„Śmierć w Chateau Bremont”. M.L. Longworth.

Wydana w Wydawnictwie Smak Słowa. Sopot (2018). Ebook.

Przełożyła Anna Krochmal.

Tytuł oryginalny Death at the Chateau Bremont. 

Za sprawą tego kryminału przeniosłam się w minionych dniach na chwilę do urokliwej Prowansji i na Lazurowe Wybrzeże. 

Oto bowiem akcja książki dzieje się w Aix-en-Provence. Bohaterowie to sędzia Antoine Verlaque i Marine Bonnet, wykładowczyni akademicka i profesor prawa. Jeszcze pół roku temu coś och łączyło. Poznajemy ich jednak po dłuższej przerwie , gdy ich drogi ponownie się przetną (z książki wynika, iż nie jest to trudne w dość hermetycznym środowisku tego miasta) podczas śledztwa. Oto bowiem pewnej soboty, w nocy z okna Chateau Bremont, zameczku letniego pewnej arystokratycznej rodziny, wypada jeden z dwóch braci, Etienne. Szybko wychodzi na jaw, że chyba nie był to zawrót głowy, tym bardziej, że mężczyzna był wysportowany, sprawny i silny. Z pewnością nikt, kogo wyglądanie przez okno strychu jest w stanie przyprawić o zawrót głowy.

Sędzia Verlaque rozpoczyna więc wraz  z policjantem Brunem Paulikiem śledztwo w sprawie zagadkowej śmierci arystokraty a ponieważ Marine znała zarówno zmarłego jak i jego brata Francoise, prosi ją o pomoc. Nie ukrywając, że chyba ma nadzieję na coś więcej niż jedynie pomoc w śledztwie. 

Z jednej więc strony wraz z bohaterami przemierzamy Aix-en- Provence i okolice poznając zarówno rodzinę zmarłego jak i jego powiązania artystyczno zawodowe, a z drugiej śledzimy perypetie sercowo uczuciowe samego Verlaque. Nie jest jasne czemu zerwał związek z Marine bo doprawdy, zarzuty nie posiadania wiedzy o winach jak zawodowy kiper czy nieznajomość subtelnych odcieni kuchni wszelakiej nie stanowi chyba poważnego powodu do zerwania związku. A jednak. Muszę przyznać, że ten wątek akurat dość mnie irytował. Verlaque nie wzbudził mojej wielkiej sympatii, owszem, stanowi miłą odskocznie od nadużywających komisarzy rozwodników, których tak dużo w książkach kryminalnych, niemniej jednak jakoś mnie ta jego postawa względem Marine mocno drażniła. Może to jednak dobrze. Lubię kiedy bohaterowie książek wzbudzają we mnie emocje. Nawet te negatywne czy chociażby po prostu gdy irytują. Verlaque więc na razie nie jest moim ulubieńcem, co prawda końcówka książki mocno go w moich oczach zrehabilitowała a zapowiedź dalszych przygód kryminalnych tego duetu jest więc już wiadomo, że muszą się przynajmniej tolerować jeśli nie coś więcej.

Sama intryga kryminalna też niczego sobie. Miałam lekkie wrażenie autorskiego „zauroczenia” kryminałami Agathy Christie bez żadnego z mojej strony rzucania hasłem o plagiatowaniu,nie nie nie. Po prostu taki klimacik, czyli więcej się dzieje w przeszłości, w rodzinie co wpływa na przyszłość, niż mogłoby się sądzić. Do tego trochę historii miasta, widoczki, Lazurowe Wybrzeże, z jego blichtrem i niebezpieczeństwami, w które to miejsce na chwilę trafiają bohaterowie. Plus interesujące spostrzeżenia przemycane w akcji książki jak to, że ciekawe jest iż ludzie z założenia wnioskują, że jeśli ktoś nosi tytuł arystokratyczny to z gruntu musi być krezusem. 

Całkiem przyjemny kryminał, mnie wciągnął i sądzę, że skuszę się na dalszy ciąg kryminalnych przygód duetu Verlaque-Bonnet. 

Moja ocena to 4.5 / 5. 

„Drugie dno”. Jolanta Kosowska.

Wydana w Wydawnictwie Novae Res. Gdynia (2017).

Wygraną w konkursie książkę „Drugie dno” (mogłam wybrać tytuł) zaczęłam czytać zaraz po jej otrzymaniu a potem nie wiem właściwie czemu, zrobiłam przerwę. Wróciłam i cieszę się bo zdecydowanie było warto. „Drugie dno” wyjaśnia co stało się właściwie z Karoliną w poprzedniej książce o niej opowiadającej czyli w „W labiryncie obłędu”, o której pisałam w tym wpisie .

Swoje refleksje na temat „Drugiego dna” zacznę od tego, że Autorka wysyłając mi wygraną książkę sprawiła mi dodatkową radość a mianowicie dołączyła do książki płytę z ponad setką zdjęć zrobionych przez Nią w Toskanii. Nie można było sobie wyobrazić lepszego tła dla tej powieści. Dzięki pięknym i nierzadko wręcz artystycznym ujęciom mogłam przenieść się w niesamowite krajobrazy i miasta i miasteczka tego włoskiego regionu. Niewiarygodnie wzmocniło to przekaz książki. I chociaż odnoszę wrażenie, że Toskania Jolanty Kosowskiej jest zdecydowanie bezpieczniejsza, łagodniejsza i otulająca niż ta Karoliny (przynajmniej w pewnym momencie jej przebywania w tym regionie) to często czytając dany opis miałam właśnie zdjęcia Pani Kosowskiej przed oczami. 

„Drugie dno” , ten tytuł oddaje to co tak naprawdę stało się w życiu Karoliny wcześniej. A w tej książce poznajemy szczegóły wydarzeń. Karolina niechcący zostaje bowiem wplątana w niezwykłą intrygę, z czasem orientując się jednak, że ta intryga wręcz zagraża jej życiu. A na pewno jej psychicznemu zdrowiu bowiem ktoś wyraźnie chce wpędzić dwudziestosześcioletnią kobietę w obłęd. 

Z czasem poznajemy całą historię a w rozwikłaniu jej pomaga jej Enrico, mężczyzna, z którym wiąże ją silna więź ale który w pewnym momencie usuwa się w cień i z ukrycia poniekąd „steruje” wydarzeniami. W pewnym momencie Karolina nie jest pewna nawet jego intencji, w rezultacie jednak okaże się, że jego pomoc doprowadzi do rozwikłania zagadki i poznanie prawdziwych intencji kogoś, kto zdaje się nie mieć żadnych granic w swoim postępowaniu. W „W labiryncie obłędu” dowiadujemy się o morderstwie Antonio Sergrano a ta część pozwoli nam dowiedzieć się o co tak właściwie w tym chodziło. I dlaczego w areszcie przebywa znajoma Karoliny, Francesca. 

