„Ostatnia arystokratka”. Evzen Bocek.

Skończyłam „Ostatnią arystokratkę” i zabrałam się za następną część.

Wydana w Wydawnictwie Stara Szkoła. Wołów (2015).

Przełożył Mirosław Śmigielski. 
Tytuł oryginalny Posledni aristokratka. 

Baaardzo polecam. Dawno się tak nie śmiałam, ostatnio to chyba na powtórce (po raz milionowy) „Trzech panów w łódce”. 

Jak już pisałam, czeski humor zawsze poprawia nastrój i nie inaczej stało się tym razem. 
Rodzina Kostków wraca z Ameryki do Czech, gdzie państwo po upadku komunizmu zwraca im ich zamek Kostka. Posiadłość nieco podupada ale ma niezłą ekipę,  kucharkę panią Cichą, Józefa, kasztelana posiadłości i pana od wszystkiego, który przypomina kapitana Spocka ze Star Treka. 
Już sama wyprawa z USA do Czech jest tak opisana, że musiałam wpychać sobie w usta dłoń aby czytając w nocy nie pobudzić domowników 🙂 Potem jest jeszcze lepiej, co zdanie to salwa śmiechu. Zamek ma na siebie zarabiać poprzez zarabianie na oprowadzaniu po nim turystów, więc szykowany jest cały plan. Tym bardziej, że ojciec narratorki, Marii, owej tytułowej ostatiej arystokratki jest na skraju bankructwa. 
Jak wyczytałam w internecie sam autor jest kasztelanem na jednym z zamków w Czechach, a więc… 😉 
Ja miałam w pamięci ostatnio zwiedzany (w 2011) roku czeski zamek w Javorniku, więc lektura okraszona wspomnieniami. 

Polecam baaardzo, naprawdę salwy śmiechu gwarantowane.

Moja ocena to 6 / 6.

książką, którą…

…powinno się przepisywać na receptę albo co ja niniejszym czynię, polecać tym, którym się dobrze życzy i chce aby się pośmiali zdrowo albowiem wiemy, że śmiech to zdrowie i roześmiani żyją dłużej, jest książka, którą zaczęłam czytać wczoraj wieczorem a mianowicie „Ostatnia arystokratka” Evzena Bocka. 
Jako, że zaczęłam czytać ją późną nocą, musiałam zatykać usta sobie bo tak się śmiałam głośno i nie mogłam przestać.
Szkoda, że sięgnęłam po nią tak późno, a fajnie, bo jednak sięgnęłam, to raz, dwa, wyszła właśnie u nas druga jej część, którą w ciemno kupiłam jako, że warto, warto , warto 🙂
Czeski humor jednak nie zawodzi nigdy, co tu kryć 😉 

zaczęłam czytać…

…”Małego przyjaciela” Donny Tartt ale po raz drugi utkwiłam. Nie wiem czy ruszę dalej.

Sięgnęłam po „Sekret zegarmistrza” Renaty Kosin, którą to książkę mi polecono i mimo, że sam pomysł mi się spodobał a i styl również jest dobry, ładnie to napisane po prostu, to jakoś nie „zagrało”. Bohaterka powieści, Lena, odziedziczyła dworek po swoich dziadkach. Mieszka w nim, a mąż i córka podjeżdżają do niej z Białegostoku, w którym mieszkają. Wykonuje nietypową biżuterię wykorzystując części zegarków pozostawione przez dziadka. Dom wymaga remontu i gdy się zaczyna w piecu zostaje znaleziony dziennik zamieszkującej ongiś dworek kobiety. Wszystko więc brzmi dobrze, stary dworek na Podlasiu, jakaś tajemnica rodzinna, której rozwikłanie jest dopiero na końcu książki. Po drodze jest nawet wyjazd do Francji, gdzie prowadzi jeden z tropów podczas prywatnego śledztwa Leny. Tylko w którymś momencie pojawiło się zbyt dużo nazwisk i ja osobiście zamiast odczuć przyjemność lektury poczułam w głowie genealogiczny galimatias. Co nie oznacza, że komuś innemu ta książka nie spodoba się bardziej, czego oczywiście życzę. 

zachwycamy się ostatnio…

…rodzinnie (chociaż najwięcej, wiadomo – Jaś) książeczkami Anity Głowińskiej z serii o Kici Koci.

