Książki z motywem Świąt Bożego Narodzenia.

Październik objawił nam się ze złotą polską jesienią.. Miło.

Ale ja już myślami przy Świętach Bożego Narodzenia. A konkretnie , czekam na książki z motywem Świąt Bożego Narodzenia. W tym roku wydawnictwa postanowiły nie zasypywać gruszek w popiele i mamy arcybogate zapowiedzi takich książek.

Wszystkich nie wypiszę ale napiszę, które sprawiły, że będę chciała je kupić i przeczytać.
Tak oto czekam na „Aleję Siódmego Anioła” Renaty Kosin, co prawda nie wiem czy tu będzie motyw Świąt, z opisu to nie wynika ale kusi mnie ta książka bo lubię książki tej autorki. 
Następna, na którą czekam to „Światło w cichą noc” Krystyny Mirek z powodów tych samych co powyżej 🙂

Ciekawi mnie „Cuda i cudeńka” Agnieszki Olejnik.

Na pewno będę chciała przeczytać „Serce z piernika” Magdaleny Kordel.

Czekam też bardzo na „Cztery płatki śniegu” Joanny Szarańskiej. 

Kolejna, która mnie zainteresowała to „Wieczór taki jak ten” Gabrieli Gargaś. 

Jak również  „Rok na Kwiatowej. Zmarznięte serca” Karoliny Wilczyńskiej i „Czary codzienności. Magiczny wieczór” Agnieszki Krawczyk, „Dwanaście niedokończonych snów” Nataszy Sochy, nie wiem czy z motywem Świąt ale okładka mi się podoba więc pewnie postaram się przynajmniej jej przyjrzeć 🙂 Już wiem, że motyw Świąt tu będzie a dodatkowo czytałam książkę tej autorki „Biuro przesyłek niedoręczonych” i wiem, że chcę przeczytać i tę.

Trochę obawiam się 🙂 książki Magdaleny Knedler pod tytułem „Nie całkiem białe Boże Narodzenie” (bo to chyba ma być kryminał:) ). 

Czekam na zbiór świątecznych opowiadań pod tytułem „Czas cudów”, zostanie ten zbiór wydany w wydawnictwie VIDEOGRAF SA.

Ukażą się też opowiadania w zbiorze pod tytułem „Pensjonat pod Świerkiem” i zostaną wydane w Wydawnictwie Novae Res.

Intrygująco bo chyba dość przewrotnie a przynajmniej nieco inaczej niż się to przyjmuje, że jest przedstawiane, będzie motyw Świąt ukazany w „Naszych kochanych Świętach” Iwony Poczopko.

Na wesoło jest propozycja książki Magdaleny Witkiewicz i Alka Rogozińskiego pod tytułem „Pudełko z marzeniami”.

A są też książki autorów obcojęzycznych, czyli książka Amandy Prowse  pod tytułem „Świąteczne marzenie”, „Hotel pod Jemiołą” Evansa, „Psiego najlepszego” Camerona.

Jak widać, dla każdego coś się znajdzie. Ale co ma robić ktoś , kto jak ja chce przeczytać je WSZYSTKIE? 🙂  Tak, dla tych książek, z motywem świątecznym, robię duży wyjątek, przestaję się „czepiać” , daję sobie na luz i pozwalam się ponieść słodkiej, lukrowanej najczęściej atmosferze przedstawianej w tych książkach. 
Był taki czas , że kilka Świąt z rzędu miałam bardzo smutnych i ciężkich. I dlatego postanawiam teraz cieszyć się na zapas i dać się czytelniczo i świątecznie rozpieszczać, o 🙂 
Teraz tylko pozostaje mi wysłać link tego wpisu do Mikołaja aby wiedział, co konkretnie chcę :)))

 

 

 

 

w…

… Dniu Dziecka Utraconego mam w pamięci i w sercu wszystkie te Dzieci, które odeszły przedwcześnie. Niepotrzebnie i bez sensu. Mam też w pamięci wszystkich nas, rodziców osieroconych, którzy zostali z tym przeogromnym i niezrozumiałym smutkiem w sercu. 
W tym roku minęło sześć lat a ja wciąż nie zrozumiałam sensu Śmierci naszej córeczki, Emilki i wiem, że nigdy się go nie dopatrzę. 

