„Sto kwiatów”. Genki Kawamura.

 Wydana w Bo.wiem. Seria z Żurawiem. Kraków (2024). Ebook. 

Przełożył Wiktor Marczyk.
Tytuł oryginalny Hyakka.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa. 

Być może ktoś z Was zna książkę tego autora „A gdyby tak ze świata zniknęły koty?”. Ja tamtej książki nie znam ale sięgnęłam po „Sto kwiatów”, dlatego, że mnie zaciekawiła opisem i tematyką.

Oto bowiem mamy syna i matkę. Syn to Izumi Kasai, ma trzydzieści siedem lat i właśnie ze swoją żoną Kaori, spodziewają się pierwszego dziecka. 
Akcja książki rozpoczyna się w wieczór sylwestrowy, kiedy to do matki, Yuriko, ma przyjechać Izumi. Przybywa do domu aby rozpocząć ich matczyno synowską tradycję spędzania wieczoru razem i świętowania urodzin Yuriko, które przypadają pierwszego stycznia. Jednak w sylwestrowy wieczór mężczyzna w rodzinnym domu matki nie zastaje. 
Zmartwiony zaczyna jej szukać i udaje się mu to. Znajduje ją na opustoszałym placu zabaw. 
Od tej pory zaczynamy wraz z Izumi stopniowo odkrywać, co stoi za tym, że Yuriko od pewnego czasu zaczyna zachowywać się nieco inaczej niż do tej pory. Niemniej jednak zagoniony, bo pracujący w wytwórni muzycznej, mężczyzna, nie przyjeżdża do mamy tak często jakby sobie tego życzył. Stąd i być może opóźnienie w zorientowaniu się, co tak naprawdę się dzieje z jego rodzicielką. 

Wiedziałam, decydując się na recenzję „Stu kwiatów”, że temat nie będzie lekki, łatwy i przyjemny ale nie przypuszczałam, że wzruszy mnie aż tak bardzo. A nie ukrywam, wzruszyłam się podczas lektury i były momenty, że potrzebowałam użyć chusteczek higienicznych. 

Szybko dowiadujemy się,że mama Izumi cierpi na demencję. Rozwój choroby śledzimy wraz z jej synem, który dodatkowo ma przed sobą wyzwanie jakim jest to, że wkrótce zostanie tatą. Dziewięć miesięcy wszak minie szybko. Na samym początku oboje ustalają, że mama zostanie w swoim domu, miejscu, które zna najlepiej. Z czasem zobaczą sami jak sprawa się toczy, jak szybko postępować będzie choroba i jakie podejmą kroki. Mimo, że Yuriko ma sześćdziesiąt osiem lat, lekarz stwierdza u niej dość zaawansowaną już chorobę. I tak oto z dnia na dzień życie tej rodziny się zmienia. 
Dodatkowo, wraz z rozwojem akcji książki poznajemy to jak toczyło się życie tej dwójki kiedy jeszcze Izumi był nastolatkiem i mieszkał wraz z mamą. Na samym początku dowiadujemy się, że Yuriko wychowywała chłopca samodzielnie, o ojcu właściwie nie wiemy kompletnie nic. I od samego początku sugeruje się nam, że coś kiedyś się zdarzyło, co rzutuje na ich współczesne relacje. Jakby to „coś”, „tamten czas” rezonowało wciąż, pomimo upływu wielu lat.

Jak już pisałam na samym początku, ta książka ogromnie mnie wzruszyła, aż niejednokrotnie, do łez. 

To bardzo mądrze napisana książka o stawianiu się dorosłym, o braniu na siebie brzemienia odpowiedzialności, o dojrzewaniu do takich a nie innych decyzji, o wchodzeniu w nowe role. Wreszcie, to książka o tym jak jest kiedy w rodzinie zaczyna chorować jedna osoba. To także opowieść o odchodzeniu, takim fizycznym ale również o odchodzeniu naszej pamięci. O tym, jak relatywnie patrzymy na wydarzenia, które nas dotyczą i jak pamięć może nas determinować, kształtować i tworzyć. Dla mnie samej interesujący był zastosowany przez autora zabieg zestawienia początku choroby matki z informacją o ciąży żony.

Jeśli szukacie czegoś niekoniecznie długiego ale mądrego, jeśli oczekujecie, że podczas czytania i po lekturze będziecie snuć rozważania i przemyślenia, to „Sto kwiatów” jest zdecydowanie dla was. 

Moja ocena to 6 / 6. 

„Anne ze Złotych Iskier”. Lucy Maud Montgomery.

Wydana w Wydawnictwie Marginesy. Warszawa (2024). 

Przełożyła Anna Bańkowska. 
Tytuł oryginalny Anne of Ingleside.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Hmmmmm….Mam z tą książką pewien problem. Dobrze, ustalmy na początku, nigdy nie byłam wielką miłośniczką Ani z Zielonego Wzgórza. Pierwsze części owszem, ale te późniejsze, po prostu najprawdopodobniej przeczytałam raz i wystarczyło. Ale do czego zmierzam? Ano do tego, że nie pamiętam zupełnie swoich wrażeń z pierwszy raz czytanych późniejszych właśnie części serii. I dlatego z chęcią czytam nowe, rewelacyjne tłumaczenie Pani Anny Bańkowskiej. Czytam właściwie chyba już głównie dla tłumaczenia. Czemu? Bo niestety, ale obecnie ta seria już mnie nie wciąga. Teoretycznie, powinna, bo wreszcie Anne jest w wieku o ile nie zupełnie zbliżonego do mojego własnego co na pewno oznacza, że obie mamy wiele wspólnych doświadczeń jak bycie mamą, żoną itd. Co jednak z tego, jak niestety ale zupełnie tego pokrewieństwa nie odczuwam jak kiedyś, gdy Anne była młodą, pełną życzliwości do ludzi i świata, dziewczyną? 
Kiedy opublikowano „Anne z Zielonych Szczytów” rozgorzała mała awanturka (mała lub nie tak całkiem mała, zależenie co kto czytał i które konkretnie opinie czy wręcz oskarżenia) i padły oskarżenia pod adresem Tłumaczki, że zabrała im Anię i co w ogóle z nią zrobiła. Czytając kolejne części serii mam ochotę sama krzyknąć ale nie w stronę Anny Bańkowskiej a samej autorki. Co zrobiłaś z tę tak ciekawie zapowiadającą się Anne? I nie, nie chodzi mi o to, nad czym ubolewają niektórzy, że Anne po ślubie mając świetne jak na owe czasy wykształcenie, nie kontynuuje pracy zawodowej a staje się „żoną przy mężu”. Tu zdziwienia nie mam, mało kto w czasach, w których toczy się akcja książki, zdziwiłby się taką decyzją, nawet przy rewelacyjnym wykształceniu kobiety. Prędzej dziwiłby się gdyby owa świeżo poślubiona małżonka z pracy na rzecz kariery męża, nie zrezygnowała. Parafrazując niektórych, sorry, taki mieliśmy wówczas klimat społeczno obyczajowy. I należy się tylko cieszyć, że od tamtych czasów tak wiele na rzecz kobiet się zmieniło. I zamążpójście nie oznacza końca pracy zawodowej, chociażby.