Podobały mi się opisy miejsc , miast, serwowanych nam przez autorkę. Widać, że Jolanta Kosowska odwiedza często opisywanie w swoich książkach miejsca, co dodatkowo stwarza pewien stopień uwiarygodnienia wydarzeń. Toskania na ogół przedstawiana jest jako sielska kraina niemal mlekiem i miodem płynąca podczas gdy w książkach Kosowskiej ta kraina jest groźna, ponura, potrafi być wręcz śmiertelną pułapką zamykającą w swoim silnym uścisku. W Toskanii autorki potrafi być naprawdę mrocznie i nic nie jest tym, za co może być wzięte a i z ludźmi należy uważać i raczej stosować zasadę „ograniczonego zaufania”.
Czytelnik śledząc losy Karoliny mocno przejmuje się tym, co ją spotyka i z ulgą przyjęłam fakt takiego a nie innego zakończenia czyli tego, że sprawa wyjaśniła się w rezultacie. 

Polecam zarówno „W labiryncie obłędu” jak i oczywiście „Drugie dno”. 

Moja ocena to 6 / 6.

„Nie zabijaj tej miłości”. Anna Karpińska.

Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Warszawa (2018). Ebook.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Anna Karpińska nieco nieoczekiwanie stała się jedną z moich ulubionych autorek książek. Ta raczej niepromowana autorka (być może to dobrze? przynajmniej nie obawiam się, że wyskoczy mi z lodówki) pisze według mnie bardzo dobre książki obyczajowe. To, o czym pisałam podczas recenzowania poprzednich książek Anny Karpińskiej, to to, że podoba mi się, że czyni ona bohaterka kobiety w późniejszym, nazwijmy to , wieku. Często równorzędnymi bohaterkami kobiet około czterdziestki są ich matki, powiedzmy, że panie po sześćdziesiątce. To mi się bardzo podoba bo podkreśla, że świat nie jest jedynie dla młodych, pięknych i bogatych (na szczęście).

„Nie zabijaj tej miłości” to książka trudna, niewesoła i powiem tak, na pewno z gatunku tych, które poruszają emocje. Nawet (tradycyjna zresztą u Anny Karpińskiej) pierwszoosobowa narracja bohaterek, za którym to typem narracji akurat ja nie przepadam, nie męczyła mnie , czytało mi się tę książkę dobrze i z zaangażowaniem (może aż za dużym, zważywszy jaką dawkę emocji zaserwowała nam w tej książce autorka).

Początkowo wydawało mi się, że mniej więcej będę mogła powiedzieć jak się akcja książki może potoczyć. W końcu, ile razy to już było? On i one dwie. Ale wraz z rozwojem wydarzeń okazało się, że „Nie zabijaj tej miłości” nie będzie kolejną książką obyczajową z wątkiem zdrady i spóźnionej miłości w tle. Jest w niej coś więcej. I zdecydowanie zaskoczyło mnie jej zakończenie. Nie tego się spodziewałam, o nie.

Anna i Barbara, obie mężatki w dość podobnym wieku i z dość podobnym stażem małżeńskim. Osobiście się nie znają . Anna, naukowiec pracujący w Toruniu na uczelni na kierunku humanistycznym, wiedzie życie u boku męża, Tomasza, współwłaściciela kancelarii notarialnej ojca Tomasza. Barbara , pielęgniarka w uzdrowisku, mężatka mieszkająca wraz z mężem Markiem i siedmioletnim synem Piotrusiem w Inowrocławiu. Marek jest wojskowym. Wojskowym, którego poznajemy w książce w chwili gdy stawia Barbarę przed faktem dokonanym. Wybiera się na drugą wojskową misję do Afganistanu. Bez konsultacji, bez jakichkolwiek rozmów z własną żoną. Ot, podejmuje jedną z poważniejszych decyzji życiowych i po prostu oznajmia to Basi. Jest ona ogromnie niezadowolona. Niepokój związany z samą misją i niebezpieczeństwami związanymi z tego typu wyjazdem miesza się z irytacją, że mąż nie uznał jej za pełnowartościową partnerkę przy podejmowaniu decyzji, która jakby nie było, zaważyć może na życiu całej ich rodziny. Może i mogła się tego spodziewać bo w ich małżeństwie od pewnego czasu nie jest najlepiej. Rozmowy dotyczą głównie spraw domowych czy związanych z wychowaniem dziecka a na poważniejsze rozmowy czy pielęgnowanie relacji nie ma właściwie już i czasu i chyba, co ze smutkiem stwierdza, chęci z obu stron.

Annę i Barbarę połączy postać Marka. Bowiem tuż przed wyjazdem Marek oznajmia Basi, że związał się z Anną właśnie i zamierza z nią być po powrocie z misji. 
Anna,podobnie jak Barbara, od dłuższego czasu czuje, że jej małżeństwo wypaliło się, brak w nim czułości, miłości, emocji. Ona i Tomasz niby żyją razem ale osobno. Banał? Może. A może, cóż, życie. Do tego brak dziecka coraz bardziej doskwiera, o dziwo nie Annie a Tomaszowi właśnie, który widziałby w synu następcę w prowadzeniu rodzinnej kancelarii notarialnej. I w tym momencie pojawia się ponownie w życiu Anny znajomy brata Ani, Jacka, który również jest wojskowym i wybiera się na misję. I tak oto spotyka się ponownie dwójka zawiedzionych swoimi związkami ludzi, którzy coś do siebie poczują. Nagły impuls, nie do końca może przemyślane a na pewno powodowane pożądaniem decyzje i oto Marek wyjeżdża na pół roku misji pozostawiając niezły bałagan w życiu dwóch kobiet. Żony Basi, która czuje się oszukana i przeżywa zdradę męża, a także samej Ani, która zdradziwszy męża nie dość, że nie czuje wyrzutów sumienia co dopiero teraz przekonuje się, że jej małżeństwo raz na zawsze się skończyło. 

Akcja książki dzieje się praktycznie podczas trwania wojskowej misji Marka i Jacka, brata Ani. 

Poprzez korespondencję Ani i Marka dowiadujemy się co nieco o życiu polskiego żołnierza w bazie w Afganistanie, wraz z obawami i lękami o bezpieczeństwo każdego dnia. Ania od pewnego momentu zmartwiona jeszcze silniej o los i bezpieczeństwo Marka, przeżywa wszystko mocniej, intensywniej. Barbara początkowo nie ma czasu na zamartwianie się co stanie się z jej rodziną bo bierze pod opiekę będącą podczas intensywnej terapii chorą ciotkę, której to Basia zawdzięcza bardzo wiele a najwięcej sam fakt pomocy podczas nauki w zawodzie pielęgniarki. Ciocia Dzidzia okaże się zresztą po raz kolejny wielkim wsparciem psychicznym dla Basi, której rodzina pod pantoflem mającego dyktatorskie zapędy ojca Basi, niezbyt jest dla niej samej wsparciem. 

