„Made in China”. Michał Cessanis.

Wydana w Wydawnictwie Burda Książki. Warszawa (2018). 

Grałam o tę książkę na stronie wydawnictwa z pełną premedytacją. Jak bowiem niektórzy może wiedzą, interesują mnie współczesne Chiny. Kiedyś interesowałam się bardzo okresem Rewolucji Kulturalnej, zaczytywałam się w książkach czy to opartych na faktach czy poruszających w treści ten problem. Obecnie ciekawi mnie sam kraj a raczej jego spektakularny rozwój. I chociaż z bardzo wielu powodów na pewno tam nie pojadę , to tym chętniej „poznaję” go przynajmniej w taki sposób. Los mi sprzyjał i książkę udało się wygrać a więc z wielką przyjemnością przystąpiłam do lektury. I nie zawiodłam się.

Autor jest dziennikarzem pracującym w „National Geographic Travel”. Nie czytałam wcześniejszej jego książki ale „Made in China” bardzo mi się podobało. Nie jest to , i dobrze, żadna tam naukowa rozprawa socjologiczno społeczna na temat współczesnych Chin ale wycinki, kilka opowieści, relacji i subiektywnych odczuć Michała Cessanisa. Ja bardzo lubię takie książki, lubię w ten sposób poznawać dany kraj. Szczegóły i fakty naukowe są do sprawdzenia drogą książkową z innych źródeł, a czytając takie reportaże, spostrzeżenia i wrażenia z podróży pozwalają mi poczuć się tak jakbym na chwile znalazła się w opisywanym kraju, w tym przypadku w Państwie Środka.

I tak, czytając „Made in China” odkryłam (nie powiem, że było to radosne odkrycie), że z Chinami łączy nas narastający i nie dający się łatwo rozwiązać problem smogu. Przyznaję, że czytałam go z wielkim niepokojem, zwłaszcza dane o chorobach i zgonach spowodowanych właśnie zanieczyszczeniami powietrza. 
Opowieść autora o Chinach mogłaby być dość sztampowa, typowa, ale okazała się w kilku aspektach oryginalna i to bardzo mi się podobało. Na przykład rozdział o psach. O psim mięsie. I o ludziach, którzy starają się wyratować psy i uchronić je przed marnym ich losem, jaki może je spotkać. A pomagający mieszkają też w Polsce, nawet znany z radia dziennikarz pomagał przewieźć jednego psa z Chin do Polski. 

Mnie zainteresował też rozdział o chińskim chrześcijańskim Kościele podziemnym, a także o paryskiej chińskiej dzielnicy Belleville. I autor opisując ją nie ograniczył się do opisów restauracji z czerwonymi lampionami zawieszonymi przed wejściem a ukazał szereg ciekawych i ważnych spraw, które dotyczą tej dzielnicy a przede wszystkim ludności ją zamieszkujących.

Bardzo interesujące dla mnie było przeczytanie o Chińczykach mieszkających w Polsce od dziesiątek lat, o założycielu bodajże najsłynniejszej (bo pierwszej i jakże na tamte czasy założenia jej egzotycznej dla Polaków) restauracji chińskiej o nazwie „Szanghaj”, która mieściła się w Warszawie.  Zainteresował mnie też ogromnie rozdział o dwóch artystach z Polski, którzy poznali sztukę chińską, studiowali w Chinach chociaż w zupełnie odległych czasach. Jeden to Stanisław Tworzydło, który przed Rewolucją Kulturalną w Chinach miał okazję studiować tam na uczelni wyższej ceramikę. Drugi to jego uczeń, malarz urodzony kilkadziesiąt lat potem, Wiesław Borkowski. Jeśli wrzucicie w wyszukiwarkę jego nazwisko, i dodacie na wszelki wypadek słowo „malarz”, znajdziecie jego stronę bez trudu. Polecam, maluje naprawdę niesamowicie i jest chwalony nie tylko w kraju ale przede wszystkim w Chinach.

Oprócz tego są też rozdziały o noworocznej wędrówce, o hutongach, o Hongkongu i jeszcze inne. Myślę,że naprawdę ktoś, kto hobbistycznie interesuje się Chinami, nie powinien narzekać. Mnie się bardzo podobała ta książka jak również fotografie autora zamieszczone w niej. 

Przeczytałam ją z prawdziwą przyjemnością i polecam. 
Moja ocena to 5.5 / 6. 

Rocznica…

…której nie chcę. 

Dzisiaj mija siedem lat od śmierci Emilki. Zostałam przez los wtłoczona w rytm rocznic, których bym nie chciała. Od 2011 roku koniec kwietnia jest dla mnie mega trudny ,potem 3 maja, kiedyś moje imieniny, potem zmiana, oddałam ten dzień Emilce, jak to określiła moja przyjaciółka, miała rację . To Emilki był dzień. A dzisiaj, równo czternaście dni od Jej narodzin rocznica śmierci. Tamtego dnia nie padał deszcz, ale było zimno, zaskakująco dużo z niego pamiętam. I to pytanie dźwięczące wtedy w głowie „jak żyć?”. Jak żyć? Dalej. I z. Z najbliższymi i dobrze, że Są. Dalej. Wstawać każdego dnia i starać się nie myśleć. I tak jest tak, że nie ma dnia aby się to wszystko nie wróciło. To się może wrócić w jednej myśli, w jakimś odnośniku, w spojrzeniu na dziewczynkę, która jest w Jej wieku i mogłaby być moją córką, w czytaniu tego, co z córkami robią inne mamy i ta myśl, że ja nigdy i już. Nie lubię jak mnie ktoś poucza, że mam być wdzięczna za to czy za tamto bo nikt w mojej głowie nie siedzi i nie wie za co i w jakiej formie jestem wdzięczna. A jestem, jestem wdzięczna za to, co mam i za moich Bliskich, których mam przy sobie. Ale nie ma i nigdy nie będzie we mnie zgody na to co siedem lat temu stało się Emilce i co stało się nam. To nie tak miało być.
Pomyślcie dziś o Niej chociaż przez chwilę, proszę, będę Wam bardzo wdzięczna. 

truskawki…

Prowadzimy nieustająco w naszym domu interesujące dialogi. Jak chociażby ten dzisiejszy.

