tydzień i weekend…

…minęły właściwie nie wiadomo jak. 
Sprawy zdrowotne nie ukrywam zajęły większość czas i również miejsca w głowie (może najbardziej mi) bo ja z tych, którzy sprawami zdrowotnymi najbliższych zamartwiają się wręcz obsesyjnie.
Tak czy inaczej weekend już prawie za nami. Jutro zaczynamy nowy tydzień. Życzę sobie i Wam aby był spokojniejszy od minionego i dobry. Po prostu.

Z książek, to w tej przerwie udało mi się skończyć zaczętą „Trzynastą opowieść” Diane Setterfield. Niestety, czytałam ją mając w głowie natłok myśli i zmartwienia więc nie ukrywam, że rzutowało to na lekturę. Ogólnie to ciekawa ale naprawdę jakoś nie byłam w stanie rozkoszować się nią tak bardzo jakbym chciała. Głowna bohaterka to zamknięta w sobie młoda kobieta, która ukrywa się przed światem w swojej pracy związanej z książkami, do której pewnego dnia zwraca się poczytna i sławna ale również tajemnicza pisarka, która prosi naszą bohaterkę o napisanie jej, autorki, biografii. Pierwszy raz obiecuje, że ujawni prawdę swojego życia.

Przeczytałam też coś, na co ostrzyłam sobie dawno zęby i okazało się niestety, wielkim rozczarowaniem a mianowicie „Meryl Streep o sobie”. Autorem jest Lawrence Grobel. Niestety, książka mimo, że samą Meryl wielbię iście, okazała się słaba (według mnie, oczywiście) i zawiodła. Nie dowiedziałam się z niej praktycznie zbyt wiele o samej aktorce, nic czego nie mogłabym się dowiedzieć wcześniej z innych źródeł. Chyba nie polecam, nawet miłośnikom ale to jak zawsze powtarzam, moje odczucia, być może komuś innemu się spodoba.

 

„Między książkami”. Gabrielle Zevin.

Wydana w Wydawnictwie W.A.B. Warszawa (2014)> Ebook.

Przełożył Łukasz Witczak. 
Tytuł oryginału „The storied life of A.J. Fikry”.

Powiem tak. Po przeczytaniu tej książki stwierdziłam, że powinnam przestać zaglądać do opisów książki. Bo tą książką już się kilka razy interesowałam ale…no właśnie. Przed zakupem powstrzymywały mnie jej opisy właśnie. Bo wedle opisów miała to być lektura lekka łatwa i przyjemna, romansik , komedyjka porównywana gdzieś tam nawet (zgroza!) do „Notting Hill”. 
I dopiero promocja, naprawdę korzystna, na ebook sprawiła, że stwierdziłam, a niech to, spróbuję, najwyżej nie skończę jak mnie nie wciągnie.
Tymczasem stało się odwrotnie. Książka mnie wciągnęła, spodobała mi się a że nie miała na szczęście nic w sobie z romansidła (chociaż tak, są wątki miłosne) to jeszcze na końcu jej spłakałam się jak bóbr. Ze wzruszenia, nie ze śmiechu.

