„Szeptać”. Hubert Fryc.

Wydana w Wydawnictwie Książnica. Grupa Wydawnicza Publicat SA. Poznań (2018).
Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Lubicie czytać książki z nieco onirycznym i tajemniczym klimatem ? Opowiadające o czymś, czego już nie ma? O światach, które przeminęły? Napisane ładnym językiem ? Takie, w których nie prędkość akcji się liczy a treść, istota opowieści? „Szeptać” jest właśnie taką książką. 

Od razu chwalę okładkę zaprojektowaną przez Mariusza Banachowicza. Tak łatwo można było wpaść w sztampowy obrazek, zdjęcie sielskiej okolicy z jakąś ładniutką chałupką. Zamiast tego mamy utrzymaną w tonach czerwieni czy purpury okładkę. Widzimy na niej jedynie czyjeś dłonie (mamy podejrzenie, że kobiece) przytrzymujące słój, w którym znajduje się domek. Ta figurka domku wydaje mi się być bombką choinkową ale też o to spierać się nie zamierzam bo nie jest to najważniejsze. W każdym razie okładka idealnie komponuje się z treścią książki a to już dla mnie plus. 

Michała, głównego bohatera i drugiego z narratorów powieści, poznajemy w istotnym momencie jego życia. Właściwie, w przełomowym momencie jego życia. Oto bowiem Michał niebawem zostanie ojcem. Michał przybywa do odziedziczonego po dziadkach drewnianego domu niedaleko Krakowa. To drugi moment ważny w jego życiu. Coś się definitywnie skończyło. Wraz z ojcem mają sprzątnąć dom i zdecydować się na rozbiórkę, do czego jednak nie dojdzie. A sprawi to pewne znalezisko dokonane przez Michała na strychu dziadkowego domu. Odnajduje tam bowiem kasety magnetofonowe. Tak tak, jest to jak podróż do przeszłości, do czasów gdy nośnikiem dźwięku nie były pliki MP3 a stare, poczciwe taśmy. Na tych okazuje się, że pozostały nagrania opowieści dziadka Franciszka snutej na kilku spotkaniach dziadka i wnuka w czasie pamiętnych wakacji jakie Michał spędził u dziadków na wsi w roku 1995. Wtedy w Rzeczowej początkowo wydawało się, że wakacje będą raczej spokojne jeśli nie nudne a okazały się jednymi z najlepszych i obfitujących w interesujące opowieści dziadka, wakacjami Michała. Dodatkowo poznał podczas nich kogoś dla siebie ważnego. 

Nagrane podczas tamtych letnich tygodni spędzonych we wsi Rzeczowa kasety to snuta przez dziadka Franciszka opowieść zarówno o rodzinie bohatera jak i o wsi, w której mieszkali dziadkowie i o historii rodziny. Jest tu i karczma, która z powodu siły złego zapadła się ongiś pod ziemię, i dziwny stawik , w którym nikt się nie kąpał i tajemnicze wojsko, z którym zniknął pradziadek Michała. 
Narratorem książki jest i Michał i po trochu, dziadek Franciszek właśnie. Z opowieści dziadka wyłania się obraz przeszłości, tak istotnej dla młodego człowieka , który jak każdy, na pewnym etapie życia chętnie dowiaduje się o przeszłości rodziny i bliskich.

Z opowieści zaś Michała dowiadujemy się nacechowanych nostalgią wspomnień z sielskich, dobrych lat dzieciństwa, jak również poznajemy proste życie jakie toczyło się na wsi. Powtarzalność niektórych czynności wokół gospodarstwa, ba, nawet rutyna ale i szacunek do ziemi, do tego, jak się na niej pracuje i jak ciężka jest to praca, ten obraz wyłania się ze wspomnień wakacyjnych głównego bohatera. Nacechowane czułością spojrzenie wstecz dotyczy zarówno dziadka Franciszka jak i Michała. Być może dlatego, że obu ich łączy wspólna miłość do wsi, do życia prostszego lub po prostu zupełnie innego niż miejskie. Ci dwaj mężczyźni czują, że wieś jest ich naturalnym środowiskiem, w którym czują się najlepiej. 

To wreszcie opowieść o tym co w życiu jest najważniejsze czyli o rodzinie, o domu, o wartościach, które nas kształtują, o codziennych czynnościach, z których składa się życie. Życie, których rytm wyznaczają zmiany pór roku czy dnia. I o tym, że snucie opowieści to mimo rozwoju techniki wciąż tak samo zajmująca sprawa zarówno dla narratora jak i słuchaczy. Jak również o tytułowych szeptach, które są bardzo, bardzo ważne i mają wręcz terapeutyczne znaczenie. Ojczym dziadka Franciszka, Kazek, powiedział mu kiedyś, że „(…) Szepty są bardzo ważne, (…) bo są ciche i trafiają prosto do ucha. (…) są z serca i z duszy.”

Piękna to opowieść, taka niespieszna , z akcją rytmiczną i spokojną jak letnie dni spędzane w wiejskim gospodarstwie, a jednocześnie przepełniona treścią dotyczącą tego, co w życiu jest dla nas najistotniejsze. I o tym co według dziadka Franciszka powiodło się ojczymowi Kazkowi, który „(…) Uczynił z życia cud”.