„Stracona”. Amy Gentry.

Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Warszawa (2017). Ebook.

Przełożyła Maciejka Mazan.
Tytuł oryginalny Good As Gone.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa. 

Nie jest to książka lekka, łatwa i przyjemna. Nawet powiedziałabym, że jest mocno nieprzyjemna i trudna. Uwiera jak drzazga wbita w palec, której nie udaje się wyciągnąć i czujemy, że ranka powoli zaczyna się wokół niej zaogniać.
Zaczyna się koszmarem każdego rodzica. Zaginięciem dziecka. W tym przypadku – trzynastoletniej Julie. Dodatkowo strasznym jest fakt, że owo zaginięcie to tak naprawdę porwanie z sypialni domu dziewczyny. Julie pewnego dnia w nocy zostaje wyprowadzona z domu przez nieznajomego mężczyznę. Widzi to jej dziesięcioletnia siostra, Jane. Jednak, na skutek rozmaitych powodów a najpewniej po prostu wieku i przerażenia, o porwaniu siostry powiadamia rodziców dopiero po trzech godzinach od uprowadzenia Julie. 
Mija osiem lat od strasznego dnia, a raczej nocy, która zniszczyła rodzinę Julie, Jane i ich rodziców. Co prawda, wciąż mieszkają razem ale Jane już studiuje, wyprowadziwszy się z domu najdalej jak się tylko dało. Anna i jej mąż żyją obok siebie. Ona nie potrafiła dać sobie rady z porwaniem i zaginięciem córki, w pewnej chwili po prostu modląc się o znalezienie ciała córki aby móc je pochować. On – nie poddał się nigdy. Jednak jakoś obok siebie trwają. A więc po upływie ośmiu lat do drzwi ktoś puka. Jest to ni mniej ni więcej a młoda kobieta, która przedstawia się jako Julie. 

Czy naprawdę nią jest? 
Tak, to już było, chciałam krzyknąć w pewnej chwili. Ale autorka ukazuje nam to ujęcie w nieco innowacyjny sposób. Mnie udało się jej wciągnąć w świat kolejnych wcieleń, które poznajemy. Wcieleń Julie? uzurpatorki do roli Julie, zaginionej córki?

Wątek kryminalny jest według mnie taki dość przeciętny, można nawet stwierdzić kolokwialnie, że zapewne dałoby się do paru spraw „przyczepić” ale szczerze? Nie on jest tu najważniejszy.

Teraz chcę uprzedzić, że pomimo tego, że nie zamierzam zdradzić niczego z treści, dla kogoś, kto jest przed lekturą książki może mi się jednak coś „przemycić”, tak więc czytajcie na własną odpowiedzialność bądź na razie porzućcie lekturę tego wpisu.

Otóż jak dla mnie ta książka rewelacyjnie oddaje psychologiczne rozterki bohaterów, a właściwie jednej z nich, Anny. Matki. Której spełnił się kolejny może nie tyle koszmar co obawa każdego mądrego rodzica. A mianowicie, okazała się niestety, matką, która zawiodła. I to nie tylko jedną córkę, tę, którą porwano. 

Tak naprawdę, co jest przerażające ale przecież ani nie niemożliwe ani nie takie rzadkie, Anna kompletnie NIC nie wiedziała o własnej córce. A właściwie, o córkach. Ten aspekt, nad którym pod koniec książki przyjdzie się skupić Annie, okazuje się najważniejszy. Żyjemy w czasach dobrobytu ale czasach, gdy coś nam umyka. Brak kontaktu z własnymi dziećmi bądź też kontakt niewystarczający – to wszystko prowadzi do tego, że dzieci potrafią szukać czegoś zastępczego. Czasem są to nałogi, czasem niewłaściwy partner, czasem sekta. 

