wszystkie role…

…obsadzone.

Słuchamy „Lata Muminków” z werwą czytanego przez Kowalewskiego.Ja odzywam się w pewnej chwili z zadumą „Wiesz, P. czuję się jak Mama Muminka czasem…”. P. „A ja czuję się jak Paszczak”. Milczymy sobie chwilę po czym ja stwierdzam „Zauważ, że nikt nie czuje się jak Włóczykij”. Na to Jaś „Ja się czuję !”.

Wszystkie role obsadzone. 

Kurtyna.

zastanawiam się…

…co pomaga a nie w rozwinięciu się przyjaźni w wieku starszym. Nie jako staruszkowie ale w kontekście osób już w takim wieku, że nie zaprzyjaźniamy się w przedszkolu czy na placu zabaw z tak zwaną „czystą kartą”. Ale już mając ten konkretny bagaż doświadczeń, ukształtowany światopogląd i przyzwyczajenia. Co pomaga a nie? Ile jesteśmy w stanie przyjąć nawet jeśli nie dzielimy poglądu na dany temat a gdzie coś nie zagra bo właśnie nie potrafimy się już „nagiąć”? Jak (powiedzmy procentowo) dużo musi nas z daną osobą łączyć a jak dużo dzielić? Czy łatwo jest nawiązać więź silniejszą niż tylko znajomość? Mam nadzieję, że tak…

„Jesteś cudem”. Regina Brett.

50 lekcji jak uczynić niemożliwe możliwym.

Wydana w Wydawnictwie Insignis. Kraków (2013). Ebook.

Przełożyła Olga Siara.

Tytuł oryginalny : Be the Miracle. 50 Lessons for Making the Impossible Possible.

Jak pamiętacie, dopiero co czytałam debiut książkowy Reginy Brett pod tytułem „Bóg nigdy nie mruga”, o której to książce napisałam wpis tu.

Sięgnęłam natychmiast po kolejną książkę autorki i nie zawiodłam się ponownie. To znów felietony jej autorstwa, dotykające ponownie najważniejszych spraw życia. 
Od razu jednak uprzedzam, o ile w „Bóg nigdy nie mruga” autorka swoją wiarę i relację opisywała może nie marginalnie co raczej nie było to głównym motywem felietonów, tak w tej książce o wierze i o Bogu jest dużo i jeśli ktoś wie, że to go irytuje, może niech po tę książkę nie sięga. 

Ponownie więc w pięćdziesięciu krótkich rozdziałach, tych tytułowych lekcjach, Regina Brett pisze o sprawach ważnych, mądrych, istotnych, fundamentalnych po prostu. Ponownie ktoś może pisać, że Brett nie odkrywa tu nic nowego, w końcu wszyscy wiemy, że lepiej jest być dobrym i szlachetnym niż złym i niegrzecznym. Niemniej jednak czytając jej słowa ma się wrażenie, że często się o tym wszystkim zapomina i zamyka w jakiejś szklanej bańce, w obawie przed światem, lękiem przed drugim człowiekiem. Tymczasem w życiu autorki to Bóg i ludzie są najważniejsi a ludzie stanowią dla niej źródło obserwacji i refleksji jak również uczą ją wciąż czegoś nowego.

I tak wciąż samą Reginę Brett zaskakuje jak wiele jednak ( na szczęście) w ludziach jest dobra. Przyznaję się ,że z tej książki dla mnie samej najbardziej wzruszające były dwie opowieści. Pierwsza to o mężczyźnie, który postanowił pomóc rodzinie z córką w śpiączce. I za bardzo duże pieniądze pomógł przebudować sypialnię dziecka tak aby mogło być w domu a nie w szpitalu. Nie miał przy tym żadnej gwarancji , że ten wydatek będzie przydatny dłużej niż parę dni, może tygodni. Bo to, że się „nie opłacił” wiedział od początku. A jednak w swoim sercu chciał pomóc komuś, dla kogoś istotne było to aby jego dziecko odeszło w domu a nie w szpitalu. Druga opowieść to ta o żonie, która nie wierzyła w to, że jej mąż jest mordercą jej matki i siostrzenicy. I doprowadziła do tego, że wznowiono proces. 

Ujmujmy się za innymi, zwłaszcza tymi, którzy są słabi, cieszmy się drobiazgami, z których składa się nasze życie, bądźmy wdzięczni za to, co mamy bo mamy naprawdę wiele, pomagajmy sobie, rozmawiajmy z drugim człowiekiem, poświęćmy mu czas aby kiedyś nie wyrzucać sobie, że „a mogłem…mogłam…”. Miejmy nadzieję.  Nie plotkujmy i niekoniecznie, naprawdę, niekoniecznie to co chcemy o kimś bądź do kogoś powiedzieć jest tym, co powiedzieć powinniśmy.

W sumie, oczywistości, prawda? Ale Regina Brett pisze o nich w taki sposób, że nie się to podoba, do mnie to przemawia. 

Bardzo dobrze czytało mi się tę książkę i polecam.
Moja ocena to 6 / 6.

 

„Bóg nigdy nie mruga”. Regina Brett.

