„Tam, gdzie najlepiej się umiera”. Jakub Bielawski.


Wydana w Wydawnictwie Vesper.

Najpierw spodobała mi się okładka, potem dostałam ją na prezent. 

Ja akurat lubię opowiadania a zbiory, to już w ogóle zawsze niespodzianka. Ile procent z antologii zachwyci, a ile nie? Na ile będzie to równo napisane? Czy będzie coś, co ogromnie się spodoba i coś, co z trudem się skończy? 

Tu było generalnie dobrze, zwłaszcza, że pierwszy raz czytałam coś tego autora. Jedno z opowiadań było dla mnie z pewnych względów trochę zbyt hardcorowe (o tym, że takie jest, okazało się niestety, na samiuśkim końcu… ). Były takie, które naprawdę mi się podobały, to te z elementami mitologii i grozy słowiańskiej… Ale były też takie, które nie czytały mi się rewelacyjnie. Być może, jeśli ktoś siedzi intensywniej w literaturze fantasy, będzie miał z tych opowiadań, które mnie aż tak nie zachwyciły, większą przyjemność. 

Książka posiada fantastyczne ilustracje autorstwa Marty Żak.

Ogólnie doceniam za osadzenie akcji książek w naszych, polskich realiach Dolnego Śląska i okolic. Niezwykle plastyczny język, to dodatkowy atut. Umiejętnie przedstawiona rzeczywistość, która zdecydowanie może człowieka przestraszyć swoim drugim dnem. 
Najbardziej podobało mi się „Na zażar”, przeraziło i zostawiło z rozedrganiem „Lalka”, ciekawe okazało się też „Schlesierthal” i „Pies”. Najmniej dobrze, co ciekawe, bo opowiadania nie są w porządnu chronologicznym, czytało mi się te z końca zbioru, czyli na przykład „Pani znów tańczy” czy „Krótka historia na pożegnanie”. Ale już ostatnie w zbiorze „Gra w szachy” ponownie mi się podobało. 

Tak, czy inaczej, jeśli lubisz klimaty grozy, tajemniczości, duchów, strzyg i upiorów, czegoś dziejącego się niekoniecznie w świecie „tu i teraz” a gdzieś „poza”, to myślę, że powinien Ci się ten zbiór opowiadań spodobać. 

Moja ocena to 5 / 6. 

„Piąty akt”. Wojciech Wójcik.

 Wydana w Wydawnictwie Zysk i S-ka. Poznań (2024).

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa. 

Nareszcie mogłam przeczytać najnowszy kryminał autorstwa jednego z moich ulubionych obecnie autorów. 
Książka nosi tytuł „Piąty akt” i jak już sam tytuł może sugerować, część jej akcji dzieje się w teatrze. A konkretnie, w teatrze mieszczącym się w Pałacu Kultury w Warszawie, w którym to przybytku miało miejsce przedstawienie dyplomowe sudentów Akademii Teatralnej. 

Grupa młodych ludzi przygotowywała się wraz z opiekunką roku i jednocześnie autorką scenariusza przedstawienia, panią Joanną Burzyńską do pokazania wyrywków z życia znanej i szanowanej aktorki, Niny Seneki. Nina Seneka znana jest nie tylko jako rewelacyjna aktorka, chociaż już obecnie przebywająca na zasłużonej emeryturze w Domu Artystów Weteranów, ale również jako walcząca z okupantem, a przede wszystkim z działającymi podczas IIWŚ szmalcownikami, bohaterka. Przedstawienie więc miało być również czymś na kształt podziękowania jej za czyny podczas wojennej zawieruchy, czy wręcz niemal zostało napisane na jej cześć.
Nic jednak nie poszło podczas tego wieczoru tak, jak iść powinno. Otóż po zakończeniu czwartego aktu, kiedy aktorzy występujący na scenie byli przekonani, że teraz nastąpią nie tylko brawa, ale wręczenie kwiatów zarówno bohaterce wieczoru, pani Ninie Senece, jak i Joannie Burzyńskiej, okazało się, że odgrywająca główną rolę bohaterki, Wanda Reginis musi szybko zmienić tekst podziękowań i przemowy. 
Starsza pani bowiem opuściła teatr w ogromnym wzburzeniu i z wyraźnym niezadowoleniem malującym się na jej twarzy, a sama opiekunka i scenarzystka niestety, nie żyje. 
Komu a przede wszystkim dlaczego zależało na śmierci Joanny Burzyńskiej? Dlaczego akurat wieczór premiery był ostatnim w jej życiu? 
Ale również, dlaczego Nina Seneka nie została do końca wieczoru, a wręcz zabroniła młodym kontynuowania przedstawień opowiadających jakby nie było o jej własnym bohaterstwie?
O tym będą musieli przekonać się ci, którym zależeć będzie na prawdzie.

