literaturę od kwietnia a więc…sporo już czasu ;)”Wyspę z mgieł i kamienia” Magdaleny Kawki nabyłam gdy przeglądałam promocje (chyba około Targów Książki ale pewna wcale nie jestem) i oto wzrok mój przykuła okładka, która kojarzyła się z Grecją. Okazało się ,że dobrze mi się skojarzyła, bowiem już krótki opis książki dawał jasno znać, że jej akcja dziać się będzie ni mniej ni więcej a na mojej ukochanej Krecie. No i czy ja mogłam nie kupić tej książki?Tak więc kupiłam ale jak widać, książka nieco się „przeleżała” na czytniku. Do teraz.
Sięgnęłam po nią i wsiąkłam. Nie mogłam się od niej oderwać.
Zacznijmy od tego, że jest to obyczajówka dobrze napisana, ładnym językiem, zgrabnie i na szczęście, nie pretenduje do niczego innego niż jest czyli dobrze napisanym właśnie obyczajowym kawałkiem. Za to jak mówię, napisanym tak, że oderwać się nie można. Oto Julia, pani doktor dawno po rozwodzie a obecnie po zakończonym związku, która już niemal jedną nogą jest (nie, nie, nie w grobie na szczęście) a na emeryturze. Pani doktor anestezjolog, ma dwie dorosłe córki i szczęśliwie, spadek po przodkini. Który to spienięża i nie czekając na emeryturę wyjeżdża z kraju aby kupić dom na Krecie i osiąść tam na stałe jak ma nadzieję. Tak, wiem, brzmi trochę jak z tego schematu, na który ostatnio tak psioczyłam. Podobieństwo jednak na tym się kończy bo pani doktor zdecydowanie nie daje się wtłoczyć w żadne schematy.To właśnie dotychczasowe schematy i poczucie obowiązków sprawiło, że teraz ponad pięćdziesięcioletnia Julia powiedziała sobie dość tego i postanowiła wyjechać.
Kreta wita ją piękną pogodą, wspaniałymi krajobrazami, serdecznymi i gościnnymi ludźmi, wspaniałymi wiekowymi zabytkami. I dziwną grupą osiedlonych na Falasarnie obcokrajowców, którzy niby to chcąc się zaprzyjaźnić sprawiają wrażenie jakby z jakichś, bliżej nieznanych Julii przyczyn, chcieli być blisko niej aby ją kontrolować. 
Julia jednak stara się nie zaprzątać myśli zmartwieniami. Organizuje sobie nowe życie, mebluje dom, poznaje zarówno ekscentryczną grupę znajomych jak i tubylców. W oko wpada jej jeden z nich. Trochę tu będzie wątku romansowego, od razu uprzedzam i aż się sama zdziwiłam, że mi to nie przeszkadzało. Może dlatego, że raz na kiedy mam ochotę poczytać i taką bajkę dla dorosłych ?:)

Julia poznaje więc i samą okolicę, w której kupiła dom, i mieszkańców. Zaczyna mieć wrażenie, że coś się dzieje, ale dokładnie jeszcze nie wie co. Nie przyjdzie jej do głowy, że będzie miała do czynienia z wielkimi zabytkami. I jak duże kłopoty i perypetie będą szły w parze z tymi zabytkami.

Co mi się spodobało to fakt, że jak widzę autorka książki „odrobiła” lekcję historii. Wątki historyczne dotyczące Krety i czasów okupacji niemieckiej są bardzo interesujące a w połączeniu z faktem, że nasza ostatnia wizyta na Krecie miała miejsce właśnie w rejonach, w których kręci się bohaterka książki i również odwiedzaliśmy za tamtą wizytą miejsca historyczno-martyrologiczne, książka według mnie zyskała dodatkowo. 

To nie jest kolejna opowieść o kobiecie w pewnym wieku, która postanowiła zmienić swoje życie. A może inaczej, trochę jest, tylko ta zmiana według tej konkretnej kobiety nie polegała na natychmiastowym znalezieniu nowego partnera a na zmianie stylu życia, kieratu, w którym utkwiła i który najwyraźniej w pewnej chwili stał się tak ciążący, że doprowadził do takich a nie innych decyzji.  

Bardzo mi się ta książka jak już wspominałam, podobała.
Oceniam ją na 5 / 6.

