Siedemnaście lat minęło…

…nie do końca jak jeden dzień ale wystarczająco szybko aby zarzucić truizem „czas leci” i niby pamiętam dzień Ślubu a tu proszę, siedemnasta Rocznica Ślubu 🙂 Jakby ktoś chciał powinszować to otwieram ten wątek dokładnie z taką intencją. 
Dziwnym zbiegiem okoliczności, rocznica w 2011 roku również w niedzielę przypadała. Wtedy spędziliśmy ją zgoła odmiennie. Najpierw na cmentarzu u Emilki, z przyjaciółmi, już w ramach listopadowego Święta, potem z nimi na kawie a wieczorem razem na kolacji w ulubionej greckiej restauracji.
Jakby mi ktoś wtedy powiedział,że pięć lat potem świętować będziemy zupełnie inaczej i w takim a nie innym gronie czyli z Jasiem 😉 a dodatkowo w miejscu jakim jest sala zabaw gdyż Jaś został zaproszony na urodziny koleżanki z przedszkola, to bym pewnie nie uwierzyła.
A tu proszę 😉
I Wiecie co? Ja wiem, że pewnie niektórzy powiedzieliby, że w restauracji , przy świecach , przy eleganckich daniach jest super ale …ja się bardzo cieszę, że tę Rocznicę spędzimy w taki właśnie sposób 🙂

A teraz przyjmuję życzenia i serdeczności 🙂  

„Paradoks”. Igor Brejdygant

Wydana w Wydawnictwie Marginesy. Warszawa (2016). Ebook.

 

W roku 2012 mogliśmy z P. oglądać jeden z najlepszych seriali kryminalnych produkcji polskiej. Był to „Paradoks”, którego scenarzystą ( jednym z trzech reżyserów) był Igor Brejdygant. 
Serial mnie i P. wtedy zachwycił, stanowił coś tak przeciwnego do tego, co serwują nam stacje telewizyjne jeśli chodzi o seriale kryminalne, że kiedy okazało się, że niestety, ale nie będzie jego kontynuacji , byliśmy bardzo rozczarowani. Aby już skończyć temat serialu bo nie o nim tu przecież ma być mowa, szkoda, że żadna z konkurencyjnych stacji nie pokusiła się o wyemitowanie drugiej serii u siebie. Jestem przekonana, że oglądalność byłaby na wysokim poziomie. No ale produkcje filmowe nieco bardziej ambitne niż to, do czego od kilkunastu lat jest przyzwyczajany widz , najwyraźniej nie cieszą się popularnością i kiedy przychodzi do decyzji, ktoś tam najwyraźniej nie umie zaufać intuicji i dobrej jakości.

Teraz o książce. Igor Brejdygant pisząc ją miał zapewne wcale nie takie łatwe zadanie. Owszem, miał „bazę” ale dobrze wiemy, że czym innym jest scenariusz filmu czy jak w tym przypadku, serialu, a czym innym konkretna proza z fabułą. I coś jeszcze. W serialu dużą wagę odgrywał obraz. Czasem mina któregoś z bohaterów. Czasem gest. To wystarczyło abyśmy zorientowali się o co chodzi. W książce o czymś takim nie ma mowy gdyż popełniłoby się według mnie coś w rodzaju „łopatologii stosowanej”. Autor musiał więc tak naprawdę „Paradoks” rozpisać na nowo. Myślę, że nie było to łatwe zadanie ale z radością muszę przyznać, że wywiązał się z niego świetnie.