Jaś pyta się mnie „Nie będziesz jadła truskawek?”.

Ja „Nie, tak się objadłam lodami truskawkowymi, że nie mogę patrzeć na truskawki”.

P. najczęściej występujący jako głos z offu „Możesz jeść z zamkniętymi oczami”. 

W sumie mogę.

Kurtyna 😛

Czy umiesz się promować?

Tak mogłabym zatytułować dzisiejszy wpis. Nie ukrywam, ze pojawił się on niejako po przeczytaniu pewnego stwierdzenia w innym miejscu (nie chcę pisać za wiele bo wiem jak to jest, chce się dobrze a można komuś zaszkodzić). I zaczęłam myśleć jak to jest z tym promowaniem siebie. W różnych aspektach. Kiedy jesteś kimś, kto pisze na przykład (a nie promowaniem się jako matka roku czy idealna przyjaciółka :P). Pisze się jako autor, autorka lub prowadzi jakieś miejsce w sieci , gdzie słowo się liczy. Czyli na przykład blog, książkowy jak ja na przykład. Już wiem,że w tym medialnym wyścigu zostałam daleko za linią startu. Kiedy inni szykowali kopyta do biegu, ja najwyraźniej sprawdzałam tekst czy nie zawiera zbyt wielu błędów. Tak czy inaczej, w blogosferze istnieje mój blog już długo, w tym roku „stuknie” czternaście lat ale z pewnością nie mogę nazwać go blogiem najbardziej popularnym. Co nie oznacza, że nie cieszę się z każdego, podkreślam, każdego komentarza (nie dopuszczam jedynie tych komentarzy moderując, które są komentarzami mającymi reklamować usługi sprzedaży itd, szczęśliwie nie muszę). I wychodzi na to, że prowadząc blog prowadzę go faktycznie dla siebie i grona znajomych. Nie poznałam tajnik samopromocji, trochę pewnie to moja wina, bo nie wstawiam zdjęć, nie organizuję konkursów, po prostu piszę co mi w duszy gra po lekturze. Są wydawnictwa, którym to nie przeszkadza i tym jestem wdzięczna za chęć współpracy, są autorzy, którzy chcą abym czytała ich teksty bo to co piszę jest dla nich ważne i to mnie wzrusza bardzo. Tak to już jest i tyle. Ale. Ale. Mnie nikt nie wydaje ( w sensie, moich tekstów nie wydaje 😛 ) , ja z pisania nie zarabiam na życie. A autorzy owszem. Wiem, że pewnie nie wszyscy i większość z nich ma zawód wiodący a na życie z pisania mogą sobie pozwolić jedynie nieliczni. Ale to oznacza, że spora część autorek i autorów starając się zarobić na swoich książkach ma zgryz. Bo nie są zbyt promowani przez wydawnictwa. Ja oczywiście rozumiem aspekt finansowy całego przedsięwzięcia i rozumiem jak najbardziej mechanizm, czyli promujemy i polecamy jako wydawca to, co wiemy, że ma szanse się sprzedać i na czym zarobimy. Absolutnie nie oczekuję od kogokolwiek działalności charytatywnej (rozumiem, że wydawca ma czynsz do opłacenia i finanse dotyczące samej działalności gospodarczej a również po prostu chce też z tego czym się zajmuje wyżyć). Mówię tu o innym mechanizmie, który zauważyłam sama dawno już temu ale dzisiaj pewne słowa jakoś dały impuls do tego wpisu i ot co.

A jest to taki wpis, że mam ochotę o coś Was poprosić. Podajmy sobie nazwiska autorów (skupmy się dzisiaj na autorach polskich), których książki bardzo nam się podobają, które lubimy a które, jak się nam wydaje, nie są dość promowane. Już parę razy pisałam o kilku autorkach w tym kontekście, że według mnie piszą bardzo dobre książki, w swoich gatunkach literackich, którymi się zajmują , a wydaje mi się, że nie dość się je promuje. Ponieważ rozumiem, że autorka czy autor pisząc chcą nie tylko zarobić ale trafić do drugiego człowieka swoim słowem a przede wszystkim poczuć, że z drugiej strony jest autor, więc mogę zrozumieć poczucie rozgoryczenia jakie może towarzyszyć w chwili, gdy nie ma się wrażenia, że ktoś jest w stanie znaleźć naszą książkę w księgarni. I nie chodzi tu o książki wydane kilka lat wstecz ale całkiem jeszcze nowości. Ja wiem wiem, książka podobno teraz „żyje” trzy miesiące czy coś koło tego ale jako czytelniczka nie muszę mieć w sobie zgody na taką sytuację . I faktycznie jej nie mam. 

Długi wstęp (ale nie Bronisław, jak w Kubusiu Puchatku) ale uważam, że potrzebny bo chcę abyście zrozumieli o co mi z kolei chodzi. Nie o narzekanie , że nie promują, a o polecenie sobie i innym nazwisk autorek i autorów, co do których mamy wrażenie (może mylne, na pewno subiektywne, więc nasze własne), że nie są polecane, nie są często zauważane. I że szkoda aby inni czytelnicy, zwłaszcza ci, co do których gustu czytelniczego jesteśmy pewni, że jest zbliżony do naszego, nie poznali książek tych autorów. Bądź w chwili gdy się wahają czy po książkę danej autorki sięgnąć, przestali się wahać. 