Piszę to z każdym razem, kiedy omawiam kryminały Wojciecha Wójcika, nie są to książki „na raz”. To znaczy, jeśli komuś się to udaje, to składam gratulacje. Najwyraźniej ma więcej czasu i możliwości skupienia się na akcji, niż ja. 
Natomiast ja wiem,że na lekturę muszę poświęcić parę dni, jak również uważnie notować podczas czytania, aby nic ważnego mi nie umknęło. Tym bardziej,że Wójcik nie stosuje akcji linearnej, a jak to u niego bywa, poznajemy akcję współcześnie i w przeszłości, na przemian. Jak również, spotykamy na kartach książki licznych jej bohaterów, z których każdy na swój sposób może odegrać rolę dla treści i rozwoju akcji książki. 
I tak, stare grzechy rzucają bardzo długie cienie. Po raz kolejny przekonują się o tym próbujący dojść prawdy bohaterowie kryminału. 

A śledztwa dzieją się po raz kolejny dwutorowo. Z jednej strony prawdy chce dojść Adam, oświetleniowiec, który ma swego rodzaju umowę z dyrektorem teatru, Sikorskim ( o tym, jaka to umowa, dowiadujemy się pod sam koniec książki), że dowie się, kto pozbawił życia Burzyńską. 
Z drugiej strony młodzi aktorzy, których ktoś nagle pozbawił możliwości zagrania przedstawienia i ogólnie, pracy, którą chcą wykonywać, chcą dowiedzieć się, kto to jest i jaki jest powód i samej zbrodni i tego, że ich plany na przyszłość legły w gruzach. 
Kiedy zarówno Adam, z pomocą swojej asystenki oświetlenia, Klaudią, jak i młodzi aktorzy próbująnowej roli jako śledczy, my, czytelnicy, stopniowo poznajemy przeszłość bohaterów. Ich losy podczas okupacji, to, jakich wyborów dokonywali, jakie przeżywali wzloty i upadki. I co stało się w tamtych mrocznych, pełnych zła i okrucieństwa czasach, co doprowadziło do tego, że w dwudziestym pierwszym wieku znaleziono martwą aktorkę, scenarzystkę i opiekunkę wystawiających ten swoisty hołd Senece, Burzyńską. 

Co mi się podoba w kryminałach Wojciecha Wójcika, to zarówno postaci, takie możliwe do zaistnienia, prawdziwe. Ani chodzące ideały, ani tylko źli ludzie. Ale również to, że o tym, kto jest sprawcą dowiadujemy się właściwie zawsze niemal na ostatniej stronie. Tu również tak się stało. Przyznam, że nie domyśliłam się, o kogo chodzi aż do samego końca. 

Tradycyjnie więc, jeśli macie chęć na dłuższy kryminał, podczas lektury którego wymagane jest większe skupienie, ale zostaje to wynagrodzone pod koniec książki, polecam Wam „Piąty akt”.


Moja ocena to 6 / 6. 

Dzień Dziecka Utraconego

W Dzień Dziecka Utraconego przesyłam swoje współczujące myśli Wszystkim z Was, których, podobnie, jak nas, ten dzień dotyczy.

Mam w sercu Wszystkie te Dzieci, które odeszły za wcześnie, jak również Was, rodziców.
Zawsze mówię, że właściwie nie ma właściwych słów, które oddałyby sens tego, co się chce powiedzieć.

Mając więc w wiecznej pamięci i w sercu naszą Emilkę, waleczną, kochaną Dziewczynkę, która była z nami tylko czternaście dni, przesyłam Wam moje współczucie i ciepłe myśli…

„Poradnik grzebania kotów”. Mika Modrzyńska.

 Wydana w Wydawnictwie Zysk i S-ka. Poznań (2024).

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa. 