Ciekawa to książka bo nie jest bardzo optymistyczna. Jest w niej i świadomość poniesionej klęski we własnym związku, małżeństwie i zdrada i zranienie najbliższych. Jest też niepokój o kogoś, kto jest daleko i tak naprawdę każdego dnia jego życie narażone jest na niebezpieczeństwo. Jest też poważna choroba. To wszystko czyni z niej książkę raczej nie do końca optymistyczną, tym bardziej, że autorka nie pokusiła się o słodkie „szczęśliwe zakończenie” wszystkich wątków. Nie wszyscy pragnący miłości ją otrzymają, czyjeś zdrady okażą się mieć konsekwencje w takim bądź innym wymiarze. Dobra to książka bo zmuszająca do przemyśleń, refleksji, nie podtykająca rozwiązań na tacy. Autorka nie serwuje nam „prawd objawionych”, pozwala czytelnikowi mieć swoje własne zdanie, opinie, nie zgadzać się bądź właśnie zgadzać z bohaterkami i tym, jakie podejmują działania w życiu.

Nie jest to słodka opowiastka, w której każde dobro zostanie nagrodzone, raczej życiowa opowieść, wycinek czyjegoś życia. 

I na samym końcu coś może nie związanego z treścią, o czym chciałabym napisać. Książki Anny Karpińskiej podobają mi się również ze względu na przesłanie, które zawsze w nich wyczytuję, a mianowicie to, że rodzina jest najważniejsza. To z niej się wyradzamy, to ona nas jednak kształtuje. Że tak jest i to krzepi, zobaczyłam podczas czytania podziękowań. Podczas gdy najczęściej autorzy dziękują ogromnej ilości osób związanych z wydawnictwem, ale i blogerom, Anna Karpińska praktycznie dziękuję głównie członkom własnej rodziny. Oczywiście nie tylko ale widać, że w Jej procesie twórczym biorą jej najbliżsi czynny udział i co ważne, są inspiracją i wsparciem. Wspaniale jest to przeczytać. Dla mnie to właśnie to i takie podziękowania są tymi najbardziej emocjonalnymi i dodają mi otuchy, że w dzisiejszym świecie, gdy często wyśmiewa się kogoś, dla kogo właśnie rodzina jest ważna, ta rodzina właśnie ważną jest i stanowi coś na kształt opoki. 

Moja ocena tej książki to 5.5 / 6. 

„Podróż po horyzont”. Iwona Walczak.

Wydana w Wydawnictwie Replika. Zakrzewo (2018).

Książkę otrzymałam wraz z serdeczną dedykacją od samej Autorki 😉

Odbyłam niesamowicie wciągającą podróż. Do ukochanej Grecji i na Maltę, która ta się nam spodobała gdy ją odwiedziliśmy ponad dziesięć lat temu.

A stało się to za sprawą książki Iwony Walczak „Podróż po horyzont”. W tej książce poznajemy historię pewnej ważnej podróży dla Agnieszki, bohaterki znanej z książki Iwony Walczak pod tytułem „Śniadanie na skale”.

Agnieszka pewnego dnia zdaje sobie sprawę z kilku rzeczy. Z tego jak ulotne są chwile szczęścia, jakkolwiek trywialnie by to nie zabrzmiało. I to, jak właściwie nie zna swojej własnej matki. Odkrywa przypadkowo listy do swojej matki, pisane w początkach lat osiemdziesiątych od niejakiej Elle. Elle, to Greczynka, urodzona w Polsce ale w momencie pisania listów, przebywająca już w kraju swoich przodków. Jakiś impuls rozkazuje Agnieszce ruszyć śladami Elle. Tak właściwie nic nie wiedząc o nadawczyni listów, czy w ogóle żyje, czy mieszka tam, skąd nadchodziły listy. 
Dodatkowo powodem jest bałagan myśli i niepewność jaką Agnieszka odczuwa w jej nowym związku z Wiktorem, w którym to związku najwyraźniej nie czuje się pewna. Czy podróż tak właściwie w nieznane, polegająca być może na ściganiu Elle a na pewno gonieniu jej wyobrażenia jaki w głowie wysnuła Agnieszka, ma sens? Okazuje się, że większy niż młoda kobieta sądzi na początku wyprawy. 

Dla Agnieszki podróż w poszukiwaniu Elle stanie się podróżą służącą w uporządkowaniu jej własnych myśli, emocji, relacji z matką, ojcem, z Wiktorem. 

Zaczyna od Salonik, skąd pisała do matki bohaterki Elle a potem kobieta wędruje śladami greckiej przyjaciółki matki. Trafia na wyspę Korfu a następnie aż na Maltę.

Akcja dzieje się dwutorowo, współcześnie gdy towarzyszymy Agnieszce w jej podróży i wstecz w czasie gdy poznajemy losy Elle po jej powrocie do kraju przodków. Powrót nie jest taki łatwy jak można by sądzić. Elle wychowana w Polsce nie chciała właściwie wrócić do Grecji , na co namawiali ją jej rodzice, którzy zdecydowali się kilka lat wstecz na ten krok. Ta urodzona w Polsce Greczynka właściwie nie znała kraju przodków, wyrwana z Polski, która tyle lat była dla niej ojczyzną , nie ma więzi z matką , musi zaczynać od nowa studia. Jednak z czasem się aklimatyzuje. Co prawda jej życie uczuciowe jest niełatwe ale z czasem i jej uda się osiągnąć stan stabilizacji, ze starszym mężem na Korfu, gdzie prowadzą winnice. 

„Podróż po horyzont” nieprzypadkowo ma w tytule „podróż” właśnie. Jest to taka, nawet nazwałabym na własny użytek, książka „drogi”. Ta droga prowadzi przez malownicze zakątki Grecji i Malty (widać, że autorka odwiedziła opisane miejsca, to dobrze, bo opisy nie są przewodnikowe a właśnie naoczne) ale podczas niej nie liczy się jedynie poznawanie pięknych zakątków czy smakowanie miejscowej kuchni. Najważniejsi są podczas tej podróży ludzie i dotarcie do nich bądź przez nich do kogoś innego. Brzmi skomplikowanie ale takie jest życie. Bo tak wwłaściwie poprzez ludzi  i wraz z ludźmi odbywamy najbardziej emocjonującą i najciekawszą podróż jaką jest nasze życie. 