I tak oto rodzi się pytanie, czy naprawdę pewnym wydarzeniom nie dałoby się zapobiec? Uniknąć nieszczęścia? Na te pytania odpowiedzi nie są oczywiście proste, nic tu nie jest czarno białe. Czasem przy maksimum starań jednak dalej coś nie wychodzi i dzieje się zło, nieszczęście. Ważne jest jednak pamiętanie, że trzeba się starać ze wszystkich sił. Czasem banalne dla nas , rodziców pytanie, może okazać się tym kluczowym w przyszłości i determinować o życiu nas i naszych bliskich.

To nie jest opowieść o rodzinie dotkniętej nieszczęściem, której przydarzy się niezwykły cud i szczęśliwe zakończenie. To opowieść o rodzinie, która będzie musiała, będzie mam nadzieję, chciała, jednak dać sobie szansę na nowo pomimo tego, że przeszłość z nieomal niewyobrażalnymi błędami , będzie już na zawsze wisiała gdzieś nad jej głową. Ale mam nadzieję, że jednak im się uda. 

Moja ocena to 5 / 6.

„Ostatnia chowa klucz”. Ałbena Grabowska.

Wydana w Wydawnictwie Zwierciadło Sp. z o. o.,  Warszawa (2017). Ebook.

No, powiem tak, dawno mnie coś aż tak nie wciągnęło , nie pochłonęło. I dawno podczas lektury nie odczuwałam tak silnie strachu i niepokoju. 

„Ostatnia chowa klucz” to relacja dorosłej już (o czym dowiadujemy się pod koniec książki) Marzeny Popielewicz. W chwili gdy dzieją się wydarzenia bohaterka ma szesnaście lat. 
Marzena chodzi do liceum ale nie ma tam zbyt wielu przyjaciół, raczej znajomych. Od jakiegoś czasu spotyka się z dwiema dziewczynami, chodzą na strych do dawnego mieszkania siostry jednej z nich. Do tego klubu nastolatek pewnego dnia jedna z nich, Justyna, zaprasza Julię. Budzi to raczej zdziwienie trzeciej z nich, Kasi i samej Marzeny. Julia bowiem pod każdym niemal względem odstaje od nich. Najwyraźniej jednak Justyna ma swoje powody aby zaprzyjaźnić się z Julią.
Na tym spotkaniu dzieje się coś w rodzaju rytuału przyjęcia do „paczki”, potem jednak dziewczyny rozchodzą się spokojnie do domu. Jednak Julia do domu nie dociera. 
Od tej pory nigdy nic już nie będzie takie samo. Na senne do tej pory, nudnawe nawet miasto pada strach. Być może ktoś, kogo wszyscy znają, jest na tyle zdeprawowany , że porywa z ulicy młode dziewczyny.
Ludzie zaczynają na siebie popatrywać nieufnie, nie padają wprost żadne oskarżenia ale tak naprawdę każdy z mieszkańców może okazać się tym, kogo obawiają się ludzie. Atmosfera miasta czy może nawet miasteczka, oddana jest dobrze. Niby wszyscy się znają a każdy ma jakieś poukrywane sekrety , tajemnice, co do których może być pewien, że nie chciałby aby wyszły na jaw.
Akcja zaczyna się późną jesienią, kiedy jest ciemno, mroczno, ponuro. Tak jest i fizycznie i wydaje się, że nastroje ludzi dostosowały się do klimatu. Szczerze mówiąc, niespecjalnie zauważamy upływ czasu. Ta ponura atmosfera, ten nie do końca do opisania klimat grozy podszytej strachem o siebie i bliskich towarzyszy nam aż do końca książki. 
Co mi się podobało w tym kryminale, thrillerze, to ta atmosfera mroczności, która udzielała się czytelnikowi podczas lektury jak również mnogość możliwych podejrzanych. Tak, to ciekawe kiedy w tego typu książce do ostatniej niemal chwili podejrzewasz niemal wszystkich podejrzanych.

Przy okazji w tle opis życia w małym mieście po przełomie lat 80-tych i 90-tych ubiegłego wieku. I te znajome układy, układziki w liecum, kto kogo nie lubi a kto kogo lubi, kto z kim bywa, kto u kogo bywa, a u kogo nie można się pokazać nigdzie aby nie zostać obgadanym. 