Nie ukrywam, że pierwsze, na co zwróciłam uwagę, to na dziwny tytuł książki. Kontrowersyjny i mnie akurat lekko szokujący. Jednak spodobał mi się jej opis, więc postanowiłam sięgnąć po tę pozycję i sprawdzić samej, czy taki a nie inny tytuł ma swoje odzwierciedlenie w treści. Może jest jakieś dogłębne wyjaśnienie? 

Akcja książki rozpoczyna się pewnego kwietniowego dnia, kiedy na peronie mazurskiej miejscowości Brzózka wysiada Stefania Miałkowska. 
Ta dwudziestoośmioletnia dziewczyna wraca do domu z pobytu w Kanadzie. Powrót do domu, to nic w sumie dziwnego, ale Stefania wraca dość nagle. Rodzicom prawdziwych powodów nie zdradza, za to umawia się z nimi, że korzystając z obecności córki w rodzinym domu, wyjadą na swój urlop za granicę. 
Stefania nie zdradza ani powodu, dla którego szukała biletu do Polski dosłownie z dnia na dzień, ani też innej motywacji, która przywiodła ją do Brzózki. Piętnaście lat wstecz to właśnie z peronu, na którym wysiadła, miała uciec z rodzinnej miejscowości ze swoją koleżanką, Martyną, rówieśniczką ze szkoły. 
Jednak tamtego wieczoru sprzed piętnastu lat Stefania zrejterowała i w ucieczkę najwyraźniej wybrała się sama Martyna. To znaczy tak do tej pory myślała Miałkowska. Okazuje się bowiem, że Martyna nigdy nigdzie nie uciekła, gdyż miesiąc przed powrotem Stefy do Brzózki, ciało nastolatki zostało znalezione w miejscowym stawie. 

Stefania postanawia wziąć sprawy śledztwa w swoje ręce. Nie podoba jej się to, że policja tak szybko odpuściła dochodzenie i nie chce wyjaśnić, co tak naprawdę stało się te paręnaście lat temu i kto odebrał życie jej koleżance. A ponieważ Miałkowska od lat z zaangażowaniem słucha i ogląda podcasty true crime, jest pewna, że przy takiej pomocy ma spore szanse na znalezienie kogoś, o kim jest przekonana, że zrobił krzywdę nastolatce. W końcu, jakkolwiek okrutnie to by nie zabrzmiało, te zbrodnie mają niestety, dość jasne schematy i swego rodzaju powtarzalność. A Stefania czuje się winna, że tamtego wieczoru zostawiła przyjaciółkę samą. Być może, gdyby na ucieczkę zdecydowała się wraz z nią, Martyna wciąż by żyła? Może więc jest jej to winna, aby odkryć, kto jest sprawcą?

Jak wspomniałam, miałam nadzieję, że ten tytuł (nic nie poradzę, nie podoba mi się on i już ;( ) znajdzie jakieś uzasadnienie w treści. Nie wiem, jak inni, ja go nie znalazłam. Tak, jest pochówek kota. Ale jak dla mnie, niestety, jest to po prostu motyw dodany (powodu wciąż nie mogę znaleźć, jak dla mnie treść wystarczyłaby bez niego). 
Druga rzecz, ciekawe, nie polubiłam bohaterki, która prowadzi swoje własne dochodzenie. Stefania właściwie głównie mnie irytowała. Przede wszystkim tym, że jak na osobę, która rzekomo pasjami słuchała podcastów true crime, nie miała świadomości, że ruszanie takiej sprawy w środowisku dość hermetycznym, z którego w dużym stopniu przypuszczać można, że wywodził się sprawca zbrodni, jest niczym innym, jak proszenie się o kłopoty. I to spore kłopoty. 

Niemniej jednak sama sytuacja też mnie zaciekawiła. Kto i dlaczego chciał pozbyć się tak młodej osoby? Czyżby Martyna była w coś wplątana? Czy spotykała się z kimś, kto nie miał wobec niej nieczyste intencje? A może trafiła przypadkowo na jakiegoś wyjątkowo niebezpiecznego człowieka, który ją skrzywdził? 
Brzózka, to mała miejscowość, ale zło jest w niej obecne, jak wszędzie, tylko czasem trzeba mocniej się zagłębić w miejscowe relacje i realia, aby się o tym naocznie przekonać. 
Stefania podejmując śledztwo w sprawie śmierci przyjaciółki odkrywa też wzajemne relacje i powiązania mające miejsce w Brzózce, w której się wychowała, ale o której, jak widać, jako dziecko nie wiedziała właściwie nic. 