Zebrałam „na gorąco” kilka nazwisk autorek i autorów, których książki ja lubię czytać. Będę bardzo Wam wdzięczna jeśli w komentarzach do tego wpisu napiszecie swoje typy, nazwiska autorów, których uważacie, że warto czytać ich książki. Wybór dotyczy głównie literatury obyczajowej (w moim przypadku chociaż jest i autor wspaniale napisanych biografii ale Wy możecie pisać o poetach i poetkach , co Wam w duszy czytelniczej gra). I naprawdę, proszę pamiętać o tym, że jest to MOJE SUBIEKTYWNE wrażenie, odczucie. Nikt z wymienionych autorów nie skarżył mi się (jakby co, służę uchem bądź ramieniem do wypłakania się i ulania emocji bo uważam, że trzeba z siebie wyrzucić to, co uwiera). Niektórzy mają za sobą już sporo napisanych książek, inni debiutowali. Nie ma reguł w tym wpisie, liczą się jedynie nasze odczucia. Mam nadzieję, że wpis ten nie stanie się przyczynkiem do jakichś niesnasków a jedynie do możliwości zaproponowania sobie nazwisk autorów, po których książki z jakichś powodów do tej pory nie sięgnęliśmy. Sama jestem ciekawa Waszych propozycji. 

Starałam się wypisać nazwiska w porządku alfabetycznym ale mogłam się gdzieś pomylić, nieważne, ważne, że kolejność znaczy li i jedynie porządek w alfabecie a nie większe bądź mniejsze upodobanie do książek danej autorki czy autora.

Joanna Bator, Alina Białowąs, Grażyna Jeromin-Gałuszka, Hubert Fryc, Wioletta Grzegorzewska, Anna Karpińska, Magdalena Kawka, Magdalena Knedler, Agata Kołakowska, Jolanta Kosowska, Katarzyna Misiołek, Ewa Nowak, Iwona Poczopko, Joanna Szarańska, Iwona Walczak, Małgorzata Warda, Mariusz Urbanek. 

Popromuję też własny blog 🙂 Przypominam, że możecie polubić stronę mojego blogu na Fb, wystarczy poszukać w wyszukiwarce fejsa Chiara76 i „wyskoczy” blog. Fota mnie czytającej w otoczeniu warmińskiej wsi sielskiej w zdjęciu profilowym to dodatkowy bonusik do polubienia strony, czyż nie? 😛

„W cieniu paproci”. Anika Stelmasik.

Wydana w Wydawnictwie Zysk i S-ka. Poznań (2018). Ebook.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Lubię czytać debiuty. Dlaczego? Bo debiut literacki jest jedną wielką niewiadomą. Jak to dzisiaj do kogoś napisałam, trochę jest z nim tak, że nie do końca wiadomo co się z niego wykluje. Bywa, że robaczek ale bywa, że barwny motyl. „W cieniu paproci” zainteresowała mnie w chwili gdy przeczytałam o niej pierwsze wzmianki. Nie ukrywam, że oryginalne imię autorki przykuło moją uwagę do opisu. Początkowo pomyślałam, że będzie to kolejna książka obyczajowa (do książek obyczajowych jak Wiecie, nic a nic nie mam, chętnie je czytuję) , ot, a tu przyjemna niespodzianka. Owszem, jest to książka obyczajowa, ale z ciekawymi bohaterami i interesującymi problemami, które opisuje. I pomimo, że nie opisuje jakichś niezwykle oryginalnych wydarzeń, to mnie zainteresowała, wciągnęła w swój świat, sprawiła, że „kibicowałam” jej bohaterom. 

Ładna okładka książki projektu pani Joanny Wasilewskiej wprowadza nas w treść książki. Jej akcja bowiem dzieje się głównie w kamienicy i w mieście, w którym mieszkają bohaterowie. Adam to niepełnosprawny artysta. Kiedyś pełen werwy, mieszkający również poza granicami Polski, po wypadku trafił na wózek inwalidzki by wieść życie samotnika w jednej z kamienic. Tam na najwyższym piętrze, odcięty od ludzi ( z wyjątkiem miłego listonosza, pana Wacława, który jest jego jedynym łącznikiem ze światem) maluje obrazy. Obserwuje z wysokości swoje podwórko, mieszkańców , w tym kobietę mieszkającą naprzeciwko niego. Adam jej nie zna ale my będziemy o niej czytali. Maria, bo takie nosi imię, to pięćdziesięcioletnia kobieta. Mieszka z mamą i rozpamiętuje dawną miłość do Jana. Chociaż mieszka z matką, czuje się samotna. Mimo, że się nie znają, Adama i Marię łączy poczucie odizolowania się od ludzi, samotności na swój sposób. Maria przynajmniej wychodzi do ludzi gdyż pracuje w domu opieki ale po pracy wraca do domu i można powiedzieć, że jej życie jest monotonne. 

Adam sądzi, że jego życie również będzie polegało na malowaniu dla siebie, malowaniu chałtur na zakupy (w tym sporych ilości alkoholu) i użalaniu się nad swoim losem. Do dnia gdy do jego mieszkania trafia niezwykle miła i aktywna dla ekologii Niki. Niki przychodzi do Adama w sprawie ekologicznych żarówek a udaje jej się nadkruszyć skorupę , którą się otoczył i zostaje jego znajomą. Nie ma to żadnego złego podtekstu, ot, samotny mężczyzna, który tak naprawdę łaknie kontaktu z drugim człowiekiem i fajna młoda osoba, która zresztą nawiedzać będzie Adama zarówno z przyjaciółmi ze szkoły jak i z młodszą siostrą Kasią.