Moja ocena to oczywiście 6 / 6. 

„Piratka”. Magdalena Kalupa.

Wydana w Prószyński i S-ka. Warszawa (2018). Ebook.

Książkę przeczytaliśmy rodzinnie dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Kiedy tylko o książce „Piratka”, która ukazać się powinna niebawem (13.02.2018 jest datą premiery na stronie wydwnictwa) usłyszałam a raczej aby być dokładką, przeczytałam, od razu pomyślałam o Jasiu. Co prawda wydawnictwo sugeruje wiek 6 + ale ja już ze swojej strony mogę Wam dać znać, że spokojnie młodsze dzieci mogą to przeczytać a raczej rodzice im mogą przeczytać. Tak sądzę. Ja zdecydowałam się czytać ją Jasiowi bo lubi tematykę piratów, a również dlatego, że czytujemy książki dla starszych dzieci i jest dobrze.

W swojej książce „Piratka” Magdalena Kalupa (autorka i jednocześnie ilustratorka książki) spełniła jedno z moich największych dziecięcych marzeń. Marzeń-wyobrażeń jak ja to nazywam. Snutych przeze mnie przed niejednym zaśnięciem kiedy to na wpół czuwając a na wpół śpiąc już widziałam siebie na pięknym żaglowcu ruszającą z okrzykiem „Ahoj, przygodo!” na podbój mórz i oceanów. 

To co ja sobie jednak jedynie roiłam przed zaśnięciem autorka opisała i w ten sposób powstała książka. O Madlen, Królu Piratów. Tak, ja początkowo też trochę miałam z tym „problem” bowiem jakoś forma „Królowa” narzucała mi się sama ale z czasem zrozumiałam o co chodzi. Nie dość, że Madlen po prostu pokonała Sinobrodego i przejęła jego tytuł to nosząc ów tytuł miała pewność , którą przekazywała dalej, że jest najważniejsza, że ponad nią nie ma szansy już na wyższe stanowisko. 

Akcja książki rozpoczyna się w momencie sztormu (być może wywołanego przez złą Czarownicę), w którym zdobyty z takim trudem statek piratów zostaje przez Madlen stracony. Dziewczynka wpada do wody i zostaje z niej na szczęście uratowana przez dwie Syrenki, Selene i Nadine. Te siostry zaprzyjaźnią się z Madlen i wraz z nią odbędą wiele przygód. A będzie się działo, oj będzie. W każdym rozdziale akcja toczy się wartko i co najważniejsze dla mnie jako dla obserwującej czytelnika podczas lektury, w tempie dostosowanym do dzieci w tym wieku.

Jest i Smok, którego się okiełzna i stanie się przydatnym środkiem transportu, jest Czarownica, z którą się będzie wojowało, są sympatyczne lub mniej postaci. Nie jest też tak, że nie stanie się żadne zło, od razu uprzedzam, że tak całkiem idealnie książka się nie zakończy . Jest też, co stanowi według mnie najważniejszą wartość tej książki, bardzo silnie podkreślana wartość właśnie i siła przyjaźni. Dzięki której, wspólnie, wspierając się, można pokonać niemal każdą przeciwność. Co wie większość czytelników mojego blogu, dla mnie samej znaczenie przyjaźni jest nie do przecenienia i bardzo lubię gdy motyw przyjaźni inspirującej i zmieniającej czyjeś życie na lepsze pojawia się w książkach. Nie inaczej jest w „Piratce”. Nie wiem czy książka powstała na fali książek mających pokazać, jak wiele mogą dziewczyny czy autorka zwyczajnie w roli głównej chciała obsadzić dziewczynkę. Dla mnie to ciekawy „zabieg” bo myśląc „Król Piratów” przed oczami raczej ujrzymy starszego, dość otyłego brodatego i mówiącego ochrypłym głosem mężczyznę, niż zwinną, mądrą i sympatyczną dziewczynę,która o swoje szczęście walczy zajadle jak lwica. 

Książkę przeczytaliśmy rodzinnie można tak to określić bowiem Synowi czytaliśmy ją na zmianę ale osoba, która w danej chwili nie czytała zawsze nadstawiała uszu na to co się działo w danej chwili i jak toczyła się akcja książki. A o tym, jak bardzo wciągnęła nas ta książka niech świadczy fakt, że Jaś wielokrotnie domagał się właśnie kontynuowania „Piratki”. Nie ma według mnie lepszego świadectwa, że książka zwyczajnie Mu się podobała. 

Może i są tu wykorzystane znane z książek dla dzieci motywy ale nie zmienia to mojej bardzo dobrej oceny tej książki a jest nią 5.5 /6. Ocena Jasia 6 / 6.

„Kłopoty mnie kochają”. Joanna Szarańska.

Wydana w Wydawnictwie Czwarta Strona. Poznań (2018). Ebook.