Z tej części serii najbardziej urzeka mnie sam, nowy jak to jest w tłumaczeniu Bańkowskiej, tytuł. Podobno i do tego nowego tytułu są jakieś zastrzeżenia. Nie wiem, nie mam żadnych a według mnie tytuł jest o wiele przyjemniejszy i mówiąc jak Anne, romantyczniejszy od poprzedniego jakim była „Ania ze Złotego Brzegu”. Tak, tytuł ogromnie mnie ujął. 

Dobrze, spytacie. Ale co ci Chiaro aż tak bardzo przeszkadza w „Anne ze Złotych Iskier”? Co ci nie pasuje? Ano na przykład to, o czym już pisałam. Anne nie jest już według mnie tą Anne, którą poznawałam od początku cyklu. Gdzie podziało się jej serce dla innych? Gdzie jej empatia? Gdzie to, z czego słynęła czyli taka, coż, nazwę to nowocześnie, uważność na drugiego człowieka i zrozumienie? I nawet wygłaszane przez Anne co jakiś czas romantyczne teksty pełne niezrozumiałej najczęściej dla mnie wzniosłości, nie zmienią tego, że zdecydowanie pogorszył się tej kobiecie charakter. Spotkałam się z tym zarzutem już co do wcześniejszej części, w której Anne dopiero studiowała ale wówczas aż tak nie rzucało mi się to w oczy. 
No dobrze, może takie były czasy. I może jeśli kobieta z wykształceniem mogła się nim po ślubie jedynie pochwalić a nie z niego korzystać, to i człowiekowi w tamtych czasach włączał się podział społeczny i wyraźnie stawiane granice. Anne, co mnie mocno zdziwiło, stosuje jakąś segregację przyjaciół swoich dzieci. Jak ja się cieszę, że sama będąc dzieckiem, miałam mamę mądrą i bynajmniej nie szukającej po wizycie kogoś u mnie gęstego grzebienia czy nie przeliczającej srebra ;( (Chociaż tu akurat metody te stosuje służąca, Susan). Zresztą, o czym my mówimy, do dzieci Anne właściwie nikt nie przychodzi. To jest dom twierdza. O ile dorośli jeszcze wpuszczają do domu swoich znajomych (rozumiem, że „właściwych” im społeczno materialnie), to dzieci niestety, właściwie gości nie miewają. Nie dziwne, że właściwie większość książki to dość nużący już w pewnym momencie opis nieustających porażek dzieci w kontekście próby nawiązania jakiejkolwiek przyjaźni. Zwyczajnie, nikt nie dał im szansy na to aby się w odpowiednim momencie sparzyć czy nauczyć, że są ludzie kłamiący czy interesowni (tu mała dygresja, o którą nikt nie prosił a wszyscy dostaną, mam czterdzieści osiem lat i również wciąż tego nie opanowałam do końca, zwłaszcza tego o tej interesowności 😉 ale nie płaczę, mam świadomość, że niestety, takie jest życie. Tak więc rodzice czasem kogoś na swoje pokoje wpuszczają a dzieci już nie i właściwie nie ma zbyt wiele mowy o ich relacjach z dziećmi poza rodziną. 

Wałkując jeszcze dlaczego dzieci Anne właściwie nie ma? To znaczy są ale sądzę, że niejeden czytający tę część rodzic zaśmiałby się co chwilę lub podsumował, jak ja, że dzieci w serii o Anne występują jak dzieci w reklamach i serialach polskiej produkcji. Bezproblemowe słodkie klony ojca, matki, dziadków, które nie dość, że żyją sobie jakoś obok zajmując się sobą wzajemnie. Są miłe, grzeczne, zawsze rozumieją swoje błędy, dziękują rodzicom za pokazanie tychże błędów i ogólnie słód cud malina. No nie wiem, mnie to nie przekonuje. Nawet sepleniąca Rilla zbywana jest przekonaniem,że z tego wyrośnie (to, że nie wyrosła pamiętam akurat zaskakująco ze starego tłumaczenia, w którym akcja książki działa się w czasie, w którym w Europie dzieje się IWŚ) i nikt nie zastanawia się nad tym czy to dla niej mógłby być w ogóle jakiś problem. Dzieci Anne nie kłamią, nie lawirują, nie obrażąją innych. Tu pozytyne akurat, bo według mnie swoim podejściem wyjątkowo niefajnie w niektórych sytuacjach traktuje innych sama Anne i pracująca u niej Susan, która teoretycznie ma być służącą ale jest właściwie domownikiem (tu akurat plus dla Anne i jej rodziny). No ale nie czarujmy się, są dziećmi ale jakby nimi nie były. Jest o nich wzmianka ale jakby rosły sobie obok a Anne z typową dla siebie egzaltacją co jakiś czas komentuje ich zachowanie czy relacje. Nawiasem mówiąc, to co zabawne i podkreślające charakter nastoletniej Anne nie do końca ogarniającej swoje emocje i takiej właśnie dość jak dla mnie egzaltowanej, dziwnie mnie irytuje w kontekście kobiety pod czterdziestkę. No nie wiem. 

Oraz, co mnie osobiście wkurzyło mocno. Dlaczego w tej części osoby ubogie z gruntu muszą być brudne, zaniedbane i niechlujne? Serio, w tamtych czasach rzeczywiście osoby o niskim statusie materialnym z gruntu takie były? Bo może teraz sama się czepiam autorki a wcześniej tłumaczyłam ją jako tę, która rozumie, że mężatka zwyczajnie nie pracuje zarobkowo. 

Ogólnie mówiąc, nie pamiętałam z tej części zbyt wiele (jakieś dosłownie przebitki) ale w sumie ciut się zmartwiłam, że zdecydowanie nie jest mi łatwo lubić tę nową Anne. Nie mówię, że nagle ją znielubiłam w stu procentach ale o ile z Anne z Zielonych Szczytów i nawet tą na studiach, chętnie bym się zaprzyjaźniła, tak z tą Anne jakoś niekoniecznie. Zresztą, a nuż podlegałabym jakiejś ostrej segregacji i nie pasowałabym tam do jej idealnego świata? Trudno wyczuć. 
Zżymam się trochę i oczywiście wychodzę z założenia, że po prostu, nowe tłumaczenie w jakiś wyraźniejszy sposób pokazało Anne jako osobę, którą niekoniecznie trzeba się zachwycać (i może i dobrze? bo w sumie nie ma ludzi idealnych). Jestem przekonana, że warto aby każdy sam przekonał się o tym jak mu te nowe przekłady podchodzą. A nuż wyjdzie na to, że jednak nie jest tak jak widzę to ja? 