50 lekcji na trudniejsze chwile w życiu.

Wydana w Wydawnictwie Insignis. Kraków (2012). Ebook.

Przełożyła Olga Siara. 

Tytuł oryginalny God Never Blinks. 50 Lessons for Life’s Little Detours.

Czyli o książce, której zapewne długo bym nie przeczytała, gdyby nie została mi ona polecona przez kogoś, kogo zdanie uważam za ważne a opinię za wartościową. 

„Bóg nigdy nie mruga” był jednym z tych ebooków, które nabyłam w którejś z dobrych promocji i…zapomniałam o tej książce kompletnie. Dopiero kiedy ktoś mi ją polecił, sięgnęłam po nią i…przepadłam , tak mnie wciągnęła. 

„Bóg nigdy nie mruga” to zbiór felietonów autorki, które ukazywały się w kilku pismach, do których pisze Regina Brett. Tu zebrane, okraszone dodatkowo jej refleksjami dotykają spraw znanych nam z naszego własnego życia. Bądź to bezpośrednio bądź przez znajomych ale nie łudźmy się, Regina Brett nie koloryzuje, pisze o problemach z życia a nie tworzy wyimaginowane sytuacje. 
Już samo życie autorki mogłoby stanowić kanwę na opowieść. Można powiedzieć, że wiele w życiu przeszła. Niekoniecznie dobrego. A pomimo tego nie stała się zgorzkniała i zła, nie dokucza ludziom. Wszystko co pisze o innych pokazuje obraz człowieka, który pod wpływem swoich doświadczeń i obserwacji stał się człowiekiem wybaczającym. Wyrozumiałym. Nie chodzi zupełnie o to, że autorka zapomniała doznane od innych krzywdy ale nie rozpamiętuje ich w nieskończoność. I opisując jak ona sobie z tymi krzywdami i nieszczęściami poradziła, uczy nas samych a może raczej po prostu przypomina, jak się nie dać zgorzkniałości czy złu. Jak nie poddać się temu, co w naszą stronę często jest wysyłane. 
Jak pisałam, jej życie stanowi materiał na sporą książkę ale Regina Brett opisuje też doświadczenia innych znanych jej osób. Jak wielokrotnie wspomina, od innych ludzi wiele się nauczyła i wciąż uczy. Inni ludzie pokazują jej możliwość wyboru dróg w życiu. Nie ze wszystkimi musi się zgadzać ale obserwacja możliwości wyborów również czegoś autorkę uczy jak i umożliwia utwierdzenie się bądź nie we własnych wyborach.

Regina Brett lubi innych ludzi i to się w jej słowach wyczuwa. Ale Regina Brett lubi też siebie.

Powiem tak, zaskakująco wiele w jej słowach odkrywałam własnych myśli i postanowień, które wykluły się u mnie po doświadczeniach roku 2011. 
Autorka doświadczyła choroby nowotworowej i ta stała się momentem zwrotnym w jej życiu. U mnie stało się to, co się stało czyli zmarło moje pierwsze dziecko. Sądzę jednak,że wcale nie jest tak, że w życiu musi stać się coś ekstremalnego abyśmy zrozumieli jakie naprawdę powinny nam przyświecać priorytety.

U mnie ta książka trochę się „przeleżała” (zakupiłam ją w początkach tego roku więc niemal rok po zakupie przeczytałam) z jeszcze jednego powodu. Regina Brett jest osobą bardzo wierzącą i trochę obawiałam czegoś w rodzaju „misjonarstwa” płynącego z jej słów. Nie wiedziałam chyba czego konkretnie mogę się spodziewać. Moje obawy przed nachalnością i jednostronnym spojrzeniem rozwiały się wraz z pierwszymi rozdziałami książki. Owszem, Regina Brett jest wierzącą Katoliczką, nie wypiera się tego i to podkreśla. Ale jednocześnie pisze o prawdach tak uniwersalnych, że wiem, że jej słowa mogą śmiało czytać osoby zarówno innych wyznań jak i niewierzące. Tak mi się przynajmniej wydaje. Miło byłoby mi gdyby ktoś napisał czy moje odczucie jest słuszne. 

Jak wspominałam, zaskakująco wiele odkryłam w jej słowach prawd i stwierdzeń mi bliskich. Te, które najbardziej utkwiły mi w głowie to to, co ja stosuję od roku 2011. A mianowicie nareszcie przestałam marnować swój przecenny czas na to lub na kogoś kto nie wnosi do mojego życia nic wartościowego. Koniec z niedobrymi bądź nic nie wnoszącymi znajomościami, nie ma sensu czytać złych książek, nie ma miejsca na złe filmy. I nikt tak o mnie samą nie zadba jak ja sama,  taka prawda, którą kilkakrotnie pisałam. I to, jak nie wart jest być dla siebie samej surowym i ostrym non stop (bywa, że inni, często najbliżsi, wystarczająco surowi i ostrzy są dla nas).  Być może Regina Brett nie pisze nic odkrywczego. Ba, sądzę, że kilkakrotnie spotykała się i zapewne jeszcze nie raz spotka z zarzutami, że pisze tak zwane „prawdy oczywiste”. Czy na pewno? Pewnie po części tak ale o tym jak warto jest jednak o tych prawdach pisać i je sobie przypominać świadczy fakt ile razy kiwałam ze zrozumieniem i zgodą nad kolejnymi rozdziałami tej książki. 