 

„Jeszcze raz, Nataszo”. Karolina Wilczyńska.

Wydawnictwo Czwarta Strona. Poznań (2014). Ebook.

Karolina Wilczyńska a raczej jej pisanie , spodobało mi się już podczas czytania jej książki „Ta druga”, o której pisałam w tym wpisie.

„Jeszcze raz, Nataszo” może mylić swoim tytułem. Podejrzewam, że niektórzy sięgając po tę książkę mogą mieć tak modny ostatnio w literaturze motyw kobiety około czterdziestki, która po rozwodzie rzuca wszystko co do tej pory stanowiło jej życie, wybywa w szaloną podróż , nabywa winnicę, lodziarnię, restaurację, cokolwiek i zmienia swoje życie by w jeszcze lepszych chwilach (od tej pory bowiem jej życie składa się przecież z jedynie lepszych chwil:)) zrozumieć, że to, czym do tej pory żyła to fałsz, ułuda, któremu dała się uwieść.

No więc nic bardziej mylnego.

Karolina Wilczyńska owszem, opisze nam słowami bohaterki, która jest narratorką opowieści, życie kobiety około czterdziestki stojącej na progu nowego życia.

Natasza właśnie wróciła z rozprawy rozwodowej. Która, czego zresztą można się było spodziewać, nie okazała się ani miła ani relaksująca. I fart, że zakładając ongiś z byłym już mężem firmę, postarała się o to aby mieć w niej 51% udziału. 
Natasza staje więc u progu nowego życia. Do tego progu doprowadzono ją niejako na siłę, bez jej chęci, ale już na nim jest, czasu ani wydarzeń się nie cofnie.
Natasza może zrobić z tym nowym darowanym jej trochę na przekór życiem wszystko. Może ruszyć do przodu ale może się też poddać.
Na szczęście, jest silna i wytrwała. Inaczej nie byłaby na pewno w wielu innych (niż małżeńskie) punktach życia tak daleko jak właśnie jest.
Natasza wiele osiągnęła bo jest osobą pracowitą, wytrwałą.
Teraz też nie poddaje się a siada na tarasie by przy ogniu przejrzeć swój album ze zdjęciami i przeglądając je przejrzeć swoje życie od początku do tego punktu, w którym jest obecnie. I postanowić co i jak teraz będzie robić, jak będzie żyć.

Książka składa się z dziesięciu rozdziałów o znaczących i ważnych tytułach. Tytuły te oznaczają jakieś wydarzenie z życia bohaterki i czytając je poznajemy je jej słowami.

Książka ta była dla mnie interesująca pod jeszcze innym względem. Ponieważ autorka uczyniła bohaterkę kobietą w takim a nie innym wieku, a więc jej wczesna młodość przypadła na lata przełomu. Oto więc bohaterka zaczyna swoje studia jeszcze w minionym systemie aby ukończyć je w nowym i w tym nowym rozpocząć wielką karierę.

Chyba wszyscy moi i co za tym idzie, Nataszy, rówieśnicy pamiętamy te szalone czasy „przełomu”. Kiedy nagle po okresie pustki w sklepach na półkach pojawiło się niemal wszystko. A jeśli nie, światowe marki postarały się aby biedactwa zza dotychczasowej żelaznej kurtyny już tego dobra doznały nie tylko w Pewexach ale i w nowo otwartych sklepach wszystkich znanych firm. 
Młodsi nie pamiętają ale faktycznie, pierwsze sklepy znanych marek dżinsów….No, to było wydarzenie. Podobnie jak budy z kasetami z muzyką, która do tej pory leciała jedynie w dozowanych programach na Dwójce okraszona kolorowymi teledyskami z lepszego świata (tak tak, kiedyś były tylko dwa kanały w telewizji). 
W tamtych dziwnych czasach jeśli tylko ktoś miał łeb na karku, zmysł do interesów i trochę przebojowości mógł osiągnąć wiele jeśli nie niemal wszystko.
A osiągać to wiele pomagała firma Nataszy i jej eks męża. Jako, że założyli oni jedną z pierwszych wtedy w Polsce agencji reklamowych.
Dla mnie więc interesująca ogromnie była ta warstwa książki. Ten powrót do tamtych czasów, pamiętanych przez pryzmat nastoletnich wspomnień.  
Ciekawie było przeczytać rozwój firmy w tamtym okresie jak i poznać samą bohaterkę, która musiała szybko wdrożyć się w nowe realia biznesowe i nie tylko, bo nagle przyszło jej robić interesy z osobami, które co prawda nie miały często zbyt dobrego wykształcenia ale za to we właściwym czasie wiedziały co zrobić.