Co pochwalę po raz kolejny, to rewelacyjny przekład Pani Anny Bańkowskiej. Naprawdę książkę tę czyta się dobrze głównie dzięki świetnemu przekładowi. 

Miłośnicy Ani/Anne też z pewnością sięgną po „Anne ze Złotych Iskier” i życzę im mniejszego, niż moje, rozczarowania. 

Moja ocena to 4 / 6. 

„Poezja miłosna. Antologia najpiękniejszych wierszy”.

 Wydana w Wydawnictwie Zysk i S-ka. Poznań (2024).

Antologię wierszy przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Czytelnicy mojego blogu, którzy zaglądają na niego regularnie wiedzą dobrze, że lubię czytać poezję i chętnie czytam zarówno tomiki nowych poetek lub poetów jak i nazwiska, że tak powiem kolokwialnie, stare i sprawdzone. 
Dlatego zainteresował mnie tomik wierszy miłosnych, jaki w lutym ukazał się nakładem wydawnictwa Zysk i S-ka a konkretnie antologia poezji miłosnej. 
Pierwsze, co mnie zachwyciło i nie ukrywam, skłoniło do zainteresowania, to piękna okładka zbioru zaprojektowane przez Pawła Panczakiewicza. Wzór serca składającego się z odcisków linii papilarnych dwóch kciuków, w kolorze czerwonym. W domyśle jak mniemam kciuków jej i jego, na różowym tle. Mogłoby wyjść kiczowato a wyszło według mnie, bardzo ładnie i oryginalnie.

Wracając jednak do zawartości antologii. Zaskoczona zostałam ale na plus, doborem nazwisk poetek i poetów, których wiersze o różnych obliczach miłości możemy tu przeczytać. Tak bowiem obok dość spodziewanych przeze mnie w tego typie antologii Haliny Poświatowskiej, Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, Konstantego Gałczyńskiego, Juliana Tuwima czy Bolesława Leśmiana są tu teksty Zuzanny Ginczanki, Jonasza Kofty, Agnieszki Osieckiej, Bohdana Urbankowskiego, Marii Konopnickiej czy nazwisko, które było dla mnie samej największym zaskoczeniem, Tadeusza Borowskiego. Tak bowiem kojarzę to nazwisko jedynie z literaturą tak zwaną obozową, że gdzieś zupełnie umknął mi fakt, że pisał on też poezję. 

Przeglądam zaznaczone przeze mnie wiersze, które najbardziej mi się w tym zbiorze spodobały i widzę, że jednak wychodzi mój tradycjonalizm czyli klasycznie, Gałczyński i jego „Rozmowa liryczna” i „Już kocham cię tyle lat”, wiersze Haliny Poświatowskiej, Leśmian i jego „Gdybym spotkał ciebie znowu pierwszy raz”. Po raz kolejny zachwycił mnie wiersz Wisławy Szymborskiej noszący tytuł „Miłość szczęśliwa”, w którym widzę zawarte nieco ironiczne poczucie humoru Noblistki. Moim prywatnym odkryciem było nazwisko Borowskiego w roli poety, o czym już pisałam i na przykład jego wiersz „Wciąż jesteś przy mnie”. Ujęły mnie i trafiły do mnie wiersze Bohdana Urbankowskiego, „Miłość dojrzała nad Nilem” i „Dlaczego”.

Dobór nazwisk jak już mówiłam, wydał mi się ciekawy bo nie do końca oczywisty (przez co właśnie oryginalny i na swój sposób świeży jak na tak można rzec, dość popularny gatunek jak poezja miłosna). Czego mi zabrakło w tym zbiorze? Datowania wierszy, które chętnie widziałabym na stronie z daną poezją. Lubię umiejscowienie w czasie i często nawet w przypadku nazwiska, które znam i czytuję, chętnie przypomniałabym sobie konkretną datę. Także nie ukrywam, chętnie wiedziałabym, z jakich konkretnie tomików poszczególnych poetek i poetów pochodzą konkretne wiersze. Tak, nawet w przypadku poezji lubię konkret. 

Jednak sam zbiór uważam za bardzo przyjemny. Upływa czas, ludzie niby sięgają coraz dalej i są coraz bardziej nowocześni a w sumie okazuje się, że tak naprawdę większość z nas dobrze czuje się wiedząc, że jest wokół nich miłość…

Moja ocena to 6 / 6. 

„Dama Kier”. Maria Ewa Letki.


Wydana w Wydawnictwie Nasza Księgarnia. Warszawa (1988).

Wstawiam wpis, który dodałam w jednej z książkowych grup, w których jestem ale w sumie nie chciało mi się pisać na nowo 🙂 Sięgnęłam po kolejną książkę z lat nie tyle dziecięcych co wczesnonastoletnich. I muszę powiedzieć, że książka zdecydowanie dalej mnie cieszyła. Ba, chichrałam się nad nią chyba więcej niż gdy czytałam ją za tamtych poprzednich czasów. Rodzina Pieczarkowsko-Sowińska to wielopokoleniowa rodzina mieszkająca w domu na obrzeżach małego miasteczka. W rodzinie bezprzecznie dominują kobiety a konkretnie jedna, Felicja Pieczarkowska. Babcia 🙂 I matka. Ale tu zdecydowanie podkreślona jest rola babci. Alina to jej córka i wraz z mężem i czwórką dzieci mieszka z rodzicami, na co nie narzeka bo wychodząc do pracy wie, że trójka starszych dzieci wróci na ciepły obiad a najmłodsza wnuczka będzie miała opiekę całodzienną. Ma trzy córki i jednego syna, który trochę czuje się przytłoczony takim nadmiarem kobiet i dziewczyn przypadających na jeden metr kwadratowy domostwa 🙂 Babcia Pieczarkowska wierzy w znaczenie snów i kart i w każdy ostatni piątek miesiąca w jej domu odbywa się uroczyste stawianie kabały zarówno żeńskiej części rodziny jak i sąsiadce z naprzeciwka 🙂 Książka zdecydowanie poprawiająca nastrój, humor. Sięgając po opinie teraz, zanim sama do niej wróciłam, spotkałam się ze stwierdzeniem porównującym ją z Musierowiczowską sagą ale nic bardziej mylnego. Nie nie nie i to tak piszę na plus. To dwie zupełnie inne rodziny i bardzo dobrze. Z biegiem lat muszę powiedzieć, że jeśli miałabym porównać, to ta rodzina o wiele bardziej mi się podoba i relacje w niej uważam za jakieś fajniejsze. Trochę się tu dzieje i jest miejsce na opowieść o tajemniczej kobiecie, która odwiedzi rodzinę i zostanie w niej na dłużej i na pierwsze zauroczenia i sympatie i na przyjaźnie nastoletnie i na fajną, kochającą się rodzinę, która jednakowoż nie spija sobie z dziubków , tylko po prostu się kocha. Czasem się pokłóci, owszem, ale kiedy trzeba, stanie za sobą murem i się wspiera. Tak jak to powinno być w dobrej rodzinie. Uwielbiam swoje powroty do książek, które zachwycały mnie kiedyś a o tym, że był to wówczas dobry wybór, świadczy fakt, że ponownie czytało mi się ją świetnie. Nie wiem czy ktoś z Was kiedyś ją czytal, ja mam zaczytany egzemplarz z roku 1988, wydany przez „Naszą Księgarnię” i czasem zastanawiam się czy ktoś czytywał to, co ja kiedy byłam młodzieżą. Moja ocena to 6 / 6.