Książki pani Iwony Walczak to nie są do końca typowe obyczajówki. Owszem, jest tu historia, opowieść i to ciekawa, ale najważniejsze jest opowiadanie poprzez historię o emocjach i psychologii postaci. Po raz kolejny nie zabrakło tego i tu. Niby taka opowieść o podróży a ile miałam podczas niej własnych przemyśleń. Na ile znam przeszłość moich własnych bliskich, osób, z którymi jestem spokrewniona. Na ile ich przeszłość determinowała ich losy a może moje? 
Nie wiem czy to książka dla każdego, mam wrażenie, że są osoby, które mogą do niej zgłosić pretensje, że właściwie co to za akcja, pani się włóczy po pięknych okolicznościach przyrody i sama nie wie o co jej właściwie chodzi a w tym wieku można byłoby już wydorośleć…Mnie się to podoba. Jestem zwolenniczką tezy, że podróże (wcale niekoniecznie te bardzo dalekie i egzotyczne) kształcą a na pewno pozwalają nam dotrzeć do nas samych na nieco innym poziomie. Wierzę też w nieprzypadkowość poznawanych podczas podróży innych ludzi, z których to każdy może dać nam jakąś lekcję życia. Chociażby pokazując swój własny sposób na życie, z którym możemy się zgodzić bądź go negować. 

Nie ukrywam, że owe miłe dla oka opisane widoki i krajobrazy jedynie dodały tej książce zalet. Mnie się podobała i polecam.

Moja ocena to 5 / 6. 

 

Dzisiaj obchodzimy …

…Międzynarodowy Dzień Książki dla Dzieci. To na pamiątkę narodzin Jana Christiana Andersena. 
Z dzieciństwa pamiętam tak wiele książek, które czytałam, że nie potrafię wymienić najulubieńszej. Bo i „Malutka Czarownica” i „Kubuś Puchatek” i „Muminki” i „Dzieci z Bullerbyn” i bajki w zbiorze pod tytułem „Śpiewająca Lipka”. I wiele, wiele innych . A jak jest u Was? Macie jakieś konkretne tytuły czy podobnie jak ja, zbyt wiele ich w pamięci i w sercu aby się dało jeden wymienić ?

My dzisiaj z Jasiem czytaliśmy „Dlaczego tańczymy ze szczęścia i kipimy ze złości?” Andrei Schutze.

Książki dla dzieci są wspaniałe bo to dzięki nim stajemy się potem czytającymi dorosłymi. Niech żyje więc dzieci i nasze święto ! Czytajmy dzieciom i wracajmy bądź sięgajmy po tytuły książek dla dzieci, bo warto.  

„Zamęt”. Vincent V. Severski.

Wydana w Wydawnictwie Czarna Owca. Warszawa (2018). Ebook.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa. 

Vincent V. Severski jest jednym z ulubionych autorów P.. W domu mamy poprzednie książki autora ale do tej pory jakoś się za nie nie wzięłam. Mając możliwość przeczytania egzemplarza recenzenckiego stwierdziłam, że tak, że bardzo chętnie (mam też powód trochę osobisty, o tym później).

„Zamęt” to kolejna książka sensacyjna i cóż, nie będę się bała tego określenia, szpiegowska. Czyli , przystępując do lektury, wiedziałam mniej więcej czego się spodziewać. Muszę powiedzieć, że ogromnie podoba mi się zarówno sam tytuł książki jak i pasująca do tytułu i co ważniejsze, treści książki okładka. Została ona zaprojektowana przez panią Krystynę Pieńkos. Oddaje to, o czym będzie się czytać w książce, nie powiela stereotypów. Już ona sama przyciągnęła wcześniej moją uwagę gdy rozmawiałam z P. o tym, że ma ukazać się w kwietniu (bodajże osiemnastego) najnowsza książka jednego z jego ulubionych autorów. 

Jak to w bardzo dobrej książce sensacyjnej powinno mieć miejsce, akcja książki rozwija się dynamicznie. Pomimo, że bohaterowie posługują się głównie szarymi komórkami, nie siedzą jednak w fotelach sącząc alkohol a działają. Te działania są dynamiczne i akcja często zmienia się jak w kalejdoskopie. To dobrze, nie ma nic gorszego niż książka sensacyjna, której akcja wlecze się czy niepotrzebnie rozdrabnia na szczegóły. Tu szczegółów jest owszem , również sporo ale mam wrażenie, że nie ma niepotrzebnego ich natłoku. Niemniej jednak, ha, przygotowałam się jak prawie 😛 szpieg i oto co prawda nie miałam czarnego notesu jak Roman Leski, jeden z głównych bohaterów, ale czerwony notes, w którym podczas lektury czyniłam niezbędne notatki. W pewnym momencie czułam się po trochu jakbym wraz z Sekcją brała udział w ich zadaniu. Ale do rzeczy.

Akcja książki rozpoczyna się w chwili gdy w jednym z pakistańskich hoteli, raczej luksusowym niż typu „hostel” dochodzi do ataku terrorystycznego. Ginie wiele osób a czterech gości zostaje porwanych. Są to Anglik, Japończyk, Niemiec i Polak, Henryk Olewski. Atak przeprowadziła grupa pod dowództwem niejakiego Tygrysa, poszukiwanego w Pakistanie terrorysty.

W Polsce rozpoczyna się gorączkowe działanie mające pomóc w wyswobodzeniu polskiego inżyniera, szybko jednak możemy się przekonać , że służby i ministerstwo MSZ są raczej przekonane, że nic dobrego się nie zdarzy i że Polak raczej poniesie tam okrutnie zadaną mu śmierć. 

W tym momencie do akcji włącza się Sekcja.

W Agencji Wywiadu pracuje pułkownik Roman Leski, dowodzący Sekcją. Jest to grupa licząca sobie wraz z Leskim pięć osób. Monika Arent, Dimitrios Calderon, nazywany przez pozostałych Dimą, Ela i Witek. Ta piątka to sekcja powołana w 1991 roku,  która działa wtedy gdy zawiodą wszystkie inne , legalne metody. Cóż, powiedzmy sobie szczerze, nie wszystkie użyte przez Sekcję metody są zgodne z prawem. 

Jak pisałam, akcja książki dzieje się właściwie zgodnie z jej tytułem. Przez większość czasu odczuwamy wielki zamęt. W którym wydaje się, że wszyscy są zagubieni. Agencja wywiadu, premier, ministerstwo. Z czasem jednak powoli zaczyna się nam wyłaniać obraz prawdy, której dowiemy się na końcu. Aby jednak do tego doszło będziemy wraz z bohaterami w Pakistanie, Warszawie, Kapsztadzie, Atenach, Moskwie, Oslo. Silna i zwarta Sekcja powoli ale skutecznie będzie dowiadywała się wciąż nowych szczegółów. A działanie grupy z całych sił będą utrudniali im tajemniczy przeciwnicy. Wysłani w niekoniecznie pokojowych zamiarach i w celu wyeliminowania członków Sekcji. 
Do tego wszystkiego zaczną się ujawniać (oczywiście widoczne nie dla wszystkich) rozgrywki wewnętrzne w samej agencji i na wyższych szczeblach władzy. Mam nadzieję (naiwna?), że tak to nie wygląda w rzeczywistości ale…

Co mi się podobało? To, że akcja książki działa się szybko, że zmieniała się jak w kalejdoskopie, że wraz z pracownikami Sekcji nie wiedziałam kto jest wrogiem a kogo można uznać jeśli nie za przyjaciela to przynajmniej nie traktować jako wroga. To, że idealnie pokazano to prace analityczne i wywiadowcze wywiadowców.  Severski jest byłym pracownikiem wywiadu tak więc to o czym pisze, zna z autopsji i nie sposób znaleźć tu coś co wynika z wyobraźni autora. To dobrze bo ta wiedza i doświadczenia autora tylko uwiarygodnia treść książki. Życie i praca w wywiadzie to częste balansowanie na granicy życia i śmierci, niepewność o to komu można zaufać a komu nie. Jedynie w podkoloryzowanych filmach życie agenta wywiadu to niekończące się sączenie drinków z palemką w miłych okolicznościach przyrody. W rzeczywistości to praca umysłowa jak również niebezpieczne działania „w terenie”.