Poznaliśmy tę serię wydawaną przez Media Rodzina dzięki Sardegny, która przysłała część o Kici Koci w przedszkolu Jasiowi na Święta i oto wsiąkliśmy. To niezbyt długie ale i nie króciutkie opowiastki z ilustracjami autorki o Kici Koci, jej rodzicach i przyjaciołach z przedszkola. 
Kicia Kocia przeżywa różne przygody jak zgubienie się w supermarkecie czy poznanie prawdziwego policjanta 🙂 To opowieści dla małych dzieci, tak w przedziale wiekowym 2-6 lat i są naprawdę świetne. Ostatnio sporą atrakcją dla mnie samej było przeczytanie i obejrzenie jak wygląda kosmiczna toaletka 🙂
Fajnie napisane, prosto a jednocześnie o ciekawych, ważnych dla dziecka w tym wieku sprawach, naprawdę bardzo polecam te książki.  

„Recepta na miłość”. Barbara O’Neal.

Wydana w Wydawnictwie Literackim. Kraków (2012). Ebook.

Tłumaczenie Agnieszka Kuc.
Tytuł oryginału How to Bake a Perfect Life.

Książka mnie zachwyciła. I zgodnie z oczekiwaniami, dodała otuchy, wsparła jak dobra przyjaciółka, z którą można się umówić w każdej chwili aby się pośmiać albo popłakać. Niestety, błędy w tłumaczeniu znalezione sporo mi popsuły nastrój podczas czytania 😦 Szkoda, bo nie dość, że autorka na naszym rynku ma pecha do „marketingowych” tytułów swoich książek, to jeszcze to 😦 Ech.

A szkoda, bo „Recepta na miłość” to dobra, ciepła książka otulająca miłym słowem. Opowiada o Ramonie, czterdziestolatce, która mając piętnaście lat zaszła w ciążę i zdecydowała się zatrzymać córkę, Sofię, przy sobie.

Ramona jest już „na swoim”, prowadzi własną piekarnię. Jak to u Barbary O’Neal zawsze jest w książkach, będzie o jedzeniu, tym razem o wypiekach, z których to chleb jest najważniejszą niemal świętością. Która ratuje życie w sposób realny bądź bardziej metaforyczny.

Córka Ramony , Sofia, jest w zaawansowanej ciąży i właśnie dowiaduje się dwóch rzeczy. Pierwsza to ta, że jej mąż, żołnierz, został bardzo ciężko ranny na misji i musi do niego jechać do Niemiec do szpitala. A druga to ta, że jej pasierbica, Katie, córka jej mężą, Oscara, nie ma z przyczyn losowych opieki i ktoś musi się nią zająć. Opiekunką stanie się Ramona. Która to wcale sobie nie będzie krzywdować. Mimo, że początki mogą być nieco trudne, bo nastolatka jest po wielu bardzo złych przejściach i z osobistymi traumami.
Niemniej jednak to książka lecząca rany i te czytelnicze i te opisane w niej a dotyczące bohaterów.
Jest wspaniale opisana miłość mamy do córki, który to wątek zawsze mnie wzrusza czy to w książkach czy w filmach.

Jest też dużo innego rodzaju miłości, do innych ludzi, do tych, którymi się przyjdzie nam opiekować. Jest i miłości niełatwej i o przebaczeniu a raczej o jego sile. I o tym, że miłość ale nie tylko ta między kobietą a mężczyzną a ogólnie jako uczucie, dużo może zdziałać. I zmienić nasze życie na zawsze.
Ale i wątek romansowy jest jak to u Barbary O’Neal i oczywiście, na co liczyłam i czego oczekiwałam zabierając się za lekturę tej książki, happy end 🙂

Bardzo, bardzo lubię książki tej pani. Są pewnikiem gdy jest mi smutniej, że mogę na nią liczyć jak na prawdziwą przyjaciółkę, która zawsze znajdzie dla mnie czas.