Na wstępie, napiszę tak, pilnujcie swoich torebek, dziewczyny bo nigdy nie wiadomo kto co Wam do nich podrzuci…

Główną bohaterką tego kryminału na wesoło (bo tak, w tym przypadku jest to kryminał na wesoło) jest Zojka. Zojka tak naprawdę ma na imię Zofia po babci Łyczakowej. Babunia żyje w rodzinnej wsi Zojki, Lipówce i ma się dobrze. A nawet bardzo dobrze. Pełna energii, podkarmiająca dobrym jadłem ale też charakterna (ciekawe po kim Zojka ma ten charakterek i raczej konkretny sposób wysławiania się ?:) ). Jakiś czas temu wpadła w konflikt z własnymi córkami, które nieco zbyt bardzo walczyły o matczyno babcine względy. Na skutek czego z babunią kontakt mieć mogą jedynie wnuki, tak się babunia zirytowała :)Oryginalna rodzinka, prawda? Tu nikt nie jest bezbarwny a do tego Zojka rzekomo przyciąga kłopoty (jak możemy zresztą wyczytać w tytule).
Może i coś jest na rzeczy. Otóż ta mieszkająca do tej pory w czasie studiów dziennikarskich świeżo upieczona absolwentka zostaje na czas jakiś ściągnięta przez mamę do domu babuni. Zojka w sumie wcale sobie nie krzywduje, wszak babunia przynajmniej porządnie ją podkarmi. W Krakowie Zojce nie bardzo szło ze znalezieniem pracy i lodówka głównie świeciła pustkami. A i babcia Łyczakowa jest taka fajna po prostu, że raz na jakiś czas dobrze jest z nią poprzebywać. 

Licząca na spokój i podsuwanie jej przez babcię smakowitych kąsków Zojka szybko weryfikuje swoje oczekiwania i marzenia. Ograniczyć je musi raczej do owych kąsków. Bowiem na spokój nie ma co liczyć. Nie dość, że w pociągu poznaje niezbyt miłego mężczyznę, dodatkowo w niezbyt udany sposób spotyka po raz pierwszy sołtysa wsi a równocześnie kogoś ważnego dla jej rodziny. 
Do tego wszystkiego los chyba ma wobec niej szersze plany bowiem Zojka ponownie natknie się na nieprzyjemnego mężczyznę podczas powrotu pociągiem do domu babci. Podróż zaczyna się z przygodami bowiem Zojka tuż przed odjazdem pociągu orientuje się, że zapomniała z dworcowej restauracji swojej torebki. Pędzi po nią i szczęśliwa, że nikt nie skradł jej własności siada w przedziale i szybko orientuje się, że los faktycznie niezbyt za nią przepada bo znów postanowił zetknąć ją z niezbyt miłym mężczyzną. Jest nim redaktor Marcin Kordecki, naczelny „Kroniki Wadowickiej”. Któremu niebawem na kolanach wyląduje dziwny pakunek wydobyty z torebki Zojki. A w pakunku znajdą….No, nie, wszystkiego wam nie zdradzę.
Będzie jednak kryminał, będzie niestety, trup. Będzie jak zwykle u Joanny Szarańskiej fajna bohaterka, z tych osób, z którymi chętnie siadło by się przy kawce czy winie i pogadało a nie jakieś tam rozmemłane ciepłe kluchy. Będzie narastająca jednak atmosfera niepokoju zwłaszcza, że historia z pakunkiem nie będzie jedyną dziwną jaka przydarzy się głównej bohaterce. Jest też bardzo dużo fajnego, niewymuszonego poczucia humoru. I doprawdy aż miałam wyrzuty sumienia, że tak mocno się śmiałam podczas sceny pakunkowej w pociągu.
Jest też fajny dom babci Łyczakowej, która nie wyciąga z człowieka nic na siłę a poczeka aż człowiek siądzie i sam jej opowie to, co go aktualnie gryzie. Nie ukrywam, że mam „słabość” do takich literackich babci, fajnych , z ikrą, mam nawet świadomość,że  wynika to zapewne z moich osobistych babciowych braków. Tak czy inaczej, babcia Łyczakowa jest jedną z moich ulubionych babć. 

Bardzo mi się podobała ta książka i oczywiście idzie za tym ocena 6 / 6.

…Odszedł Wojciech Pokora.

Jakiś uśmiech zgasł bezpowrotnie. 

Bardzo wiele razy i nieustająco rozśmieszał mnie. A przy tym, jego role komediowe traktowane przez Niego były w sposób mistrzowski. Człowiek śmiejąc się nie czuł się głupio a po prostu rozbawiony do łez niejednokrotnie. Właściwie każda jego rola była świetna ale w mojej pamięci ulubiona (często mi się ta scena ze szpitala wojskowego przypomina) to Jego rola w „C.K. Dezerterzy”. Za każdym razem kiedy to oglądam, płaczę ze śmiechu. I , z przyczyn trochę innych, rola w „Poszukiwany, poszukiwana”. Wspaniała. 
Panie Wojciechu, dziękuję za tyle chwil, w których Pan zawsze mnie rozbawił i sprawił, że świat był po prostu weselszy.

 

„Historia Adeli”. Magdalena Knedler.

Wydana w Wydawnictwie Novae Res. Gdynia (2017). Ebook.

Ta książka jest niezwykła. Świetna. Niesamowicie dobra. Z przeczytanych przeze mnie książek Magdaleny Knedler – ta jest jak dotąd najlepsza. Zrobiła na mnie niesamowite wrażenie. Jest to z pewnością tego rodzaju książka, którą mogę nazwać „wycyzelowaną” pod każdym względem. Wliczając w to wycyzelowanie świetną okładkę, minimalistyczną, idealną, dokładnie taką jaką ta książka powinna mieć. A okładka zaprojektowana została przez Seweryna Swachę.