Moje pierwsze spotkanie z prozą Vincenta V. Severskiego uważam za bardzo udane. I myślę, że sięgnę po wcześniejsze książki autora. 

Na koniec, powód osobisty, o którym chcę napisać (nie wpłynął on na moją ocenę książki ale nie ukrywam, że był powodem, dla którego również sięgnęłam po możliwość przeczytania książki przed jej premierą). Otóż, kiedy w początku grudnia w przedszkolu Jasia organizowano kiermasz charytatywny, Autor zgodził się przeznaczyć na aukcję charytatywną aż dwa egzemplarze swoich książek. Nie tylko jednak zgodził się oddać dwa egzemplarze bo to nie jest niczym nadzwyczajnym. Mnie ujęło, że zainteresował się zarówno samą imprezą jak i fundacją, która wspierała w tym roku nasz kiermasz. Ale przede wszystkim ujął mnie tym jaką w obu książkach napisał dedykację. Nie po prostu autograf, machnięty na kolanie, nie, serdeczną i długą dedykację. Skąd o tym wiem ? Ano stąd, że jedną z książek wylicytował mój Mąż. Autor nie musi mi opowiadać szczegółowo swojego życia, na stronie autorskiej nie muszę wiedzieć, co robi, z kim się przyjaźni i książki jakich innych autorów poleca. Natomiast fajnie jest kiedy autor potrafi pokazać, że blichtr sławy i popularności a tak o sobie na pewno może powiedzieć Severski, nie przyćmiewa w nim zwykłych, dobrych uczuć i reakcji.

Moja ocena książki to 5.5 / 6 . (Te 5.5 to , przyczepię się, a co? za to, że czytając książkę miałam wrażenie, że Warszawa to parę ulic w centrum i Kabaty i chociaż jest to od wielu lat moja „lokalna ojczyzna” to to mnie trochę, przyznaję, rozbawiło ). 

 

„”Dziewczyna we mgle”. Donato Carrisi.



Wydana w Wydawnictwie Albatros. Warszawa (2018). Ebook.

Przełożył Jan Jackowicz.
Tytuł oryginalny La ragazza nella nebbia. 

Nie znam tego autora, nie czytałam żadnej z jego dotychczas wydanych książek a pomimo to w chwili, gdy zobaczyłam przypadkiem zapowiedź filmu na podstawie tej książki, wiedziałam, że chcę ją przeczytać. Tak zwane pierwsze wrażenie, przeczucie książkowej miłośniczki czy jak zwał tak zwał, okazało się nadzwyczaj trafione. Niedawno wyczytałam o innej książce opinię kogoś na okładce tejże, że jest to książka „nieodkładalna”. Do lektury „Dziewczyny we mgle” nie wiedziałam kompletnie o co chodzi, ostatnio nie mogłam się oderwać tak od „W dół” Tima Johnstona. I tak, „Dziewczyna we mgle” pomimo dość ostatnio spopularyzowanej w tytułach najrozmaitszych książek „dziewczyny” jest warta tego aby po tę książkę sięgnąć. Oczywiście, jeśli czytuje się kryminały czy thrillery, ale to raczej dość oczywiste.

Od razu napiszę, że wiele o niej napisać nie mogę, z racji tego , że wiadomo, nie chce się zdradzić czytelnikom treści, co jest istotne zwłaszcza w przypadku kryminału, prawda? Tym bardziej, że autor zostawił tajemnice i sekrety do ostatniej strony. Ostatnio zachwycałam się tym w kontekście sensacji „Miejsce i imię” Macieja Siembiedy. Tu podobnie, autor zostawił dla nas małą „niespodziankę” i wspaniale, bo właśnie dzięki temu tę książkę czyta się tak dobrze i nie można się od niej oderwać.

Akcja kryminału dzieje się nielinearnie, poznajemy dzień obecny ale i sięgamy parę tygodni wstecz do dnia, w którym dzieje się coś co zniszczy na zawsze pewną rodzinę. I nie tylko ją.

Tło akcji książki rozgrywa się w zapomnianej nieco osadzie alpejskiej, Avechot. Ongiś była to wioska żyjąca głównie z turystyki. Teraz jest zapomniana, co nie znaczy, że źle się w niej dzieje. Odkąd bowiem odkryto w niej złoża fluorytu, wielu mieszkańców wzbogaciło się znacznie, sprzedając kopalni ziemie.  Osada jest jednak niewielka, ma mało mieszkańców, około trzech tysięcy. Ma też specyficzną wspólnotę religijną, która izoluje część mieszkańców od świata w mniejszym bądź większym stopniu. Tak czy inaczej, dzieje się w niej życie, chociaż nie dotyczy licznego grona mieszkańców. Niemniej jednak wśród stałych mieszkańców znajduje swoje nowe miejsce na ziemi kilkoro osób z zewnątrz, jak chociażby samotna matka wychowująca mocno problematycznego syna czy nauczyciel literatury, który przybywa do osady wraz z żoną i dorastającą córką. Wydaje się, że część nowych mieszkańców przed czymś się chroni, ktoś inny zaś przed czymś ucieka.

Niemniej jednak Avechot to raczej spokojne miejsce, z rodzaju tych, w których generalnie jedni mają oko na drugich a także,  co wykazuje pewien test, najmniejszy hałas potrafi przywołać do okna obserwatorów. 

Tym bardziej dziwi fakt, że w Avechot dochodzi do zaginięcia szesnastoletniej dziewczyny. Anna Lou, należąca do religijnego bractwa, wyrusza 23 grudnia do kościoła znajdującego się kilkaset metrów od jej domu by nigdy do niego nie dotrzeć.

W mieścinie szybko zjawia się charyzmatyczny , elegancki śledczy , Vogel. Ma on na koncie ogromną ilość sukcesów w wykryciu sprawców zbrodni i jedną porażkę, która wydaje się determinować jego działania. Z czasem dowiemy się dlaczego sprawa Derga, zwanego „Obcinaczem palców” tak bardzo wpłynęła na życie i karierę śledczego, jak również oddziaływać będzie na śledztwo w sprawie zaginięcia Anny Lou.