Tak, uprzedzam, nie jest to literatura nie wiedzieć jak ambitna ale mnie się spodobała bo opowiada o ludziach, dla których książki są w życiu bardzo ważne i determinują wybór zawodu czy sposobu życia. 
„Między książkami” opowiada o Ajayu, owdowiałym i nie mogącym sobie z tym stanem poradzić, księgarzu z wyspy Alice Island. Jak bowiem wszyscy wiedzą, nawet najmniejsza miejscowość powinna mieć własną księgarnię. Na początku książki jednak księgarnia prowadzona jest już bardzo słabo, można by rzec, nieco mechanicznie. Jej właściciel pogrąża się w swojej żałobie, a agentkę literacką, Amelię, początkowo traktuje wręcz niegrzecznie. 
Wszystko się zmienia w dniu gdy Ajay w swojej księgarni znajduje dziecko. Tak. Ktoś podrzucił mu do księgarni dwuletnią dziewczynkę, Maję. I liścik, w którym pisze, że chce aby to Ajay zajął się malutką. 
Wiem, wiem, słodkie to i przewidywalne, bo tak, ten marudny i kapryśny facet nagle postanawia naprawdę się zająć dzieckiem. Nie mając oczywiście wcześniej żadnego doświadczenia z dziećmi. Niemniej jednak czasem dobrze jest poczytać i o takich pozytywnych sprawach. 
Okazuje się, że matka Mai przewidziała słusznie, że w otoczeniu książek Maję uda się wychować dobrze i w poczuciu miłości i szczęścia. 
A jej przybrany tata spisuje dla Mai swoje rady na życie. posługując się tym, co w życiu było dla niego tak ważne, czyli ulubioną literaturą i wybranymi tytułami. 

Mnie się bardzo podobała ta książka, a jej zakończenie doprowadziło mnie do łez wzruszenia. 
Moja ocena to 5 / 6.  

odnotuję…

…z kronikarskiego obowiązku 😉 lekturę , którą czytałam poniekąd „równolegle” z „Historią ucieczki” Eleny Ferrante (i tak oto jest to chyba pierwszy raz gdy czytałam więcej niż jedną książkę w tym samym czasie, „Historię ucieczki” jako papierową, a tę, o której zaraz napiszę, jako ebook). A czytałam „Prawda i inne kłamstwa”. Autorem jest Sascha Arango. No, nie spodobało mi się na tyle abym się miała zachwycać. Owszem, czytało się dobrze, ale aż za dobrze, tak się po niej „prześlizgnęłam”. Nie wiem, fajnie, że tyle zachwytów o niej wcześniej czytałam bo to oznacza, że większość zadowolona z tej książki ale mnie jakoś specjalnie na kolana nie rzuciła. 

„Historia ucieczki”. Elena Ferrante.

Wydana w Wydawnictwie Sonia Draga. Katowice (2016). 

Przełożyła Lucyna Rodziewicz-Doktór.
Tytuł Storia di chi fugge e di chi resta.

Jak już pisałam omawiając drugą część neapolitańskiego cyklu autorstwa Eleny Ferrante  w tym wpisie, wsiąkłam zdecydowanie w prozę autorki. 
Trzecią część cyklu, „Historię ucieczki” udało mi się wygrać w konkursie Wydawnictwa Sonia Draga na Facebookowym koncie wydawnictwa. Tak więc trzecią część czytałam „w papierze” 🙂 

Ta część rozpoczyna się wspomnieniem ostatniego spotkania narratorki, Eleny z Lilą, które miało miejsce w roku 2005. 
Po czym cofamy się do opowieści do końca lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych i dowiadujemy się oo tym co wydarzyło się w życiu obu kobiet w tamtym czasie. 
Elena jest zaręczona z Pietro , synem intelektualistów. Lila pracuje w fabryce.
W tej części dużo jest ponownie o sytuacji kobiet w tamtych czasach ale również niemało o polityce i sytuacji społecznej tamtych lat we Włoszech. 
Zamieszki, prowokacje, starcia,  morderstwa, to wszystko w mniejszym bądź większym stopniu dotknie w tej części nasze bohaterki i ich bliskich. 