Mnie się ten thriller podobał, uważam go za bardzo udany. 
Moja ocena to 6 / 6.

 

 

„Przeznaczenie, traf, przypadek.” Jacek Cygan.

Wydane w Wydawnictwie Znak Literanova. Kraków (2016). Ebook.

Zbiór opowiadań autorstwa Jacka Cygana miałam w ręku w zeszłym roku, sądzę, że w podobnym czasie. Nie mam zielonego pojęcia co wtedy oderwałao mnie od lektury tych opowiadań. O tym, że je zaczęłam czytać a co gorsza, porzuciłam (!) przypomniałam sobie dzięki P., który „zarządził” słuchanie „Cyganerii” czyli dziesięciu płyt z piosenkami, do których teksty ułożył pan Jacek Cygan.

Powrót do książki „Przeznaczenie, traf, przypadek” okazał się jednym z najlepszych pomysłów książkowych tego roku. 
Staram się myśleć, że najwyraźniej czas tej książki przypadł dopiero teraz.

Ten zbiór ponad dwudziestu opowiadań to mówiąc wcale nie górnolotnie, zbiór nanizanych na sznurek pereł. Każde z nich jest naprawdę ważne , mądre, piękne, wzruszające. Każde z nich zawiera jakąś niezwykłą pointę, każde skłania do tylu przemyśleń, własnych rozważań.

Nie będę skupiała się na każdym z nich ale o kilku chciałabym potem wspomnieć. Najpierw jednak co mnie zachwyciło całościowo. I styl, język pisania autora. Widać poetyckość, którą tak cenię w tekstach Jacka Cygana. Ale również pomysły na powstanie opowiadań. Jacek Cygan zdaje się widzieć jakąś scenę, której potem rozwinięcie nam przedstawia. Czasem mogą to być drobne zdarzenia, niezauważalne dla innych ale dla autora opowiadań stanowią zaczątek wspaniałej historii. Jacek Cygan jakby podpowiadał nam możliwe rozwinięcie scen, które możemy zauważyć. Niektóre z nich pewnie mogą się tak potoczyć, inne pewnie nie ale każda z nuch stanowi „możliwość”. Mam wrażenie, że Cygan wyłuskuje z obserwowanych scen najważniejsze sedno, które potem „oplata” swoimi słowami. 
Los, przeznaczenie czy właśnie przypadek? Co rządzi życiem opisywanych przez autora postaci? 

Właściwie każde opowiadanie mnie zachwyciło. Jak już pisałam, to historie wiele w czytelniku poruszające , czule dotykające jego wspomnień i rzewności. Cygan pisze o swoich bohaterach z szacunkiem i czułością. Co mnie osobiście w paru opowieściach lekko zatrwożyło to to, że los bohaterów, całą prawdę o nich samych ostatecznie znają czasem jedynie autor i czytelnik, przed bohaterami nigdy się ona w całości nie objawi. 

Tak więc podoba mi sie większość ale szczególne wrażenie zrobiło na mnie kilka. 
„Cykady”, o małżeństwie od lat spędzającym urlop na Lazurowym Wybrzeżu za smutną prawdziwość ale i nadzieję na lepsze. „Przechadzka” za czułość i prawdę o upływie czasu, życia. „Kobieta w brązowym kostiumie” to jedno z tych opowiadań, które mnie zatrwożyło faktem, że to o co w nim chodzi wiemy my a nie bohaterki w nim opisane. „Trzy listki” za pomysł na piękną chociaż doświadczalną terapię ratującą życie, jaką podjął pewien profesor w stosunku do swego pacjenta. „Dwie garstki wody” za zaskoczenie i ponownie – nadzieję. „Kempiński” za czułość i ładne dopełnienie. „Kobiety żyją dłużej” mimo, że smutne ale za pomysł. „Giulietta” za prawdę o ludziach i za zakończenie.
Naprawdę, podoba mi się każde. 

Jeśli więc macie ochotę na piękną, mądrą lekturę a nie przeszkadza Wam krótka forma a za to cieszycie się na bogatą treść – to ta książka jest dla Was, zdecydowanie. Bardzo polecam.