„Poradnik grzebania kotów” to całkiem dobry kryminał z akcją dziejącą się w małej miejscowości, w której ludzie niby wiedzą wszystko o wszystkich, a jednocześnie często o czymś dowiadują się właściwie przypadkiem. Ja osobiście mam tu pretensje głównie do tytułu, tak poza tym, to całość czytało mi się całkiem dobrze, nawet pomimo tego, że Stefania mnie irytowała (chociaż coś nas łączy, ja również słucham takich, jak ona, podcastów). 
Lubię akcje książki osadzone właśnie w takich mniejszych miejscowościach, gdzie niby wszyscy się znają, a jednak sporo osób skrywa przed innymi sekrety i tajemnice. 

Moja ocena to 5 / 6. 

„Ucieczka Anny”. Mattia Corrente.

Wydana w Bo.wiem. Kraków (2024). Seria z Żurawiem. 
Przełożył Tomasz Kwiecień. 
Tytuł oryginału La Fuga di Anna.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa. 

Ta książka „chodziła za mną,że się tak kolokwialnie wyrażę, od dość dawna. 
Ale, jak to w życiu, okazuje się,że plany planami, a i tak na książkę nadchodzi czas w nieco innym momencie. 

„Ucieczka Anny” to literacki debiut i przyznam, że z zazdrością czytałam tak dobrą książkę debiutanta właśnie. Podejrzewam, że większość autorek i autorów takiego początku drogi literackiej by sobie życzyło. Niewielka objętościowo, za to treściwa książka okazała się odskocznią od kryminałów Joanny Chmielewskiej, którymi ratowałam sobie nastrój podczas mijającego nieubłaganie, lata. 

Jej akcja rozpoczyna się rok i miesiąc po tym, jak starszy mężczyzna, narrator Severino Greco został sam w domu. Pewnego dnia jego żona Anna po prostu odeszła. Odeszła, uciekła, zapewne każdy może inaczej nazwać to, co się stało. Jednak, doszło do tego, że mężczyzna został w domu sam. Jego dorosły syn, Antonio, mieszka w zupełnie innej części Włoch. Początkowo Severino czeka na powrót bliskiej. Następnie jednak podejmuje decyzję aby ruszyć przez Sycylię i znaleźć swoją drugą połowę. 

W trakcie jego wędrówki poznajemy zarówno przeszłość samego narrtora, jak i to, co działo się w życiu Anny i jej bliskich. A jest to ważne dla całości książki, bowiem jest też wpleciony dziennik ojca Anny. Akcja więc dzieje się nielinearnie, częściowo współcześnie, gdy wraz z Seve ruszamy w poszukiwaniu uciekinierki, jak również sięgamy w przeszłość poznając losy poszczególnych bohaterów, ich decyzje, wybory i to, co mogło zdeterminować ich późniejsze działania. 

Ja w tej książce osobiście zwróciłam uwagę na parę motywów. Na to, o czym już pisała, jak bardzo losy naszych bliskich w ich przeszłości mogą wpływać na nasze własne dzieje. Mogą, ale nie muszą, oczywiście. Ale często wpływają i to w większym, niż chcielibyśmy się do tego przyznać, stopniu. 
Kolejny aspekt, który mnie poruszył, to rola matek w tej książce. Rola, czy raczej to, jak mogą determinować życie własnych dzieci, kierując się osobistymi traumami lub też lękami. 
Trzecia, to taka jeszcze inna sprawa, a mianowicie fakt tego, że bohaterami uczynił autor osoby starsze. W końcu Anna w dniu ucieczki ma siedemdziesiąt cztery lata. A najczęściej nie jest to wiek, w którym człowiek z chwili na chwilę porzuca dotychczasowe życie, ową bezpieczną rutynę, stabilizację, jak zwła, tak zwał. Anna jednak podejmuje to ryzyko, a my z czasem dowiadujemy się, dlaczego ta oddana żona i matka zniknęła z domu pewnego dnia. 