Ponownie więcej wiemy o losach Eleny, co zapewne dość logiczne, skoro to ona snuje swoją opowieść. Dowiadujemy się więc o jej pragnieniach, o dążeniach. O rodzinie, którą udaje się jej stworzyć. O jej niezadowoleniu z wielu spraw i poczuciu, że być może to Lila zdobyła się na więcej przynajmniej w kwestii dążenia do realizacji własnego szczęścia.
Relacja pomiędzy Eleną a Lilą jest niepewna. Nie umiem jednak nazwać jej przyjaźnią. Być może relacją, której początek zakorzeniony w dzieciństwie spędzonym na jednym podwórku powoduje więź specyficzną, nie do przerwania ale polegającą na tym, że nie ma codziennego kontaktu. Ba, nie ma nawet takiej potrzeby z obu stron. A mimo to raz na jakiś czas kobiety widują się bądź kontaktują ze sobą w inny sposób. Również w ten czy inny sposób pomimo braku spotkań wiedzą co u nich obu słychać. 
Nie wiem czy mogę jasno określić co która z nich czuje do tej drugiej. Czasem jest to fascynacja, czasem chyba niechęć (nie chcę pisać nienawiść), niemniej jednak relacje te dziwne i zapętlone prowadzą do tego, że obie w takim bądź innym stopniu są jednak dla siebie ważne i obecne dla siebie nawzajem.

Dużo się będzie działo w tej części, wiele spraw się pokomplikuje w życiu obu kobiet. Będą dokonywane ważkie wybory i zaprzepaszczane szanse. 
Zastanawiałam się też podczas tej lektury czy Elena i Lila to nie przypadkiem jedna osoba, której potoczenie się losów na dwa sposoby w zależności od tego czy udało się zdobyć wykształcenie chce nam pokazać autorka. Ale to oczywiście tylko taki mój pomysł.

Wyczytałam na stronie Biblionetki, że czwarta i chyba ostatnia część neapolitańskiego cyklu pod tytułem „Historia zaginionej dziewczynki” ukaże się w maju tego roku, na co nie ukrywam, liczę bardzo i nie mogę się doczekać aż przeczytam jak potoczyły się dalsze losy Eleny i Lili.

Moja ocena tym razem to 6 / 6. 

 

 

„Historia nowego nazwiska”. Elena Ferrante.

Wydana w Wydawnictwie Sonia Draga. Katowice (2015). Ebook.

Przełożyła Lucyna  Rodziewicz-Doktór.
Tytuł oryginalny Storia del nuovo cognome.

Wsiąkłam. Wsiąkłam w neapolitański cykl autorstwa skrywającej się pod pseudonimem Elena Ferrante autorki? autora? (Im dłużej czytam tym wcale nie jestem taka przekonana, że pisze to kobieta).
O pierwszej części zatytułowanej „Genialna przyjaciółka” pisałam w tym wpisie.

Druga część jest jeszcze lepsza od pierwszej. Aczkolwiek o wiele, wiele bardziej smutna niż część pierwsza. I tak naprawdę przez całą lekturę przejmowało mnie uczucie smutku jej towarzyszące. Smutku spowodowanego niejasnym przekonaniem, że mimo, że to beletrystyka, to fikcyjne te historie w ogóle nie są. 
I tak, w tej drugiej części faktycznie o wiele bardziej zaakcentowana jest ogromna przemoc wobec kobiet pochodzących ze środowiska, w którym wychowała się narratorka opowieści. Przemoc wobec kobiet, która nie jest zaskoczeniem nawet dla parolatki a co dopiero dla dorastającej kobiety a wobec której kobietom tak trudno jest się w tych książkach przeciwstawić jako, że większość z nich uważa to za przykrą ale jednak normę ich relacji z ich mężami czy partnerami.

Po raz kolejny w książce zaakcentowana jest też jedna jedyna droga jaka prowadzi do tego aby z tego zaklętego kręgu przemocy się wyrwać i umożliwić sobie ucieczkę z niego. To mianowicie waga i siła wykształcenia.
Zaskakujące jest, że to, że główna bohaterka, Elena, może się kształcić wynika właściwie jedynie z tego, że ongiś do tego niejako przymusiła jej rodziców nauczycielka, która w dziewczynie widziała ogromny potencjał. Przeczucia nauczycielki nie myliły, Elena w tej części kończy liceum, a także dostaje się na studia i kończy je z sukcesem. Odnosi też inny sukces związany z literaturą.
Dlaczego takiej determinacji w popchnięciu do dalszej edukacji nauczycielka z podstawówki nie wykazała w stosunku do przyjaciółki Eleny, Linu, którą Elena zwie Lilą? Nie wiadomo i nie zostaje to właściwie wyjaśnione.