Wraz z nim przybywa młodszy ale pełen zapału policjant Borghi. Ten młody człowiek niebawem zostanie ojcem dziewczynki i dla niego ta sprawa na swój sposób zapewne nie jest przyjemna w sposób podwójny.

Tak czy inaczej, rozpoczyna się gorączkowe śledztwo mające na celu wykazać , co tak naprawdę stało się z Anną Lou. Po początkowych nadziejach, że być może porwana wciąż żyje, stopniowo zaczynamy orientować się, że od pewnego momentu praktycznie szuka się jedynie ciała aby był dowód zbrodni. 

„Dziewczyna we mgle” w świetny sposób ukazuje medialną histerię przy tego typu „łatwo sprzedających się historiach”. Media w ogóle zostały przedstawione w tej książce w sposób ogromnie negatywny, jako mające wielki wpływ na wydawanie wyroków przez tak zwany bezimienny tłum i sterujące najbardziej wydumanymi teoriami nie mającymi w pewnym momencie żadnych pokryć w dostarczonych dowodach.

Właściwie wiele osób na tej sprawie chce sobie coś „ugrać”, że się tak kolokwialnie wyrażę. Vogel chce odzyskać utracone dobre imię i sławę (tym bardziej, że trzeba przyznać, że do tej pory cechował się naprawdę dobrą intuicją) , Borghi chyba dość nieświadomie ale chciałby ogrzać się przy sławie Vogel’a i przy tej okazji zyskać wiedzę i ociupinkę sławy dla siebie samego, reporterzy i dziennikarze mają za cel zrobienie jak największego szumu wokół całej sprawy i wciąż podsycają niezdrową atmosferę co w pewnym momencie staje się nieco zbyt za mocne i na granicy linczu.

W całym tym zamieszaniu w pewnej chwili postać zaginionej szesnastolatki staje się najmniej ważna a zaczynają się liczyć inne , ludzkie interesy. Do osady zwalają się dosłownie tłumy żądnych sensacji turystów, niby to ze współczucia ale wiadomo, że część z nich chce się napatrzeć na to spokojne miejsce, które stało się tłem do niezwykłego zaginięcia. „Horrorowi turyści” myśli o nich w pewnej chwili Vogel i jest to bardzo trafnie obrazujące określenie tego co dzieje się parę dni po zaginięciu dziewczyny w Avechot. 

Vogel, ten szalenie elegancko prezentujący się mężczyzna, jeżdżący na śledztwa z ogromną garderobą, ma w ogóle kilka innych trafnych myśli i refleksji jak chociażby ta, że „Mała społeczność, wielkie tajemnice” czy „Ponieważ cenę, jaką trzeba zapłacić za możliwość kontynuowania własnego życia, jest obojętność”. 

Śledztwo prowadzone przez Vogel’a jest niespójne, szybko orientujemy się w jego interesach dotyczących tej kwestii i co tak naprawdę chce on przy tym osiągnąć. Nie można jednak odmówić mu tego , że próbuje. Jednak część jego pomysłów torpeduje prokurator Mayer, która żąda twardych dowodów a nie jedynie przypuszczeń bądź przeczuć.

Ta książka podobała mi się pomimo smutnego tematu przewodniego z dwóch powodów. Pokazała jak łatwo dajemy się manipulować z zewnątrz i nie mam tu na myśli jedynie mediów. Jak łatwo opinie innych przyjmujemy za własne. I również jak bardzo nieważne potrafią się stać naprawdę ważne osoby, rzeczy, sprawy w chwili , gdy ruszy maszyna partykularnych interesów. O Annie Lou z książki nie dowiadujemy się bowiem praktycznie niczego ale sądzę, że jest to celowy zabieg autora. Każdy z nas bowiem domyśla się, że nawet najbardziej wydawałoby się idealna osoba, a tak przedstawiana jest Anna Lou , musi mieć jakiekolwiek wady. Tymczasem poznajemy ją oczami innych jako niemal anioła bez skazy. Trudno wtedy jest znaleźć jakikolwiek punkt zaczepienia. O tym, jak trafnie autorowi udało się oddać to, jaki , nazwę to kolokwialnie, cyrk zaczyna się dziać w tego typu sytuacjach, już wspomniałam. Mieliśmy w kraju niedawno kilka dziwnych zaginięć, przypadków śmierci, to co działo się chociażby w internecie, pozwala przypuszczać w jak o wiele większej skali i natężeniu dzieje się to w samym miejscu tego typu zbrodni.

Jak pisałam, „Dziewczyna we mgle” okazała się dla mnie książką z rodzaju tych, których nie byłam w stanie wypuścić z rąk zanim nie dowiedziałam się całej historii. 

Ogromnie ją polecam. Moja ocena to 6 / 6.

„Kiedyś na pewno”. Ewa Nowak.

Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Warszawa (2018). Ebook.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa. 

To kolejna książka tej autorki, którą przeczytałam i która bardzo mi się podoba. Ewa Nowak pisze książki, które teoretycznie kierowane dla młodzieży, jak dla mnie śmiało mogą być czytane przez wszystkich.

W którymś z komentarzy na temat tej książki przeczytałam, że powinni przeczytać ją przede wszystkim rodzice. Po początkowej zgodzie, teraz stwierdzam, że nie. Niestety, podejrzewam, że na niektórych podziałało by to adekwatnie jak akcje dotyczące bezpieczeństwa na drogach itd. To znaczy, osoby, które mądre i czujące i tak znają prawdy w tego typu akcjach głoszone. Do drugiego typu ludzi i tak tego typu apele nie dotrą. Natomiast uważam,że „Kiedyś na pewno” to po prostu bardzo dobra książka, którą zdecydowanie warto jest przeczytać.

„(…) Woźna w szkole wie o mnie więcej niż oni”. Myśli jedna z bohaterek , Dorota i oddaje to główny problem przedstawiony w książce. Dom. Rodzina. I jakość tejże. A także to, jak wygląda dom i rodzina, w której brakuje przede wszystkim obecności rodziców. 

Bohaterki książki to Kamila i Dorota. Kamila od dziecka ćwiczy taniec, odnosi spektakularne sukcesy. Poznajemy je w wakacje przed maturalnym rokiem, kiedy Kamila wybywa na obóz sportowy gdzie dochodzi do pewnego przełomu. 
Dorota to z kolei świetna lingwistka, w przyszłości chce studiować anglistykę i jak najszybciej opuścić dom. Kamila to jedynaczka, Dorota ma dwunastoletnią siostrę.

