Wspaniałego Nowego Roku 2018!

Życzę sobie i Wam. 

Niech Zdrowie i Szczęście nas nie opuszcza.

Czujmy się spełnieni i kochani.

Niech nasze marzenia się realizują i niech otaczają nas tylko dobrzy i serdeczni nam ludzie !

Szczęśliwego i Pięknego Nowego Roku 2018 !!!

„Pięć lat kacetu”. Stanisław Grzesiuk.

Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Warszawa (2018). Ebook.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Końcówkę roku trochę nie do końca zamierzenie ale zafundowałam sobie mocno przygnębiającą. Otóż, zdecydowałam się sięgnąć po „Pięć lat kacetu”. W roku 2018 Prószyński i S-ka wznowi książki Stanisława Grzesiuka. Ta książka, która ukaże się w początku 2018 roku jest opublikowana bez pierwotnej cenzury. Pierwsze jej bowiem wydanie w roku 1958 ukazało się z pewną cenzurą. Obecnie przywrócono pierwotny zamysł autora, jednak nie publikując czegoś, co pierwotnie autor faktycznie chciał pozostawić samemu sobie. 

Dlaczego mimo tego, że podejrzewałam, że ta lektura wymagluje mnie psychicznie, sięgnęłam po nią? Ano dlatego, że u nas w domu rodzinnym na półce stały książki Grzesiuka a moja Mama do dziś twierdzi, że „Pięć lat kacetu” jest jedną z tych książek, które zrobiły na niej wielkie wrażenie. Jako, że w czasach licealnych kiedy omawialiśmy literaturę obozową akurat tej nie czytałam, sięgnęłam po nią. Początkowo miałam nadzieję, że jestem nieco chociaż „zaszczepiona” na to, co wyczytam przez fakt czytania książki Borowskiego czy „Inny świat” Gustawa Herlinga-Grudzińskiego. Ale szybko wyszło na jaw to, że na tego typu prawdę, opowieść , człowiek nigdy nie jest w stanie się „zaszczepić”. 

Czytanie o tym co jeden człowiek może uczynić drugiemu kiedy do głosu dojdzie chora ideologia i wypaczone pomysły realizowane w ramach dyktatorskiej polityki boli dosłownie fizycznie. Z racji tego, że zaczęłam czytać książkę w czasie świątecznym, miałam na nią czas jedynie późnym wieczorem i szłam spać z potwornymi obrazami pod powiekami co z kolei przekładało się na moje sny.

Z kolei „Pięć lat kacetu” , czyli wspomnienia Stanisława Grzesiuka z jego pięciu lat spędzonych w hitlerowskich obozach koncentracyjnych w Mathausen, Dachau i Gusen to nie jest książka, z którą można sobie zasiąść przy stole z kawką i kawałkiem makowca. No więc – nie. Nie byłam w stanie czytać jej jak większości książek bo zwyczajnie czytając o potwornościach opisywanych przez autora miałam coś na kształt poczucia winy, że ja tu sobie siedzę w ciepłym domu, podjadając przysmaki i pijąc ciepły napój. 

Stanisław Grzesiuk to dziecko Warszawy. Nie jest to wielki intelektualista, robotnik z warszawskiego Czerniakowa, wyposażony jednak w potencjał. Widać, że mając możliwość kształcenia miałby szansę na studia. Zbieg okoliczności czy raczej sytuacja życiowa jednak do tego nie doprowadziła, niemniej jednak ów wypracowany na warszawskim podwórku spryt zapewne pomógł autorowi egzystować w obozie koncentracyjnym. Oto bowiem opisuje on swoje przeżycia obozowe z właściwym mu kpiącym , wesołkowatym często stylem. Jego rubaszny język  pozbawiony dramatyzmu a wręcz często okraszany humorem styl i język ma jednak za zadanie złagodzenie opowieści o ogromie zła jakie miało miejsce w obozach. 