Moja ocena to 6.5 / 6.

 

„Tajemnicze życie grzybów”. Robert Hofrichter.

Wydana w Prószyński i S-ka. Warszawa (2017). Ebook.

Przełożyli Monika Kilis, Bartosz Nowacki.
Tytuł oryginalny Das geheimnisvolle leben der Pilze. Die fasinierenden Wunder einer verborgenen Welt.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Parę ostatnich dni spędziłam w fascynującym świecie. A był to mianowicie świat grzybów.Od razu uprzedzam, koszyk z grzybami w ręku miałam najprawdopodobniej w dzieciństwie (coś tam jeszcze z wypraw pamiętam). Nie jestem maniakiem zbierania grzybów, a nawet ośmielę się napisać coś obrazoburczego,  te sprawy mnie nudzą 😛 

Natomiast same grzyby stanowią dla mnie tak wielką tajemnicę (zapewne między innymi dlatego właśnie, że nie zbieram ich), że ta książka bardzo mnie zainteresowała. I, co ciekawe, po moim nieudanym spotkaniu z popularnonaukową książką o drzewach, która to po prostu została przeze mnie porzucona, „Tajemnicze życie grzybów” wciągnęło mnie od dosłownie pierwszego zdania. Nie bez znaczenia jest fakt samej postaci autora. Ten biolog, ale i, słowo klucz, obrońca przyrody po prostu wzbudził swoim stylem pisania wielką sympatię.
Widać jest jego miłość do natury, do otaczającego nas świata przyrody i ogromną troskę o wiedzę młodych pokoleń na tematy natury właśnie. 

Ogromnie zapadły mi w pamieć jego słowa aktualne w kontekście tego co dzieje się w tej kwestii obecnie w Polsce , cytuję „(…) Przyroda, która staje się obca i nieznana, nie jest postrzegana jako wartość, a stąd już blisko do przekonania, że wolno ją niszczyć. Oddalenie od natury oddala nas od bycia ludźmi. Wszak jako ludzie sami jesteśmy naturą!”.

Darzę sympatią osoby, które mają w pamięci powiedzenie, że „Nie było nas, był las” i dla których tak ważną rolę pełni edukacja dzieci w kwestiach tak ważnych dla przyszłych pokoleń. Autor ubolewa nad tym, że rosną pokolenia, które więzi z naturą już mieć nie będą.

„Tajemnicze życie grzybów” to fascynująca podróż nie tylko po samym świecie tych niezwykłych istot ale też podróż faktyczna bowiem autor opisał w niej grzyby w każdej szerokości geograficznej i każdej strefie klimatycznej. Ba, poznaliśmy też grzyby morskie ! Muszę powiedzieć, że jak na książkę jednak jakby nie było, naukową mimo, że z przedrostkiem „popularno” jest to niemal książka przygodowo sensacyjna 🙂 Po trochu nawet kryminał a miejscami, thriller bądź horror. Napisana z pasją, której często brakuje w książkach, w których tej pasji się oczekuje.

Tylko ktoś, kto tak kocha grzyby mógł napisać tak świetną książkę ale autor faktycznie kocha te istoty od dzieciństwa miłością wielką i jak sądzę patrząc na to jak grzyby dały się Hofrichterowi poznać, jest to miłość odwzajemniona.

Poznajemy więc w tej książce sposoby zamieszkiwania grzybów , rodzaje ich kooperacji i współpracy, poznajemy szerokości geograficzne pod którymi występują. Dowiadujemy się, że wbrew pozorom potrafią żyć w upałach ale i w skrajnych mrozach i tak nieprzyjaznych rejonach jak Arktyka czy Antarktyda. Poleciały też w Kosmos 🙂
Jak również niestraszne im są miejsca skażone radioaktywnie jak chociażby teren skażony po katastrofie reaktora elektrowni atomowej w Czarnobylu. Dowiadujemy się o strategiach przetrwania tych istot.