Moja ocena 5/ 6. 

filmowo, książkowo…

…dziś będzie. 
Po pierwsze przypominamy sobie serial Poirot na podstawie książek Agathy Christie. Tak mnie na te książki i ekranizacje naszło. Wczoraj wróciliśmy do „Pięciu małych świnek”. Znam intrygę i pamiętam kto jest sprawcą i co z tego, jak uwielbiam i tę książkę i film i z prawdziwą przyjemnością obejrzałam po raz kolejny.

Z książek to poprawiłam sobie nieco nastrój czytając kolejną pokrzepiankę książkową , którą okazała się książka Barbary O’Neal, „Sekrety uczuć”. Autorka ma nie ma według mnie szczęścia do polskich tytułów książek, które są fajne, ciepłe i pokrzepiające. To te książki, które można śmiało czytać kiedy potrzebuje się jak ja to nazywam „bajki dla dorosłych” z happy endem. Ja co jakiś czas potrzebuję takiego na pewno dobrego zakończenia i otrzymuję je w książkach Barbary O’Neal. W „Sekretach uczuć” Tessa Harlow, główna bohaterka, przybywa do miasteczka w Nowym Meksyku, co do którego pod wpływem powracających wspomnień, zaczyna mieć pewność, że kiedyś już w nim była. Teraz zjawiła się tu służbowo. Jest po wypadku i dodatkowo dźwiga brzemię poczucia winy i traumę, z którą zmierzy się właśnie podczas tego pobytu. 
Jak zwykle spotyka rozmaite postaci, których los okaże się być połączony w ten czy inny sposób za sprawą wydarzeń z przeszłości. Jak zwykle też książka traktuje po części o jedzeniu i jest w niej masa smakowitych przepisów, które sprawiają, że podczas lektury jest się wciąż głodnym. Ja tę książkę oceniam na 5 / 6.  

 

 

 

literackie…

…żniwa urządziła sobie pani śmierć…W minionym roku odszedł Henning Mankell. Jak wiedzą czytelnicy tego blogu, śmierć ta bardzo mnie przygnębiła. Odszedł jeden z moich ulubionych autorów. 
Wczoraj zmarła Harper Lee. I jak się okazało dzisiaj rano, kiedy otworzyłam internetowe informacje, wczoraj odszedł również Umberto Eco…To z kolei kolejny z moich ulubionych autorów, którego śmierć będę musiała teraz „przetrawić”, na razie się mocno zasmuciłam.
Jego „Imię Róży” na zawsze pozostanie jedną z moich ulubionych książek. Czytałam ją nie wiem ile razy i pewnie sobie przypomnę niedługo… 
Odchodzą ci wspaniali i najlepsi. Oczywiście nie jest tak, że nie będzie kolejnych dobrych pisarzy ale jednak w moim czytelniczym życiu nastąpiła jakaś kolejna pustka. 

„Zapiski nosorożca”. Łukasz Orbitowski.

Wydana w Wydawnictwie SQN. Kraków (2014).
Podtytuł „Moja podróż po drogach, bezdrożach i legendach Afryki”.

Książka nabyta w ramach prenumeraty do pisma „Poznaj Świat”, która okazała się bardzo interesującym prezentem od P.
Przeczytałam ją dopiero teraz, wcześniej musiała odczekać swoje na półce.
To opowieść o turystycznej podróży autora, który przez trzy tygodnie zwiedzał RPA. Nie sili się on  ( na szczęście) na przekonywanie nas jakich to mistycznych doznań doznał podczas owej podróży. Nie wypiera się swojej turystyczności (uff). Nie stara się też być mędrcem głoszącym prawdy dotyczące kraju, który odwiedził na krótko i dodatkowo poruszał się po nim głównie wynajętym samochodem. I chyba ta szczerość (plus poczucie humoru) bijąca z książki czyni tę opowieść o podróży ciekawą bo osobistą, bardzo „własną” a taką lubię. Jedyne, do czego się przyczepię a ci, którzy mnie znają wiedzą, że nie jest to na wyrost, to nieco nadużywane wulgaryzmy. Być może autor tak właśnie rozmawia z innymi, cóż, mnie ten styl miejscami nawet drażnił ale to mnie, być może ktoś inny nie zwróci na to aż takiej uwagi.
Opowieści z podróży przeplatane są legendami, baśniami i opowieściami afrykańskimi co dodaje smaczku lekturze. 
Ogólnie to moje pierwsze spotkanie z prozą Łukasza Orbitowskiego uważam za bardzo udane. Do tego stopnia, że chętnie przeczytam inne jego książki.
Niesilącą się na nic innego czym jest opowieść osobistą o wyprawie do RPA oceniam na 5 / 6.