„Kornik”. Layla Martinez.

Wydana w Bo.wiem. Seria Z Żurawiem. Kraków (2024). Ebook.

Przełożyła Maja Gańczarczyk. 

Tytuł oryginalny Carcoma.

Projekt okładki Małgorzata Flis.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Hmmmmm…mam z „Kornikiem” niemały problem. Muszę powiedzieć wprost a ci, którzy czytają mój blog wiedzą, że nie lukruję niepotrzebnie, nie piszę jak nie czuję (co dla niektórych może być cenne a innych denerwować, cóż, piszę blog tak długo, że wyrobiłam sobie markę a ci, którzy go czytają, wiedzą, że piszę szczerze), nie była to dla mnie najlżejsza lektura. Nie byłam w stanie czytać jej płynnie, niestety, robiłam przerwy wymuszone rzeczywistością a nie pomogłam tym sobie zdecydowanie ze wzgledu na styl, którym książka jest napisana. 
A styl jest tokiem narracji, opowieści dwóch kobiet, babki i wnuczki. Styl to chaotyczny, jakby ktoś odkręcił kran ze słowotokiem obu kobiet. W dodatku jest to pisane z dużą oszczędnością znaków interpunkcyjnych. Tak więc powiem tak, nie czytało mi się „Kornika” płynnie a na pewno łatwiej byłoby czytać tę króciutką przecież książkę, że się wyrażę kolokwialnie, „na raz”. Ja takiego komfortu niestety, nie miałam więc być może trochę na własne życzenie ta lektura stała się dla mnie nie tak płynną jakbym oczekiwała. 

Muszę powiedzieć, że kiedy ją zaczęłam i odczuwałam nad nią cały wachlarz emocji, zaczęłam się denerwować. Wiecie jak to jest, kiedy wydaje ci się, że powinno ci się bardziej spodobać, że ktoś ją polecił, że może ty się nie znasz, że nie budzi w tobie książka aż takiego zachwytu jakbyś oczekiwała a tu, no właśnie. Od irytacji do zaciekawienia, od stwierdzenia „O to to, właśnie tak jest !” przez „Niepotrzebne stwarzanie fałszywego obrazu, jakiegoś sztucznego podziału”. I wtedy napotkałam na Fb wpis Mariusza Szczygła, który odniósł się do czytanej przez Niego książki „Białość” zeszłorocznego Noblisty, Jona Fossego (co przypomniało mi, że mam na czytniku nabytą zaraz po ogłoszeniu wyników książkę Fossego). I ów wpis Szczygła uświadomił mi coś niesamowitego, że czytamy synchronicznie jakąś kótką treść, każde z nas inną, która budzi w nas zupełnie skrajne odczucia, opinie, wrażenia. Niesamowite. I nie ukrywam, to że przeczytałam, że ktoś ma podobne do moich myśli dotyczące lektury na swój sposób mnie uspokoiła. Ba, na swój sposób skierowała mój niepokój w stronę tego, że najwyraźniej może być lektura, która budzi w nas taki wachlarz emocji i wrażeń. Która jest w stanie i zachwycić i znużyć i podobać się i nie podobać się równocześnie.

„Kornik” to jak wspomniałam książka napisana w bardzo specyficznym stylu, tu kieruję swoje podziękowania w stronę pani tłumacz, Mai Gańczarczyk, która zrobiła według mnie niezwykle dobry kawałek translatorskiej roboty. Sądzę, że trudno było przełożyć tę prozę, tym większy mój podziw za efekt. Jak mówiłam, treść relacjonują naprzemiennie dwie kobiety, babka i wnuczka. Wnuczka, określająca babkę najczęściej krótkim mianem „starej”, chwilę przed rozpoczęciem opowieści opuściła areszt. Za co przebywała w tym miejscu, tego dowiadujemy się stopniowo z tego słowotoku, którym nas zarzuca. Jak już wspomniałam, nie czytało mi się tego najłatwiej.

Obie kobiety zamieszkują dom, który był prezentem ślubnym od ojca babki dla jej matki. Dom, który został wręcz spersonalizowany. Dom, który rządzi jego mieszkańcami. Czy może raczej, mieszkankami „(…) przez ten dom wypadają ci zęby i wysychają wnętrzności” (…). Tutaj wypadają ci zeby i włosy, odpadają fragmenty ciała, a jeśli stracisz czujność, będziesz się snuć z kąta w kąt albo zalegniesz w łóżku i więcej się nie podniesiesz”. Dom żyje własnym życiem, „(…) dom zaciskał się wokół nas”.

Zastanawiałam się przez całą lekturę czy ów dom to symbol po prostu złego domu czy wręcz odwortnie, mniej kameralnie, na przykład kraju, ojczyzny, która jak wiemy, miała burzliwą historię. Hiszpania dopiero od niedawna głośno krytykuje to, co ongiś musiano znosić, można powiedzieć, że na swój sposób zaczyna swoją opowieść, taką trochę jak styl tej książki, chaotyczną, rozedrganą…
Na pewno w tej książce głosem wiodącym i bardzo dobrze, jest głos kobiet. Kobiet, które opowiadają o tej dotychczasowej powtarzalności ich historii pełnych przemocy, okrucieństwa, zaszczucia, bólu. I, to ciekawe, młodsza z narratorek sama stwierdza, że to traktowanie wcale nie wiązało się w tym przypadku ze statusem materialnym a raczej właśnie z płcią. 

Dom stoi we wsi. Wieś jak wieś. Niedaleko Madrytu, otoczona winnicami. I jak to we wsi, są bogaci, właściciele ziem i owych winnic i zwykli szarzy ludzie. Często biedni i, co gorsza, na swój sposób tę biedę dziedziczący. Autorka nie ma złudzeń, ustami babki i wnuczki przekazuje nam to, co często odczuwamy chociaż jednocześnie staramy się taką myśl natychmiast wyprzeć z głowy. Bieda jest jak mocny klej, przykleja się i nie daje szansy zdrapać się z siebie. Dziedziczy się ją i wielkiej siły i mocy wręcz trzeba aby udało się ją pokonać. We wsi raczej od dziesiątek lat podział ról jest zatwierdzony i niezmienny. Bogacze kontra wieśniacy. Właściciele kontra wyrobnicy. Co ciekawe, taką przewidywalność przełamuje jednak to, o czym pisałam w kontekście traktowania kobiet. Tu nie ma różnicy, wykształcona czy nie, biedna czy bogata. Mąż potrafi zrugać kobietę lub znieważyć równie podle w willi jak i w chylącej się ku upadkowi chatynce. Ojciec nie wesprze zarówno w jednoizbowym domku jak i w wielkiej posiadłości.