Natasza pani prezes firmy, Natasza udziałowiec, Natasza otoczona żonami bogatych klientów jej agencji reklamowej. Zabrakło wielu innych oblicz Nataszy, na które to oblicza zwyczajnie zabrakło czasu. 

Poznajemy więc Nataszę w momencie rozliczeń i wspomnień i wraz z nią podczas lektury docieramy do końca. Końca, który niesie w sobie zdecydowanie nadzieję na lepsze nie lukrowane i nie udawane ale po prostu lepsze bo bardziej świadome, jutro.

Moja ocena to 5 / 6.
 

 

zawiodłam się…

…na książce „Dzienniki japońskie. Zapiski z roku Królika i roku Konia” Piotra Milewskiego. Nie wiem, być może kogoś innego ona zachwyci, mnie niestety, nie, domęczyłam ją, a to już niefajne ale mam w zwyczaju jeśli chcę skrytykować dobrnąć do końca czy to książki czy filmu. 
Mnie się ta opowieść nie spodobała. Umęczyłam się opisem podróży autostopowej autora, opisie każdego kierowcy, który go zabrał, opisem każdej ławki , na której nocował i każdego głodu jaki odczuł podczas swojej podróży. Wolno mi się nie zachwycać, to korzystam z tego prawa, nie, nie zachwycam się. Opis Japonii taki tu jakiś płaski (nie jest to moje określenie, niestety, to określenie znajomego, który użył go ostatnio pisząc ze mną na temat zupełnie innej książki o podróży do innego niż Japonia, kraju). Ale właśnie to określenie pasuje mi bardzo do tego opisu. 
Tak więc ta książka niestety, nie spodobała mi się i cieszę się, że po raz kolejny, ebook nabyty był w promocji. 
Jak mówię, to, że mnie się nie podobała (daję jej ocenę 3.5 na 6), nie oznacza oczywiście, że komuś innemu się nie spodoba. Ja uwielbiam jak książka o podróży gdzieś tam powoduje u mnie to, że natychmiast po skończeniu jej mam ochotę spakować walizkę i pognać na lotnisko. Ta niestety tak na mnie nie podziałała. 
Trudno, bywa i tak, że coś nie „zaskoczy” w lekturze, coś nie pasuje, coś irytuje…

A ponieważ dziś już piątek więc tą drogą życzę Wam dobrego, spokojnego weekendu. 

„Nieważkość”. Julia Fiedorczuk.

Wydana w Wydawnictwie Marginesy. Warszawa (2015). Ebook.

Tak, zacznę ten wpis tradycyjnie, skorzystałam z promocji cenowej na ebook i dzięki temu miałam możliwość przeczytania jednej z lepszych książek w tym roku. Tym razem na promocję czekałam, bo wiedziałam, że książka jest bardzo dobra. I opłacało się poczekać. 

Dawno, dawno temu w małym mazowieckim miasteczku, nie za daleko od stolicy, żyły sobie trzy dziewczynki, Ewa, Zuzanna i Helena. Ich piękne imiona to często jeden z niewielkich kawałków piękna, jakie im się przytrafiły. Albowiem ta opowieść tylko może zacząć się jak bajka, chociaż bajką nie jest.

Julia Fiedorczuk jest poetką i to się wyraźnie w jej prozie czuje. Pisze pięknym spokojnym językiem, i w jakiś niezwykły sposób umie oddać duszny, smutny klimat swojej opowieści.
Kto w tej opowieści o trzech dorastających na prowincji dziewczynkach chciałby ujrzeć trend, jaki pojawił się ostatnio w literaturze, czyli opowieść o kobietach, które spotkają się po latach w rodzinnej miejscowości aby tam „po przejściach” ponownie odnowić swoją przyjaźń i wzajemnie się wspierać, jest w błędzie. Nic takiego tu nie wystąpi.
Dziewczynkom przyszło spędzić w jednej miejscowości parę wspólnych lat ale nie przyjaźniły się wszystkie trzy, a dwie, Helena i Zuzanna, poznały się i były koleżankami raptem przez dwa czy trzy lata. A potem ich drogi się rozeszły na zawsze.
Opowieść toczy się nielinearnie, jest tu dużo wspomnień wszystkich trzech dorosłych już teraz kobiet.
Życie każdej z nich potoczyło się inaczej i być może tak jak można się było spodziewać poznając je jako małe dzieci. I znając realia, w których wzrastały.