Nie jest to żaden coaching (i dobrze), to po prostu książka z zebranymi wartościowymi przemyśleniami autorki. Które do mnie osobiście ogromnie trafiły i przemówiły.

Regina Brett jest właśnie w trakcie odwiedzin czytelników w Polsce. Jutro o godzinie 18.00 odbędzie się jej spotkanie z czytelnikami w Warszawie. Niestety, raczej nie sądzę abym na nim była a szkoda bo ogromnie polubiłam autorkę po tej książce ale może ktoś z Was będzie miał możliwość więc daję znać. 
A książkę ogromnie polecam ! 

Moja ocena to 6 / 6.

„Motywy osobiste”. Aleksandra Marinina.

Wydana w Wydawnictwie Czwarta Strona. Poznań (2017). Ebook. 

Przełożyła Aleksandra Stronka. 
Tytuł oryginalny Личные мотивы.

Powiem a raczej napiszę tak. Mam z tą książką spory problem. Niestety. Niestety, bo jak Wiecie, Marinina to jedna moich ulubionych autorek ale też zauważyłam, że jestem wobec jej książek surowa. Nie wszystkie wcale oceniłam bardzo wysoko i tak właśnie stanie się z tą książką. Z którą, jednak wrócę do poprzedniego stwierdzenia, mam kłopot. A jaki? A taki mianowicie , że niektóre jej warstwy nie do końca mi się podobają a inne z kolei bardzo. 

Aleksandra Marinina zmienia powoli styl pisania. Starsze kryminały były stricte kryminałami. Z dobrze, żeby nie powiedzieć, świetnie oddanym tłem obyczajowo społecznym po upadku ZSSR w Rosji. Nowym tworze państwowym, które wykluło się po upadku kolosa i w którym ludzie jakby na nowo uczyli się żyć a na pewno na nowych warunkach społeczno ekonomicznych. Natomiast daleko było książkom kryminalnym wtedy pisanymi przez autorkę do skandynawskich psychologicznych książek z tłem kryminalnym, że w ten sposób to określę.

Obecnie odnoszę wrażenie i to mi się podoba, że Marinina zaczyna bardziej skupiać się na psychologii swoich postaci, w tym, co mnie osobiście cieszy, Nastii Kamieńskiej. Czemu tak mnie to cieszy ? Ano dlatego, że kiedyś nie przepadałam za Nastią a teraz, o dziwo, odkrywam, że tę nową,pełną refleksji, starszą ale wciąż młodą duchem, patrzącą w nowy sposób na świat, zaczynam z książki na książkę bardziej lubić. Co prawda mam wrażenie, że autorka nieco przesadziła z nastrojem smutku jaki towarzyszy Kamieńskiej ale być może tak na bohaterkę książek działa upływ czasu i to, z czym całe życie zmagała się czyli nagromadzone doświadczenie w kwestii przestępczości.

Dlatego też pod tym względem nastąpił w książkach Marininej ogromny rozwój i oceniam to na plus. Nie inaczej jest w tej książce. Mój kłopot czy problem dotyczył wątku kryminalnego. Na początku niestety, zupełnie mi nie szło, nie wciągnęłam się w to, co było opisane i wręcz byłam już w chwili gdy nie doczekawszy się wystąpienia Kamieńskiej (w „Motywach osobistych” pojawia się ona dłuższą chwilę po rozpoczęciu się akcji książki) zastanawiałam się nad jej odłożeniem. Wiedziałam jednak, że odłożywszy ją już po książkę zapewne nie sięgnę. Postanowiłam więc czytać dalej aby chociażby dowiedzieć się o co chodziło w warstwie kryminalnej. 
Dlaczego pewnej nocy ktoś zabija w Moskwie pochodzącego z innego miasta robotnika budowlanego a także w zupełnie innym mieście, chorującego emerytowanego chirurga dziecięcego.

A tak właśnie zaczyna się książka. Dlaczego narzekam na wątek kryminalny? Długo mnie nie wciągał , a ponadto, niestety , mnogość postaci wprowadzonych na potrzeby akcji sprawiła, że zaczęłam się w tych wszystkich postaciach zwyczajnie gubić. To sprawiało, że lektura nie była tak porywająca jakbym sobie tego życzyła.

Zachwyciłam się natomiast zupełnie innym wątkiem. Otóż, panie i panowie, Nastia Kamieńska nareszcie doceniła swoje szczęście w życiu. I kogoś, kto kocha ją i jest obok niej od niemal zawsze bo przecież od dzieciństwa. Tak tak, mowa o Czistiakowie 🙂 Nie przepadałam za Nastią właśnie z powodu tego jak traktowała najpierw swego partnera a potem męża (w tej części celebrować będą piętnastą rocznicę ślubu). Jak coś oczywistego, kogoś kto jej się absolutnie i słusznie należy i nie powinno się mieć żadnych wątpliwości, że to ktoś w kogo obecność obok nie można wątpić i której to obecności często wręcz się nie zauważa mając ją za pewnik. 