Po beczce słodu , mała łyżka dziegciu, tytułem wstępu. Niestety, w tym przypadku , pomimo, że się na książkową wersję „Paradoksu” mocno cieszyłam i czekałam, to że wcześniej obejrzałam serial, nie pomogło mi. Po pierwsze, pamięć moja jednak dobra i nawet fakt, że serial oglądałam w tygodniach tuż po narodzinach Syna, nie spowodował, że euforia przyćmiła to, co działo się na ekranie. Również postaci z filmu obecnie „grały” podczas lektury książki przed moimi oczami. Tak więc i wygląd bohaterów i sporo spraw, rozwiązań , pamiętałam. Szkoda, bo sporo jednak na tym straciłam bo wiadomo, w przypadku kryminału element zaskoczenia odgrywa najważniejszą rolę. Tak więc muszę powiedzieć, że w przypadku książki, zdecydowanie lepiej jest przystępować do lektury bez wcześniejszego obejrzenia serialu.

Książka dzieli się na dwie części.
W pierwszej z nich poznajemy bohaterów. Poznajemy Joannę Majewską wysłaną przez inspektora Andrzeja Zielińskiego (ciekawy zabieg, w serialu bowiem pan ten nosi inne imię, tak przynajmniej wynika ze strony filmu na Filmweb.pl a w książce autor zmienił imię na imię aktora odgrywającego rolę w filmie, co dodatkowo jest zabawne bo aktor nosi teraz imię i nazwisko postaci z książki) w celu prywatnych przeszpiegów. Andrzej Zieliński, inspektor,nie aktor, 🙂  wysyła Joannę aby prowadziło coś w rodzaju prywatnego śledztwa dotyczącego komisarza Marka Kaszowskiego. Jest też „Młody” czyli Jacek i prokurator Sobecki.
W pierwszej części poznajemy więc postaci i ich losy a wędrując wraz z Joanną, która zagląda do spraw umorzonych podczas śledztwa i początkowo mającej znaleźć coś, do czego mogłaby się „przyczepić” a konto Kaszowskiego , mówiąc kolokwialnie, poznajemy paradoksalne (zgodnie z tytułem książki) tych spraw rozwiązania.
Potem sprawy już się tylko komplikują. Źli ludzie wcale nie okazują się złymi, a ci dobrzy niekoniecznie są dobrymi. Czyż to nie zapożyczone z życia?
Druga część nie dotyczy spraw ongiś prowadzonych przez Kaszowskiego a stanowi rozwiązanie jednej z wielkich afer,  o których w książce od początku jest mowa.
I w tej części sprawa ta nareszcie znajdzie swoje rozwiązanie. Nie tylko ta jedna sprawa, ale również sytuacje z życia bohaterów zostaną w ten czy inny sposób rozwiązane.
„Paradoks” to dobra książka kryminalno sensacyjna. Jest tam to, co miłośnicy gatunku lubią czyli konkretne postaci, bez cukru i lukru, jest zgorzkniały glina (ale to zgorzknienie jest jak najbardziej uzasadnione a nie powodowane skandynawską zimą trwającą ponad pół roku :P) , są tam ciekawie rozwiązane sprawy kryminalne i akcja sensacyjna.
Ze swej strony przyznam się do tego, że o dziwo, w połowie książki, gdy rozpoczyna się właśnie akcja bardziej sensacyjna niż kryminalna, trochę „siadło” mi tempo czytania.

Ten mały książkowy eksperyment polegający na zamienieniu scenariusza na fabułę oceniam na 5 / 6. 

 

„Sześć kobiet w śniegu (nie licząc suki)”

Anna Fryczkowska. 

Wydana w Wydawnictwie Burda Książki. Warszawa (2016). Ebook.

„Sześć kobiet w śniegu (nie licząc suki)” to podobno kryminał wliczający się w nurt „cozy mystery”. Jakby nie nazwać, faktycznie skądś to znamy, klimat i aurę, znaczy się. Czyli niewielka liczba osób zamknięta , odcięta od świata z jakichś tam powodów i nagle wydarza się zbrodnia. A mordercą jest na pewno osoba przebywająca w tymże miejscu.
Nie inaczej jest w tej książce. Oto sześć kobiet, każda „z innej bajki” i suka. Pięć przyjaciółek i ukraińska pomoc domowa. Gospodyni, Zuzia, najbogatsza z przyjaciółek, organizuje w nowym domu spotkanie. Nowy dom jest co prawda ogromny (stąd i zapotrzebowanie na pomoc domową chociaż jak się potem okaże, właściwie z zupełnie innych powodów), za to położony dość daleko od Warszawy skąd docierają do domu i Zuzi przyjaciółki. Bietka, uzurpatorka tytułu „królowa kryminału”, Alka, Daria i Hania. Jest też Uliana, owa pomoc domowa.