Stanisław Grzesiuk nie analizuje, kolokwialnym językiem (jednak pozbawionym wulgaryzmów za co mocno go cenię) potrafi przez sporą objętościowo książkę przeprowadzić czytelnika w sposób wyważony. Nie ocenia on nikogo i na końcu książki sam prosi o to aby osoby chcące oceniać kogoś kto spędził czas w obozie a same nie doświadczyły tego piekła, zaniechały ocen. Nikt bowiem kto w tym nie uczestniczył tak naprawdę nie ma nawet odrobiny pojęcia o realiach tego piekła. 

Człowiek w imię chorych idei potrafi zmienić życie drugiego człowieka w piekło i o tym jest ta książka. A jednocześnie o tym jak zwykły , szary człowiek musi nagle z dnia na dzień odnaleźć się w tym piekle. Podobno po pierwszym wydaniu książki dla większości czytelników szokiem był fakt, którego Grzesiuk nie krył a chodzi o wspomniany przez niego homoseksualizm niektórych więźniów. Piszący to w czasach dawnych Grzesiuk również umie powstrzymać się od oceny i rzucania w kogokolwiek kamieniem.  

Czy jest to lektura dla każdego? Nie. Czy jednak powinniśmy sięgać po tego typu literaturę pomimo tego, że wydaje się nam, że na ten temat „powiedziano już wszystko”? Tak. Po „Pięć lat kacetu” chociażby dlatego, że nie jest to żadna fikcja. To obraz obozu taki jaki był a nie beletrystyka z wątkiem romantycznym. Na romantyzm nie ma tu ani skrawka miejsca. Jest zło do granic wyobrażenia, jest codzienna , co godzinna wręcz walka o przetrwanie. Są choroby, są pasożyty zżerające ludzi, jest głód i bicie. Jest tęsknota za zwyczajnością , na którą w zwykłych realiach nie zwraca się zupełnie uwagi.  Język Stanisława Grzesiuka prosty, zwykły, może nie wyrafinowany a jednak według mnie bardzo dobrze oddający jego codzienność w obozie. Kiedy to każdy dzień mógł się stać tym ostatnim a mimo to coś w człowieku nie pozwalało się poddać. Kiedy budząca się w człowieku młodość nie pozwalała się zniszczyć.

Na pewno jednak jest to książka mocno zapadająca w pamięć, pozostawiająca w czytelniku mnóstwo emocji. 

Moja ocena to 6 / 6.

Jakie książki znaleźliście pod choinką?

No dobrze, to co z książek znaleźliście pod choinką??

Ja dwa ebooki, „Drwali” Annie Proulx, „Pachinko” Min Jin Lee oraz od koleżanki „Przypadki pewnej desperatki” Magdaleny Wali a od innej znajomej wspaniały (marzyłam o nim ) album „Humans od New York”.
A czym Wy zostaliście obdarowani ?

„Aksamitny Królik”. Margery Williams.

„Czyli jak zabawki stają się Prawdziwe”.

Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Warszawa (2017).

Przełożyła Barbara Grabowska. Współpraca Dorota Koman.
Tytuł oryginału The Velveteen Rabbit.

Ilustracje William Nicholson.

A więc jednak pomyliłam się w poprzednim wpisie myśląc, że 137 to liczba książek przeczytanych w roku mijającym. Dochodzi jeszcze ta książka, którą właśnie przed chwilą przeczytałam Jasiowi ( i P. ). 

Nie ukrywam, że nie znałam tego tytułu i skusiła mnie promocja wydawnicza ale również fakt, że przy książce pracowała Osoba, której zdanie na temat książek jest dla mnie ogromnie ważne i często wręcz decydujące czyli pani Dorota Koman sprawiło, że Mikołaj w tym roku dołożył tę właśnie książkę.