Nie ukrywam, że być może nie jest to lektura, którą jeszcze obecnie powinnam czytać. Bardzo mnie wzruszyła, aż sądzę, za bardzo. Pojawiły się nawet łzy, być może w innej chwili aż tak bym na te treści nie zareagowała, trudno mi osądzić. Z pewnością „Ucieczka Anny” jest książką dla osób o wysokiej wrażliwości i chęci na spojrzenie na temat pod wieloma kątami a nie szablonowo. Z pewnością skłania do myślenia i podczas lektury i już po niej. Ale to akurat uważam za cechę zbieżną książek wydawanych w serii „Z Żurawiem” wydawanej w Bo.wiem. Przynajmniej dotyczy to wszystkich czytanych przeze mnie książek w tej serii wydanych. 

Na koniec, cytaty, które jak wiecie, lubię wypisywać z książek, które mnie w większym stopniu poruszyły:

„(…) Dzieci nie należą do nas. Po tym, jak wydajemy je na świat, są już po drugiej stronie szyby”.

„(…) ponieważ nikt nie wie lepiej od matki, co jest dobre dla jej dziecka, a synowie tego nie wiedzą, roszczą sobie prawo do wolności, która naraża ich na cierpienie, (…).

Ale tych cytatów może być oczywiście dużo więcej, w zależności, co czytelnika poruszy, co go wzruszy, czy może zirytuje. 

Jak wspomniałam, jak na debiut, „Ucieczka Anny” jest świetna. Będę miała w pamięci nazwisko autora i nadzieję na więcej książek, które w przyszłości napisze. 

Moja ocena, to 5.5 / 6.

20 lat blogu !

 Dzisiaj mija równo dwadzieścia lat, odkąd zaczęłam prowadzić mój blog. 

Początkowo miał on zupełnie inny charakter, miał opowiadać o podróżach, ale szybko to się zmieniło. Okazało się, że nie prowadzę tak podróżniczego życia, za to sporo czytam. A blogów książkowych wówczas było jak na lekarstwo. O czym może świadczyć fakt, że w tamtych złotych czasach początków blogowania co i rusz zgłaszały się do mnie rozmaite wydawnictwa lub autorki czy autorzy z propozycją recenzencką.

Po tych dwudziestu latach wciąż piszę, mam niewielką współpracę recenzencką w porównaniu z tym, co było wcześniej, ale nie narzekam, bo to dobra, sprawdzona współpraca. Tak więc wciąż piszę, (chociaż teraz, jak zdążyliście się zorientować, nieco mniej, dopadły mnie zmartwienia osobiste i zwyczajnie, nie mam do pisania nastroju) o książkach, o życiu, o tym, co mnie dotyka. Niemniej jednak z czasem blog stał się głównie książkowy.

Nieustannie żałuję zlikwidowania platformy Blox. Blogi i tak są mniej czytane, wszystko przeniosło się w inne miejsca, ale mam wrażenie, że jednak wyrobiłam tam sobie coś w rodzaju „marki”.

Mam jednak przy tym wszystkim nadzieję, że wciąż są ze mną Osoby, które towarzyszą mi od początku. 

A jeśli ktoś z Was chciałby mi zrobić miły rocznicowy prezent, chętnie dowiedziałabym się, w jaki sposób trafiliście na mój blog.

„Widmo przeszłości”. Aneta Kisielewska.

Wydana w Wydawnictwie Zysk i S-ka. Poznań (2024).

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Wyobraźcie sobie taką sytuację. Jesteście szesnastolatką, która podczas przeholowała z rozmaitymi środkami i z alkoholem. W związku z tym w domu po waszym powrocie odbywa się karczemna awantura po której wszyscy rozchodzą się do swoich pokojów. A w sobotni poranek, kiedy budzisz się i zaczynasz obmyślać, jak zmiękczyć rodziców, którzy na pewno wymyślą jakieś konsekwencje twojego zachowania, orientujesz się, że jesteś w domu sama. Nie ma ani mamy, ani taty ani pięcioletniej siostry, Klaudii.
Klarę Ross szesnaście lat wstecz spotkała dokładnie taka sytuacja.
Bohaterkę poznajemy w chwili, gdy dziewczyna budzi się po imprezie i początkowo nie przejmując się nieobecnością pozostałych domowników, szybko orientuje się, że ten sobotni poranek mocno różni się od wcześniejszych. I niestety, bardzo szybko dociera do dziewczyny, że ten poranek, to koniec świata, bezpiecznego, beztroskiego świata, jaki miała ze swoją rodziną a początek zupełnie nowej rzeczywistości. A jej rodzina skurczyła się do dwóch osób, jej i babci ze strony mamy.