Wszystko tu jest na miejscu i wszystko do siebie pasuje. A przy tym jest to książka obyczajowa. Dlaczego zabrzmiało to jak zarzut? Z mojej strony na pewno nie jest to zarzut ale wiem, że wiele osób słysząc „książka obyczajowa” od razu wartościuje książkę jako lekką opowieść. A w tym przypadku zdecydowanie tak nie jest. 

Adelę Henert poznajemy w lutym. Bohaterka właśnie powróciła do rodzinnego miasta , Wrocławia, z Włoch. Tam mieszkała ostatnio ze swoim mężem, Pawłem w Sperlondze , miasteczku położonym nad Morzem Tyrreńskim. Adelę poznajemy jako wdowę i szybko orientujemy się, że ze śmiercią jej męża, ósmego grudnia poprzedniego roku, wiąże się jakieś bardzo mroczne wspomnienie bohaterki. Tak mroczne, że wywołujące u niej postanowienie czynienia „jednej dobrej rzeczy” , które to postanowienie nie ograniczy się do jednej dobrej rzeczy przez nią czynionej. W lutym,niemal zaraz po powrocie do Wrocławia, Adela idzie do zakładu fryzjerskiego i oddaje swoje włosy w szczytnym celu do znanej fundacji z przeznaczeniem na peruki dla kobiet po chemioterapii. Potem podejmuje się kolejnych zadań, dobrych uczynków, jakby chcąc coś odkupić. „Coś” o czym wie jak na razie tylko ona sama. 

Adela nie bardzo ma do kogo wracać we Wrocławiu. W rodzinnym domu nie żyło się jej najlepiej. Nie było tam żadnej patologii ale po prostu zabrakło miłości. Jednak los pomaga jej i znajduje wolne mieszkanie podnajmując piętro w poniemieckiej willi Daniela. Ten wykładowca akademicki mieszkał tam z ciotką, która niedawno zmarła ale nie chcąc pozbywać się domu postanawia część wynająć. I tak się poznają dwie oryginalne postaci. Rodzi się z tego znajomość, potem stopniowo bardzo piękna przyjaźń. Daniel szybko orientuje się, że to co czyni jego współlokatorka to rodzaj prywatnej pokuty, którą Adela wypełnia ale nie komentuje tego w żaden sposób a wręcz podsuwa jej nowe pomysły pomocy dla innych. 

Bohaterka podejmuje pracę w kawiarni „Becky Sharp”prowadzonej przez miłą i nieco oryginalną z wyglądu i dość ekscentryczną Barbarę. Można więc powiedzieć, że powoli życie Adeli wkracza na drogę stabilizacji i staje się nieco spokojniejsze. 
Wraz z Danielem podejmuje się pewnego rodzaju prywatnego śledztwa dotyczącego tajemniczej korespondencji otrzymywanej przez ciotkę Daniela, Stefanię Tarczyńską. Ta barwna postać w pewnej chwili stała się jedyną opiekunką dla dorastającego chłopaka i wywiązała się z tego zadania wspaniale. Jednak okazuje się , że i ta pani miała jakieś własne tajemnice, sekrety, które z czasem powoli odkryją Adela i Daniel. Ta dwójka zbliża się do siebie coraz bardziej  i okazuje się, że chyba los chciał tych dwoje ze sobą spotkać i poznać. 

I tak „spędzamy” z Adelą niemal cały rok, od lutego do grudnia, dowiadując się powoli o tym, co tak naprawdę działo się wcześniej w jej życiu, jak wiodły się jej losy ale przede wszystkim co i dlaczego tak ją „uwiera” a co ma związek ze śmiercią jej męża.  Dowiadujemy się też o tym jakie tajemnice skrywała ciotka Daniela i dlaczego być może do końca życia nie związała się z nikim na stałe. 

Magdalena Knedler lubi w swoich książkach podkreślać ważność czy to książek czy utworów muzycznych. Jak mówiłam, w jej „Nie całkiem białym Bożym Narodzeniu” aż prosiło się o dołączony do książki soundtrack z utworami muzycznymi z tego kryminału. Tu podobnie chociaż mamy do czynienia z muzyką bardziej stonowaną, klasyczną, jazzem , nie do końca popularną. Podobnie zresztą jak dzieła literackie, które są wspomniane w „Historii Adeli” nie są popularne i na topie. Na końcu książki zresztą autorka sama proponuje listę filmów do obejrzenia (dwa filmy są szczególnie związane z bohaterką, z dwóch różnych powodów) , listę utworów muzycznych do wysłuchania i miejsca do odwiedzenia. 

Dla mnie „Historia Adeli” to bardzo pięknie rozpisana opowieść o żałobie i dochodzeniu do siebie po stracie kogoś bliskiego. Do przebaczenia sobie samej (nawet jeśli dla osoby postronnej „wina” może wydawać się nieistniejąca). I o tym, że w złych chwilach dobrze jest mieć kogoś przy sobie.  Nie wiem czy to powieść dla każdego. Nie ma tu szybko dziejących się wydarzeń, to po prostu kawałek, wycinek, niemal roczny fragment życia Adeli. Po prostu tytułowa „Historia Adeli”. Dla mnie napisana w taki jak już mówiłam, piękny, delikatny sposób.