Jest to piękna historia. Nie za długa, ot w sam raz na półgodzinne niespieszne czytanie w rodzinnym czy zaprzyjaźnionym gronie. I piękne, wzruszające zakończenie. Które jak to ja odczytuję na wielu poziomach. 

Aksamitny Królik pojawia się w domu pewnego Chłopca w czas Bożego Narodzenia i staje się dla Chłopca kimś tak kochanym, że zmienia go to w Prawdziwego. Aksamitny Królik czekał na tę chwilę bardzo bo o tym, że to ważne dowiedział się od sędziwego mieszkańca dziecięcego pokoju czyli Zamszowego Konia. Zamszowy Koń ongiś wyjaśnił Aksamitnemu Królikowi na czym polega bycie dla dziecka Prawdziwym. To chwila, kiedy twój wygląd się zmienia. Od częstego przytulania i ściskania w radosnych bądź trudnych chwilach przez dziecko, wyciera ci się futerko. Twoje oczy tracą blask od upływu wspólnych lat. Twój kolor staje się wyblakły od wielu godzin spędzanych z dzieckiem wśród traw ogrodu w leniwe, piękne poranki i popołudnia. To są te szczęśliwe chwile, które dodają ci lat, ubywa ci uroku ale wciąż wiesz, że dostajesz coś najważniejszego na świecie. Miłość i wspólny czas. 

Potem jednak bywa, że wspólny czas kończy się z jakichś powodów. W książce opisany jest jeden konkretny ale przecież jest ich większa możliwość.

I wtedy zabawki odchodzą. Na inny poziom bycia Prawdziwymi. 
Ja, o czym już napisałam, odbieram tę książkę na poziomie „odejścia, straty, śmierci” i przejścia na jakiś inny poziom. Ale oczywiście nie musi tak być. Może to jednak przynajmniej metafora straty, która jest nieodwracalna. Straty czy to fizycznej czy straty na innym poziomie. Wydoroślenia, odejścia w świat już nie „dziecka”, kiedy żegnamy się z pewnym podejściem do życia, do świata, do ludzi, z pewną beztroską (zakładam dzieciństwo dobre). Potem, o czym wiemy, wróci się nam przynajmniej część z tego za sprawą naszych własnych dzieci ale dopóki tak się nie stanie.

Niewiarygodne, jak wiele mądrej i prawdziwej treści umie oddać w niewielkiej objętościowo książce dobry autor. Naprawdę, nie trzeba zarzucać słowami aby oddać to, co ważne. Zastanawiam się jak książkę odbiera Jaś bo nie wzruszył się tak jak ja i P., którzy, a niech to, napiszę to wprost, popłakaliśmy się w końcówce książki. Spytałam się Jasia za co podoba Mu się ta książka. Powiedział, cytuję , że za to, „że na końcu (uwaga SPOILER) Wróżka zamienia Aksamitnego Królika w Prawdziwego Królika bo On (Jaś) lubi króliki”. Może kiedyś odkryje i inne warstwy tej niezwykle mądrej książki dla dzieci i dorosłych , na razie cieszę się, że po prostu literatura sprawiła Mu radość jako słowo i treść. 

Moja ocena to oczywiście (muszę przemyśleć ten system ocen) 6.5 / 6. 

Moje podsumowanie książkowe mijającego roku

Przeczytałam 139 książek.

Nowości w sensie gatunków, po które sięgnęłam (romans osadzony w przeszłości) , fantasy, literatura popularnonaukowa jak i autorów, których do tej pory nie czytałam bądź zapomniałam o tym, że kiedyś coś ich czytałam (Richard Paul Evans, G. Musso). 

I tak oto nowe autorki i autorzy, po których książki sięgnęłam w tym roku to : Magdalena Kordel, Regina Brett, Joanna Szarańska, Richard Paul Evans, G. Musso, Liane Moriarty, Katarzyna Misiołek, Beata Majewska, Ewa Nowak, Mariusz Szczygieł, Agata Kołakowska, Anna Karpińska, Jolanta Kosowska, Alina Białowąs, Anna Sakowicz, Wioletta Grzegorzewska.