W „Motywach osobistych” Nastia Kamieńska robi się zdecydowanie bardziej filozoficzna i refleksyjna i nagle chyba dociera do niej samej jak sama kocha męża i jak cieszy ją jej obecność w jej życiu. Poza tym, co również jakoś mnie ucieszyło, Nastia w tej części zaczyna jakby na nowo żyć, odkrywać to, że życie to nie ciąg przestępczych działań , które należy rozwiązać ale również dobre wydarzenia, miłe chwile i sprawy, których do tej pory nie zauważało się albo nie próbowało.
W tej części Kamieńska sprawi sobie muszlę na straganie w nadmorskim kurorcie, do którego rzuci ją śledztwo jak również, co miłe, będzie pracowała ze swoim mężem. No i obejdzie w miły sposób rocznicę własnego ślubu co jak wiemy, dla Nastii Kamieńskiej wcale do tej pory nie było takie oczywiste. Ponownie cieszy się swoją nową pasją do fotografowania, można powiedzieć, że nareszcie cieszy się życiem. 

Kryminalna historia, o tym już pisałam, wciągnęła mnie początkowo średnio, żeby nie powiedzieć niemal wcale ale z czasem jakoś się rozkręciła. Jak już pisałam, dla mnie było zbyt wiele postaci, co tworzyło wrażenie tłoku i chaosu a mniej uważny czytelnik mógł się nieco pogubić. 

Niemniej jednak w rezultacie i tu byłam ciekawa jak się sprawy powyjaśniają i owo wyjaśnienie otrzymałam. 

Tak więc moje uczucia po lekturze „Motywów osobistych” są dość mieszane. Właściwie warstwa obyczajowo psychologiczna jest w niej na wysokim poziomie więc ostatecznie zdecydowałam się podarować jej ocenę 4.5 / 6.



„Zdążyć z miłością”. Beata Majewska.

Wydana w Wydawnictwie Książnica. Grupa Wydawnicza Publicat S.A. Poznań (2017). 

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa i Autorki. 

Na wstępie , to ostatnia część trylogii, której bohaterów znamy z dwóch poprzednich części, o których pisałam w tym i w tym wpisie. Z tym, że w trzeciej, ostatniej i moim zdaniem najlepszej ze wszystkich części to już nie Łucja i jej mąż odegrają pierwszoplanowe role. 

Tym razem główną bohaterką jest Olga, znana czytelnikom jako dosłowny „czarny charakter” z pierwszej części trylogii. Opowieść o jej życiu rozpoczyna się w chwilach ciężkich dla kobiety bowiem tuż po bardzo poważnej operacji przeprowadzonej w związku z poważną chorobą. Olga co prawda żyje i ma nadzieję, że uda się jej jeszcze długo pożyć ale niestety, na skutek operacji, nie będzie mogła nigdy zostać mamą. Niby nie powinno być to dla niej problemem bo nigdy nie chciała mieć potomstwa ale też po pierwsze, kto wie czy nie zmieniłaby zdania a po drugie, co jeśli spotka kogoś z kim będzie chciała założyć rodzinę?

Z pomocą w tej kwestii przychodzi jej los, a raczej nieciekawa historia związana z jednym z butów Olgi. Tak czy inaczej, popsuty but staje się początkiem nowej, ciekawej znajomości. Olga poznaje wdowca z dwójką małych dzieci. Zdają się być kompletnie do siebie niepodobni, on – bardzo wierzący i praktykujący, ona – ateistka. A jednak zakochują się w sobie i chcą być razem.
I żyli długo i szczęśliwie, prawda? Tak byśmy chcieli. 
Niestety, los pokazuje często, że potrafi kpić z człowieka i jego planów podsuwając mu swoje własne, niekoniecznie te chciane.

Aby Olga mogła poczuć pełnię szczęścia przyjdzie jej pójść ku tej pełni szczęścia drogą bardzo skomplikowaną. 

To nie jest lekka, łatwa i przyjemna lektura pomimo przyjemnego początku książki i okładki (jak zwykle się nią zachwycam, jej autorką podobnie jak do dwóch poprzednich części,  jest pani Ilona Gostyńska-Rymkiewicz ).

To lektura o życiu. O tym, że człowiek najczęściej miewa jakieś własne plany, marzenia, oczekiwania względem tego jak potoczy się jego życie. A wykonanie tego może być co najmniej trudne. Jeśli często wręcz niemożliwe.

To taka obyczajówka i romans ale napisany tak, że ma się w pamięci podobne wydarzenia, które się zna (znam jedną sytuację opisaną w książce więc nie jest tak, że coś jest niemożliwe). Cieszy mnie jako czytelniczkę, że autorka nie konstruuje w tej części „Aniołów” a osoby z krwi i kości. Możliwe do zaistnienia i popełniające zarówno błędy jak i czyny dobre czy wręcz wielkie. 