Dodatkowo oszołomiło mnie to muzyczno , książkowo , filmowe nawiązywanie. Widać w nim było erudycję autorki i jej miłość do sztuk wszelakich a ja miejscami czułam się nieco ignorantką (ale nie szkodzi, dzięki tej książce poznałam nazwiska, których do tej pory nie znałam więc ha, można dodać, że ma ona również walor edukacyjny 🙂 ).

Na końcu czytając listę podziękowań autorki do różnych osób, w tym blogerów książkowych, mocno im pozazdrościłam możliwości „obcowania” z czymś tak dobrym przed jego wyjściem w druku. Jak niesamowicie przyjemnym uczuciem musi być móc współpracować z autorką na każdym niemal etapie powstawania takiej książki. 

Wiem, że nie udało mi się oddać całości mojego zachwytu nad tą książką i zapewne do końca nie potrafię wyjaśnić dlaczego ta akurat mnie aż tak zachwyciła. Dla mnie jest to książka, która pozwala mi przypomnieć sobie za co konkretnie kocham literaturę. Za możliwość przeniesienia się w jakiś zupełnie nowy, inny świat, zagłębienia się w niego. Doznania takich a nie innych wzruszeń, przemyślenia tych czy innych spraw. Jakkolwiek w tym momencie nie zabrzmiałoby to banalnie, wyniesienia dla siebie z lektury czegoś więcej od po prostu udanie spędzonego nad lekturą czasu. 

Świetna literatura. Ogromnie polecam. Moja ocena 6 / 6 ( i tylko nie 6.5 bo przecież solennie sobie przyobiecałam, że w tym roku trzymam się uczciwie darowanych gwiazdek, najwyżej trzeba będzie rozważyć podniesienie o jedną gwiazdkę oceny). Na pewno „Historia Adeli” będzie jedną z najlepszych czytanych przeze mnie w 2018 roku książek.

„Baśnik”. Beata Majewska.

Wydana w Wydawnictwie Książnica. Grupa Wydawnicza Publicat SA. Poznań (2018).

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa i Autorki.

Po pierwsze, sama sobie pozazdrościłam kiedy otrzymałam przesyłkę z tą książką. Otrzymałam ją bowiem w najlepszym dla czytelniczki pakiecie, czyli wraz z przepięknie pachnącą pomarańczą szklaną świecą i aromatyczną pomarańczową (a jakże, wszak wszystko ma pasować do okładki) herbatą. Szkoda, że w pakiecie nie dosyłają od razu wolnych minut, które można by wykorzystać na lekturę. 

I znowu , świetna okładka projektu Ilony Gostyńskiej-Rymkiewicz. Gra w kółko i krzyżyk rozrysowana na pomarańcze w roli kółek i liście ułożone w kształcie krzyżyków. Świetny pomysł. Motyw z pomarańczami pojawił się nawet w tej książce ale według mnie okładka świetnie oddaje treść książki. Czyli coś na kształt rozgrywki między sercem a rozumem Baśki, głównej bohaterki. Jak również to, jak różnią się ona i Marcin. 

Baśka ma trzydzieści sześć lat i poznajemy ją w styczniu, w chwili tuż po rozprawie sądowej orzekającej o końcu jej niemal osiemnastoletniego małżeństwa.

Już obecnie były mąż zostawił żonie jeden ze swoich klubów fitness i willę na Salwatorze. 
Baśka już w momencie rozwodu wie, że będzie czuła się w tym domu nieco samotna i niekoniecznie ma to związek z rozstaniem z partnerem a raczej z dziećmi. Starszy syn studiuje za granicą, młodsza, prawie pełnoletnia córka, Karolina, decyduje o tym, że chce zamieszkać z ojcem i jego nową partnerką. 

Baśka mimo, że związek z byłym mężem zwłaszcza pod koniec nie był dobry, odczuwa jednak coś na kształt smutku. A raczej swoistego rodzaju żałoby po sobie samej jako żonie Jurka. Szybko jednak musi wziąć się za siebie. Ma przy sobie na szczęście przyjaciółkę, Lilkę. To Lilka namawia Barbarę do pisania pamiętnika. („Baśnik” od Basi czy od baśni, która może zdarzyć się w życiu kogoś, kto już w dobre zakończenia przestał wierzyć?).  Pomysł, początkowo nieco wydrwiwany przez Basię , okaże się jednak na dłuższą metę dobrym pomysłem na rozprawienie się z rozwodem, z nową sytuacją, z przeszłością. Narrację poznajemy więc zarówno trzecioosobową jak i z pamiętnika bohaterki. 

Basi już już wydaje się, że poukładała sobie nową sytuację, kiedy poznaje Marcina. Różni ich niemal wszystko. Począwszy od sytuacji życiowej, materialnej, wykształcenia. Najbardziej jednak różni ich wiek bowiem Marcin ma dwadzieścia sześć lat. Dziesięć lat, które w niektórych sytuacjach historycznych wydają się mgnieniem oka ale w ich sytuacji są niemal przepaścią. I, co ciekawe, ci coraz bardziej zbliżający się do siebie ludzie różnią się również w spojrzeniu na potencjalny związek. Bowiem to Basia obawia się związku, nie chce nawet myśleć o tym aby być z młodszym o tyle lat mężczyzną. On zaś podchodzi do tego bardzo poważnie. Chce przynajmniej spróbować dać im szansę. 