 

pocztówka…

…z Kambodźy czas jakiś temu dotarła do mnie. Pocztówka wysłana ze wspaniałej podróży Duo.ny do tego kraju. Muszę przyznać, ze smutkiem chyba, że kojarzę go jedynie z nieszczęściem , z przerażającymi wydarzeniami historycznymi a przecież w ten sposób nie pozwalam sobie samej na poznanie innych stron tego kraju nawet jeśli odbywać się to ma za pomocą słów czyli poczytania o Kambodży a niekoniecznie za sprawą podróży tamże. Tak, postanowienie na dziś, poczytać coś więcej na temat tego kraju. Już w którejś z książek podróżniczych czytanych przeze mnie parę lat temu (dość niedawno) ktoś o tym kraju pisał ale niestety, właśnie dużo zaszłości wspominał historycznych, które wiadomo, bardzo przygnębiające. A pocztówka z oczywiście najsłynniejszego kompleksu  a konkretnie jest na niej świątynia Banteay Srei, odsyłam zainteresowanych do Wikipedii, gdzie można o niej przeczytać tu
Za pocztówkę, bodajże pierwszą z tego kraju w mojej pocztówkowej kolekcji bardzo dziękuję Duonie.

Dotarła też inna przesyłka, z sową do ustawienia na półce czy gdzie tam można sobie figurkę sowy ustawić. 
Nie ma co ukrywać, jestem uzależniona od Sów. Mam podejrzenie, graniczące niemal z pewnością (którym to podejrzeniem podzieliłam się wczoraj z P..) , że większość moich znajomych widząc sowę w jakiejkolwiek postaci od razu myśli o mnie. Moja kolekcja, początkowo zupełnie niepozorna, ot jedna, dwie sowy, rozrasta się z dnia na dzień a znajomi , przyjaciele i bliscy wiedząc o moim sowim hoplu, wspomagają jak mogą. I tak na przykład mam sowy na bluzkach, mam sowie kolczyki (kilka par), broszkę, figurek nie wspomnę. A są jeszcze sowy magnesiki na lodówkę od znajomych (z Irlandii i Grecji), sowie motywy na notesach. Na telefonie a raczej osłonce do telefonu mam malutką japońską nalepeczkę z sową. Specjalnie zdrabniam bo to jak to zazwyczaj w wykonaniu japońskim jest, śliczne, drobne i takie wycyzelowane , że hej. Wracając do sowy, którą otrzymałam wczoraj to od razu kiedy ją zobaczyłam przyszła do głowy mi taka myśl „To jest sowa mająca przynosić szczęście”. Nie wiem skąd taka myśl, przecież większość sów, które są mi prezentowane przynoszą szczęście w postaci radości nie dość, że z kolejnego przedmiotu do kolekcji, co jeszcze wiadomo, z powodu tego, że ktoś o mnie pomyślał, że chciało się mu wydać pieniądze na zakup i wysyłkę często. Od ofiarodawczyni dowiedziałam się, że przed wysyłką napełniła sowę wielką ilością pozytywnej energii ale dowiedziałam się o tym już po tym, jak zdradziłam się z moim planem, że traktuję prezent od Niej jako przynoszący szczęście 🙂 Tak więc najwyraźniej tak miało być , sowa została napełniona pozytywną, dobrą energią, która ma teraz rozprzestrzenić się w moim domu i wspomagać. Bardzo dziękuję. 