W domu, w którym mieszkają babka i wnuczka żyją też cienie. Jak jest napisane, „(…) W rzeczywistości dom był pełen cieni. (…) Wyłaniały się z ciemności spowijającej studnię, wypełzały spod stołu, skradały się po korytarzach”. Cienie nie dają ci zapomnieć, że zajmują miejsce w domu. Potrafią złapać za kostki, gdy idziesz korytarzem, szarpnąć za ubranie.
Obie kobiety na swój sposób miały powiązania z jedną z najbogatszych rodzin w wiosce, rodziną Jarabo, poprzez pracę. Wnuczka jeszcze do niedawna była opiekunką sześcioletniego syna rodziny Jarabo. O wnuczce wiemy niewiele. Niechętnie opowiada nam o sobie.  W domu mieszka tylko z babką, wydaje się być przepełniona dziedziczonym gniewem. O babce również wiemy nie tak wiele ale więcej niż o młodszej z kobiet. Poznajemy historię jej rodziny, ojca, który parał się paskudnym zajęciem, poznajemy losy jej matki a potem i jej samej. Babka więcej niż z żywymi, ma kontaktu z cieniami, ze zmarłymi, a nadto ze świętymi, do których dużo się modli. Święte wiele jej opowiadają i stara o wszystkich mających się zdarzyć sprawach wie właśnie od nich. Nie czuje się więc często zaskoczona wydarzeniami, jakie mają miejsce w jej życiu lub życiu jej bliskich.

Tak naprawdę trudno jest mi napisać, o czym dokładnie jest ta książka. Ja odebrałam ją jako rodzaj manifestu kobiet, przypomnienia, że mamy w sobie, my kobiety, dużo siły i możliwości. A nadto, nie zapominamy i jesteśmy w stanie zebrać się w sobie i dokonać zemsty nawet jeśli od czynu, za który chcemy się mścić, minęły dziesiątki lat. 
Gdybym miała określić jednym zdaniem to, co myślę po książce, to to, że „Kobiety mają głos!” Wreszcie zrzucają z siebie tłamszące je więzy i zaczynają artykułować swój gniew, niezgdę i działać. 

Również, nie ukrywam, podczas lektury przyszła mi do głowy niezwerbalizowana tu wprost idea czegoś na kształt dziedziczonych traum (znowu przypominam sobie inną, czekającą na mnie książkę o tym problemie, ech, tyle książek, tak mało czasu !). 
Nie jestem w stanie rozstrzygnąć czy dom symbolizuje tu jednak na przykład ojczyznę autorki, takie zdanie jak „(…) W tym domu zmarli żyją zbyt długo, a żywi zbyt krótko”. 

Ciekawe dla mnie jest to, że piszę ten wpis o tej książce, akcentującej właśnie taką problematykę, w Światowym Dniu Sprawiedliwości Społecznej.  
Bo też i o tym ta książka mi się wydaje, że jest. Na swój sposób autorka zwraca uwagę nie tylko na sytuację kobiet ale na całokształt społeczeństwa. Niby dwudziesty pierwszy wiek a ludzie wciąż dzielą się na biednych i bogatych, na tych, którym z powodów materialnych jest prościej mieć dostęp do edukacji, opieki zdrowotnej i innych, wydawałoby się, podstawowych dóbr i wartości. Wciąż bycie kobietą oznacza w niektórych krajach z gruntu gorszą pozycję społeczną, mniejsze wynagrodzenie na stanowisku, na którym mężczyzna zarabia więcej itd itd. 

Ja mimo tego, że nieco irytowało mnie bardzo zero jedynkowe spojrzenia na pewne kwestie zgadzałam się jednak z autorką w większości jej postulatów. Zwłaszcza w jej refleksjach na temat tego, jak pomaga się w sytuacji dramatycznej (tu zaginięcie dziecka) osobom o wysokim statusie materialnym a jak biedniejszym, tak zwanym szarym ludziom, bez znajomości i prestiżu.

Podsumowując moje refleksje na temat „Kornika” Layli Martinez, sądzę, że to na pewno jedna z tych książek, które zapadają w pamięć. Na swój sposób wwierca się jak tytułowy kornik, w nasze myśli, w głowę, nie może z niej wyjść. Jednocześnie jednak uważam, że to jest jedna z tych książek, które nie każdemu może pasować, która może drażnić swoim specyficznym stylem, tą chaotycznością, rozedrganiem, które podkreślałam. 

Moja ocena jednak to 5 / 6. 

„Przedsmak zła”. Alex Kava.

 Wydana w HarperCollins Polska. Warszawa (2018). Ebook.

Przełożyła Katarzyna Ciążyńska.

Tytuł oryginalny Before Evil. 

Lubicie powroty do znanych Wam a z jakiegoś powodu nieco porzuconych przez Was autorów? lub autorek, oczywiście? 
Bo ja tak. 
Parę dni temu na jednej z dwóch książkowych grup, w których się udzielam ktoś pisał o przeczytanej książce Alex Kavy i przypomniałam sobie, że dobre dwadzieścia lat temu lub nieco ledwo mniej, zaczytywałam się kryminałami, thrillerami jej autorstwa. 
A nawet korzystając z jakiejś promocji ebookowej parę książek sobie nabyłam. 
Czym prędzej więc „odkopałam” na czytniku parę tytułów i zaczęłam od tego, który co prawda został napisany chronologicznie stosunkowo niedawno, ale zapoczątkowuje serię o profilerce FBI, Maggie O’Dell. 
W „Przedsmaku zła” Maggie pracuje już jakiś czas w Wydziale Badań Behawioralnych w FBI ale dopiero teraz zostaje dopuszczona przez szefa, Kyle’a Cunninghana do swojej pierwszej sprawy w terenie. Jednym słowem, już nie będzie tworzyła profili przestępców na podstawie jedynie zdjęć z miejsc zbrodni a zaczyna jeździć z ekipą w teren. 
No i okazuje się, że ten zawodowy „chrzest” będzie o wiele cięższy niż ktokolwiek mógłby sądzić bo sprawa okazuje się być wyjątkowo ciężka. Śledczy szybko orientują się, że mają do czynienia z seryjnym zabójcą kobiet, w dodatku przemieszczającym się między stanami. Teraz jednak skupiają się na zbrodni, która wydarzyła się w bliższej odległości i muszą dowiedzieć się, kto usiłuje zrobić sobie swoistego rodzaju krwawe polowanie na kobiety. Muszą też dowiedzieć się czy istnieje powiązanie między tą zbrodnią a masakrą dokonaną w przyczepie mieszkalnej, podczas to której zabito trzy dorosłe osoby „przegapiając” jedną z potencjalnych ofiar. Oto bowiem w schronie niedaleko przyczepy udało się ukryć małej dziewczynce, Katie. Teraz wszystkie oczy, w tym niestety, pewnego złego człowieka, skupione są na małej Katie, która musi być bardzo strzeżona aby morderca nie wrócił i nie dokończył swej okrutnej zbrodni.