Był to też rok bardzo wielu naprawdę dobrych książek, o czym świadczyć może fakt, że zaczęłam rozważać zmianę systemu oceniania skoro wielokrotnie „podarowałam” książce ponad sześć gwiazdek w …sześciogwiazdkowym systemie oceniania. 

I tak zachwyciłam się poezją Doroty Koman czyli tomem zebranym wierszy pod tytułem „Maszyna do czytania”. 

Świetne okazały się dwie książki autorek, które już znam z książek, czyli Anny Fryczkowskiej  jej „Żony jednego męża” i kryminał Ałbeny Grabowskiej „Ostatnia chowa klucz”. Kryminalnie nie zawiodła mnie Donna Leon i jej „Gra pozorów” i Aleksandra Marinina i „Życie po życiu”. 

Wypiszę teraz inne tytuły, które mnie zachwyciły i o których pisałam w samych superlatywach.

„Książka o czytaniu” – Justyna Sobolewska, „Kot, który spadł z nieba”  – Takeshi Hiraide, „Pięć minut Raisy” – Agata Kołakowska, „Deja vu” – Jolanta Kosowska, „Zwykłe niezwykłe życie” – Dorota Sumińska, „Dziewczyna z pociągu” – Paula Hawkins.

Następne to „Chwila na miłość” – Joanna Stovrag, „Matka Polka feministka” – Joanna Mielewczyk, „Niebo nad Rzymem” – Magdalena Giedrojć, „Pocztówki z Grecji” – Victoria Hislop, „Guguły” i „Stancje” – Wioletta Grzegorzewska, „Dziecku śniegu” – Eovyn Ivey (zachwyt roku).

Inne to „Równanie miłości” – Simona Sparaco, „Oaza spokoju” – Agnieszka Nietresta-Zatoń, „Dwie karty” – Agnieszka Hałas, „Dachołazy” – Katherine Rundell (książka dla dzieci i młodzieży, którą polecam nie tylko czytelnikom w tym wieku), „Tajemnicze życie grzybów” – Robert Hofrichter (fascynująca pozycja popularnonaukowa), „Przeznaczenie, traf, przypadek” – Jacek Cygan, „Aleja Siódmego Anioła” – Renata Kosin, „Cztery płatki śniegu” – Joanna Szarańska, „Dom pod biegunem” – Dagmara Bożek-Andryszczak i Piotr Andryszczak, „Nie całkiem białe Boże Narodzenie” – Magdalena Knedler, „Anioł do wynajęcia” – Magdalena Kordel, „Nasze kochane święta” – Iwona Poczopko, „Ludzie z Placu Słońca” – Aleksandra Lipczak.. 

Zawody książkowe? Chyba jedynie dwa takie prawdziwe i serio nie do strawienia. (Według mnie, przypominam, według mnie). To wiersze Rupi Kaur w zbiorze pod tytułem „Mleko i miód” i „Rok na Majorce” Anny Klary Majewskiej. 

Spodobały mi się książki Joanny Szarańskiej, Aliny Białowąs, Jolanty Kosowskiej. 

Czego sobie życzę na następny rok „książkowo”?  Aby było przynajmniej tak samo dobrze jak w tym roku a nie gorzej 🙂 I żebym mogła przeczytać równie dużo książek, co w tym roku. 

„Bardzo biała wrona”. Ewa Nowak.

Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Warszawa ( 2017). Ebook.

Niestety ale przedświąteczny czas nie sprzyja długim wpisom natomiast wiem, że muszę odnotować na blogu tę książkę bo uważam ją za naprawdę bardzo dobrą.

Ewa Nowak nie boi się w swoich książkach poruszać tematów cięższych czy niepopularnych i nie inaczej jest w tej książce. „Bardzo biała wrona” to opowieść o uwikłaniu się nastoletniej Natalii w toksyczny związek ze starszym o dwa lata Norbertem.