Mamy tu też do czynienia z sytuacjami z przeszłości wpływającymi na życie bohaterów i tajemnice, które poznajemy w miarę rozwoju akcji książki.
Jak wspomniałam na początku, ta część podobała mi się zdecydowanie najbardziej. Była dla mnie jak najbardziej możliwa do zaistnienia i nie traktowałam jej w kategorii „bajek dla dorosłych”. Najwyraźniej dobrze kiedy jest jak w życiu, dobro przeplata się z tymi smutniejszymi chwilami, które uświadamiają nam dobitniej jak bardzo powinniśmy doceniać i cieszyć się tak zwanym szczęściem codziennym, drobnym.
Naszykujcie się więc na i radość podczas lektury i wzruszenie a może w przypadku bardziej wrażliwych osób nawet łzy. 

Moja ocena to 5 / 6. 

„Cuda i cudeńka”. Agnieszka Olejnik.

Cykl „Mansarda pod Aniołami”. 

Wydana w Wydawnictwie FILIA. Poznań (2017). Ebook.

Sięgnęłam po tę książkę ( pierwszą czytaną przeze mnie książkę tej autorki) sądząc, że motyw Bożego Narodzenia będzie w niej mocniej podkreślony. Nie był ale szczerze mówiąc, kompletnie mi to nie przeszkadzało bowiem „Cuda i cudeńka” to jedna z najładniejszych książek jakie ostatnio czytałam. Taka pozytywna, ciepła opowieść. Znowu zapewne dla wielu z cyklu jak ja to nazywam na prywatny użytek , „bajka dla dorosłych”. I co z tego? Na co dzień tyle zła dookoła, tyle niepotrzebnej wręcz agresji,obojętności na sprawy drugiego człowieka, że ja osobiście z przyjemnością sięgam po taką lekturę. 

„Cuda i cudeńka” to pierwsza opowieść z serii „Mansarda pod Aniołami”. Rozpoczyna się w chwili gdy dwudziestosześcioletnia Helena (woli gdy nazywa się ją Leną) przyjeżdża do Lubska, miejscowości pod Zieloną Górą gdzie ma zamiar zaopiekować się swoją babcią po udarze. Pewnie nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że Lena praktycznie nie zna swojej babci. Kobieta przez całe swoje dotychczasowe życie unikała zarówno żony jak i córki swego syna. Syn matkę odwiedzał ale w jego domu matka nie pojawiła się nigdy. Wychowywała go sama o ojcu nie wspominając i dając synowi niewiele miłości i uczucia. 

Lena jest osobą skrajnie inną od babci. Jest w niej wiele dobra i zwykłej ludzkiej życzliwości. Nie zrażona mówi ojcu, że skoro straciła pracę jako nauczycielka nauczania początkowego chętnie pojedzie do babci i jej pomoże a z czasem gdy babcia do siebie dojdzie , co sugerują lekarze, może uda się jej znaleźć nawet pracę.

Na miejscu Lena trafia do kamienicy, na szczycie której są dwie kamienne figury Serafinów. Do nich nie raz będzie zwracać się Lena z najrozmaitszymi prośbami.  Albowiem Borys, osoba, która na poddaszu mieszkała ale obecnie podróżuje a którego kwiatami zajmie się Lena w zastępstwie babci , napisał jej w emailu, że wart jest owym Aniołom powierzyć swoje smutki i prośby albowiem spełniają one marzenia. 

Helena zaprzyjaźnia się z mieszkańcami kamienicy, zwłaszcza z mieszkającą tam od wielu lat Franceską, Włoszką, która przybyła do Polski dwadzieścia lat wstecz, jak i z Beatą, żoną , którą krok dzieli od rozwodu. Ich znajomość szybko zmienia się w coś więcej niż tylko znajomość. Kobiety spotykają się, rozmawiają i wspierają wzajemnie. 

Borysa, który jak wspomniałam, dał jej radę dotyczącą figur Serafinów, Lena nie zna , prowadzi z nim jedynie ożywioną i wartościową korespondencję. Lena więc w głowie stwarza sobie wyobrażenie starszego pana, który wiele o życiu wie i wiele jej może pomóc. 

Książka zostawiła mnie z niedosytem czytelniczym i pytaniami „jak potoczą się dalsze losy Leny i jej przyjaciół?”. Mam nadzieję, że kontynuacja ukaże się szybko bo bardzo mi się ta książka podobała, polubiłam główną bohaterkę i jestem ciekawa jak rozwiąże się sprawa tajemnicy z przeszłości pani Mieczysławy, babci Heleny. 

Jednego motywu się domyślam ale nie szkodzi, mam nadzieję,że pewne sprawy potoczą się dokładnie tak jak mi się wydaje, że mogą się potoczyć. 

Ciepła książka o tym, że w życiu dobrze jest mieć obok siebie drugiego życzliwego człowieka jak i również o tym, że pomaganie innym daje wielką satysfakcję, którą oczywiście polecam. 

Moja ocena to 6 / 6.

„Serce z piernika”. Magdalena Kordel.

Wydana w Wydawnictwie Znak. Kraków (2017).