Liczyłam na dobry thriller, kryminał i nie mam żadnych zastrzeżeń. W końcu -czytałam już książki Alex Kavy  i zwyczajnie wiem, że mogę liczyć na dobry kawałek lektury.
Jednak oprócz samej warstwy kryminalnej ciekawy był opis historii samej Maggie, jej bliskich jak i współpracowników. Okazuje się, że ta sprawa, a właściwie sytuacja pozostałej przy życiu Katie, jest wyjątkowo trudna dla samej O’Dell jako, że i ona jako mała dziewczynka straciła nagle swojego tatę, który to był dla niej niezwykle ważny. Z matką nie ma (niestety, głównie za sprawą działań rodzicielki) właściwie zbyt ścisłych kontaktów. Co nie oznacza, że nie utrzymują ich ze sobą w ogóle. Ale matka nie jest osobą odgrywającą ważną rolę w bieżącym życiu Maggie, chociaż, jakby na to spojrzeć pod kątem tego, że jej postępowanie po śmierci męża było takie a nie inne, trudno jest jednak nie stwierdzić, że jednak na obecne życie śledczej ma pewien wpływ. A na pewno zdarzenia z przeszłości w wielu kwetiach zdeterminowały działania O’Dell jako już dorastającej i dorosłej kobiety.
Tak więc muszę powiedzieć, że mimo, że nie było to łatwe ale na swój sposób nie tyle może spodobało mi się, co pasował mi ten wątek obu osieroconych dziewczynek przedstawiony w akcji książki. Jednej dziewczynki dotkniętej tragedią obecnie a drugiej tej z przeszłości. Tamta dziewczynka na swój sposób uporała się ze swoją żałobą a nawet przekuła ją na swój sposób w wykonywany przez siebie obecnie zawód. 

Sama akcja bardzo ciekawa, szybka, co lubię przy tego typu książkach. Według mnie też ciekawe to to, że nie od razu domyśliłam się, kto jest sprawcą czy raczej może tak, w pewnym momencie nabrałam podejrzeń ale o tym czy miałam rację przekonałam się dopiero pod sam koniec książki. 

Według mnie jak najbardziej warta przeczytania dla osób, które lubią amerykańskie kryminały, śledztwa FBI a również nie do końca warstwę jedynie kryminalną. 
Bo jak się okazuje, trochę tej warstwy psychologicznej również w „Przedsmaku zła” było. 

Moja ocena to 6 / 6.

„Garść popiołu”. Wojciech Wójcik.

 Wydana w Wydawnictwie Zysk i S-ka. Poznań (2016). Ebook.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa. 

Wróciłam do kryminałów autorstwa Wojciecha Wójcika. Nie ukrywam, że tę książkę zaczęłam dość dawno temu ale po drodze wpadło mi coś innego, czym się zajęłam ale po czasie stwierdziłam, że chcę zobaczyć kto stał za zabójstwem nauczyciela geografii w liceum w Legionowie.

Narratorem tej historii jest jeden z nauczycieli legionowskiego liceum, nauczyciel historii i WOS’u, Tomasz.
Pewnego popołudnia, akurat w dniu rady pedagogicznej, jeden z nauczycieli znajduje Mateusza uczącego geografii powieszonego na poddaszu szkoły. W miejscu, do którego rzadko się zagląda. O czym szybko się dowiadujemy, ktoś odebrał mu życie i jak to jest w książkach Wojciecha Wójcika, rozpoczyna się jakby dwutorowe śledztwo. Jedno to policyjne, drugie bardziej prywatne bo Tomek wraz z policjantką Kamilą rozpoczynają pościg za tym, kto pozbawił życia przyjaciela Tomka. Pościg ten trwa cztery dni ale są to dni szybkie i wypełnione dramatycznymi wydarzeniami. 

Po pierwsze, Tomek szybko odkrywa, że Mateusz miał przed nim sporo sekretów. I szybko okazuje się, że znalezienie tego, kto go skrzywdził może nie być takie łatwe. Prędko też wychodzi na jaw, że dawno temu zdarzyło się coś dramatycznego na jednym z obozów letnich ze szkoły, w którym to doszło do tragedii z udziałem jednej z uczennic. A opiekunami na tamtym obozie było trzech nauczycieli z liceum. Byli to Mateusz,  pan Leopold, matematyk i Szymon Pełka. Tamto wydarzenie zdecydowało o tym, co dzieje się obecnie. 
Po śmierci Mateusza znika bowiem nieoczekiwanie matematyk. Wcześniej Tomek widział jeszcze starego nauczyciela kłócącego się z dyrektorem szkoły. Po czym ślad po panu Leopoldzie ginie. 
Zaczyna się czas niepewności, tajemnic i narastającego poczucia niepokoju i grozy, że to wciąż nie koniec złych zdarzeń.

O co w tym wszystkim chodzi? Dlaczego giną nauczyciele liceum? Czemu Mateusz prowadził jakieś działania, o których nie mówił Tomkowi, który czuł się jego przyjacielem i który dopiero po śmierci geografa zaczyna go jakby na nowo poznawać?

Jak to u tego autora, akcja dzieje się w krótkim czasie, za to jest mocno zagęszczona w wydarzenia i postaci. Niemniej jednak czytało mi się ją dobrze i wbrew pozorom właśnie szybko.

Nie jest to jednak książka, którą uważam za najlepszą w dotychczas przeze mną czytaną książkę Wójcika ale też nie oceniam jej źle. 


Moja ocena to 4.5 / 6. 

„Jak sprzedać nawiedzony dom”. Grady Hendrix.

 Wydana w Wydawnictwie Zysk i S-ka. Poznań (2024).

Przełożył Tomasz Bieroń. 
Tytuł oryginalny : How to Sell a Haunted House.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa. 