W życiu Marii również zdarzy się coś, co sprawi, że uda się jej ruszyć do ludzi. Tytułowa paproć to roślina należąca do Marii, którą to rośliną kobieta opiekuje się z niezwykłą czułością. Ale czy uda się jej jeszcze znaleźć kogoś, kto zaopiekuje się nią samą? Nie jest w końcu na końcu drogi życia a raczej w jego połowie a poza tym, co ważne, w każdym wieku człowiek potrzebuje i zasługuje na uczucie, na bycie z innymi ludźmi.

„W cieniu paproci” to jak pisałam książka obyczajowa ale poruszająca ważne tematy, takie jak niepełnosprawność i wynikające z tego sytuacje, alkoholizm, samotność, przemoc wobec słabszych, nałożenie na kogoś młodego wielkiej odpowiedzialności, straty różnego rodzaju, w tym te najważniejsze. To wreszcie opowieść o tym jak łatwo jest zamknąć się w sobie niczym w skorupie żółwia i potraktować siebie samego najokrutniej gdyż uniemożliwiając sobie życie wśród innych, z miłością, przyjaźnią, wszystkim tym , co ważne i co sprawia, że chce się żyć. Również, co nie bez znaczenia, to przypomnienie o tym, że człowiek do miłości ma prawo również będąc osobą starszą, o czym przekonują Marię, pracującą w domu opieki dla osób starszych, właśnie jej podopieczni. 
„Człowiek jest stworzony po to, by się sobą dzielić, i w tym jest sens”. To zdanie pojawia się w tej książce i ja się z nim całkowicie zgadzam. 

Jeśli więc mam sobie życzyć debiutów, to właśnie takich, czyli ciekawych, dojrzałych, ważnych ale nie przekombinowanych. Takich akurat. Opowiadających historie możliwe do zaistnienia, z bohaterami, z którymi albo możemy się przynajmniej w części utożsamić bądź znamy tego typu osoby w naszym otoczeniu. Mnie podobały się postaci drugoplanowe, jak pan Wacław, listonosz, wspierający Adama jak i kochający wciąż tak samo swoją żonę. Ale właściwie każdy z bohaterów jest interesujący.

Moja ocena to 5 / 6. 

„Zaklinaczki”. Mariola Zaczyńska.

Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Warszawa (2018). Ebook. Data premiery 22.05.2018.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

„Zaklinaczki” są moją pierwszą książką Marioli Zaczyńskiej. I już wiem, że na pewno nie ostatnią, tak mnie wciągnęła i tak mi się spodobała. To dobrze. Cieszę się, gdy sięgając po nowe (dla mnie) nazwisko, pierwsze spotkanie jest udane i ważne. 

„Zaklinaczki” na okładce reklamowane są przez Wydawcę jako, cytuję, „Pean na cześć prawdziwej, dojrzałej przyjaźni”. No, z tą przyjaźnią nie do końca bym się zgodziła. A przynajmniej miałabym do tego określenia w tym przypadku sporo zastrzeżeń. Na pewno jednak można relację trzech kobiet po czterdziestce określić mianem „ważnej relacji”. Gabriela, Izyda i Ewa. Trzy kobiety, które nie układały razem widoczków, które nie grały w podchody czy w gumę na podwórku Siedlec, w którym to mieście dzieje się akcja książki. A połączyło tę trójkę nieprzyjemne wydarzenie. Które jednak stało się początkiem tej znajomości i relacji. 

Gabriela jedyna z trójki kobiet jest mężatką i ma dzieci, Bartka zaraz po studiach i osiemnastoletnią córkę Adelę. Ewa jest psychologiem pracującym w poradni i dodatkowo pomagającą fundacji zajmującą się kobietami, ofiarami przemocy. Ewa jest wysportowana i waleczna, bardzo skryta. Żyje sama w domku pod miastem. Podobnie jak trzecia, Izyda, nie otwiera się na innych, pokazuje innym jedynie to, na co sama się zgadza, nie uda się z niej wyciągnąć żadnych zwierzeń dotyczących przeszłości. To zdecydowanie łączy ją z Izydą, z którą to nic więcej specjalnie jej nie łączy. Izyda, to nauczycielka plastyki w szkole. Poznajemy ją w chwili gdy nie wie co dalej z jej trwającym ponad piętnaście lat romansem. Izyda jest pięknością , łudząco podobną do Sharon Stone, noszącą się elegancko i na pewno nie ubierającą się w sieciówkach. Jej znakiem rozpoznawczym są noszone przez nią zawsze perły, których ma istną kolekcję, której nie powstydziłby się niejeden sklep jubilerski. Wstęp ten ma pokazać Wam dlaczego nie do końca uznałabym znajomość tych trzech pań za przyjaźń. Właściwie jedynie Gabriela sądzi o nich, że są przyjaciółkami. Jednak gdy potrzebuje wsparcia i pomocy, okazuje się, że właściwie jest całkiem sama. W chwili gdy ją poznajemy, Gabriela zaczyna mieć poważne problemy w małżeństwie. Jej mąż to praktykujący katolik, dla którego przed ślubem Gabi przyjęła chrzest. Sama odnajduje jakiś rodzaj spokoju i ukojenia w religii, co dziwi jej matkę, przeciwniczkę i zięcia i decyzji córki o chrzcie i ślubie kościelnym. Rodzice Gabrysi jednak na stałe mieszkają w Niemczech, dzwonią okazjonalnie a głównie czyni to mama, która dzwoni na ogół ponarzekać na sytuację polityczną współczesnej Polski. O współczesnej sytuacji Polski bowiem w tej książce również będzie. Autorka wzięła, że się tak może nazbyt kolokwialnie wyrażę, „na tapetę”, znane sobie miasto jakim są Siedlce. Tak więc w książce Siedlce staną się soczewką, w której skupiają się wszystkie współczesne bolączki i problemy naszego kraju. Nepotyzm polityczny, decyzje polityczne podejmowane niekoniecznie w gabinetach polityków a według klucza i sympatii nie zaś według kompetencji i wiedzy. Polityka realnie i boleśnie wpływająca na życie tak zwanego „szarego człowieka”. Przyznam, że Siedlce są mi nieznane. Słyszałam o nich w kontekście festiwalu „Pióro i pazur. Festiwal Literatury Kobiet”, który to jednak po zdaje się pięciu zaledwie latach działalności musiał zakończyć działalność (powodem było oczywiście okrojenie funduszy na ten projekt). Zadziwiające i zastanawiające jest dla mnie czemu władze miasta podjęły taką decyzję, skoro jak widać , mogło to się stać jednym z niewielu (przykro mi to mówić ale tak właśnie jest) znaków rozpoznawczych Siedlec. Najwyraźniej jednak nie liczy się to na tyle by promować miasto taką drogą. Szkoda. 