Dowiadujemy się jak radzą sobie grzyby ale i jak z ich pomocy korzystają inne rośliny jak chociażby orchidea , która bez pomocy grzyba nie mogłaby pojawić się na świecie. Autor wymienia też to, do czego my, ludzie, wykorzystujemy grzyby a dla mnie wiele z tego o czym pisał, było, przyznaję, nowością.  (Wiedzieliście, że grzyby wykorzystuje się do produkcji okularów przeciwsłonecznych , tekstyliów czy środków piorących?).

Poznajemy też siłę woli przetrwania i strategię wysyłki zarodników grzybów w jak najdalsze miejsca. Bądź to jak wykorzystują zwierzęta do tego aby jak najdalej się zagnieździć.

Hofrichter nie zapomniał też oczywiście o grzybach stwarzających zagrożenie dla na przykład zbóż i ich upraw na całym świecie. 
Pisze też o grzybach znanych ze swoich właściwości leczniczych bądź o tych luksusowych, za które w restauracji płaci się słone pieniądze jak trufle. Nie napiszę szczegółów ale przyznaję, ucieszyłam się znając to gdzie a raczej na czym finalnie trufle wyrastają, że w sumie nie jestem ich miłośnikiem 🙂

Grzyby są frapujące, fascynujące i sprytne skoro dzięki swoim strategiom potrafiły trafić z Australii do Europy bądź, o czym już wspominałam, polecieć w przestrzeń kosmiczną 🙂
Nie zabrakło też miejsca dla mrówek, które same w sobie są fascynujące, ale tu wymieniono i opisano hodowle grzybów prowadzone przez mrówki grzybiarki. Jest też mowa o termitach.

 „Jeśli gdzieś duszą grzyby, kryminalistyka staje się czujna”.  Te słowa Agathy Christie zacytował Hofrichter czym wywołał ciepły uśmiech na mojej twarzy.

Tak, autorowi udało się w swojej książce opisać z prawdziwą pasją niezwykły i tajemniczy dla większości z nas, świat grzybów. Nie ukrywam, że popularnonaukowa literatura jest w mojej biblioteczce właściwie w mniejszości (aby nie powiedzieć dosadniej, niemal jej nie ma) a Robert Hofrichter zdecydowanie sprawił, że mój apetyt na tego typu książki zdecydowanie wzrósł i zamierzam sięgać częściej po coś tego typu. I może wrócę w takim razie do porzuconej z rok temu książki o drzewach.

Moja ocena to 6 / 6.

Ogromnie, ogromnie polecam ! Czytajcie bo warto.

„Bajki z mchu i paproci”. Vaclav Ctvrtek.

Wydana przez Polityka Sp. z o o. SKA. Warszawa (2017).
Książka wydana w kolekcji książkowej „CAŁA POLSKA CZYTA DZIECIOM”.

Przełożyły Hanna Kostyrko i Maria Marjańska-Czernik.
Tytuł oryginalny Pohadky z Parezove chaloupky.

Najpierw , jak w czeskim filmie, żeby nam było weselej, próbujemy (nie w zwolnionym tempie) powiedzieć nazwisko autora.

A potem jest jeszcze lepiej 🙂

Kiedy tylko zobaczyłam ten tytuł wiedziałam, że go kupię. Po prostu nie wyobrażałam sobie inaczej. „Bajki z mchu i paproci” pamiętam oczywiście w postaci kreskówek emitowanych w „Dobranocce” mojego dzieciństwa. Książka okazała się bardzo dobra. 
Naprawdę, pomimo upływu lat, opowieści te czyta się z prawdziwą przyjemnością. Trochę ciekawa byłam jak spodobają się Jasiowi. Bez obaw. Kiedy skończyliśmy bajki o dwójce skrzatów mieszkających w chatce w korzeniach drzewa, Jaś był wyraźnie rozczarowany faktem, że to już koniec książki. Pocieszyłam Go, że możemy zacząć czytać ponownie.

Co mi jako osobie czytającej się podobało? To, że poszczególne historie są krótkie więc można przeczytać jedną, dwie i nie urwać w środku. A to istotne kiedy czyta się lubiącemu głośne czytanie przedszkolakowi. A także mnogość postaci występujących w książce. Oczywiście oprócz dwóch przyjaciół Żwirka i Muchomorka. Są więc Wodnik, rusałki, wiewiórki, jeże, tchórz, Ognipiór i wiele innych. 
33 opowieści, z których w każdej coś ciekawego się dzieje i w każdej z nich udaje się zawsze wszystko dobrze pozałatwiać. Bohaterowie wspierają się wzajemnie i wiedzą, że zawsze mogą na siebie liczyć. 