Szesnaście lat później Klara jest już żoną i matką pięcioletniej Tosi. Mimo zaginięcia rodziny, która kilkanaście lat temu po prostu zniknęła z rodzinnego domu, jej samej udało się stworzyć swoje bezpieczne miejsce, swoją własną rodzinę.
Niestety, traumie zaginięcia bliskich i nieodnalezienia mamy, taty i siostry, towarzyszy wieczny lęk i stres, łagodzony przez wieloletnią terapię i leki. Niemniej jednak każda rocznica zaginięcia bliskich wiąże się dla Klary z o wiele większym nasileniem lęków, obaw, jak również złych snów. Nie inaczej jest w chwili, gdy poznajemy ją szesnaście lat po traumatycznym wydarzeniu.
Nie dość, że ma koszmary, w których widzi swoich bliskich, którzy zniknęli i wydają się wołać ją o pomoc, to jeszcze ma wrażenie, że ktoś od pewnego czasu obserwuje dom jej, jej męża Michała i małej Tosi. Ale kto to mógłby być? I czego chce od nich? A może chodzi mu jedynie o Klarę? Kobieta jakimś szóstym zmysłem wyczuwa to i czuje się dodatkowo zaniepokojona.

Niestety, Michał, nauczony doświadczeniem nasilających się u Klary rokrocznie w okolicy rocznic zaginiecia rodziny, strachów i koszmarów, początkowo nie chce wierzyć w to, co kobieta mu relacjonuje.
I nawet to, co zaczyna się coraz bardziej intensywnie dziać dookoła nich, wszystko to jakoś go nie przekonuje do tego, aby jej uwierzyć.
Klara czuje się w tym wszystkim bardzo osamotniona. A najgorzej, że sytuacja zaczyna coraz bardziej się pogarszać a kobieta coraz bardziej czuje się sama w tej całej historii. I sama nie wie, czy pogarsza się jej samopoczucie, czy może jednak sama to sobie wymyśliła, czy jednak faktycznie ktoś uprzykrza jej życie. Ale czemu? Jaki chce odnieść skutek? Czy to ktoś, kto skrzywdził wtedy jej rodzinę?

„Widmo przeszłości”, to thriller, który oprócz samej akcji, może dać do myślenia. Czy możliwe jest, że z chwili na chwilę giną trzy osoby i śladu po nich nie ma? Czy istnieje zbrodnia doskonała? A może jest nadzieja na to, że jednak prędzej, czy później każdy czyniący zło zostanie namierzony i ukarany? Jak można dać sobie radę po tak dramatycznych wydarzeniach w młodości?

Ta książka, to dobry wybór na wakacyjny wyjazd, jeśli szukacie czegoś do poczytania podczas urlopu.

Moja ocena to 4.5 / 6. Daję jej taką ocenę, bo niestety, zbyt wcześniej pewnych spraw się domyśliłam.

„Rozbite lustro”. Merce Rodoreda.

Wydana w Wydawnictwie Marginesy. Warszawa (2024).

Przełożyła z języka katalońskiego Anna Sawicka. 
Tytuł oryginalny Mirall trencat.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Nie ukrywam, nie znam autorki książki „Rozbite lustro” ale zainteresował mnie sam jej opis a przede wszystkim fakt, że jej akcja dzieje się na obrzeżach Barcelony. A konkretnie w rodzinnej willi na jej obrzeżach. 

Ale zanim trafimy do samej posiadłości poznajemy kobietę, mężatkę.
Teresa Goday de Rovira to postać z pewnością nietuzinkowa. Nie pochodzi z bogatej rodziny, wręcz odwrotnie, za to nie można odmówić jej tego, że w życiu sprzyja jej szczęście. Poznajemy ją w początkach jej pierwszego małżeństwa. Związku zawartego zdecydowanie dla obustronnych korzyści dwójki, za to będącego czymś w rodzaju pomostu Teresy, córki właścicielki straganu rybnego w tak zwany wielki świat. A przynajmniej w świat, w którym nikt nie musi oglądać każdego grosza dwa razy, zanim ów grosz wyda. 