Wcześniej pisałam o tym, że każda z kobiet wydaje się być z innej bajki bo dzielą je zarówno światopoglądy jak i sytuacja materialna. Ale o dziwo, chyba jakoś się przyjaźnią. Z małymi wyjątkami jak się okazuje.

Ponieważ spotkanie odbywa się zimą, może więc nie dziwić śnieg. Śnieg o tyle jednak okaże się ważny, że jak to zwykle u nas bywa, mimo, że zapewne zapowiadany, zaskakuje. Wszystkich. Przyjaciółki po trochu też ale i drogowców ponieważ drogi zostają zasypane i dojazd wszędzie zaczyna być utrudniony. 
Co nie pomaga gdy jak się okazuje, przyjaźń nie była tak silna jak się wydawało, bo jedna z przyjaciółek zostaje zamordowana. 
A pozostałe przy życiu kobiety stają oko w oko z niewygodną prawdą. Morderczynią jest któraś z nich. Co oczywiste- szybko wyjdzie na jaw, że tak naprawdę każda z nich miała motyw aby popełnić morderstwo.

U Anny Fryczkowskiej charakterystyczne jest to, że zwykle kobiety są niezbyt szczęśliwe, za to walczą o swoją niezależną pozycję. Mężczyźni w ich życiu bywają obecni ale często są jeśli nie destrukcyjni to z pewnością nie są wsparciem jakiego by się oczekiwało. 
Przy tym wszystkim Fryczkowska jest po prostu dobrym obserwatorem życia i zapewne podczas kobiecych spotkań często jest powiernicą, która najwyraźniej „dobrze” słucha. Bo słuchać też trzeba umieć.
Fryczkowska nie rozpieszcza swoich czytelników. Świat przedstawiony w jej książkach raczej nieco przygnębia , a na pewno nie jest to literatura z gatunku pokrzepiająco rozweselających ale też mam tego zdecydowaną świadomość i nie oczekuję śmieszków i heheszków. 

No i jak to u niej jest, kobiety muszą trzymać się razem i wspierać. Gdybym miała poszukać nieco dalej i w innym medium niż książki, to sięgnęłabym po nazwisko Almodovar (Pedro, oczywiście, czyli jeden z moich ulubionych reżyserów). On również pokazuje nieustająco podobne motywy, czyli kobiety uwikłane w rozmaite zależności, nieszczęśliwe często, poszukujące jednak szczęścia ale najważniejsze, wspierające się razem i dodające sobie siły.

W książce Anny Fryczkowskiej spodobało mi się również ukazanie tego, do czego mogą doprowadzić tak zwane „dobre chęci”, którymi jak wiemy, wybrukowane jest piekło. I jak silne potrafią być wyrzuty sumienia.

Moja ocena to 5 / 6.

 

…takie…

…”święto”, którego dziś nigdy nie chciałabym „dobrowolnie” obchodzić.
Dzień Dziecka Utraconego.
Mam w sercu i w pamięci nie tylko naszą Emilkę ale i wszystkie te Dzieci, które przedwcześnie odeszły. I Was, Rodziców, którzy na swój sposób tą tragedią zostali naznaczeni i osieroceni i których część serca wraz z tą niepotrzebną śmiercią umarła również.  

Ostatnio znów spotkałam się z krytyką przeżywania przez kogoś jego żałoby po stracie dziecka. Sądzę, że rodzicom osieroconym ( i nie tylko, uważam, że po prostu osobom w żałobie) ostatnie czego potrzeba to mądrzenia się osób postronnych w sprawie przeżywania ich straty. 