Basia ze swojego małżeństwa wyszła mocno okaleczona emocjonalnie. O tym, co tak naprawdę działo się za drzwiami pięknej willi dowiadujemy się stopniowo. W tej sytuacji faktycznie nie dziwi nas jako czytelników ogromna rezerwa i nazwijmy rzeczy po imieniu, lęk jaki w sobie nosi Basia, właśnie w obawie o nowy związek. Tym bardziej, że ogromnie razi ją samą ta dzieląca ich różnica wieku. Z pewnością nie należy się jej dziwić. Każdy związek rodzi się oczywiście w euforii i w przekonaniu, że wszystko będzie dobrze. Na ogół jednak łączą się ze sobą osoby, które więcej łączy niż dzieli. A tu sytuacja jest dość odmienna od tej, do której zapewne społecznie już poniekąd przywykliśmy. O ile bowiem związek bardzo starszego mężczyzny z młodziutką dziewczyną budzi coraz mniej kontrowersji (a komentarze zapewne najbardziej nacechowane są nutką zazdrości niż zdroworozsądkowymi argumentami), o tyle wciąż społecznie nieakceptowalne jest najczęściej związanie się kobiety z młodszym partnerem. Poprawcie mnie, jeśli się mylę. Nikt się nie zgłasza? No, właśnie, wiedziałam. 

Basia i Marcin jednak zwyczajnie zakochują się w sobie (serce wszak nie zagląda w metrykę) i powoli zbliżają się do siebie. Ta książka ma w sobie trochę erotyki ale takiej delikatnej, ze smakiem, w sam raz, więc daję znać bo a nuż ktoś nie czytuje, nie chce, denerwuje się na samą myśl czy cokolwiek, to ostrzegam 🙂 
Niemniej jednak poza tym naprawdę istotne są poruszane przez Beatę Majewską problemy. Jak właśnie te dotyczące różnicy wieku partnerów. I nie tylko ale nie chcę zbyt dużo pisać bo nie chcę zdradzić zbyt wiele z tego , czego czytelnik dowie się powoli podczas lektury. Warto też jest zwrócić uwagę na takie niby drobniejsze wątki a mnie akurat mocno zainteresowały czyli dzieciństwo Marcina i to jak do pewnego czasu wiodło się jego życie.

Książka kończy się w momencie, w którym się kończy i pozwala wierzyć, że w danym momencie wszystko potoczy się dobrze. Jednak tego tak naprawdę nie wiedzą ani sami bohaterowie ani zapewne autorka (bowiem często czytam wypowiedzi autorów, którzy twierdzą, że w pewnej chwili ich bohaterowie zaczęli żyć własnym życiem).  Tak czy inaczej, pozwolę sobie wierzyć, że Basi i Marcinowi uda się. Nie oni w końcu pierwsi i nie ostatni zdecydowali się na taki związek więc może niesie to po prostu optymistyczne przesłanie, że im się uda? Że dalsze lata nie zmienią radykalnie wzajemnego ich do siebie uczucia i relacji? Tego im bardzo życzę.

Moja ocena to 5 / 6. 

polecamy sobie zabawne książki…

…o Wy na taką moją propozycję?
Polećmy sobie książki naprawdę śmieszne, które rozbawią. Oczywiście pomysł kieruję do osób, które lubią się śmiać podczas lektury (ja bardzo lubię).

Ja proponuję oczywiście cykl o Arystokratce Marii Kostce autorstwa Evzena Bocka. Również , o czym często wspominam , „Trzech panów w łódce nie licząc psa” Jerome K. Jerome. No i ostatnie książki Olgi Rudnickiej, zwłaszcza „Zbyt piękne” (już niedługo się pojawi w księgarniach i wtedy zainteresowani będą się mogli przekonać).

A co Wy proponujecie?

„Arystokratka na koniu”. Evzen Bocek.

Wydana w Wydawnictwie Stara Szkoła. Wołów (2018). Ebook.

Przełożył Mirosław Śmigielski. 
Tytuł oryginalny Aristokratka na koni. 

O kontynuacji „Ostatniej arystokratki”, o której pisałam tu i „Arystokratki w ukropie” mającej ukazać się na polskim rynku wiedziałam i …można powiedzieć, że dosłownie odliczałam dni do ukazania się książki na polskim rynku. I? I dobrze, że odliczałam bo okazało się, że słusznie. Jeśli miałam jakieś obawy przed tym jaka się okaże ta książka , czy rozbawi mnie tak samo jak zrobiły to dwie poprzednie części to obawy te okazały się niesłuszne. Książka zdecydowanie jest tak samo zabawna jak poprzednie i śmiałam się na niej równie często jak podczas wcześniejszej lektury. Tak więc uprzedzam lojalnie, nie jest to książka, którą można wziąć na jakiś przynudnawy wykład i czytać cichaczem pod stołem 🙂 Wybuchy śmiechu Was zdradzą.