Zuzanna pracuje w agencji reklamowej w Warszawie, Helena tyra jako sprzątaczka w rodzinnym mieście, w centrum hotelowo konferencyjnym, a Ewa jest bezdomną alkoholiczką zagubioną wśród ulic stolicy.

Nie, nie ma tu za wiele happy endów. 
Z rwanych wspomnień to jednej to drugiej (najwięcej tu jednak wspomnień Zuzanny i Heleny), poznajemy ich dzieciństwo spędzone w końcówce PRL-u w małej miejscowości. A także jeszcze jednego bohatera, Mirka.

Te wspomnienia są zatarte ,pojawiają się nagle pod wpływem jakiegoś impulsu.
Pokrótce można podsumować „Nieważkość” jako wspaniałą opowieść o utracie niewinności dzieciństwa i takim jednak bolesnym przeskoku z niby to jeszcze bycia dzieckiem, któremu wolno wiele, w obarczone odpowiedzialnością za własne czyny, życie dorosłego.  

Nad Heleną i Zuzanną jak cień krąży wspomnienie Mirka. I pewien niewinny zdawałoby się epizod, z dzieciństwa, z tego na jak wiele dzieci sobie pozwalają, epizod, który jednak na swój sposób zaważy na całym ich życiu w ten czy inny sposób. 

Wstawiając swoją ocenę do Biblionetki ze zdumieniem zauważyłam, jak nisko ta książka została oceniona. Fakt, że czytelników, którzy podarowali jej ocenę było niewielu, ale jednak. Zdziwiona tym jestem bo jak mówię, to jedna z lepszych książek roku 2015 dla mnie, to już teraz wiem.
Bardzo ją polecam, aczkolwiek uprzedzam, że atmosfera opowieści jest raczej ciężka, dość przygnębiająca.  

Moja ocena 5.5 / 6. 

„Batory. Gwiazdy, skandale i miłość na transatlantyku”.

Bożena Aksamit. 
Wydana w Wydawnictwie Agora. Warszawa (2015). Ebook.

Nie będzie to może długa recenzja ale chcę o tej książce „popełnić” parę słów „na gorąco”.
A więc tak, mnie się podobała. Ale podejrzewam, że są tacy, którzy by na nią ponarzekali. Nie wiem, może dlatego, że według mnie jak na obecne standardy, za mało w niej plot i sensacji spod znaku brukowców? Jest za to solidnie stworzona piórem autorki monografia statku, statku zwanego „Lucky Ship”, na pokładzie którego pływało bardzo wielu oryginalnych ludzi. Mam na myśli zarówno załogę owego statku jak i samych pasażerów. 

Książkę podzieliłam na dwie części. Sama, bo książka posiada rozdziały ale dla mnie są jej dwie części, te o początkach statku „Batory”, w którym dowiadujemy się o powstaniu statku i jego początkach, jak również okresie międzywojennym gdy pływał do Stanów Zjednoczonych czy Kanady. Druga część to ta opowiadająca o losach statku i ludziach z nim związanych po IIWŚ. I ta część w jakiś sposób mocno mnie przygnębiła. Zapomina się, zwłaszcza dziś , o tym w jak paskudny sposób nowe władze i nowy system w powojennej Polsce miał wpływ na rozwój państwa ale i na los pojedynczych jednostek. No i na sektory gospodarki jakim była żegluga między innymi.

Ta powojenna część spowodowała u mnie jakieś przygnębienie, dużo myśli i refleksji.

Na pewno mniej przygnębiająca i bardziej rozrywkowa jest pierwsza część książki, w tym barwne opowieści o podróżujących „Batorym” artystach, twórcach, literatach itd. 