„Zanim się pojawiłeś”. Jojo Moyes.

Wydana w Wydawnictwie Świat Książki. Warszawa (2013).
Przełożyła Dominika Cieśla-Szymańska.
Tytuł oryginału Me before you.

O pierwszej książce tej autorki, którą czytałam czyli o „Razem będzie lepiej” pisałam w tym wpisie. Tamta podobała mi się bardzo. Tę też czytało mi się dobrze, wciągnęła mnie ale szczerze mówiąc zachwytów aż takich jak nad poprzednią nie będzie. Czy to sprawy osobiste, które na pewno dziejąc się w tle rzutowały na tę lekturę czy też po prostu do mnie ona aż tak nie trafiła jak się spodziewałam czytając w internecie, że jest wstrząsająca, emocjonalna do granic itd itd…

Nie, ja nawet trochę się zamierzam do niej „przyczepić”. Bo po jej skończeniu poczułam się troszeczkę jakby ktoś zamierzał zagrać na moich emocjach nieco na siłę. W sumie zapewne tematyka poruszona w niej determinuje takie a nie inne emocje czytelnika (u mnie żadnych łez, których się spodziewałam czytając zapowiedzi ale raczej przygnębienie i wprowadzenie mnie w jeszcze gorszy niż i tak jestem ostatnimi dniami nastrój ) ale być może oczekiwałam nieco innego ujęcia tematu, nie wiem sama. 
Także pewne niemal niemożliwe do dziania się zbiegi okoliczności czy wydarzenia nieco zbyt mne drażniły podczas lektury. Bo bohater książki, Will, trzydziestopięciolatek, który po wypadku zostaje praktycznie unieruchomiony na wózku inwalidzkim, to mężczyzna, który przed wypadkiem prowadzi aktywne życie zawodowo osobiste, dodatkowo ma zasobne konto. Czyli cokolwiek by nie mówić o tym, że zdrowia się za pieniądze nie kupi, łatwiej jest bohaterowi ułatwić sobie komfort życia korzystając z tegoż zasobnego konta. 
Bohaterka, która poznaje Willa, dwudziestosześcioletnia Louisa, jest z niższej klasy i też według mnie oczywiście, jej postać opisana jest nieco zbyt stereotypowo. Will ma dosyć życia na wózku, na którym do końca życia skazany jest na bycie zależnym od opieki innych osób. Louisa traci pracę i szybko musi znaleźć sobie nową. Nową pracą okazuje się bycie osobą do towarzystwa dla Willa właśnie. 
Nie wiem, być może się czepiam (macie prawo tak to odebrać, jak i ja mam prawo się „przyczepić”), podejrzewam, że narobiłam sobie na tę książkę nadziei a po prostu trzeba było potraktować ją jako beletrystykę o sprawach niełatwych.
Na pewno pozytywnym wydźwiękiem tej książki jest to, że to właśnie unieruchomiony na wózku inwalidzkim Will nauczy nieco nieprzystosowaną (też po traumatycznych przejściach, co zapewne wpłynęło na nią) do życia Lou tego aby życiem się cieszyć maksymalnie i aby mówiąc może kolokwialnie, wyciskać je jak cytrynę, ciesząc się każdym dniem teraźniejszym bo jutra może nie być. To Will odkrywa, że pod maską trzpiotki i wydawałoby się może niekoniecznie geniuszki, skrywa się otwarta na życie i wiedzę, inteligentna dziewczyna. 
To mi się w tej książce spodobało.
Nie chcę za wiele pisać bo można robiąc to otrzeć się o spoiler. Sądzę, że każdy sam powinien przekonać się jak mu się ta książka spodoba.
Na pewno natomiast nie jest to książka, jak „Razem będzie lepiej”, którą podarowałabym komuś na pociechę, ku pokrzepieniu, w dołku na poprawę nastroju. Mimo wszystko i mimo tego jak rozwinie się w końcu książki wątek Louisy, nie.

Moja ocena to 4.5 / 6.