Są wakacje roku, który w wielu utkwi w pamięci bowiem jest to rok śmierci księżnej Diany , postaci tak ważnej dla matki Marii, głównej bohaterki. Znów narrację poznajemy z ust Marii a także z jej listów do Maksa, wobec którego żywi uczucie.

Maria wraz z ojcem i jego pracownikami (a ci, którzy czytali wcześniejsze części wiedzą, że jest to istna galeria oryginałów) usiłują jakoś „prząść”, że się tak kolokwialnie wyrażę czyli zarobić na turystach mających zwiedzać Zamek Kostka. Nie jest to takie trywialne i Milada próbuje nieustannie wymyślić jakiś dobry chwyt reklamowy mogący skłonić turystów do odwiedzenia Kostki właśnie. Różnie z owymi pomysłami bywa a najczęściej jest tak, że to, co Milada uważa za pomysł dobry dla Marii jest raczej nie do przyjęcia. 

Dodatkowo na Zamku Kostka znienacka pojawia się władająca niemczyzną (chociaż nie tylko) ciotunia Nora. Którą to początkowo ojciec Marii chce wyrzucić z zamku ale ciotuchnę przygarnia litościwa Maria, która i tak ma wciąż dylematy z jak wielu spraw musi się spowiadać. 

Tak czy inaczej, jest dobrze a nawet bardzo dobrze. Moja ulubiona scena to ta, w której do zamku zmierzają ubrani na czarno panowie z teczkami. Panowie ci wyglądający na urzędników spowodują atak paniki w zamku, ale nic więcej nie chcę pisać aby nie psuć Wam lektury. 

Wiem, że wielbicieli „Arystokratki” nie muszę namawiać do lektury tym bardziej , że wszyscy mi znani już przeczytali „Arystokratkę na koniu” ( co zważywszy na fakt, że ukazała się 27 lutego pokazuje jak wszyscy na tę książkę czekaliśmy).

Jeśli jesteś na etapie poszukiwań książki naprawdę śmiesznej (a nie takiej, co do śmieszności której ma przekonywać okładkowy blurb), takiej, która pozwoli ci się odprężyć i naprawdę ubawić to cala seria opowieści o Marii i jej rodzinie i pracownikach jest jak najbardziej godna polecenia. 
Ja już nie mogę doczekać się części czwartej.

Moja ocena to oczywiście 6 / 6.

od wczoraj…

…terrarium naszych patyczaków zamieszkuje jeszcze jeden osobnik, po przejściach . Mam nadzieję, że u nas znajdzie spokój i dojdzie do siebie. W czym mogą mu pomóc trzy nasze patyczakowe panie. A ponieważ wiele wskazuje na to, że ów nowy mieszkaniec jest panem, stwierdziłam wczoraj , że to nawet fajnie bo a nuż doczekamy się młodych ? I tylko nie wiem, pojęcia nie mam, dlaczego P. kiedy usłyszał, że typuję , że to samiec złapał się za głowę i wykrzyknął „Ojej , to jak on sobie biedak poradzi z trzema kobietami!”. 

No, naprawdę nie wiem 😛

Dopisek. Po bliższych oględzinach stwierdzam, że jednak to chyba kolejna samiczka. Niemniej jednak wciąż nie wiem o co mogło chodzić P.. 🙂

 

„Manufaktura codzienności”. Joanna Matusiak.

Wydana w Wydawnictwie Helion / Sensus. Gliwice (2018). Ebook.

Ta książka jest dla mnie prezentem od znajomego, któremu to tą drogą ponownie dziękuję bardzo bowiem jest to prezent z gatunku najlepszy bo książka, to raz, a dwa, bardzo wartościowy ze względu na treść. 

Od razu napiszę, że do czasu sięgnięcia po tę książkę nie znałam ani autorki ani jej miejsca w sieci noszącego nazwę „Manufaktura splotów”. Obce mi więc co a tym idzie były jej słowa do najwyraźniej sporego grona czytelniczek z pewnego miejsca społecznościowego. „Manufaktura codzienności” bowiem to wpisy, rodzaj felietonów jak dla mnie, autorki, które jak rozumiem były wcześniej w tej bądź podobnej formie publikowane. Dla mnie jednak to było pierwsze spotkanie z rozważaniami, z myślami pani Joanny Matusiak i z radością odkryłam w Niej „siostrzaną duszę” (przecież nie napiszę „bratnią”).

Te rozważania, myśli, refleksje, felietony bardzo osobiste skierowane do czytelnika wynikają po trochu z potrzeby autorki rozmowy z drugim człowiekiem a po trochu zapewne wynikają z tego, czym również zajmuje się zawodowo. Nie wiem czy dobrze określę ale jest nauczycielem (nie przepadam za określeniem „trener personalny” a od „couch” w ogóle lekko dostaję szczękościsku). Nauczyciel podoba mi się najbardziej i na osobisty użytek tych moich słów o książce tak właśnie ewentualnie zamierzam określać jedno z zajęć autorki.

Albowiem nie tylko nauczaniem czy pomaganiem , wspieraniem innych się zajmuje.