Nasze polskie piekiełko jednak to nie jedyny ciekawy motyw „Zaklinaczek”. Ciekawe oczywiście są same bohaterki, z których każda ma jakiś sekret, który ją gnębi i uwiera. Dodatkowo jedynie Gabriela może stwierdzić, że jak dotąd wiodła w miarę spokojne życie. Przeszłość Ewy i Izydy bowiem dalekie są od sielanki i szczęścia. Jednak na swój sposób obie dały sobie radę i podniosły się ze złych doświadczeń. Ewa na zajęciach sportowych, na które uczęszcza, nosi nawet przezwisko Feniks jak ta, która odrodziła się z popiołów. Stopniowo poznajemy życie trzech pozornie niewiele mających ze sobą wspólnego znajomych i będziemy towarzyszyć im w ich większych i mniejszych problemach czy wręcz dramatycznych wydarzeniach jakie będą miały miejsce. Bardzo mi się ta relacja podobała. Trochę jestem zmęczona oklepanym motywem „przyjaciółek z dzieciństwa”, które po latach oczywiście znów lądują zrządzeniem losu w mieście dzieciństwa i jedząc sobie z dziubków wspierają się jak mogą. Tu nie ma słodu i lukru. Jest życie. Z jego miłymi i mniej miłymi historiami. Z mężem , z którym po latach zaczyna się odczuwać znużenie i którego zaczyna podejrzewać się o romans, z zawistnymi współpracownikami, którzy w ramach wydumanych idei potrafią człowieka powiedzonkowo utopić w łyżce wody. Z zazdrością wynikającą nie zawsze wiadomo z czego. Życie po prostu. Jednak ta szorstka jak stwierdzam przyjaźń faktycznie pod koniec książki otrzyma możliwość rozwinięcia się i jednak zmiękczenia dotychczasowych kantów. I nawet Gabriela, która poczuła się najbardziej oszukana w dotychczasowym układzie poczuje, że ma obok siebie kogoś, na kogo może liczyć w trudnych chwilach. 

Ta książka wciąga , losy bohaterek są ciekawe a dodatkowym plusem jest obserwacja rzeczywistości, w której żyjemy, której dokonała autorka. Plusem są też barwne postaci drugoplanowe jak żywiołowa Stefania (ja akurat miałam jej chwilami dosyć i chyba w rzeczywistości z kimś takim bym się ścięła ale barwności nie można jej odmówić;)). 

Moja ocena to 6 / 6. 

odnaleźliśmy swoje miejsce na ziemi…

…a na pewno zrobił to Jaś. Majówkę w tym roku, podobnie jak zeszłoroczną, spędziliśmy w naszej miejscówce na wsi sielskiej warmińskiej, którą to miejscówkę zupełnie przypadkowo znalazł P. szukając czegoś w roku 2016 po tych nieudanych pierwszych wakacjach, które miały być wakacjami, a które wakacjami nie były. Od tego czasu Jaś tak się zakochał w tym miejscu z dobrym klimatem, że nie chce jeździć nigdzie indziej. Tak więc ten wyjazd był już czwarty 🙂 
Odpoczęliśmy. Pogoda, odwrotnie niż w zeszłym roku, postanowiła nas rozpieścić. I chociaż pierwsze prognozy na weekend świąteczny były raczej niezbyt optymistyczne, na miejscu okazało się, że jest super. Praktycznie cały czas było słonecznie i ciepło, w sumie to tak, jak w zeszłym roku gdy byliśmy tam latem. Jaś wybawił się z wszystkimi psami i kotami, miał nawet przez chwilę towarzystwo. Oczywiście tradycyjnie wieczorem zbierał jaja w kurniku i okolicy (nie wiedziałam, jaką pomysłowością cechują się kury w przypadku znoszenia swoich jaj). 

W tle klekot bocianów, klangor żurawi. Na spacerach po okolicy słyszane kukające jak oszalałe kukułki (pewnie właściwie jedna lub dwie:) ), trznadle, skowronki, słowiki ! Najlepszy był ten z koncertem dawanym w środku dnia parku pod zamkiem w Reszlu. Widzieliśmy nawet ptaka drapieżnego, najprawdopodobniej błotniaka stawowego, który , ekhm, cóż, niósł młodym przekąskę w postaci żaby (nie ma to jak dobry zoom w aparacie). 