I oto wraz z poznawaniem losów Teresy poznajemy jej rodzinę zasiedlającą piękną i obszerną posiadłość pod Barceloną. Posiadłość, w której toczy się życie nieco na dwóch poziomach, właścicieli i służby aczkolwiek większy nacisk zdecydowanie położony jest w narracji na opis życia bogatszej części mieszkańców domu.

„Rozbite lustro” napisane jest w bardzo charakterystycznym stylu. Bardzo barwnym, opisowym, takim, jak ja go nazywam, mięsistym. Czasem, kiedy potrzeba, onirycznym. Zawsze podkreślam, że osoby pochodzące z krajów hiszpańskojęzycznych piszą według mnie w takim właśnie wyłapywalnym, bogatym stylu. I nie inaczej jest w tej książce. 

„Rozbite lustro” zostało podzielone na trzy części, z których każda składa się z niewielkiej objętości tekstów, z których każdy nosi tytuł odnoszący się do treści.

Jak pisałam, książka ta jest barwna, pełna postaci, których wierzcie mi, jest naprawdę dużo. Dzieje się w niej także dużo. Bohaterowie mają swoje własne tajemnice, powoli odkrywane przez nas na kartach książki. Zdarza się tu więc mnóstwo miłości ale i zdrad, są tajemnice, zabawa i cieszenie się życiem ale i śmierć i żałoba. 
Co mnie zaskoczyło, mimo, że jest tych postaci mnóstwo i każda z nich wiedzie osobne, autonomiczne życie, to właśnie, wydaje się, że rodzina żyjąca przecież pod jednym dachem nie wydaje się być jednością. To jedno. Nie wiem do końca, czy takie było założenie samej autorki, jeśli tak, to jest to ciekawy zabieg ukazania takiego życia niby razem a jednak obok siebie członków jednej rodziny. Druga rzecz, która mnie, jako czytelniczkę trochę zaskoczyła i to nieco na minus, nie wiem czemu, ale nie byłam w stanie polubić którejkolwiek z postaci. Nie udało mi się współczuć nawet tym, których losy nie były zbytnio udane. Nie udało mi się też nikogo intensywniej znielubić.  Po części może to wynikać z tego, że niektórzy bohaterowie nie zostali według mnie wystarczająco ciekawie i szczegółówo opisani, scharakteryzowani. Niewiele o nich wiedząc, znając jedynie wycinek z ich życia, trudno jest im kibicować lub nie. Trudno jest nawet zwyczajnie po prostu żywić jakiekolwiek odczucia względem tych osób, które poznajemy właściwie powierzchownie. Najbardziej, jeśli już, lubiłam jedną z mieszkających od dawna służących, noszącą imię Armanda. 

W sumie jednak według mnie to „Rozbite lustro” postanowiłam potraktować jako bardzo barwną w kontekście postaci i wydarzeń rodzinnych, rodzinną historię właśnie. Opowiada ona o trzech pokoleniach żyjących w posiadłości w Katalonii. Wydarzenia historyczne wydają się być również bardzo delikatnie zarysowane, ot w sumie po to, aby nakreślić tło dla wydarzeń spotykających naszych bohaterów. 

Muszę powiedzieć, że na swój sposób tę książkę warto czytać po prostu dla jej z pewnością malownicznego i oryginalnego stylu, języka, niemniej jednak uczciwie dodam, że nie jest to według mnie do końca wykorzystany potencjał, jaki mogła na kartach powieści rozpisać nam autorka. Według mnie szkoda tego nieco niewykorzystanego pomysłu czy możliwości ale to oczywiście moje zdanie i być może nie każdy się z nim zgodzi a z pewnością nie każdy musi je podzielić. 

Na pewno jest to coś kompletnie odmiennego od kyminałów, którymi teraz się zaczytuję i stanowiło przyjemną zmianę po tropieniu zabójców i złych ludzi. 
Jednocześnie, z pewnością nie mogę odmówić książce „Rozbite lustro” tego, że potrafi ona przenieść nas w świat wyższych sfer, bogaczy noszących się elegancko, ubranych w szeleszczące suknie, obwieszonych piękną biżuterią. Dzięki niej możemy uczestniczyć w operowych spektaklach oglądanych w zarezerwowanych wcześniej lożach teatralnych, brać udział w wystawnych przyjęciach i bankietach.
W tym wszystkim jest jakaś cząstka magii przypominająca, że świat literacki, to nic innego jak bezpłatna podróż w miejsca i w czasy, w których bez literatury nigdy byśmy się nie znaleźli. 