Teoretycznie wydaje się, że taki chory związek nie ma racji bytu, że pewne zachowania potencjalnego partnera ostrzegają niemal na samym początku znajomości, że „łatwo” to wyłapać ale oczywiście gdyby tak było, żyłoby się wielu osobom łatwo. Ale, że tak nie jest , stąd przypuszczalnie spory procent związków w ten czy inny sposób toksycznych.

Natalia zaczyna naukę w liceum i już samo to jest pewnym jakby nie było wyzwaniem i sytuacją, w której potrzebuje wsparcia ze strony najbliższych. Tak się jednak nie dzieje bo traf chce, że w niemal tej samej chwili jej rodzice rozpoczynają trudną drogę adopcji czteroletniego Marka. Nowy członek rodziny zjawia się niemal w tej samej chwili gdy Natalia zaczyna licealną naukę a dodatkowo okazuje się, że pies rodziny źle reaguje na zmiany i w życiu Natalii na raz dzieje się zbyt wiele. A także zbyt mało uwagi i wsparcia ze strony rodziców. Tę chwilę niemal idealnie wyłapuje Norbert i rozpoczyna swoją „grę” i oplątywanie emocjonalne Natalii. Dobór środków, metod szantażu i psychicznej przemocy ma dobrany niemal idealnie. 

Bardzo dobrze oddany jest tu rozwój takiej chorej znajomości od początku aż do…no, nic więcej nie będę pisać, niech każdy przekona się o co chodzi. 

Ja czytałam tę książkę bardzo „łapczywie” chcąc się przekonać co będzie się działo z Natalią i czy uda się jej wyzwolić. Lekturze towarzyszyło nieprzyjemne poczucie niepokoju więc muszę powiedzieć, ze atmosferę takiej narastającej grozy i obawy o bohaterkę autorce książki udało się oddać świetnie. 

Bardzo ją polecam i ponownie zaznaczam, że według mnie ta proza jest świetna i nie tylko dla młodzieży ale śmiało dorośli mogą po nią sięgać.

Moja ocena to 6 / 6.

refleksje przed Świętami…

Kolejne narzekanie właśnie wyczytałam jak to kiedyś były lepsze Święta a teraz to panie dzieju tylko komercja. Nie no pewnie , fantastycznie było jeść pomarańcze tylko raz czy dwa razy w roku. Mama na pewno odpoczywała w kilometrowych kolejkach. Szczęściem były zimy z mrozem i śniegiem to mogła zdobyte w boju zapasy trzymać w torebkach na balkonie. Tak, oczywiście, że miała więcej czasu (w nocy kiedy odstała w kolejkach). Jakby się ktoś zdziwił to moje pokolenie też chciało te wszystkie ładne i kolorowe zabawki, które marketing proponował zachodnim rówieśnikom. W końcu totalnie nas nie odcięto od świata i docierały chociażby katalogi LEGO czy zużyte numery „Bravo” itd. 

Podsumowując. Przeszłość na ogół jest tak ładna i wzruszająca bo jesteśmy wtedy młodsi, często mniej świadomi problemów a dodatkowo kiepskie wspomnienia szczęśliwie potrafią się zatrzeć.

To jaki nacisk i akcent położymy w jakim punkcie świętowania i co, a raczej KTO będzie w tym czasie najważniejszy, naprawdę nie zależy od speców od sprzedaży a od tego jak do tego podejdziemy.

„Wszystko, tylko nie mięta”. Ewa Nowak.

Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Warszawa (2017). Ebook.
Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa. 

Rozczytałam się w książkach Ewy Nowak. Wciągnął mnie styl i podoba mi się to w jaki sposób podaje autorka treść adresowaną zresztą według mnie nie jedynie do młodzieży. Myślę, że tak naprawdę każdy w książkach Ewy Nowak może znaleźć coś dla siebie ważnego.