Dla mnie też osobną ciekawą treść stanowiły opowieści o kapitanach statku, którzy okazali się bardzo interesującymi postaciami a ich losy wielokrotnie stanowiły wręcz materiał na ciekawą książkę czy film.

Ciekawym rozdziałem jest również ten opisujący podróż dzieci z Wielkiej Brytanii w początkach IIWŚ, jak również ich pożegnanie ze statkiem przed jego złomowaniem. 

Jak mówię, książka ta z solidnym kalendarium i bibliografią, mnie się podobała. Nie epatowała bezsensowną sensacją. 

Ciekawym zabiegiem jest uczynienie z jakby nie było, martwego przedmiotu, głównego bohatera opowieści. Bohatera, który zdaje się mieć duszę. Bohatera, który budził tak wiele rozmaitych emocji. 

Moja ocena to 5 / 6.

 

 

zbiorowe podziękowania…

…tą drogą i w tym miejscu przesyłam dla Wszystkich tych, którzy pamiętają, że kolekcjonuję pocztówki z różnych stron świata i że to, że stałam się Mamą , nie pozbawiło mnie radości z posiadania mojej kolekcji. 
Dziękuję Ewiezdublina, która to moją kolekcję najsilniej chyba wzmacnia podsyłając kartki nie tylko mnie ale i Janeczkowi, który to założył sobie kolekcję własną 😉
Również dzięki dla Margi, która (i nam i Janeczkowi) również czas jakiś temu podesłała kartkę ze swojej wspaniałej podróży alpejskiej (świetny to był pomysł, masz romantycznego Męża, Marga, super, tak zostać przez drugą połowę „porwaną” na taką świetną wyprawę:). Dzięki Mardze zatęskniło mi się za Alpami austriackimi, w których to spędziliśmy z P. dwa przeurocze urlopy.
Dziękuję też Kaye za kartkę z Lugano, która to kartka stała się kolejnym potwierdzeniem tezy, że kto jak kto ale Szwajcarzy z pewnością są narodem zorganizowanym, punktualnym i sprawnym jako, że kartka wyprzedziła nadawczynie docierając do mnie o kilka godzin wcześniej niż ona sama dotarła z powrotem do Warszawy. Mówiąc już wprost kartka wysłana 30 czerwca 2 lipca cieszyła już moje oko 🙂

Dziękuję również mojemu Przyjacielowi, obecnie z Chicago, który podesłał mi pocztówki z Californii. Jedna z nich z palmami, a co?:) I zachodem słońca uznanym zapewne przez niektórych za wręcz lekko kiczowatym, stoi sobie na półce i na nią zerkam. 
Co prawda temperatury mamy porównywalne ale niestety, do palm i morza, a co za tym idzie, odświeżającej bryzy, mam jednak daleko.  

Ps. Jestem niewdzięcznicą albowiem zdałam sobie sprawę, że zapomniałam w liście podziękowań dołączyć tychże dla Wildrose, która to wysyła mi piękne pocztówki z Japonii. Niniejszym , wielkie dzięki 😉

Imieninowy dzień…

…minął mi bardzo przyjemnie. Mimo, że też sobota (też, jak Urodziny, zdaje się, że teraz po zmianie dat Imienin moje Urodziny i Imieniny właśnie przypadają na ten sam dzień tygodnia, ja to mam refleks szachisty, odkryłam to właśnie niedawno :)), to nie odczułam tego dnia aż tak bardzo zagonionego jak dzień marcowych Urodzin właśnie. Może to, że wtedy taki przedwiosenny czas, to człowiek wymęczony zimą, bo ja wiem? 
Dziś odbyliśmy miły spacer do Ogrodu Botanicznego. Bardzo chciałam zabrać moich Chłopaków na dzień otwarty na warszawskim Okęciu. Wydawało mi się, że to będzie TO. Okazało się, że nie. P. od razu powiedział, że On niekoniecznie a Janeczek po pierwotnym zdawało się zainteresowaniu, stracił dla tego pomysłu zapał i wyraził chęć jazdy na rowerze biegowym (nowym, bo ze starego wyrósł jak i z fotelika samochodowego) w Ogrodzie Botanicznym właśnie. Co miało swe dobre strony bo rosarium w pełnym rozkwicie i skorzystaliśmy z tego, tym bardziej, że ludzi jakoś niewiele. 
Wracając wstąpiliśmy do kwiaciarni gdzie Janeczek wybrał róże właśnie ( w bardzo ładnym różowym odcieniu) dla mnie a P. sfinansował wybór 🙂