„Świnki morskie”.

Wydana w Wydawnictwie Stara Szkoła. Wołów (2016). Ebook.

Przełożył Mirosław Śmigielski. 
Tytuł oryginalny Morčata

 

Może faktycznie przestałam rozumieć literaturę i to, co z nią albo około niej , związane. 
Skończyłam czytać „Świnki morskie”, książkę autorstwa Ludvika Vaculika.
I mimo, że mam świadomość, że to książka powstała jeszcze w czasach Czechosłowacji i panującego w tamtym tworze systemu. I mimo, że mam świadomość,że miała to być literatura, która jest swoistą metaforą czasów, w których przyszło żyć autorowi, to jakoś do mnie nie trafiło. Miałam nadzieję na czeski humor, w sumie nie wiem czemu zakładam, że jak Czech autor to mam się śmiać. Owszem, żeby nie było, że nie to pośmiałam się kilka razy. Ale w chwili, gdy książka zmienia się w zapis doświadczeń narratora związanych z posiadanymi przez niego świnkami morskimi i przeprowadzanymi na owych świnkach morskich, zaczęłam przeskakiwać zdania i marzyłam o tym aby już skończyć.
Po raz pierwszy nie wiem do końca, co mam myśleć o książce. Wiem, że jest to dobra literatura, i nawet rozumiem klucz, który w niej został przedstawiony, krytyka systemu komunistycznego pod płaszczykiem niewinnej (czy aby na pewno?) opowieści o świnkach morskich ale…nie, niestety, nie trafiło do mnie. 
Może nie czas, może po prostu nie moje klimaty ? (Nie jest przecież powiedziane, że musi tak być).

Pracujący w Banku Narodowym narrator posiadający żonę i dwóch synów, pewnego dnia, pod wpływem opowieści kolegi z pracy, który ma w domu świnki morskie, postanawia jedną nabyć w prezencie dziecku.
I tak zaczyna się ta opowieść.
Do mnie jak pisałam, nie za bardzo trafiła, ja się bardziej zmęczyłam czytając ją niż miałam z tego przyjemność.
Moja ocena 3 / 6. 

tegoroczna Literacka Nagroda Nobla…

…została chyba przyznana na zasadzie „tylu kandydatów i kandydatek, to weźmy nominujmy Boba Dylana”. Przykro mi to stwierdzić ale naprawdę nie rozumiem takiego wyboru. Według mnie to trochę krzywdzące dla samej nagrody. Nie wiem, być może Szwedzka Akademia kierowała się potrzebą odświeżenia spojrzenia na nominacje do tej akurat nagrody. Ale być może nie znam się, nie rozumiem i w ogóle jestem ignorantem, nie wiem.

Swoją drogą , czy to nie dziwny zbieg okoliczności, że tak oryginalny wybór kandydata do Nagrody Literackiej Nobla miał miejsce w dniu, gdy zmarł Dario Fo czyli Noblista z roku 1997?

Co sądzicie na temat tego, że w tym roku Literacki Nobel powędrował do Boba Dylana?

„Hen. Na północy Norwegii”. Ilona Wiśniewska.

Wydana w Wydawnictwie Czarne. Wołowiec (2016). Ebook.

Czytają tę książkę zaglądałam sporo razy do internetu wyszukując tych czy innych informacji. Chyba do tej pory nie zdarzyło mi się to albo jeśli , to nie w takim natężeniu. 