Muszę powiedzieć, że to książka, od której nie mogłam się oderwać i jak na moje możliwości, to pochłonęłam ją w naprawdę szybkim tempie (a ma ona równo 400 stron tekstu).
Jest to też tego typu książka, po której spodziewałam się po prostu jednego gatunku (bo jest to jednak horror) a otrzymałam coś o wiele, wiele lepszego i więcej! 
Po pierwsze, muszę powiedzieć, że ogromnie spodobał mi się podział książki na rozdziały noszące tytuł poszczególnych etapów żałoby, jakimi są : Zaprzeczenie, gniew, targowanie się, depresja i pogodzenie się. Bardzo dobrze to współbrzmi z tym, z czym praktycznie niemal od początku musi zmierzyć się bohaterka książki, Louise Joyner, trzydziestodziewięciolatka. Lata temu wyjechała z rodzinnego domu w Charleston na południu Stanów Zjednoczonych i po pomyślnym zakończeniu studiów została na stałe w San Francisco gdzie obecnie mieszka, pracuje i wychowuje pięcioletnią córkę, Poppy. 
Louise poznajemy na samym początku w chwili gdy oznajmia rodzicom, że spodziewa się dziecka a ci szczęśliwi natychmiast mają zamiar do niej przyjechać. To wstęp a następnie akcja dzieje się pięć lat później gdy kobieta odbiera najgorszy w jej dotychczasowym życiu, telefon.
Po pierwsze, dzwoni Mark, jej młodszy brat, z którym nie utrzymuje ścisłych kontaktów, a właściwie powiedzieć można, że niemal żadnych kontaktów. Po drugie, Mark oznajmia jej coś strasznego, ich rodzice nie żyją. 
I oto Louise, która na co dzień nie jest z ojcem Poppy, zostawia pięciolatkę pod opieką taty i rusza do rodzinnego miasta na pogrzeb rodziców.

Sto dwadzieścia pierwszych stron książki to szczerze mówiąc, nie jest żaden horror a raczej ogromnie dobrze napisana obyczajowo-psychologiczna książka. Oj, jakie to było życiowe, prawdziwe i mięsiste! Autor nie brał jeńców i opisał na tyle wiarygodnie rodzinę, w której jedno z dzieci było wyraźnie faworyzowane przez rodziców, że aż parę razy niemal dosłownie zazgrzytałam zębami ze złości. Kto z nas nie zna takich członków rodziny, którzy z bliżej niewiadomych powodów są faworyzowani i chyba wychowani w tymże przekonaniu, oczekują od innych bałwochwalczego podejścia i ustąpienia im we wszystkim.
Louise i Mark po latach niewidzenia się spotykają się w dodatkowo ciężkim momencie życia, tuż po stracie rodzicieli i w dodatku będąc w niezbyt przyjaznych stosunkach. 
W pewnym momencie wydaje się jakby u Louise puściła tama wspomnień i pretensji i poznajemy jej powody niechęci w stosunku do własnego brata. Jakby nie było, Mark zawsze był przez rodziców faworyzowany. Był tym dzieckiem, któremu odpuszczało się na zasadzie „Bo ty, córeczko, jesteś silna i dzielna i dajesz sobie radę a on…” (tu dyskretne zawieszenie głosu).
Tama wspomnień przedstawia nam, czytelnikom, rodzinny dom, w którym się wychowali,. Był on wystarczająco pełen emocji bo Nancy, ich matka,  zajmowała się lalkarstwem teatralnym. Kupowała lalki, pacynki, marionetki, sama takowe szyła i praktycznie można powiedzieć, że wczesnemu życiu i młodości Louise i Marka towarzyszyła liczna gromada lalek, którym mama nadawała oryginalne imiona. Swoją sztukę prezentowała jednak oczywiście nie tylko w rodzinnym gronie. A sztuka ta była właśnie pełna wzruszeń, emocji i takiego rzec można, zamieszania i zdecydowanie przenikania świata realnego z tym kreowanym przez matkę. Wystawiała przedstawienia i brała czynny udział w życiu środowiska lalkarskiego.
Ojciec kobiety, Eric, był ekonomistą i wykładowcą na miejscowej uczelni i być może stanowił dobre wyciszenie dla pełnej artyzmu i kochającej tę oryginalną sztukę, żony.

Pierwsze delikatne zapowiedzi tego, że „Jak sprzedać nawiedzony dom” to jednak horror a nie świetnie skrojona obyczajówka, są już właściwie na początku, gdy rodzeństwo spotyka się w domu rodziców a ongiś, swoim rodzinnym. Lalki, pozostawione w domu bliskich, zdają się bowiem żyć jakimś własnym tajnym życiem. Mają swoje preferencje dotyczące spędzania wolnego czasu i miejsca, w ktorym chcą przebywać. Kobieta znajduje je w miejscu, w którym na pewno nie powinny się znajdować, w dodatku w dziwnych sytuacjach. Ma dodatkowo wrażenie, że wszystkie lalki a dom jest nimi wręcz wypełniony, wpatrują się w nią i śledzą każdy jej krok.

Dodatkowym zaskoczeniem może być fakt, że po raz kolejny w jej życiu pojawia się Pupkin. Ulubiona lalka mamy, którą brała ze sobą wszędzie i która siłą rzeczy towarzyszyła Louise i jej bratu przez większość dzieciństwa. Ta niby niewinna pacynka okaże się nawiasem mówiąc równorzędnym bohaterem jak rodzeństwo Joynerów i córka Louise, Poppy.
Louise natyka się na Pupkina pewnego dnia gdy trafia do domu rodziców i ku swemu zaskoczeniu znajduje pacynkę siedzącą w ulubionym fotelu ojca i oglądającego jakiś telewizyjny program. Dziwne, bo po śmierci rodziców nikogo w domu nie ma i raczej wręcz nie powinno być. Kto więc posadził Pupkina i wyreżyserował taką sytuację?
Jednak sam początek książki nie zapowiadał horroru, który jednak jak najbardziej będzie się dział w dalszej jej książki. Na samym początku rodzeństwo głównie się kłóciło i wymawiało sobie sprawy sprzed bardzo wielu lat. Z czasem jednak narracja powoli, powoli się zmieniła a autor tak nam namieszał w tym, co poznajemy, co nam zdradza, że zaczynamy na wszystko, o czym do tej pory się dowiedzieliśmy zupełnie inaczej patrzeć. A o postaciach biorących udział w tej historii zaczynamy patrzeć w inny, niż do tej pory, sposób. 

Nie znam innych książek Hendrixa, trudno jest mi więc powiedzieć czy jest lepsza czy gorsza od poprzednich. Wiem, że „Jak sprzedać nawiedzony dom” podobała mi się do tego stopnia, że jak już wspomniałam, nie mogłam sie od niej oderwać. 

Również jak dla mnie, jest to jednak horror. Już nigdy nie spojrzę tak jak przed jej lekturą na lalki. I oczywiście dodatkiem jest świetny rys psychologiczny bohaterów jak również taki kalejdoskop emocjonalny jaki nam autor funduje, niemniej jednak jest to horror. Nie ma więc oczekiwać, że nie będzie jednak strasznie i dramatycznie. 
Miałam kiedyś możliwość poznania tematu lalek i to tak z najwyższej półki, nie takich lalek zabawkowych ale w kontekście lalek teatralnych, takich, jakie stanowiły sens życia dla Nancy Joyner. Bardzo żałuję,że gdy człowiek jest młodszy, nie dostrzega ogromu możliwości i okazji zgłębienia wiedzy, zwłaszcza na tematy, które są dla niego zupełnie obce. Z możliwości więc nie skorzystałam, bardzo tego żałowałam podczas lektury tej książki bo sądzę, że byłoby to idealnym do niej dodatkiem.