Może ktoś z Was 3 maja wspomniał o naszej małej Emilce, Księżniczce Snu, która gdyby żyła, wtedy właśnie świętowałaby swoje siódme urodziny. Nie chce mi się wierzyć, że ten czas biegnie tak szybko, pamiętam ten dzień doskonale a to już minęło tak długo. 

Jednym słowem jeśli odnieść się do tego co zwykła mawiać moja Ciocia, czyli „każdy ma taki urlop, na jaki sobie zasłużył” to wychodzi na to, że zasłużyliśmy sobie na niego bardzo.

Mam nadzieję, że i Wasza majówka minęła przyjemnie. 

„Woda wiecznej młodości”. Donna Leon.

Wydana w Oficynie Literackiej Noir sur Blanc. Warszawa (2018). Ebook.

Przełożyła Małgorzata Kaczarowska. 

Tytuł oryginalny The Waters of Eternal Youth.

To była jedyna książka, którą przeczytałam podczas majówki. Donna Leon jest jedną z moich ulubionych autorek. Sięgam po każdą jej książkę i generalnie nie czuję się zawiedziona. Nie zmogłam jedynie „Kwestii wiary”, do której podchodziłam dwa razy i trudno, najwyraźniej nie jest to „moja” książka.

„Woda wiecznej młodości” po raz kolejny zwiera stałe punkty programu opisywanego w kryminałach autorstwa Donny Leon. Czyli kolejny raz komisarz Brunetti i jego żona, Paola, mają dobę z gumy chyba bo i czas na pracę z przerwami na wino czy kawę jest, i czas na wspólną, niespieszną kolację rodzinną. I po kolacji małżeństwo spokojnie rozsiada się aby porozmawiać. Trochę zazdroszczę bo odczuwam nieustający niedoczas no ale, nie jestem komisarzem Brunettim mieszkającym w Wenecji, czyż nie? 🙂
Są też wypowiadane słowami bohaterów troski o stan współczesnej Wenecji z jej zalewem turystów, z jej korupcją władz, z jej bolączkami. Są też walczący o dawny stan i klimat miasta.

Z jedną taką  osobą,której dobro Wenecji leży na sercu,  przyjaciółką teściowej, spotyka się Brunetti. Ta arystokratka nie może odczuć spokoju. Piętnaście lat wstecz jej wnuczka znalazła się w jednym z kanałów weneckich. Po wyciągnięciu nastoletniej dziewczyny na brzeg, nic już nie było takie samo. Zbyt długie przebywanie w wodzie stało się przyczyną tragedii. Dziewczyna przeżyła, jest już trzydziestoletnią kobietą ale zatrzymała się na poziomie umysłowym dziecka a nawet cofnęła w stosunku do tego w jakim była wieku w chwili tragedii. Arystokratka oczywiście nie spotyka się z komisarzem Brunettim aby wylewać przed nim żale. Ale po to aby poprosić go o to by jej pomógł. Otóż nie wierzy ona w to, że znalezienie się Manueli w wodzie było przypadkowe. Manuela została wyciągnięta na brzeg przez mężczyznę nadużywającego alkoholu, któremu już w chwili wypadku nie uwierzono,  że widział on jakiegoś mężczyznę wpychającego celowo dziewczynę do wody.

Babcia Manueli chce sprawiedliwości a przynajmniej potwierdzenia tego, w co wierzy, czyli, że nie był to wypadek a zbrodnia. 

Brunetti początkowo zgadza się właściwie jedynie dlatego pomóc starszej pani , że jest ona przyjaciółką jego teściowej. Z czasem jednak orientuje się, że ów alkoholik najprawdopodobniej miał rację. I zaczyna swoje śledztwo w tej sprawie.

To chyba pierwsza książka Donny Leon, która aż tak mnie wzruszyła. A wzruszyła mnie aż do łez, które pojawiły się podczas ostatniego zdania kryminału. To nie jest lekka książka. Opisuje jeden z koszmarów każdego rodzica, czyli nieodwracalną krzywdę i wręcz fizycznie wymierną szkodę poczynioną na dziecku. Czytało mi się to bardzo trudno. Atutem i czymś, co łagodzi ów smutek jest koniarstwo. Jazda na koniach okaże się terapią, nie dla jednej bohaterki książki. Pewna klacz o imieniu Petunia stanie się dla kogoś podwójnie ważna. 

Mimo trudnego i po prostu dość przygnębiającego motywu tej książki, chociaż dziwnie to może zabrzmieć ale podobała mi się ona bardzo i czytało mi się ją dość szybko. Wydaje mi się, że ta książka jest nieco inna od pozostałych książek Donny Leon. Nacechowana wielką emocjonalnością, wielkim poziomem emocji i wzruszeń. Czy okaże się to być stałą tendencją w kryminałach autorki? O tym zapewne przekonam się podczas lektury następnej książki jednej z moich ulubionych autorek.

Moja jej ocena to 5.5 / 6.

„W ciemnym, mrocznym lesie”. Ruth Ware.

Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Warszawa (2017). Ebook.

Przełożyła Ewa Kleszcz.
Tytuł oryginalny In a Dark, Dark Wood”. 

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa.