Książka zaczyna się w chwili gdy Lila jest mężatką a Elena dalej się uczy w liceum. Ich światy, które miały największą zbieżność w czasach szkoły podstawowej zaczynają się już kompletnie rozmijać. Każda z nich skupia się na czym innym i każda na swój sposób prowadzi własną walkę o przetrwanie w niełatwej rzeczywistości.
O losach Lili dowiadujemy się ze słów Eleny, która to z kolei o wielu sprawach dowiaduje się dopiero po wielu latach.
W tej części jak pisałam, jest o wiele bardziej zaakcentowana niemoc kobiet, które stykają się z przemocą ze strony mężczyzn.
Mamy też świadectwo walki o to aby temu marazmowi i złu się nie poddać i aby zawalczyć o swoje szczęście.
Nie każda droga, którą wybiorą bohaterki okazuje się jednak tą, która prowadzi do szczęścia czy nawet pozwala uniknąć nieszczęścia, niestety.

Z jednej strony opisana jest niełatwa droga edukacji Eleny, która niby to radzi sobie z nauką a jednocześnie wciąż ma uczucie jakby jej ten przywilej wykształcenia z jakichś przyczyn się nie należał. Z drugiej strony poznajemy przejmujące i bardzo smutne losy Lili, która była jak barwny nieprzewidywalny wolny duch w realiach, które bardzo usilnie starały się ją pokonać i stłamsić.
Pierwsza część cyklu rozpoczyna się od zniknięcia Lilu. W drugiej części dowiadujemy się co mogło ją utwierdzić w przekonaniu, że ucieczka jest dobrym pomysłem. W kolejnej części zatytułowanej „Historia ucieczki” przekonam się zapewne jak do tej ucieczki ostatecznie doszło.  I czy był jakiś konkretny punkt zapalny decydujący o niej w tym a nie innym momencie czy też nagromadzone przez lata poczucie niesprawiedliwości i przekonanie o tym, że los powinien być dla niej łaskawszy, pchnął Lilę do takiej a nie innej decyzji.

Tak czy inaczej, bardzo mi się podobają te książki chociaż jest to literatura nie lekka, łatwa i przyjemna i które to książki powodują wiele myśli, refleksji i zastanawiania się nad losem kobiet we współczesnym świecie.

Moja ocena to 5.5 / 6. 

 

„Zanim przekwitną wiśnie”. Aly Cha.

Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Warszawa (2013). Ebook.

Przełożyła Ewelina Twardoch. 
Tytuł oryginału Schnee im April.

Całkiem dobra książka opowiadająca o losie kilku kobiet z jednej rodziny, Tanaka, które to losy poznajemy na przestrzeni kilkudziesięciu lat a w tle mamy Japonię i zmiany jakie ją dotknęły (aczkolwiek od razu uprzedzam, jest to zaznaczone raczej marginalnie i śmiało akcja tej książki mogłaby się dziać w innym miejscu).
Akcja książki zaczyna się w styczniu 1969 roku, kiedy to jedna kobiet, Miho, przyprowadza swoją sześcioletnią córeczkę Yuki do domu swojej matki, Asako. Miho opuściła rodzinny dom dwadzieścia lat temu i nie chciała mieć z nim nic wspólnego, teraz jednak wraca i zostawia córeczkę matce, a sama znika w śnieżycy.

I od tej pory czytamy o losach zarówno samej Asako, jak i jej matki. Kobiety z rodziny Tanaka wybitnie nie miały w swoim życiu szczęścia, los nie oszczędzał im złych doświadczeń a mimo to jak mogą, starają się nie poddawać i stawać na nowo na nogi po kolejnym ciosie. 
Postaci pewnie dość „typowe” się wydają, nawet można by zarzucić, że nieco zbyt idealne te walczące z losem i jego przeciwieństwami kobiety ale ogólnie opowieść czyta się z zainteresowaniem i bardzo dobrze. No, przynajmniej ja się wciągnęłam.