Bardzo, bardzo ładna książka i dla tych młodszych i dla tych nieco starszych.

Ogromnie się cieszę, że ją wydano i że kupiłam ją dla nas.
Moja ocena to 6 / 6.

 

Literacka Nagroda Nobla…

…w tym roku trafia do Kazuo Ishiguro.

Tym razem znam autora, więc nie zarzucę Wam moim tradycyjnym sucharem dotyczącym nagrodzonego czyli „Znacie? ja też nie” 🙂 bo tym razem znam. Co prawda znam jedynie dwie książki tego autora, „Nie opuszczaj mnie” i „Okruchy dnia” ale na czytniku czeka „Pogrzebany olbrzym” i mam zamiar przeczytać inne książki tego autora.
Podoba mi się proza Ishiguro więc jestem zadowolona z tego werdyktu, a Wy?

Przypominam mój wpis o jednej z książek tego autora:

 

http://chiara76.blox.pl/2012/01/Okruchy-dnia-Kazuo-Ishiguro.html

„I cóż, że o Szwecji”. Natalia Kołaczek.

Wydana w Wydawnictwo Poznańskie. Poznań (2017). Ebook.

Kupiłam tę książkę w którejś z ebookowych promocji i nie żałuję. Pisząc o niej trochę się śmieję bowiem dopiero właściwie prze chwilą odkryłam, że do tej pory mylnie pamiętałam jej tytuł, zamiast „I cóż, że o Szwecji” stosowałam znane powiedzonko łamiące język, które stosować można przy chęci zademonstrowania obcokrajowcom jaki to nasz polski język jest niełatwy 🙂

Mogę powiedzieć, że ostatnie parę wieczorów podróżowałam po Szwecji. Autorka tej książki opisała ten kraj, który lubi, w sposób przystępny i na pewno interesujący ale jednak dla kogoś, kto po prostu chce przeczytać o kraju, który z jakichś powodów go ciekawi a nie polityczno społeczną rozprawę na temat Szwecji. Mnie to pasowało. Może ktoś czuje się zawiedziony ale nie sądzę aby słusznie bo ja dokładnie czegoś takiego po lekturze się spodziewałam. 

W dwunastu rozdziałach, z których każdy dotyczy innej sprawy, aspektu dotyczącego tego kraju, autorce udało się oddać według mnie wyważony obraz kraju. Kraju, który Kołaczek darzy wielką sympatią ale udaje jej się zachować podczas pisania o nim zdrowy rozsądek i jest to analiza i opowieść o Szwecji bez kreowania tego kraju na „raj na ziemi”, którym, co wiemy, żaden kraj nie jest.

Można powiedzieć, że autorka spostrzega także absurdy czy ciemniejsze strony Szwecji bez przywoływania niepotrzebnych skrajności.
Dowiemy się więc o charakterze przeciętnego mieszkańca Szwecji, o tym, dlaczego w Wigilię rodzinnie ogląda się kreskówki z Kaczorem Donaldem. Co stanowi ideał posiadania mieszkańca tego kraju lub jak dramatyczne może być z pozoru tak przeciętne zajęcie jak upranie prania w pralni bloku, w którym się mieszka. Nie ukrywam, że ten pralniowy fragment rozbawił mnie niezwykle 🙂 Jest też o modelu wychowawczym mieszkańców czy wreszcie o ekologicznym podejściu do życia.

W książce „I cóż, że o Szwecji” Natalii Kołaczek zdecydowanie udało się zachęcić do poznawania Szwecji czy to przez podróże czy to przez lektury na temat tego kraju. 

Moja ocena to 5 / 6.

 

„Prawdziwa Ginny Moon”. Benjamin Ludwig.

Wydana w HarperCollins Polska. Warszawa (2017). 

Przełożyła Małgorzata Borkowska.