Po „Sezonie na cuda” i „Aniele do wynajęcia” przyszła kolej na następną książkę z motywem Świąt Bożego Narodzenia napisanego przez Magdalenę Kordel. I jeśli bałam się, że może mnie odrobinę zawiedzie, że w sumie ile można pisać na podobny temat, w podobnym klimacie to…moje obawy okazały się całkowicie niesłuszne. Ufff. 
Chociaż ta książka niby to około świąteczna ale opowiada o bardzo poważnych i smutnych sprawach z przeszłości, które to wydarzenia determinują życie pewnej rodziny współcześnie.  To książka i do wzruszenia i do pośmiania ale refleksyjna bardzo. 

Bohaterką jest Klementyna wychowująca córkę Dobrochnę (tak, to książka z bohaterkami noszącymi oryginalne i raczej rzadko kiedy spotykane imiona) i opiekująca się babcią Agatą. Babcia Agata ma problemy. Co pewien czas dzieje się coś niedobrego i jakby przenosi to kobietę w czas przeszłości , w mnogość złych , traumatycznych wspomnień. Potem sytuacja wraca do normy. Ale jest na tyle ciężka dla Klementyny, która przede wszystkim obawia się wpływu sytuacji na córkę, że postanawia zdobyć się na krok radykalny.
Wraca do miasteczka rodzinnego babki i ciotki. Jest tam dom, który należy do rodziny Klementyny. Kamieniczka, która na swój sposób „przypomniała się” młodej kobiecie. Tam Klementyna podejmie swoje cukiernicze dzieło, albowiem cukiernictwo i wypieki to jej i pasja i sposób na życie. 

„Serce z piernika” to bardzo ładna opowieść. Taka jak lubię czyli ciepła, serdeczna, dobra. Pomimo, że jak napisałam, w przeszłości stało się coś bardzo złego, to klimat tej książki jest zdecydowanie optymistyczny i napawający nadzieją. Po raz kolejny Magdalena Kordel pokazuje, że co prawda Duch Świąt i ich magiczna aura są ważne ale aby zaistniały, potrzeba jest po prostu drugiego człowieka. Który z serdecznością i dobrem sprawi, że uda się jakoś poukładać sprawy niełatwe i te, które nas przygniatają. Czasem wystarczy czas, który drugi człowiek komuś poświęci, czasem rozmowa, kiedy indziej bardziej konkretne działanie. 
Każdy z nas może stać się dla drugiej osoby takim zastępczym Mikołajem, który sprawi, że ktoś komu do tej pory żyło się niełatwo, z większym optymizmem spojrzy w przyszłość. 

Klementyna okazuje serce nie tylko ludziom ale i zwierzętom co sprawi, że bohaterami książki staną się również dwa zwierzęta, które znajdą serdeczny dom. 

„Serce z piernika” wprowadza łagodnie w przedświąteczny klimat i atmosferę, chociaż o czym pisałam, nie jest to słód i lukier, dzieje się też zło. Natomiast podczas lektury czuje się niemal zapach pierniczków i innych słodkości i niemal ma się na końcu języka ich smak. 

Wspaniałe są te świąteczne opowieści Magdaleny Kordel. A dla miłośników książek z tym motywem, zwłaszcza. Wiem, że są osoby, którym taka lektura nie pasuje, może więc lepiej aby nie sięgali po coś takiego bo po co mają się zżymać, że dobrze, że słodko, że ludzie zamiast podcinać sobie nogi wyciągają do siebie nawzajem pomocną dłoń?
Ja te klimaty „kupuję” i lubię i chcę ich jeszcze więcej. Polecam ogromnie. Dodatkowo spodobało mi się to, że akcja książki rozpoczyna się w czasie, który teraz mamy czyli chwilę przed listopadem. 

Moja ocena to 6 / 6.

 

„Anioł do wynajęcia”. Magdalena Kordel.

Wydana w Wydawnictwie Znak. Kraków (2016). Ebook.

Po zachwycie nad „Sezonem na cuda” Magdaleny Kordel , o której pisałam w tym wpisie, sięgnęłam po kolejną książkę z motywem świątecznym tym bardziej, że „Serce z piernika” już czeka na czytniku. 

„Anioł do wynajęcia” to bajka dla dorosłych. Ale piękna bajka, krzepiąca i dająca nadzieję na to, że jakby nam źle nie było w życiu to w końcu i dla nas musi zaświecić słońce. 

Książka zaczyna się w momencie gdy osiemnastoletnia, chwilowo bez dachu nad głową, Michalina, trafia pod kwiaciarnię pani Gabrysi. Gabrysia trochę pomaga dziewczynie ale kiedy ta znika zostawiając u Gabrysi tobołek z niewiadomą zawartością, kobieta ma wrażenie, że nie dość pomogła dziewczynie. To dojmujące poczucie, że nie pomogła wystarczająco, trochę będzie jej potem doskwierać.