Od lutego jest już na naszym rynku kolejna książka Ruth Ware, nosząca tytuł „Dziewczyna z kabiny nr 10” więc poczułam się zmotywowana aby przeczytać debiut autorki. Starając się nie sugerować ocenami,które nie były może bardzo wysokie, sięgnęłam i …mnie się bardzo podobało i ta książka mnie wciągnęła. Owszem, od razu to napiszę, widzę wtórności, widzę to, co czytałam już tyle razy w innych thrillerach i kryminałach. No ale powiedzmy sobie szczerze, baza pod coś takiego jest dość ograniczona. Nie wiem, być może potrzebowałam właśnie takiej książki w danym momencie, że nie czuję się nią zawiedziona, w każdym razie miałam to, czego oczekuję po dobrym thrillerze, czyli wartką akcję, niepokój, narastającą atmosferę grozy, wreszcie to, co przewidujemy od samego początku lektury czyli śmierć, a właściwie morderstwo. 

Zapewne każdy z nas widział czy to w rzeczywistości czy na fotografii dom w lesie mający szklane powierzchnie. Wygląda to spektakularnie i w komentarzach pod takim zdjęciem czyta się na ogół głosy zachwytu zarówno nad pomysłowością architekta jak i nad możliwością wspaniałych widoków, jakie mają co dzień mieszkańcy takiego domu. Ja prawdę mówiąc nie jestem wielką zwolenniczką tego typu architektonicznych rozwiązań. Chyba nie mam potrzeby aż takiego wystawiania się na widok publiczny (nawet jeśli taki dom położony jest na odludziu) a ponadto zawsze zastanawia mnie kwestia ptaków. Czy nie są zwiedzione szklaną taflą, czy nie tłuką się lub wręcz czy nie giną uderzone w masywne szkło. Nie wiem, ciekawa byłaby tu odpowiedź architekta.

A cały ten wstęp architektoniczny był ku temu aby wyjaśnić, że taki właśnie „szklany” dom, położony na pustkowiu w prowincji daleko od Londynu, stanie się miejscem wydarzeń, o których czytałam w tej książce.

Bohaterką i narratorką jest Nora, Leonora,która chce aby mówić do niej Nora, której losy poznajemy częściowo współcześnie a częściowo cofając się parę dni wstecz gdy Nora przybywa do szklanego domu wraz z koleżanką ze szkoły, Niną. Nina została zaproszona na ślub wspólnej koleżanki jej i Nory, Clare. Nora zaś zaproszona została jedynie na wieczór panieński Clare. Dziwna sytuacja i dziwne rozwiązanie. Po co Clare, z którą Nora nie widziała się aż dziesięć lat i z którą nie utrzymywała żadnego kontaktu, miałaby zapraszać ją akurat teraz na swój wieczór panieński? Nora nie ma ochoty jechać na to dziwnie zaaranżowane spotkanie po latach ale Nina namawia ją i w rezultacie zjawiają się w piątek w szklanym domu położonym daleko w lesie, z dala od głównej szosy. Osób zostających na weekend w domu będzie niewiele, grono kameralne, składające się z sześciu osób. Flo, organizatorka imprezy to największa obecnie przyjaciółka Clare. Nora i Nina to znajome Clare ze szkoły. Dochodzą jeszcze Melanie, znajoma ze studiów i Tom, znajomy z teatru, w którym pracuje Clare. 

Od samego początku atmosfera będzie dziwna. Szóstka ludzi wzajemnie zna się częściowo, że się tak może nieelegancko wyrażę. Nigdy nie tworzyli jednej zgranej paczki czy przynajmniej grona znajomych więc trudno jest im znaleźć wspólne tematy do rozmowy. Melanie jest matką, która pierwszy raz zostawiła z ojcem swojego półrocznego synka i więcej skupia się na tym, że w domu nie ma zasięgu dla żadnej sieci telefonii komórkowej niż nad zabawą. Działa telefon stacjonarny ale i on od pewnego momentu zawiedzie. Dom jest urządzony w stylu minimalistycznym, wydaje się być chłodny i nieprzyjemny, na pewno nie sprawia miejsca gościnnego i takiego, w którym miło spędza się czas. Dom odpycha jakby chciał ostrzec szóstkę ludzi przebywających w nim, że stanie się dla nich miejscem niebezpiecznym jeśli nie pułapką. Na pewno uczucie grozy i nieprzyjemną atmosferę wzmaga wisząca na ścianie strzelba. I chociaż nie jest podobno nabita a ciotka używa jej do strzelania ślepakami aby przegonić zwierzynę, nie nadaje atmosferze i nastrojowi ciepła. 

Flo , ogarnięta niemal obsesją urządzenia najlepszego na świecie wieczoru panieńskiego dla najlepszej na świecie przyjaciółki, jakby tego nie zauważała, że zabawa się nie klei. Organizuje a to zagadki a to popijawę, w czasie której korzysta się nie tylko z alkoholu ( i to w nadmiarze) a to wypad na strzelnicę, gdzie towarzystwo po odpowiednim przeszkoleniu ma strzelać  do rzutków. Nic się nie klei, Flo zachowuje się dziwnie gdy ktokolwiek z towarzystwa ośmiela się zakwestionować jej pomysły na „najlepszy wieczór panieński” i ogólnie my jako czytelnicy nic tylko czekamy, co złego się wydarzy. Bo, że nic dobrego, tego jesteśmy pewni. 

I staje się zło, a potem jest już tylko tocząca się lawina i następstwa zła. 

Owszem, mogę się „przyczepić” do tego i owego. Że te motywy już znam, że znów młoda kobieta, która budzi się w szpitalu z zanikiem pamięci (odnoszę wrażenie, że w Wielkiej Brytanii wybudowano specjalny oddział ratunkowy dla ofiar thrillerów brytyjskich autorów:) ) ale nic nie poradzę na to, że mnie ta książka ogromnie wciągnęła i że z chęcią sięgnę po kolejną książkę tej autorki, o której wspominałam na początku tej recenzji. Podobała mi się klaustrofobiczna atmosfera książki, zamknięty dom, ścisły i kameralny krąg podejrzanych. To tworzyło atmosferę tej książki. 