Jest to zupełnie inna książka, niż poprzednia książka autorki pod tytułem „Białe. Zimna wyspa Spitsbergen”. I myślę, że to dobrze.
Tym razem autorka skupia się bardzo na problemie norwegizacji na siłę, która dotykała Saamów. Najstarszych i rdzennych mieszkańców północnej części Norwegii (także i Szwecji czy Finlandii jak wyczytałam na stronie Norwegofil.pl

W tej książce o tym niechlubnym procesie jest więc mowa i o tym do czego to wszystko prowadziło. Można sobie podczas lektury tej książki zadawać sporo pytań. Na temat własnej tożsamości kulturowej. I na temat tego jak bardzo jest się gotów ją chronić, bronić czy też może łatwo jest się jej wyrzec?
Pytania te zadaje sobie sam czytelnik bo autorka szczęśliwie nie bawi się w wydającą odpowiedzi mędrca.
Przy tej okazji na przykład poznałam nazwisko wokalistki z Norwegii, właśnie Saamki czyli Mari Boine. Zapewne niektórzy z Was ją znają. Ja nie znałam. Wczoraj pierwszy raz wysłuchałam jej śpiewu i muszę powiedzieć, że faktycznie śpiewa wspaniale.

Mnie zaskoczył ten fragment historii Norwegii, ale w sumie mnie mógł , bo Norweżką nie jestem, natomiast z książki wiem, że jest on poznawany przez samych Norwegów również od niedawna.
Warto jest według mnie sięgnąć po tę książkę. Jest w niej również sporo fotografii i po prostu opisu ludzkich losów, życia w niełatwych geograficznie a i polityczno społecznie, warunkach.
Bardzo to ciekawe i naprawdę polecam.
Ilona Wiśniewska jest ciekawa świata i ludzi, ale również chyba potrafi z nimi nawiązać łatwy kontakt, co dla reportażystki jest oczywistą zaletą. Mam wrażenie, że jest „uparta” ale w takim pozytywnym aspekcie, to znaczy pracuje nad tym aby z kimś jednak udało się jej porozmawiać.  

„Hen” została niedawno nominowana do Nagrody im. Beaty Pawlak. Kibicuję , oczywiście.

Moja ocena to 5 / 6

„Dygot”. Jakub Małecki.

Wydana w Wydawnictwie SQN. Kraków (2015). Ebook.

Książkę nabyłam jakiś czas temu w którejś z rozlicznych promocji i trochę o nie zapomniałam a ponieważ ktoś mi o niej swoim wpisem przypomniał, sięgnęłam po nią i ja. 
Od razu powiem,że mam świadomość, że był moment, gdy o „Dygocie” było bardzo dużo i głośno i wszyscy chwalili. I że mam świadomość, że to zdecydowanie wywindowało moje oczekiwania wyżej niż przeciętnie.
I niestety, pomimo, że książka bardzo mi się podobała i czytało mi się ją bardzo dobrze, trochę o ten nadmiar oczekiwań mam do siebie samej żal. Czyli jednak zdecydowanie nie powinnam czytać wszystkich tych zachwytów bo jak sama wychodzę z założenia, przecież wiadomo, że i tak odczucia po lekturze będą moje własne a nie czyjeś.

„Dygot” opowiada losy dwóch rodzin, które to rodziny w pewnym momencie połączą się. A losy te poznajemy na przestrzeni wielu dziesiątek lat. Akcja zaczyna się jeszcze przed rozpoczęciem IIWŚ a kończy w czasach mocno nam współczesnych.
Nie wiem czego do końca oczekiwałam. Może trochę takiej aury jak z „Domu tęsknot” Piotra Adamczyka?
Tu tego nie otrzymałam. Otrzymałam za to kawałek bardzo dobrej i wciągającej prozy.
Ciekawie odmalowane postaci, jak lubię najbardziej prawdziwe, nie polukrowane, to już plus bo często niestety, autorom się wiarygodność nie udaje. Niestety, nieco przybijał mnie nadmiar nieszczęść dotykających poszczególnych bohaterów.
Rzecz dzieje się nie w wielkich miastach a na wsi i w małych miastach więc to też ciekawe bo nareszcie nie książka o mieście , do której ktoś dodał taką czy inną treść a konkretna treść osadzona w „gdzie bądź”.

Mnie z przyczyn osobistych ujął motyw sowy o imieniu Durna 🙂

Moja ocena to 5 / 6. 