Tymczasem los stawia naprzeciw siebie dwie zranione i samotne osoby, Michalinę i Nelę. Nela to starsza pani, mocno starsza. Której samotność osiągnęła już najwyższy stopień smutku i przygnębienia i która pewnego wieczoru stawia Pana Boga wobec propozycji…nie do odrzucenia. Jak bardzo nie odrzucenia okaże się wkrótce. Tak więc Michalina i Nela spotkają się pewnego wieczoru i od tej pory wszystko u nich dwóch zacznie się układać.

Napisałam od początku, że jest to bajka dla dorosłych i ta właśnie jest bo wiemy, że w życiu nie wszystko układa się tak jakbyśmy to sobie wymarzyli i zaplanowali. 
Ale „Anioł do wynajęcia” to książka, w której i autorka i bohaterowie przekonują nas , że nie powinniśmy nigdy tracić nadziei na to, że jednak stanie się w naszym życiu coś dobrego.
Akcja dzieje się w okresie przedświątecznym i świątecznym co dodaje jej niewątpliwie uroku.
Oto bowiem nadchodzi czas, kiedy dużo ludzi czeka na celebrowanie narodzin niezwykłego Dziecka, które dla każdego ma po prostu dużo miłości.

I ta miłość musi udzielić się bohaterom. Nie tylko miłość mężczyzny do kobiety i nawzajem ale również taka miłość po prostu do drugiego człowieka.

W życiu możemy na swojej drodze napotkać różne osoby. Możemy też napotkać, o czym przekonuje nas książka, swojego Anioła do wynajęcia, zesłanego pod postacią drugiego, dobrego i życzliwego nam człowieka. Który sprawi, że nasz los odmieni się na zawsze.

Spłakałam się ze wzruszenia pod koniec tej książki i wcale się tych łez nie wstydzę. Już o tym pisałam, we wpisie o książkach świątecznych, w odniesieniu do książek z tą tematyką włączam sobie filtr i nie marudzę, nie czepiam się niemożliwego czy mało możliwego do zaistnienia. Nie doszukuję się, że „ale gdzie to się mogłoby w prawdziwym życiu zdarzyć”. Być może dlatego, że wiem, że potrafi być świąteczny czas, kiedy rzeczywiście zdarzyć się może coś niby niemożliwego a jednak możliwego. Mały, duży cud? Anioł do wynajęcia, który stanie obok i rozmasuje ramiona? 

Moja ocena to 6 / 6.

 

„Moja wina, twoja wina”. Liane Moriarty.

Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Warszawa (2017). Ebook. 

Przełożyła Magdalena Moltzan-Małkowska.
Tytuł oryginalny Truly, Madly, Guilty.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa. 

Po „Wielkich kłamstewkach” sięgnęłam po kolejną książkę Liane Moriarty i coś czuję, że ta australijska autorka stanie się jedną z moich ulubionych. 

Liane Moriarty pisze prozę obyczajową ale porusza w niej tematy ważne, i takie niekoniecznie zawsze lekkie, łatwe i przyjemne. W poprzedniej książce kluczowym problemem był problem przemocy domowej. 
W tej książce autorka poruszy kilka poważnych i ważnych tematów, takich jak zbieractwo, a co za tym idzie, dysfunkcyjne dzieciństwo, którego brzemię ciągnie potem dorosły człowiek przez resztę życia, bezpłodność, z którą trudno jest się pogodzić. 

Widzę, że u tej autorki jest to raczej standardem, taka nielinearność akcji. I tak poznajemy wydarzenia to dziejące się w chwili bieżącej to cofamy się do przeszłości i coraz bardziej zbliżamy do dnia współczesnego.

Szybko poznajemy bohaterów tej opowieści. To trzy pary, które pewnego popołudnia spotkały się na grillu u jednej z par mieszkającej na przedmieściach Sydney. 
Dowiadujemy się też, że podczas tego grilla coś się wydarzyło. Ale co? O tym będziemy dowiadywali się stopniowo. 

Grill został zaaranżowany dość przypadkowo. Odbywa się u sąsiada Eriki i Olivera. Erika i Oliver nie mają dzieci. Tiffany i Vid, gospodarze grilla, mają córkę Dakotę. Więcej dzieci mieć nie będą bo Vid był już kiedyś w małżeństwie, z którego ma córki, na które musi płacić alimenty.

Clementine i Sam to para z dwójką małych córeczek. Clementine to muzyczka, gra na wiolonczeli i ma wielką nadzieję na wygranie przesłuchania muzycznego, które odbędzie się nieco po grillu.

Tak więc z tego towarzystwa znają się jedynie Erika, Oliver, Clementine i Sam. Kobiety są przyjaciółkami od dzieciństwa ale w miarę upływu czasu dowiadujemy się jakiej dziwnej natury jest ich przyjaźń. Narzucona Clementine przez jej matkę gdy dziewczynka chodziła do szkoły, skutkuje tym, że Clementine już jako dorosła kobieta odczuwa raczej ciężar znajomości z Eriką a niekoniecznie radość z faktu że udało się im pozostać w więzi przez tak długi czas.