Moja ocena to 5 / 6.

„Moje wielkie ruskie wesele”. Anna Mandes-Tarasov.

Wydana w Wydawnictwie Edipresse. Warszawa (2017). Ebook.

Za co kocham książki? Za to, że przenoszą mnie w inny świat? Że dzięki nim podróżuję niemal fizycznie zwiedzając opisywane miejsca ale również poznaję innych ludzi z ich innymi poglądami, stanowiskami, zaletami i wadami. Za to, że czasem czytam jakąś książkę i „klik!” po prostu „zaskakuje”, tak, że myślę sobie „O, z tą babeczką to wybrałabym się na kawę bez dwóch zdań”. Tak właśnie było podczas tej lektury z nieco przewrotnym ( i wiem, że niektórych nieco odstraszającym ) tytułem. 

Jak się stało, że w ogóle sięgnęłam po tę książkę? Przyznaję się, że zupełnie przypadkiem. W zeszłym roku przeczytałam na „Książka zamiast Kwiatka” interesującą recenzję tej książki autorstwa Grażyny Strumiłowskiej i to właśnie ta recenzja spowodowała, że nabyłam ebook. Zaczęłam czytać ale…coś wtedy nie zaskoczyło a może nagle pojawiła się jakaś inna książka, która wciągnęła. Szczerze, zupełnie nie pamiętam. Ale teraz, kiedy Indridason zaczęty („Czarne powietrza”, które zaczęłam, nie szły i porzuciłam)  nie poszedł mi zupełnie i szukałam czegoś do czytania, spytałam na stronie mojego blogu na Fb o radę, podając kilka tytułów. I dwie osoby głosowały za tym tytułem więc do niego wróciłam i…to był niesamowicie udany powrót. 

Książka napisana jest z wielkim poczuciem humoru. Wiele razy naprawdę bardzo się śmiałam. Podobało mi się, że pomimo, że niektóre dane autorka zmieniła, to widać, że faktycznie „Moje wielkie ruskie wesele” jest oparte na własnych doświadczeniach autorki. Jesteśmy w podobnym zdaje się wieku i świetnie czytało mi się najwcześniejsze części książki z opisem rzeczywistości po przełomie ustrojowym gdy runął świat komunizmu a świat kapitalizmu z dnia na dzień stanął przed nami otworem. Tak się interesująco zdarzyło, że akurat w pierwszą podróż zagraniczną wybrałam się do Francji. Nie do samego Paryża ale wyprawa do Paryża wtedy owszem, była. 

Anna w okresie transformacji ustrojowej zyskuje szansę wyjazdu na zagraniczny staż. Trafia do Paryża. Tam poznaje innych rówieśników z krajów byłych Demoludów. Z którymi dziwnym trafem jest jakiś lepszy kontakt niż z rówieśnikami z Francji. 

Na wyjeździe poznaje szerokie grono młodzieży, w tym osoby z byłego ZSSR. Misza to jedna z tych osób, którego to Anna pozna zresztą w dość niezwykłych okolicznościach. 

Ich związek jednak jakby nie dość z góry naznaczony historycznymi traumami, zostanie po raz kolejny wystawiony na próbę gdy Anna wróci do Polski po tym jak po zamachach na WTC o powrót do Polki poprosi ją mama. 

No ale już sam tytuł szczęśliwie zapowiada, że gdzie w grę wchodzi miłość , tam szczęśliwie nie takie rzucane kłody pod nogi nie mają szansy zostać zniszczone. I do wesela Polki i Rosjanina dojdzie. Do samego czasu wesela jednak będzie i trudno i śmiesznie, i skomplikowanie i zabawnie. Szykowanie się do ślubu z obcokrajowcem to wyzwanie a dodatkowo wiadomo, że każdy chce aby ten dzień był jednak ładny i niezapomniany. 

Co mi się podobało w tej książce to styl autorki, który przypomniał mi pierwsze lata po upadku komunizmu w Polsce, przywołał trochę wspomnień z mojej pierwszej wyprawy do Francji. Niesamowicie przyjemne też jest w niej to, że Paryż i Moskwa (głównie jednak Paryż) są równorzędnymi bohaterami książki. Ja na przykład pomagając sobie internetem popodróżowałam sobie Paryżem śladami Anny i Miszy. I nawet podczas tej podróży chyba znalazłam ładny i zadrzewiony skwerek, który pamiętam z naszej wyprawy do Paryża chyba już dziesięć lat temu. 

Z kolei opisy krótkiego i intensywnego pobytu Anny w Moskwie umilał mi chichot bowiem opis i perturbacji wszelakich ale nadto „złośliwych ciotek” zostanie w mej pamięci na długo. Zwłaszcza opis zakupu sera holenderskiego kiedy się chciało ser szwajcarski (bądź na odwrót).

Tak, ta książka jest po prostu fajna. Obyczajówka z elementami biograficznymi, bezsprzecznie. Z opisanymi miłymi ludźmi, którzy się wspierają i pomagają sobie kiedy potrzeba. Z poczuciem humoru, takim jakie lubię. Jest też szczęśliwa miłość mająca urocze zakończenie. No i nawet dla takiej biżuteryjnej sroki jak ja znalazł się malutki bonusik w postaci opisywanego pewnego starego i ważnego pierścionka ze szmaragdem. 

Bardzo mi się podobała ta książka i cieszę się, że wróciłam do jej lektury. Polecam. 

Moja ocena to 6 / 6.