Tym razem książka, w której wcale nie jest tak, że nie porusza się tematów poważniejszych ale napisana z takim fajnym stylem, poczuciem humoru, że naprawdę nieraz się śmiałam i to porządnie. Co nie oznacza, jak mówię, że autorka nie pisze w niej o poważniejszych sprawach. Bo i takich pisze.

W książce „Wszystko, tylko nie mięta” poznajemy rodzinę Gwidoszów, mieszkających w mieszkaniu na parterze w Warszawie. Gwidoszowie to z gruntu urodzeni optymiści, którzy w każdej sytuacji starają się raczej widzieć pozytywne strony niż te grosze. I najczęściej wychodzą na tym na bardzo dobrze. 

Gdzieś wyczytałam opinię, że to jakoby jest to coś jak Borejkowie stworzeni przez Małgorzatę Musierowicz ale ja szczęśliwie nie widzę żadnego naśladownictwa czy inspiracji, wręcz uważam, że jedyne co łączy te opowieści to fakt posiadania nieco większej ilości dzieci (a w dzisiejszych czasach żaden to ewenement, trójka dzieci) i pozytywne nastawienie do świata. A klimat i styl jest jednak i dobrze, kompletnie inny. 

Warszawska rodzina Gwidoszów to mama Joanna, tata Mariusz, i trójka pociech. Maturzysta Kuba, zaczynająca liceum Malwina i pięcioletnia Marysia uczęszczająca do przedszkola. Mama zajęta jest studiowaniem psychologii i wdrażaniem w życie rodzinny zdrowego żywienia. Są też kot o wdzięcznym imieniu Pies i pies o imieniu Łata. 

Jest to rodzina, której członkowie starają się być wzajemnie dla siebie oparciem ale nie brak też zwykłych życiowych sporów chociażby między rodzeństwem. Nic nie jest tu lukrowane, nie ma zbędnego cukru, jest po prostu miłość i życzliwość ale i zwykłe problemy dnia codziennego. Ojciec po latach pracy jako nauczyciel zaczyna pracę jako sprzedawca ubezpieczeń, Malwina aklimatyzuje się z lekkim trudem w liceum.

Jak pisałam, Ewa Nowak nie stroni od pisania o tematach również mniej lekkich czy prostych jak chociażby niepełnosprawność. Jedną z bohaterek uczyniła właśnie niepełnosprawną. Szczęśliwie nie będzie tu nic w stylu moralizatorstwa, autorce udaje się ominąć te rafy pouczeń. Po prostu opisuje różne warianty życia i to w jakich barwach potrafi ono się skrzyć.

To, że ktoś wdraża się na przykład w zawiłości psychologii nie oznacza automatycznie, że „wyłapie” wszystkie problemy pod własną strzechą i nareszcie ktoś napisał, jak jest. Że starania staraniami ale w życiu nie ma tak, że wszystko idzie lekko, łatwo i przyjemnie. 

Spodobała mi się rodzina Gwidoszów. Ludzi, którzy mimo różnych drobnych niedogodności potrafią cieszyć się życiem, przyznawać do błędów, wyciągać wnioski. I wychować swoje dzieci na ciekawych i odpowiedzialnych dorosłych.

Fajny kawałek prozy obyczajowej, taki z gatunku pokrzepiającego, który przeczytałam z prawdziwą przyjemnością. 

Bardzo polecam tę książkę a sama czytam następną książkę Ewy Nowak, tym razem zaczęłam „Bardzo białą wronę”. 