Tak więc dobór towarzystwa jest chyba od początku nietrafiony, co jednak wychodzi całkiem dopiero podczas grilla. Na razie towarzystwo siedzi w altance, rozmawia, pije dość dużo alkoholu. Dziewczynki, córki Clementine i Sama, bawią się pod opieką starszej od nich Dakoty a dorośli starają się aby popołudnie nie było kolejnym punktem sporu ze starszym sąsiadem Tiffany i Vida, Harrym. Harry to dość zrzędliwy starszy już mocno pan, który otrzyma swoje „pięć minut” od autorki, niemal na samym końcu książki i którego wątek ostatecznie był jednym z najbardziej poruszających w całej książce. 

Erika ma za sobą dysfunkcyjne dzieciństwo spędzone z matką, która cierpi na zbieractwo. Jak bardzo to wpłynęło na dziecko i potem na dorosłą kobietę, nie trzeba mówić . Erika jednak stara się wyjść na prostą, uczęszcza na terapię i chce sama sobie pomóc. Jej mąż Oliver ma za sobą z kolei dzieciństwo w domu alkoholików. Te dwie biedne skrzywdzone przez los jednostki napotkały na siebie i tworzą udany związek, w którym brakuje jedynie dziecka do pełni szczęścia. Może jednak po takich doświadczeniach brak potomstwa jest świadomym wyborem ?

Clementine i Sam są zmęczonymi rodzicami dwójki małych córek. Nie są jeszcze na etapie, na którym czuliby, że mogą nieco odsapnąć i pomimo pomocy ze strony rodziców czują się dość wyczerpani. Zabrakło w ich związku miejsca na „ich dwoje”, na intymność. Jak bardzo ta sytuacja zaszła za daleko, okaże się w czasie a może raczej po owym wydarzeniu na grillu.

Tak więc dorośli siedzą, jedzą, piją, słuchają muzyki i wspomnień Tiffany, która nie wstydzi się opowiedzieć im szczegóły ze swojej przeszłości. Tu mała dygresja z mojej strony. Już podczas lektury „Wielkich kłamstewek” odnosiłam to wrażenie, że nie wiem czy autorka tak widzi Australijczyków czy też może są oni tacy naprawdę, ale obraz z jej książek to raczej obraz osób dość pruderyjnych. Tiffany i Vid jednak takimi z pewnością nie są. Atmosfera spotkania powoli się rozrzedza co cieszy gospodarzy zwłaszcza, że z samego początku była tak gęsta, że można ją było niemal dosłownie kroić.

A potem wydarza się to, co się wydarza.
I powoduje pewne nieodwracalne konsekwencje w życiu wszystkich osób biorących udział w ogrodowej imprezie. 

Liane Moriarty lubi w swoich książkach czynić bohaterami niewielką ilość osób. Szybko rozstawia aktorów w potrzebnych jej rolach na planie i reżyseruje sprawny dramat dotykający ważnych w dzisiejszych czasach problemów. Nie boi się poruszać, o czym już zresztą pisałam, tematów trudnych. Ba, nie dość popularnych. A za każdym razem kiedy czytam jej książkę daje mi ona coś do myślenia. Refleksji podczas lektury jest dużo i pozostają we mnie na zawsze. Na pewno plus dla Moriarty za poruszanie tematów niepopularnych jak chociażby zbieractwo, które stanowi utrapienie dla Eriki bo jak już pisałam jej matka jest klasyczną zbieraczką. Taką, którą teoretycznie powinno się leczyć psychiatrycznie.  Małej Erice pomogła matka Clementine, Pam, w którą Erika była i jest wpatrzona bardziej niż we własną rodzicielkę. Ale nawet Pam, mająca z racji wykonywanego zawodu pełną świadomość tego jak szkodzi matka Eriki swojej córce, nie potrafiła zdobyć się na ostateczność i zgłosić Sylvię (matkę Eriki) do pomocy społecznej. Zapewne miała bowiem świadomość, że córka zostałaby wtedy Sylvii odebrana natychmiast a być może wcale nie byłoby to do końca najlepsze rozwiązanie. Co mi się podoba w pisaniu Moriarty to to, że wcale nie czyni ona wszystkiego czarno białym. Pozwala mieć swoim bohaterom wątpliwości i mylić się, ba, popełniać błędy, których konsekwencje potem ponoszą zarówno bohaterowie jak i inni ludzie. Potem mogą zadawać sobie pytanie z serii „a gdybym …to czy?” ale tego nie wie nikt. Jak bardzo nasze decyzje wpłyną na przyszłość , na rozwój danej sytuacji. Często możemy oczywiście mieć wpływ na te czy inne decyzje ale często coś dzieje się jakby poza nami. W „Moja wina, twoja wina” będzie też o odpowiedzialności i o zrzucaniu na siebie wzajemnie poczucia winy i właśnie poczucia własnego braku odpowiedzialności w danej sytuacji. Tylko, że jak napisałam, książki Moriarty czyta się zapewne dlatego tak dobrze, bo autorka nie pisze science fiction a sytuacje tak naprawdę jak najbardziej mogące się wydarzyć każdemu z nas.
I pewnie dlatego ta książka rozpoczyna się odczytem Clementine skierowanym do dość kameralnej ale jednak publiczności o „zwykłym dniu”.

Moja ocena to 6 / 6.