 

„Olive Kitteridge”. Elizabeth Strout.

Wydana w Wydawnictwie Nasza Księgarnia. Warszawa (2010). Ebook.
Przełożyła Ewa Horodyska.
Tytuł oryginalny Olive Kitteridge.

Po tę książkę sięgnęłam trochę przypadkiem. To znaczy nabyłam ją przypadkiem skuszona promocją (wydaje mi się, że mającą miejsce przy okazji wydania nowszej książki autorki) a chwilę na czytniku sobie poczekała. Dopiero świetny wywiad Juliusza Kurkiewicza w wakacyjnym magazynie KSIĄŻKI przypomniał mi o tym, że książka Elizabeth Strout wciąż czeka u mnie na poznanie. I była to dobra decyzja aby po nią sięgnąć bo zbiorem opowiadań, które zawsze łączy postać tytułowej Olive Kitteridge zachwyciłam się. 
Trochę klimatem przypominała mi ona styl opowiadań Alice Munro ale nie jest to zarzut bo nie odczuwałam tu żadnej próby kopiowania. Po prostu obie autorki skupiają się na kobietach i wokół nich tworzą swoje opowieści.
Jak w wyżej wspomnianym wywiadzie stwierdziła Strout „To zdania przekazują opowieść”. I tak dokładnie dzieje się w jej opowiadaniach. Bywa tak, że się je czyta, czyta i nagle bach, jedno zdanie „robi” całą opowieść, że tak może kolokwialnie się wyrażę.
„Olive Kitteridge” to zbiór opowiadań, jak już pisałam, łączących się ze sobą postacią tutułowej bohaterki.
Poznajemy jej życie ale i życie osób z miasteczka, w którym Olive żyje wraz z mężem i synem jedynakiem. Olive Kitteridge jest nauczycielką miejscowej szkoły a więc będą też opowieści o uczniach, których uczyła w przeszłości.
Bardzo dobra to książka, aczkolwiek dość smutna w swojej wymowie. I jak powiedziałam do P. po jej lekturze, życie to jednak pasmo smutku i niepowodzeń.
Autorka wspaniale kreśli postaci bohaterów. Nikt tu nie jest przesłodzony i nikt nie jest tylko draniem. 
To opowieści o życiu „wszędzie”. To opowieść o uczuciach, o miłości i krzywdzie. O niezrozumieniu własnych czynów a raczej ich konsekwencji. Strout pisze konkretnie ale jej zdania nie sprawiają wrażenia „suchych” , wszystkiego jest tu w sam raz. 
Olive jest taka prawdziwa w swoim niepojmowaniu tego dlaczego jej relacje z synem ułożyły się w taki a nie inny sposób.
Bardzo dobra książka, którą jeśli nie czytaliście, polecam ją Wam.
Moja ocena to 6 / 6.

Wiem, że na jej podstawie powstał serial, czy ktoś z Was może go widział?
 

sprzątam, odgruzowuję…

…czyli wcielam w praktykę zasady i rady z książki Katarzyny Kędzierskiej „Chcieć mniej. Minimalizm w praktyce”. 
W sumie, to nie zdawałam sobie sprawy z tego ile bezsensu trzymanych przedmiotów, rzeczy się „dorobiłam”. Znam teraz swoje „grzeszki”, i po uczciwej rozmowie samej z sobą wiem, że chcę się z tym nadmiarem rozprawić raz a dobrze. I wiem jedno, bardzo poważnie każdy następny zakup rozważę. O.
Plus, wreszcie mówię „pa pa” nietrafionym prezentom, czy przedmiotom, które zalegają w szafie na zasadzie „przydasi”. Jeśli coś się nie przydało kilka lat, raczej sprawa wątpliwa, żeby się przydało w jakiejś bliżej dającej się określić przyszłości. 
No, marketing i sprzedawcy pewnie nie kochają tej mody na minimalizm , to taka moja prywatna refleksja.