Moja ocena to 5 / 6. 

 

„Kamyki Astona”. Lotta Geffenblad.

Wydana w Wydawnictwie EneDueRabe. Gdańsk (2015).

Przełożyła Hanna Dymel-Trzebiatowska. 
Tytuł oryginału Astons stenar.

Ilustracje (bardzo fajne) autorki.

Bardzo fajna książeczka dla dzieci.
Każdy, kto ma dwu, trzylatka w domu wie jedno, a mianowicie, jednym z najulubieńszych hobby młodego człowieka jest „zbieractwo” 🙂 Kolekcjonerstwo na swój sposób. 
Nie inaczej jest i z małym Astonem, który pewnego dnia lituje się nad znalezionym podczas spaceru kamykiem. Kamyk jest zimny i samotny i na pewno będzie mu lepiej w domu Astona i jego rodziców. Kamyk ląduje więc w łóżeczku dla lalek, okryty kołderką. I nie jest jedynym kamykiem. Z kolejnych spacerów czy powrotów do domu Aston znosi do domu coraz więcej kamiennych przyjaciół, czasem większych czasem mniejszych. Rodzice Astona zaczynają więc rozmyślać jak w dyplomatyczny i nie krzywdzący nikogo sposób wyprowadzić kamyki z mieszkania i zyskać z powrotem więcej miejsca. Wpadają na zdawałoby się, genialny pomysł 🙂
Fajna, ciepła opowieść dostosowana tematem i sposobem zachowania małego dziecka, jego sposobem myślenia i podejściem do trapiących go spraw. Poza tym fajna, bo Aston to empatyczny młody człowiek a dodatkowo ilustracje, które pokazują, jak fajna jest Szwecja. Podczas gdy mama Astona gra na gitarze (wygląda na to, że jest muzykiem) czy czyta gazetkę leżąc na kanapie z głową opartą o kolana taty Astona, ten (czyli tata Astona) z zapałem dzierga kolejną czapkę na drutach. Może nie powinnam tego pisać bo nadchodzą takie czasy kiedy ktoś może wpaść na szalony pomysł i orzec „Kamienie Astona” kopalnią myśli złej i genderoniebezpiecznej 🙂 

Opowieść nie jest długa ale i nie za krótka, jak dla mnie w sam raz na jedno przeczytanie, omówienie spraw i ilustracji. 
Moja ocena 5. 5 / 6. 

„Genialna przyjaciółka”. Elena Ferrante.

Wydana w Wydawnictwie Sonia Draga. Katowice (2014). Ebook.

Tłumaczyła Alina Pawłowska-Zampino.

Tytuł oryginału L’amica geniale.

Sięgnęłam po tę książkę niejako przypadkiem, ot, ponownie wykorzystałam promocję ebookową a chęć sięgnięcia po współczesną prozę włoską utwierdziła mnie w tym. Dopiero kiedy w konkursie fejsbukowym wygrałam trzecią część neapolitańskiego cyklu, jaki rozpoczyna „Genialna przyjaciółka” stwierdziłam, że czas zapoznać się z owym cyklem, tym bardziej, że jeśli okaże się, że pierwsza część mi się podoba, to chcę kupić część drugą aby czytać we właściwej kolejności.
Wisienką na torcie okazał się fakt, który poznałam dopiero sięgając po „Genialną przyjaciółkę” a mianowicie to, że Elena Ferrante to literacki pseudonim. I tak naprawdę nie wiadomo kto skrywa się pod tym nazwiskiem. 
Na początku stwierdziłam, że chyba nie chcę się dowiedzieć, że nie jest to informacja, która spędzą mi sen z powiek ale nie ukrywam, że trochę się sama zaczęłam zastanawiać. Nawet nad tym czy jest to aby na pewno kobieta. I pomimo, że wiele kobiet właśnie twierdzi, że według nich cykl neapolitański popełniła kobieta ja muszę powiedzieć, że (przynajmniej po pierwszej części) nie upierałabym się wcale przy tym aż tak bardzo. Miałam więc kilka własnych pomysłów i typów , kto mógłby to być.
Jedno wiem, ktoś, kto to napisał, faktycznie spędził dzieciństwo i młodość w Neapolu końca lat sześćdziesiątych jako, że realia życia tam w tym czasie oddane są bardzo wiarygodnie. 