Skończyłam drugą część przygód Sióstr Sucharskich czyli „Drugi przekręt Natalii” Olgi Rudnickiej. Ubawiłam się nad nią dokładnie tak, jak nad częścią pierwszą, więc co za tym idzie, polecam. Siostry Sucharskie w tej części tak samo kręcą, kombinują, a wszystko to opisane w fajny, zabawny sposób. Jak dla mnie to idealna lektura na letnie dni. Oceniam 5 / 6. Mam na czytniku trzecią część tej trylogii o szalonych siostrzyczkach ale na razie chyba zrobię sobie przerwę.

Życzę Wam miłej dalszej części weekendu.  

„Natalii 5”. Olga Rudnicka.

Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-Ka. Warszawa (2011). Ebook.

O moim postanowieniu, które ukuło się samo i trwa, czyli „czytam książki polskich autorek i autorów” już większość odwiedzających mój blog wie. O tym, że od dłuższego czasu książki, a raczej ebooki konkretnie, nabywam w promocjach, chyba też.

Nie inaczej było z „Natalii 5”. Skusiłam się ceną promocyjną i nie żałuję. O książkach Olgi Rudnickiej słyszałam już wcześniej wiele dobrego. Że to takie kryminały na wesoło. Nie wiem po co porównuje się jej postać do Joanny Chmielewskiej. Moim zdaniem nikomu to nie służy. Tym bardziej, że autorka , czyli Rudnicka „broni się” świetnie dobrymi książkami z poczuciem humoru. „Natalii 5” to kryminał „na wesoło” (sama zdaję sobie sprawę z tego jak dziwnie to może zabrzmieć). I nie skłamię jeśli napiszę, że podczas lektury, a zwłaszcza w drugiej połowie, śmiałam się nie raz i naprawdę głośno. Tak więc kto ma ochotę na coś lżejszego, w sensie treści , coś nad czym raczej się pośmieje niż zasmuci czy zdenerwuje, a przy tym lubi wątki kryminalne, śmiało może sięgać po tę książkę.

Już sam początek zapowiada, że dalej będzie tylko ciekawiej i zabawniej. A mianowicie, poznajemy Natalię Sucharską. I Natalię Sucharską. I Natalię Sucharską. I Natalię Sucharską. I Natalię Sucharską. Nie, nie popsuła mi się ani nie zacięła klawiatura. Po prostu pewien pan, bigamista, miał zwyczaj każdej swej córce, którą płodził z kolejną żoną bądź nie żoną, nadawać, zapewne z wygody, takie samo imię.

Te pięć Natalii nie mając pojęcia o swoim istnieniu, nagle będzie musiało się o sobie dowiedzieć przy okazji śmierci ich ojca, która miała miejsce w dość niejasnych okolicznościach.

Pięć bab z różnym wieku, z rozmaitym charakterkiem i temperamentem (ale żadne tam ciepłe kluchy, nie nie, taki ojciec nie mógł mieć tego typu córki :)) zamieszka więc razem w odziedziczonym domu. 
Będzie się działo, będzie wesoło, bo to i nieoczekiwany spadek, i owe różnice charakterów a przy tym jednak wspólne więzi i podobieństwa. A to nieoczekiwane wydarzenia i skarb, którego przyjdzie im wspólnie szukać. 

Zdecydowanie to lektura lżejsza, być może wpasowująca się w nurt „książki dobrej na wakacje”. 
Ja miałam przy jej lekturze dużo radości więc polecam.
Moja ocena to 5 / 6. 

Imieniny Jana…

…Noc Świętojańska za nami a dziś Imieniny świętują wszyscy Panowie noszący piękne imię Jan 🙂

Janeczku, w Dniu Twoich Imienin życzymy Ci Wszystkiego, co Najlepsze i Najpiękniejsze. Wiele Zdrowia, Szczęścia i Radości, samych życzliwych Ci osób wokół Ciebie , przyjaciół i dobrej zabawy:) Mama i Tata. 

Janom oczywiście również życzymy tego, co Najlepsze w Ich Dniu 😉