Mnie się podobała, o ile oczywiście tak można powiedzieć o horrorze. 
Oceniam „Jak sprzedać nawiedzony dom” : 6 / 6. 

„Arystokratka pod ostrzałem miłości”. VOL 2. Evzen Bocek.

 Wydana w Wydawnictwie Stara Szkoła. Wołów (2024).

Przełożył Mirosław Śmigielski.

Tytuł oryginalny Aristokratka pod palbou lasky.

„Arystokratka pod ostrzałem miłości” została „rozbita” na dwie części w cyklu wydawniczym. Szczerze, to nie mam zielonego pojęcia, kto o tym zdecydował (bo mógł sam autor). Ja osobiście chyba wolałabym mieć już raz ale całość ale nie ja wydawałam 🙂
Tak czy inaczej, ta część kończy cykl o Marii Kostce z rodu Kostka i z Zamku Kostka. Dziewczynie, której przyszło przybyć z rodzicami do Czech ze Stanów Zjednoczonych, w których mieszkali, do odzyskanego wreszcie rodowego zamku albowiem okazało się, że są arystokracją. 
Czas zatoczył koło, ta część kończy się niemal w momencie gdy rok temu rodzina Kostków zlądowała w Pradze, skąd rozpoczęła się ich dalsza podróż do odzyskanego zamku i całej plejady oryginałów zamieszkujących go i pracujących w nim.

Czy warto było czytać cykl o Ostatniej Arystokratce? Oczywiście, że tak i jestem pewna, że po raz kolejny do niego wrócę (przed wydaniem ostatniej części zrobiłam sobie do niego powrót). A zresztą, nie wiem, nie mam żadnych informacji, żeby nie było ale coś tak czuję,że o ostatniej Arystokratce Evzen Bocek nie powiedział nam jeszcze ostatniego słowa. Chociaż przyznam się Wam, że pomimo tego, że kocham tę serię i uwielbiam do niej wracać, mam wrażenie, że czasem najlepsze co można zrobić, to zatrzymać wózek radości i dobra w najodpowiedniejszym momencie a nie odcinać w nieskończoność kupony. Tak więc kto wie, może to zakończenie jest w najlepszej chwili…czas pokaże czy nie zatęsknię i nie będę marudzić 😉 Ale niech Bocek się nie obawia, nie zamierzam jakby co ścigać go jak bohaterka książki „Misery”, autorstwa Kinga 🙂

W tej części miłości, którą ostrzeliwana dosłownie jest Maria Kostka jest wiele. Większość mieszkańców i pracowników zamku postanawia jakby oddać się we władzę Amora i rozpoczyna mniej lub bardziej intensywne działania zmierzające ku sparowaniu. Maria nie dość, że musi ogarniać całe to rozamorowane towarzystwo, to jeszcze nie zapominajmy, ma dwóch realnych kandydatów do ręki, których nie może przecież zwodzić w nieskończoność (jakkolwiek zabawne by to nie było). 

No ale w końcu na szczęście i ona podejmie decyzję i można powiedzieć, że świat uśmiecha się do Marii szeroko a ona z radością może ten uśmiech odwzajemnić.

Powiem tak, ostatnia część serii trzymała formę. Mnie wciąż dużo podczas czytania bawiło i naprawdę słychać było, że mam udaną lekturę. A to uważam za dużą umiejętność, tak poporowadzić cykl aby trzymać wysoki jego poziom aż do ostatniej strony.

U mnie „Ostatnia Arystokratka” trafia na półkę z książkami na pociechę, kiedy potrzeba się szczerze pośmiać a nie czytać nie wiadomo jak ambitne teksty. 

A moja ocena tej części to 6 / 6. 

„Słoneczniki”. Halina Snopkiewicz.

 Wydana w Ludowej Spółdzielni Wydawniczej.  Warszawa (1980).

Powiem tak, trochę się tego powrotu obawiałam. Powrotu do książki, którą zaczytywałam się jako nastolatka. Skąd wzięłam „Słoneczniki”? Nie wiem. Dostałam ją chyba od Mamy bo na pewno nie kupiłam jej w ulubionym kąciku antykwariatu w księgarni na Broniewskiego, w którym tyle udanych książkowych zakupów nabyłam! A obawiałam się, że może okazać się nie tak zachwycająca jak kiedyś. Że może to, co podobało mi się gdy byłam równolatką Lilki Sagowskiej , narratorki, której pamiętnik poznajemy w tej książce, już teraz mnie nie zachwyci. Niepotrzebne to były lęki i obawy. 
„Słoneczniki” to jak napisałam, pamiętnik czternastoletniej Lilki (gdy kończą się zapiski i książka, autorka pamiętnika zdaje na studia), którego akcja dzieje się od trzynastego grudnia 1948 roku do siódmego lipca 1951 roku. 
I powiem, że pomimo oczywistych odniesień do tamtejszych realiów (bałagan z szkolnictwie, osoby uczestniczące w walkach powstańczych wtłoczone z powrotem do szkolnej ławy, ZMP, powojenna Polska i traumy z lat niemieckiej okupacji) książka ta jest po prostu niestająco aktualna. 
Dojrzewanie, pierwsze zauroczenia Lilki, rozgrywki na polu damsko-męskim. Ambicje, które są albo ich nie ma, miłość i nienawiść, niechciane ciąże. Przy tym wreszcie poczucie wolności po wojennych latach i tułaczce. Młodość jest tylko jedna i należy z niej wycisnąć wszystko aż do ostatniej kropli. Więcej nam się już nie przydarzy, nie powrócimy do niej aby wytrzeć gumką błędy i je poprawić a biografię napisać od nowa. 
Dodatkowo przedziwne relacje Lilki z jej matką, które to relacje nieustająco mnie dziwią i zatrważają ale które to teraz, jako osoba bliska pięćdziesiątki, jestem w stanie wyobrazić sobie (nie zrozumieć i usprawiedliwić ale przyjąć do zaistnienia) o wiele bardziej niż gdy czytałam ją jako nastolatka. 
W ogóle, to odnalazłam w „Słonecznikach” o wiele więcej treści teraz niż wtedy lub może inaczej, sądzę, że jest to dlatego tak dobra książka bo właśnie na każdym etapie wieku i jej lektury jestem w stanie wynieść z niej coś wartościowego, istotnego. 

Tak więc, okazuje się, że powroty do książek z dzieciństwa czy może, wczesnych lat nastoletnich bywa powrotem zdecydowanie udanym i godnym polecenia. 

Oczywiście, że daję tej książce notę 6 / 6. Nie może być inaczej.