Moja ocena to 6 / 6.

wyruszyli…

…Maryja i Święty Józef chyba już wyruszyli z Nazaret do Betlejem. Jak wyczytałam w internecie, odległość obu miast to około 150 kilometrów więc po prawdzie sądzę, że już są w drodze. 
Jak nieciekawie musiała czuć się Maryja kiedy czuła, że ostatnia rzecz jaką musi czynić to siadać na osła i ruszać w daleką drogę, skoro zaraz miała stać się matką. Wyobrażam sobie, że przekonana była, że zdążą to jednak załatwić, wszystko na przyjście na świat dziecka zostawiła w domu i ruszyli świadomi tego, że władza zawsze stara się w ten czy inny sposób obywateli skontrolować, w tym przypadku zliczyć. Ponieważ myślę, że ta dwójka była osobami odpowiedzialnymi i nie migającymi się od obowiązków, podjęli się tego. Tak czy inaczej Oni są już w drodze.
Ponieważ Święta niebawem a wiem, że nie wszyscy będą zaglądać do internetu (i dobrze, skupmy się na sobie i bliskich ) więc pożyczę swoje własne życzenia z innego miejsca.

Ode mnie i mojej rodziny przesyłam wszystkim tym, którzy mnie czytają a także tym, którzy zajrzą tu przypadkowo, Wiele Dobra. Tym, którzy jak ja , czekają na Narodziny Dzieciątka życzę oby przyniosło nam Nadzieję, Dobro i Miłość. Tym, dla których to jedynie wolne od pracy dni aby spędzili te tak, jak sobie winszują, odpoczywając, bez napinki i stresu. 

Wszystkim zaś Życzę Zdrowia dla Was i Waszych Bliskich. Oraz wiele Radości i Spokoju.

Ja nie mogę doczekać się wspólnego kolędowania. Uwielbiamy kolędowanie i chociaż sław muzycznych ta rodzina się nie dochowała, nie szkodzi, kolędujemy z zapałem.

Wczoraj byliśmy na Jasełkach w przedszkolu Jasia. Remedium na wszelakie smutki i zło tego świata może stać się obejrzenie takich Jasełek w wykonaniu kilkulatków. Pozwala to chociaż na chwilę oderwać się od dnia codziennego i od związanego z tym czy to niepokoju czy zmartwień i na chwilę przypomnieć sobie, że tak naprawdę cudownie jest dzielić radość z innymi. Czego na nadchodzące Święta życzę nam wszystkim. 

„Dane wrażliwe”. Ewa Nowak.

Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Warszawa (2018). Ebook.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Mając w domu dziecko, które stanie się kiedyś starszym dzieckiem a potem nastoletnim, nie odcinam się od lektur przeznaczonych dla tego czytelnika. Ba, nawet z czasem będę sobie sięgać po coś takiego częściej. Zwyczajnie aby sobie coś niecoś bardziej i mocniej przypomnieć. Łatwo jest bowiem mając czterdzieści parę lat nie pamiętać już radości i mroku dorastania. 
W tym jednej z najbardziej niebezpiecznej bo mogącej prowadzić do różnych sytuacji sprawy a mianowicie tego jak bardzo w wieku nastoletnim uzależniamy swoje samopoczucie i odczucia od zdania grupy rówieśniczej. Co idzie za tym , jak ważne jest dla nas w tym wieku przynależenie do takowej grupy. To, co w wieku iluśdziesięciu lat weźmiemy za „oryginalność” i bycie indywidualnością w wieku lat nastu traktowane potrafi być jako śmiertelne zagrożenie dla grupy i …często skazane na ostracyzm. Nie dziwne więc jak bardzo ludzie w pewnym wieku nie chcą wypaść na margines grupy, w której się do tej pory dobrze czują. I jak wiele są w stanie zrobić czy powiedzieć aby swojej pozycji w grupie nie zagrozić.

Nina mieszka w Augustowie. Nie jest to wielkie i tętniące nocnym życiem miasto ale i nie osada czy wieś, do której się rzadko kiedy ktokolwiek zapuszcza z własnej woli. Chodzi do gimnazjum, ma starszego brata, matkę siedzącą w domu i ojca pracującego w Warszawie i w konsekwencji będącego gościem we własnym domu a i to jedynie w weekendy czy święta.