Jak mi się czytało? Dobrze, chociaż nie ukrywam, że mam nadzieję, że w następnych częściach będzie jeszcze lepiej a podobno (ktoś mi tak napisał) autorka „rozkręca się” z książki na książkę. 

Ja podczas lektury zastanawiałam się nawet czy ktoś, kto to napisał nie jest związany z branżą filmową bowiem (przynajmniej na początku książki) odnosiłam wrażenie, że to trochę scanariuszowe didaskalia, że wystarczy postawić statystów, zaprosić aktorów , włączyć kamerę i zacząć nagrywać.

„Genialna przyjaciółka” to opowieść o dwóch dorastających w uboższej dzielnicy Neapolu końca lat sześćdziesiątych przyjaciółkach, Elenie i Lili. 
Obie dziewczynki początkowo uczą się we wspólnej szkole, potem ich drogi rozdzielają się kiedy dalsze wykształcenie staje się udziałem jedynie jednej z nich, narratorki Eleny. Ich drogi jednak rozdzielają się jedynie w kwestii wykształcenia, bowiem wciąż towarzyszą sobie w czasie dojrzewania aż do dnia gdy Lila wychodzi za mąż. 

Co ciekawe, książka rozpoczyna się w chwili gdy do dorosłej już Eleny dzwoni syn Lili, Rino i zgłasza zniknięcie swojej matki.  Od tego niezwykle i bardzo starannie zaaranżowanego zniknięcia, które zdaje się mieć oczywiście jedynego reżysera, samą Lili, rozpoczyna się więc cykl neapolitański Eleny Ferrante. Tak więc w „Genialnej przyjaciółce” poznajemy same dziewczyny, ich rodziny i otoczenie i to jak dorastały w tamtych warunkach i w tamtych latach. Jak wspomniałam, realia Neapolu oddane wiarygodnie. 
Zwłaszcza izolacja społeczności dzielnicy, w której dorastały narratorka i jej przyjaciółka, a która to izolacja zostaje przerwana dopiero gdy dziewczyny są naprawdę starsze.

Ta neapolitańska dzielnica to takie małe miasto w mieście, w którym dzieje się całe życie, w którym popełniane są zbrodnie i w którym namiętność potrafi zamącić człowiekowi w głowie raz na zawsze. Nie jest to miejsce przedstawione jako enklawa bezpieczeństwa, do którego wraca się aby odpocząć gdy jest się już dorosłym ale też nie zrobiono z niego jakiegoś piekła na ziemi. Ot, autorce udało się odmalować obraz włoskiej społeczności, w której żyje się od wieków wedle ustalonych zasad. Kobiety zajmują się domem i wychowują dzieci a mężczyźni mają na ten dom zarobić. Rola kobiety jest mocno zmarginalizowana a feministyczne głosy nie mają tam raczej szans dotrzeć. Niemniej jednak pomimo tego nie jest tak, że żadna z kobiet przedstawionych w opowieści nie ma szans na wykształcenie, bez względu na to jakimi powodami kierowali się jej bliscy umożliwiając jej szansę zdobycia go. 
Czytając książkę miałam gdzieś pod powiekami obrazy ze starych filmów włoskich, które dopełniały według mnie obrazu.  

Już, już miałam sięgnąć po drugą część cyklu czyli „Historię nowego nazwiska” ale porwała mnie zupełnie inna książka tak więc na razie chwila przerwy od tego cyklu niemniej jednak chcę szybko powrócić do opowieści o Elenie i Lili. 