Tytuł oryginalny The Original Ginny Moon.

Książkę tę udało mi się wygrać w konkursie organizowanym na stronie HarperCollins Polska na Fb. „Grałam” o nią z różnych powodów mocno intensywnie i cieszę się, że mi się ją udało wygrać.

„Prawdziwa Ginny Moon” to bardzo poruszająca i momentami wstrząsająca opowieść o autystycznej nastolatce (kiedy zaczyna się książka Ginny ma trzynaście lat), która usiłuje odnaleźć się w kolejnej rodzinie adopcyjnej. 

Tak więc jak już napisałam, jest to lektura z pewnością nie należąca do lekkiej, łatwej i przyjemnej ale skłaniająca do wielu refleksji i przemyśleń. To książka poruszająca dwa ważne tematy, niepełnosprawność intelektualną dziecka dorastającego i adopcję.

Jak wyczytałam w internecie, autor sam jest adopcyjnym ojcem dla córki więc z pewnością nie można mu zarzucić, że , przynajmniej po części , nie wie o czym pisze. Z pewnością oba te tematy ma , że się może tak kolokwialnie wyrażę, „przerobione” od podszewki.

Jak już wspomniałam, Ginny Moon poznajemy w wieku lat trzynastu. Poznajemy ją od razu w rodzinie Maury i Briana, ale z czasem dowiadujemy się o dziewczynce nieco więcej. Wiemy, że zanim trafiła do tej rodziny, w której ma zostać Na Zawsze, przebywała w kilku rodzinach zastępczych, które jednak nie dały jej tego, co najbardziej potrzebowała. Ginny poznajemy w sytuacji dość traumatycznej i kluczowej, a mianowicie niemal w przeddzień narodzin biologicznej córki adopcyjnych rodziców.

Ginny nie wiedzie się łatwo. Ma wiele problemów, czuje się z pewnością odsunięta na bok ale najważniejszym jej problemem w tej chwili, gdy ma pojawić się kolejny członek rodziny, jest to, że wraca się jeszcze bardziej intensywnie jej wspomnienie o Lalce, którą zajmowała się w domu biologicznej matki. Przez dłuższą chwilę sami czujemy się dość niepewnie, o co chodzi z tą Lalką. Czy chodzi o zabawkę czy może o kogoś istniejącego?

Dodatkowo w życiu Ginny pojawia się ponownie postać, przez którą dziewczyna znalazła się tu gdzie jest a mianowicie jej matka biologiczna. W życiu i tak bardzo doświadczonej przez los niepełnosprawnej dziewczyny, zaczyna dziać się dużo. O wiele zbyt dużo jak na jej wytrzymałość. Z trudem budowana przez rodzinę rzeczywistość zaczyna niebezpiecznie się chwiać i grozić rozpadem.

Co mi się nie do końca spodobało to to, że autor właściwie marginalnie opisuje to dlaczego Ginny znalazła się u Maury i Briana. Co nimi powodowało, że zdecydowali się adoptować dziecko już starsze, po przejściach i niepełnosprawne? Poznajemy to małżeństwo w dość specyficznej chwili ich życia ale tak naprawdę autor nie daje nam poznać tej dwójki , motywacji małżeństwa i to co potem następuje według mnie nie daje się wytłumaczyć łatwiej niż wtedy gdybyśmy lepiej portrety Maury i Briana mieli nakreślone. Odnosiłam też wrażenie, że Ludwig zbyt „łatwo” rozpisał postać Maury, z góry skazując ją na niechęć ze strony czytelnika chociaż mógł rozwinąć to w sposób, że jej zachowania nie dałyby się aż tak jednoznacznie wytłumaczyć. Tego więc mi trochę w tej książce zabrakło, a szkoda bo można to było ciekawie poprowadzić. 

Mimo to książka bardzo mnie wciągnęła a losy Ginny nie były mi obojętne, zwłaszcza, że zdecydowanie z upływem akcji widać było, jak bardzo niepotrzebna i zagubiona wydaje się w nowej rodzinie osoba, która i tak przeszła w życiu zbyt wiele.

Moja ocena to 5 / 6.