Nina ma grono koleżanek, z których jednak żadna, z tych czy innych powodów, nie mogłaby zostać nazwana przez Ninę prawdziwą przyjaciółką. Ot, koleżanki z dzieciństwa, z którymi teraz uczęszcza się dalej i osiąga kolejne stopnie edukacji. Nawet się ze sobą spotyka czy rozmawia ale czegoś w tym wszystkim brak. Na pewno – szczerości. Dziewczyny niby dość dużo o sobie wiedzą ale generalnie nic. A jeśli już rozmawiają to jakby się zmówiły, nie poruszają tematów aż nadto wrażliwych aby nie musieć potem samym być wobec koleżanek szczerymi. I pewnie to prowadzi pewnego dnia do sytuacji, która w swojej konsekwencji doprowadzi Ninę do poczucia osamotnienia i stania pod ścianą. Dotarcia do momentu, kiedy już dalej nie można w coś brnąć.

Jedno słowo a właściwie nieprzemyślane i naprędce wypowiedziane kłamstwo i już z dnia na dzień życie Niny zmienia się. Każdego dnia jej utwierdzanie innych w tym kłamstwie prowadzi do eskalacji wydarzeń, nagromadzenia się nieszczerości i ostatecznie do chwili gdy już nie da się więcej oszukiwać.

Nie oskarżam Niny bo pamiętam doskonale czasy licealne czy późno podstawówkowe kiedy to zdanie i akceptacja rówieśników liczyło się często bardziej od zdania rodziców czy bliskich. Zważywszy na to, że Nina w domu nie ma praktycznie dużego oparcia (jedyną osobą, na którą ostatecznie zawsze może liczyć to jej starszy brat) nie dziwi zaistniała w jej życiu sytuacja i komplikacje z niej wynikające. 

Dobry rys psychologiczny postaci. Nina wydaje się być wiarygodna z jej wiecznymi wahaniami ocen ludzi, podejrzliwością zwłaszcza gdy ma świadomość swoich własnych kłamstw. Przygnębiający jest obraz nie wiem, mam nadzieję, że jednak nie, „typowo polskiej rodziny żyjącej na prowincji”. Matka, siedząca w domu i mająca za cel ułożenie jak największej ilości krzyżówek a w sytuacji gdy córka będzie oczekiwać jej pomocy jedyne co matkę zatrwoży to fakt „co ludzie powiedzą”. Ojciec, który niewiele przejmuje się zarówno żoną jak i dziećmi a być może przyzwyczaił się do bycia jedynie zarabiającym na rodzinę ? W rezultacie , o czym już pisałam, jedynym wsparciem jest dla Niny brat. I nieoczekiwanie, starsza niepełnosprawna kuzynka, Justyna. Kobieta też na swój sposób „uwięziona” ale nie w trudnym wieku nastoletnim wraz z jego plusami i minusami a całkiem fizycznie w domu. Jako, że domu praktycznie niemal nie opuszcza.

Sytuacja, w której znalazła się starsza kuzynka Niny prowadzi do tego, że początkowo Nina nie uświadomi sobie, że to właśnie w Justynie ma szansę znaleźć sprzymierzeńca a przynajmniej osobę, która wysłucha jej bez rzucania oskarżeń czy oceniania. Dopiero gdy Nina uświadomi sobie, że Justyna jest jej życzliwa a ponadto wbrew pozorom nie jest tak zupełnie odcięta od świata jak się może wydawać, zdecyduje się w pełni szukać u kuzynki pomocy.

Bardzo dobra książka i wcale nie jestem przekonana, że dorosły czytelnik nie ma w niej czego szukać. Jak dla mnie to książka i dla młodzieży i dla rodziców, którzy mogą to potraktować jako fikcję lub też może ostrzeżenie. 

Nie przegapcie jej kiedy znajdzie się już w księgarniach. 

Moja ocena to 6 / 6.