Moja ocena to 5 / 6.

„Gra cieni”. Charlotte Link.

Wydana w Wydawnictwie Sonia Draga. Katowice (2015). Ebook.

Przełożyła Daria Kuczyńska-Szymala.
Tytuł oryginalny Schattenspiel. 

Hm, hm, hm, szkoda, że ta książka nie spodobała mi się tak, jak oczekiwałam. Kupiłam ją niemal zaraz gdy ukazała się w formie ebooku. Potem jednak jakoś po nią nie sięgnęłam, potem miałam fazę „czytam polskie autorki i autorów” i książka się przeleżała. A teraz po nią sięgnęłam z nadzieją, że będę miała dobrą lekturę i cóż. Owszem, przeczytałam, ale szczerze, spodobała mi się tym razem średnio. A przecież większość czytających mój blog wie, że Charlotte Link to jedna z moich ulubionych autorek, więc tym większy żal, że tym razem na lekturze się zawiodłam. 
Zbyt papierowe postaci bohaterów mi się wydawały. Zbyt „podręcznikowo” reagowały. Zbyt duże nagromadzenie ludzi o nieco podobnych sytuacjach życiowych w jednym miejscu mi się wydało.  
Rozumiem, że Link chciała zastosować trochę schemat jak z książek Agathy Christie czyli „grupa kilku osób, z których w obliczu popełnionego morderstwa można powiedzieć jedno pewne, każda z nich miała motyw aby popełnić zbrodnię” niemniej jednak w tym przypadku jakoś nie wyszło.
W jednym miejscu, czyli szkole, spotyka się piątka osób, które zaprzyjaźniają się ze sobą i tworzą szkolną grupę przyjaciół. Których z czasem złączą pewne nierozerwalne na swój sposób więzy. Wydarzenia, które będą miały miejsce sprawią, że przyjaciele urwą kontakty. I spotkają się dopiero dłuższy czas potem. W mieszkaniu Davida, jednego z tej grupy. Który to David Bellino chce dowiedzieć się kto z nich, Mary, Steve, Natalie czy Gina, chce go zamordować. Co też nawiasem mówiąc się stanie i oto z tym samym problemem zmierzy się komisarz nowojorskiej policji.

Przyznam, że na samym początku szło mi najgorzej z czytaniem. Kiedy dotarłam do kolejnych złych wydarzeń mających wpływ na życie jednej z bohaterek już prawie odłożyłam książkę na nie doczytanie ale w końcu postanowiłam się przekonać, jak ta intryga zostanie wyjaśniona. Chociaż nie ukrywam, że kto zabił domyśliłam się praktycznie niemal zaraz po tym jak zbrodnia na kartach książki miała miejsce. 
Jak pisałam, postaci bohaterów niespecjalnie do mnie przemawiały, wydawały się zbyt papierowe, trochę nierealne. Obdarzone zbyt wielkim nieszczęściem i pechem lub groteskowo wręcz niemożliwymi zbiegami okoliczności doprowadzającymi do wielkich zmian w ich życiu.
Jedno, co mnie zaintrygowało, to ukazanie dość popularnego mechanizmu, który stosują często ludzie, którym przydarzyło się zło czy nieszczęście. Chociaż na wiele spraw nie mogą mieć wpływu, to racja, ale często jakaś decyzja jednak została podjęta przez nich samych, natomiast nie widząc tego bądź nie chcąc widzieć, szukają „winnego” własnego nieszczęścia czy pecha. 

Jak widzę darowując ocenę na Biblionetce, „Gra cieni” nie jest najnowszą książką w dorobku Charlotte Link a czytane przeze mnie nowsze jej książki podobały mi się o wiele bardziej stąd i moja nadzieja jako czytelnika, że nowa książka jej autorstwa, która się ukaże spodoba mi się o wiele bardziej niż ta.

Moja ocena to 4 / 6.