Moja ocena to 5 / 6. 

Seria o Maggie O’Dell

 Czy zdarzyło się Wam wrócić do jakiejś serii czytelniczej, którą czytaliście dość dawno temu?
Ja wróciłam, trochę przypadkiem, do cyklu autorstwa Alex Kavy o agentce FBI, Maggie O’Dell. I powrót ten okazał się być świetnym pomysłem. Cykl jak widzę na Biblionetce, ma piętnaście części. Ja jestem już przy jedenastej (jedna z nich, jeśli dobrze zrozumiałam, została napisana „w środku” ale stanowi część pierwszą, wprowadzającą w historię Maggie O’Dell (jakoś nie chcę używać nazwy „prequel”) a nosi ta część tytuł „Przedsmak zła”.
Obecnie czytam część jedenastą tego cyklu, czyli „Ostateczny cel” i jest to już kolejna, której nie czytałam wcześniej ale tak do siódmej lub nawet ósmej (nie pamiętam teraz dobrze) byla to lektura, do której wróciłam po wieeeeelu latach. I, co mnie zaskoczyło ale tak na plus, okazało się, że obecnie oceniam książki lepiej niż wtedy gdy poznawałam je po raz pierwszy. Co to oznacza? Albo zrobiłam się mniej wymagającym czytelnikiem, albo byłam kiedyś bardziej surową w ocenie. Albo też, co najbardziej prawdopodobne, miałam wielką ochotę na właśnie taki klimat czytelniczy oraz doceniam w tym cyklu coś więcej niż jedynie ciekawy kryminał, thriller. Co teraz ogromnie mnie wciągnęło to to, że przedstawione jest też życie osobiste zarówno samej Maggie jak i jej współpracowników i przyjaciół. Według mnie więc dobrze jest, to taka informacja dla osób, które poczują się zachęcone moim dzisiejszym wpisem do zapoznania się z tą serią, czytać książki w kolejności. Losy Maggie są bowiem ciekawe i warto je poznać we właściwej chronologii. Dobrze jest też zobaczyć, które wydarzenia mające miejsce w życiu Maggie bezsprzecznie na nią wpłynęły i co zdeterminowało takie a nie inne jej zachowania.

Pisząc ten post mam ogromną nadzieję na jakąś dyskusję w komentarzach. Nie ukrywam, nie jestem w stanie poznać sekretu popularności blogów i tego, że u niektórych osób rozwija się dyskusja na pięćset komentarzy nawet w momencie, gdy napisane jest o zmianie zasłon 😛 a gdzieniegdzie cisza i posucha. 
A naprawdę chętnie dowiem się czy lubicie takie książkowe powroty, zwłaszcza do cyklów właśnie.

Refleksyjnie, rocznicowo…

Dzisiaj kolejna smutna rocznica, jaką jest trzynaście lat od dnia, w którym nasze serca pękły na pół…
Te wszystkie wspomnienia z maja 2011 roku wciąż są gdzieś w mojej głowie, zostaną już na zawsze to wiadomo.
Narodziny Emilki, walka o Jej życie, to jaka była dzielna, w końcu śmierć i przygotowania do pogrzebu, który organizowała Osoba, która zna mnie od urodzenia (jakiś parszywy paradoks życia 😦 ). Wreszcie, pogrzeb, który poprosiłam aby odbył się w przeddzień Dnia Matki, żeby tej daty dodatkowo jeszcze jakoś nie naznaczać.

Po raz milionowy to napiszę, wiem,że rozumieją mnie Osoby, które też są po stracie a mam takich Osób wśród znajomych niestety wiele, zbyt wiele, nie ma dnia, sekundy pewnie, żeby z tyłu głowy nie było o Niej myśli…

I po raz kolejny to napiszę, jest we mnie ogromna wdzięczność za obecność Janka w naszym życiu.
Nie wiem naprawdę, jakby potoczyło się ono bez Niego…

Pomyślcie dziś przez chwilę o małej, walecznej Dziewczynce, która była z nami za krótko ale która na zawsze pozostała w naszych sercach…