Obie dziewczyny w tej przyjaźni oprócz zapewne czystej sympatii połączyło to, jak dziwne mają domy rodzinne. Dorota i jej siostra Maja rodziców w domu praktycznie nie mają. Wychowywane przez jedną z babć, podczas gdy do drugich dziadków regularnie jeżdżą jak chociażby w wakacje przed maturą. Rodzice to słynni scenografowie, zapraszani do przedsięwzięć na całym świecie. Realizują swoją karierę, pną się na szczyty kosztem relacji z własnymi córkami. Maja jeszcze darzy ich jakąś sympatią. Dorota rodziców nie lubi, właściwie trudno jest się jej dziwić bo zwyczajnie ich nie zna. Z własnej bowiem woli nie chcą oni dać się poznać swoim własnym dzieciom.

Dom Kamili wydaje się przy tym idealny, oboje rodzice są w domu, znają własną córkę, Jednak zajęci problemami we własnym małżeństwie również nie poświęcają osiemnastolatce tyle czasu ile zapewne powinni a na pewno nie tyle ile córka sama by od nich oczekiwała. 

Kamila to ta ładniejsza , Dorota niekoniecznie ale wiele z jej problemów wynika z zaniedbania co jest z kolei efektem tego, że pewnych spraw dziecko samo nie dopilnuje a z kolei przy nieobecności rodziców zapewne trudno jest wszystko składać na ręce babci. 

Kamila do tej pory zajmowała się tańcem, który jest jej pasją. Nie przeszkadzało jej to w związku z Arturem. Jednak w wakacje przed maturą następuje przełom. Kamila zdaje sobie sprawę z tego, że zajęcie, które dotychczas tak kochała, zwyczajnie nie daje jej radości i satysfakcji. 

Dużo w „Kiedyś na pewno” pisze się o zdradzie i to w najrozmaitszym ujęciu. Bo i zarówno zdradzie między kobietą a mężczyzną ale również o tym co możemy odczuwać wobec przyjaciół lub z ich strony w różnych sytuacjach życiowych. Kiedy to co nam wydaje się ochroną przyjaciela jest zdradą tej przyjaźni? Czy prawdę musimy powiedzieć zawsze?
Jest to też książka o podejmowaniu pod wpływem impulsu najczęściej złych decyzji, których następstwa najczęściej są zaskakująco trudne do naprawienia i wyprostowania. 

Mnie w tej książce najbardziej smucił wątek złego domu Doroty, który to dom był nim po części praktycznie jedynie ze względu na obecność i działania babci Doroty i Mai. Rodzice, którzy bywali tam okazjonalnie, stanowili coś w rodzaju z czasem niechcianej atrakcji a po ich wyjeździe jak to sama określała Dorota, „Babcia (…) zacierała po nich ślady”. Z domów, w których dzieje się wiele pustki i jest brak relacji pomiędzy zdawałoby się najbliższymi osobami, wyrastają ludzie z szeregiem problemów. 

To również książka o tym jak łatwo jest zawieść kogoś bliskiego ale zapewne najłatwiej jest zawieść samego siebie. I jak potem trudno się jest wyplątać ze skomplikowanej sytuacji, w jakiej się znaleźliśmy.

„Kiedyś na pewno” to niewesoła książka ale bardzo dobra i uważam, że warta jest zdecydowanie przeczytania. 
Moja jej ocena natomiast to 5 / 6.

 

„Miejsce i imię”. Maciej Siembieda.

Wydana w Wydawnictwie Wielka Litera. Warszawa. (2018). Ebook.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Ostatnie kilka dni czytałam powieść sensacyjną polskiego autora i śmiało mogę stwierdzić, że podobała mi się . Cieszy mnie zatem fakt, że aby przeczytać dobrą sensację z elementami kryminału mogę sięgnąć po książkę polskiego autora. „Miejsce i imię” to kolejna książka, w której bohaterem jest Jakub Kania. Poprzedniej książki Macieja Siembiedy , pod tytułem „444” jednak nie czytałam więc trudno jest mi się do niej w jakikolwiek sposób odnieść.

„Miejsce i imię” to lektura , która jest na swój sposób jednak ciężka. Ze względu na tematykę w niej poruszoną. Oto bowiem były prokurator i dawniej pracownik IPN, a obecnie „wolny strzelec” pracujący dla Instytutu Jad Waszem jako konsultant otrzymuje kolejne zadanie. Oto do Jad Waszem zwróciło się o pomoc pewne żydowskie stowarzyszenie z prośbą o znalezienie grobów Żydów, którzy zostali pochowani gdzieś na terenie przynależącym do obozu koncentracyjnego na Górze Świętej Anny. W czasach IIWŚ nazwę nosił on Annaberg. 
Akcję książki, dziejącą się nielinearnie, w latach dwudziestych ubiegłego wieku, w roku 1942 i 1943 i obecnych (2011 i 2012) poznajemy bez zbędnych wydłużeń i niepotrzebnych opisów. Jest jak to powinno być w dobrej sensacji szybko i konkretnie. Jednak jak wspomniałam, tematyka dotycząca rzeczywistości IIWŚ i obozów koncentracyjnych sprawia, że nie jest to lektura lekka i łatwa, przynajmniej dla osób obdarzonych większą niż przeciętna, wrażliwością. Pomimo tego, co twierdzi autor, że akurat fragment o szlifierni diamentów mającej mieć miejsce w obozie, trudno jest poczuć się przecież uspokojonym, że fikcja literacka niweluje zło dziejące się w obozowej rzeczywistości mającej faktycznie miejsce w dziesiątkach obozów jakie były zakładane w okresie IIWŚ. 

Jakub Kania przekonany jest, że szuka wyłącznie miejsca pochówków pomordowanych Żydów. My, jako czytelnicy, szybko orientujemy się, że na swój sposób jego poszukiwania są sterowane. W akcję książki wmieszanych będzie wiele wysoko postawionych osób a na pewno w grę wchodzić będą wielkie pieniądze, żądza władzy, nieposkromiona chęć zdobycia prawa do decydowania o jednej jedynej i słusznej według kogoś prawdzie. 
Będzie więc się działo bo wraz z upływem akcji książki do gry włączą się nowi gracze. Część z nich sprzyjać będzie Jakubowi Kani i stanie się jego pomocnikami (chociaż jak się okazuje niektórzy rozgrywać będą przy tym swoje własne partykularne interesy). Część natomiast stanie w opozycji do byłego prokuratora, który znajdzie się nawet w niebezpiecznej sytuacji. 

Nie od dzisiaj bowiem wiadomo, że tam, gdzie w grę wchodzą grzechy, za które nie odprawiono pokuty i zadośćuczynienia , tam niewiele dobrego może się dziać. Jeśli do tego dochodzą urażone ambicje, pretensje hodowane w czyichś głowach, bardziej bądź mniej uzasadnione roszczenia a do tego wchodzą wielkie, przeogromne pieniądze, pragnienie władzy i sławy, tam może stać się dużo, dużo zła. I tak się właśnie dzieje w tej książce. 
Do koszmarnego tła rzeczywistości IIWŚ z wycinkiem dotyczącym obozu na Górze Świętej Anny dochodzą współczesne żale i pretensje. Puszczają też przy okazji hamulce, jeśli w ogóle jakiekolwiek w ogóle istniały. Nagle wychodzi na jaw jak bardzo można „grać” prawdą, jak można ją przerabiać na własny użytek. 