Skupmy się natomiast na książce bo o niej chcę pisać. Co mnie zachwyciło w tych słowach Joanny Matusiak? Szczerość. Szczerość przede wszystkim. Siostrzaność duszy autorki odkryłam w podobnym podejściu do wielu spraw, między innymi właśnie w szczerości. Objawiającej się zarówno w tym co i jak mówimy do innych ale przede wszystkim w nieudawaniu kogoś innego. 

Ja mam podobnie jak autorka, zarówno na blogu jak i na Fb nie jestem w stanie udać innej niż jestem. Nie podoba się komuś? Trudno. Czy coś tracę bo ktoś zrazi się do mnie takiej jaką jestem? Być może, tego nie wiem, wiem, że na pewno udawanie, zakładanie masek jest mi obce. To samo autorce i już za to Ją polubiłam. Kiedy czytałam jej słowa , jej felietony na rozmaite tematy, właściwie taki rodzaj dziennika codzienności, odczuwałam zbieżność w odczuwaniu wielu spraw, w podejściu do wielu aspektów życia. Chociażby to, co napisała o przyjaźni, albo o tym, że od pewnego czasu zrobiła porządek w relacjach z innymi i nie otacza się nadmiarem osób a ma przy sobie te, z którymi relacje są dla Niej wartościowe i wnoszą coś w jej życie. Od pewnego pamiętnego roku mam dokładnie tak samo. Trzymam z osobami, które coś wnoszą w moje życie bądź z tymi, dla których ja jestem ważna. 

Co mi się jeszcze podobało w tej książce? To, co się czuje, a mianowicie, że autorka lubi ludzi, ale przede wszystkim lubi też siebie. Ja wiem, że dla wielu to niemal obrazoburcze stwierdzenie ale ja się ponownie znów pod tym mogłabym podpisać bowiem od dawna jestem przekonana, że nikt tak człowieka nie będzie lubił, nikt tak go nie rozpieści jak on sam i nie dobra materialne mam tu na myśli, co sądzę, że akurat Wiecie.

Joanna Matusiak to piewczyni spokojnego, życia, szacunku kierowanego w stronę drugiego człowieka. Zwolenniczka prawdy ale wyrażanej w grzeczny sposób. Propagatorka empatii. Przypominającą, że naprawdę wiele zależy od nas, że na większość spraw (bo wszyscy wiemy, że są sytuacje, na które nie mamy wpływu) możemy jakoś wpłynąć a to, że najczęściej rozprawiamy o naszych marzeniach a nie realizujemy je wynika najczęściej z naszego własnego lęku przed działaniem a najczęściej nie tyle przed działaniem co samą mającą nastąpić wskutek działań – zmianą. 

Z autorką łączy mnie również na pewno to, co można określić jako „kolekcjonowanie” wspomnień, dobrych chwil dobrych zdarzeń. Ja też od pewnego czasu staram się bardzo zapamiętywać te drobne rzeczy, sprawy, które mnie uszczęśliwiają. Nazywam je, o czym wiedzą moi znajomi, „szczęstkami”. Niedawno taką szczęstką było czyjeś stwierdzenie (potwierdzone potem przez kilkoro znajomych), że mam miły , ładny głos. Niby drobiazg a zrobiło mi się naprawdę przyjemnie. 

Autorka jest też mamą i już od niedawna, babcią i chociaż akurat na tematy „dzieciowe” w książce jest dość niewiele to jedno zdanie ogromnie mi się spodobało. Jedno a treściwe i niby to człowiek wie a jak często o tym się zapomina. A mianowicie, że to, za czym całe życie gonimy , za tym najprawdopodobniej gonić będą potem nasze dzieci. Jaka to prawda! Nauczmy naszych dzieci, jak ważne jest to aby szanować drugiego człowieka i aby żyć tak aby nie sprawiać innym bólu. Wiem, brzmi banalnie ale to wcale nie jest ani proste ani banalne jak by ktoś chciał to zbagatelizować. 

Te słowa Joanny Matusiak, ten jej dziennik codziennych wydarzeń, okraszony ładnymi zdjęciami autorstwa samej Joanny Matusiak, to wszystko składa się na bardzo ciekawą, wartościową (na pewno dla mnie ) książkę, która według mnie wcale nie jest stricte poradnikiem a przynajmniej wcale nie musi być tak tylko traktowana. To jak długa i serdeczna, nieprzerywana rozmowa z przyjacielem. To jak czas, którego wciąż nam tak brakuje, a który został dla nas poświęcony przez drugiego człowieka aby usiąść i coś nam przekazać. 

Do mnie to ogromnie trafiło. Znajomy, który mi tę książkę sprezentował, stwierdził iż jest to książka z gatunku tych, które powinno się czytać powoli, smakując jej treść, odkładając ją i powracając do niej. Też sądzę, że po pierwszej lekturze będę do niej zaglądała , wybierała być może dany rozdział, który mi będzie w danej chwili potrzebny. To również ta chwila, kiedy ja, miłośniczka ebooków stwierdzam, że tę książkę ogromnie chciałabym mieć jednak w wersji papierowej, właśnie w celu pozaznaczania sobie co bardziej przyjemnych, ważnych treści. 

Zdanie, które sobie wypisałam specjalnie do okraszenia tej recenzji to, cytuję „(…) Moją pasją jest życie i wszystko, co ono mi przynosi”. I to się czuje !

Mnie się ogromnie podobała i moja ocena to 6 / 6.