Diamenty, które są jednymi z bohaterów (chociaż przedmioty martwe ale dziwnie wyposażone w siłę niszczycielską) to diamenty kojarzące się jedynie ze złem, ze śmiercią. Nie dotyczy to jedynie diamentów , które w obozie podlegały obróbce. Jak świat światem ktoś jest naiwny, a ktoś sprytny, ktoś dobry a ktoś zły, ktoś wreszcie kto z każdej sytuacji „ugra” coś dla siebie i własnej korzyści. 

Jak pisałam, akcja książki toczy się szybko i sprawnie. Autor, co dla czytelnika według mnie, cenne, zostawia nam niespodzianki do niemal ostatnich stron więc tu duży plus. Lubię, kiedy wydaje mi się, że już coś wiem, już znam całość a pojawia się jeszcze jeden mały element układanki, który, o dziwo, pasuje jak ulał do poprzednich.

Moja ocena to 5 / 6.

„Zanim zawisły psy”. Jens Henrik Jensen.

Wydana w Wydawnictwie Editio. Grupa Wydawnicza Helion SA. Gliwice (2018). Ebook.

Przełożyła Edyta Stępkowska.
Tytuł oryginalny De haengte hunde.

Po przeczytaniu pierwszej z należących do trylogii o Nielsie Oxenie książki stwierdzam, że Dania na swój sposób „dorobiła się” literackiego odpowiednika Jacka Reachera. Nie bierzcie mojego stwierdzenia zbyt dosłownie. Po pierwsze, Jack Reacher jest tylko jeden i nikt nie może mu „zagrozić”. Po drugie sporo ich jednak różni. Niemniej jednak, wiele ich także łączy. Wojskowa przeszłość, brak posiadania stałego miejsca zamieszkania, nieustępliwość w dochodzeniu do prawdy. I niechęć do zamazywania rzeczywistości a także chęć do tego aby zwyciężyła sprawiedliwość. No i jak to u Reachera bywa, Niels Oxen w sprawę zostaje wplątany zupełnie przypadkiem. 

Na początku moje zastrzeżenia. Nic na to nie poradzę, nie lubię kiedy ofiarami w książkach padają również zwierzęta. A w tej książce niestety, tak jest. Nie jest to szczęśliwie odmalowane niepotrzebnie obrazowo ale przeciętna wyobraźnia wystarczy a poza tym? Odnoszę wrażenie, że autor posłużył się tym motywem nieco zbyt „na wyrost”. Jakby, nie wiem, używając kontrowersyjnego zabiegu mógł sobie przysporzyć czytelników? Nie wiem czy kierował się naprawdę, uważam, że to nie było niezbędne. Tu więc się „przyczepię”. Do czego jeszcze? Ano do tego, że jak na sensację to „Zanim zawisły psy” jest zwyczajnie nieco zbyt przegadana. Sięgając po sensację oczekuję nie tego, że będę czytać zbyt długie opisy bądź zostanę zasypana nadmiarem informacji i bohaterów a tego , że akcja będzie działa się szybko a ja wraz z bohaterem czy bohaterami książki odczuwać będę coś w rodzaju pośpiechu w działaniach i obserwacji rozwoju akcji książki. W tym przypadku było tak, że parę razy po prostu prześlizgnęłam się po stronach (przesuwając strony na czytniku też da się „przyspieszyć” lekturę).

W książce Jens Henrik Jensen nie zaskoczy nas, czytelników niczym czego byśmy sięgając po tego typu literaturę nie znali ale jednocześnie nie jest to żaden zarzut. Ot, stwierdzenie, że w tego typu książkach mniej więcej dzieje się podobna opowieść. Autor jest dziennikarzem i w treści książki zdecydowanie widać jego zawód , to, że codzienne śledzenie doniesień ze świata i z kraju (zapewne te intensywniej) nie jest mu obce. Nie oznacza to jednak bynajmniej, że jak w przypadku chociażby Donny Leon będzie tu politykowanie na ogromną skalę. Tu publicystyki ubranej w słowa czy rozważania bohaterów raczej nie znajdziemy, prędzej gorzką refleksję nad współczesną „jakością” świata i polityki.

Ale wróćmy do Nielsa Oxena. Ten niedoszły policjant i były żołnierz sił specjalnych, zmagający się z zespołem stresu pourazowego (bardzo traumatyczne wspomnienia z pobytu podczas wojny w byłej Jugosławii), odznaczony wieloma odznaczeniami świadczącymi o jego bohaterstwie na rzecz kraju, zostaje nam zaprezentowany przez Jensena w raczej nie najlepszym momencie jego życia. 

Oxen jest bezdomny, żywi się tym, co uda mu się wygrzebać ze śmietników. Popija alkohol i nie stroni od używek. Ogólnie prezentuje się raczej bardzo kiepsko. Jest w największym momencie swojej słabości. Może to właśnie spowoduje, że stanie się łatwym celem dla władzy aby pod pretekstem dawnych zasług zostać wciągniętym w śledztwo , którego rozmiary przybiorą rozmiary na niespotykaną wręcz skalę. A Oxen zmuszony będzie nawet opuścić granice rodzinnej Danii, aby ruszyć w ślad za pewnym tropem. 

Zaczynają bowiem ginąć osoby ze świata polityki i władzy. A ich zgony zapoczątkowane zostają przez zabicie psów, których właścicielami były ofiary. 

Oxenowi , który poniekąd całkiem możliwie może stać się jedynym podejrzanym, zostaje przedstawiona pomocnica, ambitna i silna Margrethe Franck. Od tej pory na barkach tej dwójki zostanie złożona odpowiedzialność za wykrycie kto też stoi za morderstwami. A także, co łączyło wszystkie te ofiary. Bo to, że ich śmierci nie są przypadkowe, to wie nawet ktoś mało zaangażowany w sprawę.

Czytało mi się tę książkę tak, jak pisałam, nieco zbyt rozwlekle, chociaż sama intryga mnie zainteresowała. Jak widzę, autor nie ma złudzeń co do współczesnej polityki, natomiast mam nadzieję, że poziom zła i zepsucia nie jest w przeciętnym państwie wyśrubowany do aż tak wysokiego poziomu. Oby tak było. Miałam też wrażenie, że jak na jedną część, „wpakowano” tu zbyt wiele postaci , tropów i wydarzeń ale być może to jedynie moje subiektywne odczucie, do którego przecież mam prawo. 

Moja ocena to 4.5 / 6.