Poniedziałkowa Rocznica Blogu

W poniedziałek (30.07.2018) będę celebrowała równe czternaście lat od dnia powstania mojego blogu. Ponieważ zamierzam wypoczywać na wsi warmińskiej (chociaż niektórzy twierdzą, że granica właśnie w tym miejscu pomiędzy Warmią a Mazurami jest dość płynna więc właściwie nigdy nie wiem gdzie konkretnie jesteśmy, na Warmii czy na Mazurach? 🙂 ) więc nie wiem czy będę pamiętała o wpisie , niemniej jednak jakby nie to tu wpisuję, że cieszę się, że te czternaście lat temu zaczęłam pisać blog. No ale właściwa data to ta poniedziałkowa, jakby co 

Pozdrawia Was Dinozaur blogowy – Chiara76. 

 

🙂

miało być o zaćmieniu Księżyca…

…a będzie i o tym i o tym, że Odeszła Kora. 

Widziałam dużo tekstów , że to wczorajsze zaćmienie Księżyca było nie takie jak się ktoś spodziewał, że Księżyc mały itd. My oglądaliśmy z balkonu, Księżyc wyglądał pięknie. Na zewnątrz sporo ludzi, rodzinne wyprawy, z aparatami bądź nie. Byli też tacy, którzy szli obojętni na ten niezwykły spektakl. Nie do końca rozumiem, dla mnie to zawsze „coś” i ogromnie się cieszę, że mogliśmy zobaczyć to razem, P. Jaś i ja. Dla mnie to niezwykła sprawa. Ja założyłam lepsze okulary :), Jaś wspomagał się lornetką, P. robił zdjęcia. Wspomnienie na zawsze. 

A dziś rano wiadomość o śmierci Kory. Wielki smutek. 

Myślę „Kora” i od razu przed oczami niepokojący teledysk z piosenki Lucciola , z dzieciństwa pamiętam. Kora w tamtym ponurym, komunistycznym czasie, gdy ludzie nie wydawali się mieć zbyt wiele wspólnej radości a świat raczej był w tonacji szarości, wydawała się być niesamowitym, barwnym ptakiem wśród otoczenia. Do tego głos, który rozpoznawalny niewątpliwie, i wystudiowany oryginalny wygląd. 

Druga piosenka, którą uwielbiałam to „Cykady na Cykladach”. Słuchałam i niemal byłam tam właśnie, w rozgrzanej słońcem Grecji i bawiłam się w te wciąż ciepłe noce w rytm piosenki. 

Niezapomniana. Wyrazy Współczucia dla Rodziny i Bliskich Kory. 

„Uczucia zaklęte w kamieniu. Stacja Jagodno”. Karolina Wilczyńska.

Wydana w Wydawnictwie Czwarta Strona. Poznań (2018).

Gdyby nie fakt, że książka ta została już dawno wydana, gdy czytałam poprzednią część cyklu „Stacja Jagodno” pod tytułem „Dom pełen słońca”, o której pisałam w tym wpisie, pomyślałabym, że Karolina Wilczyńska wysłuchała narzekań i jojczenia wiernej czytelniczki 🙂 

Po poprzedniej czytanej przeze mnie książce potrzebowałam czegoś ciepłego, serdecznego. Tak, takiej bajki dla dorosłych, w której ludzie są dla siebie wzajemnie serdeczni, w której wszystko prędzej czy później się układa.  Tego spodziewałam się właśnie w książce Wilczyńskiej i to otrzymałam. A oprócz tego jeszcze więcej. Bo i autorka w tej części podomykała pewne wątki z części poprzedniej,  i ponownie zostawiła otwarte zakończenie pewnych spraw i teraz przyjdzie mi czekać do jesieni, gdy ma się ukazać następna część aby dowiedzieć się co wspólnego z tajemniczą i utalentowaną Leą ma pani Zofia. Bo to, że coś je łączy , o, to nie ulega wątpliwości. 

„Uczucia zaklęte w kamieniu” to tytuł odwołujący się do treści. Jak to w tym cyklu bywa, poznajemy nową postać, Leę. Ta projektantka biżuterii zjawia się w Jagodnie niby przypadkiem. Ale widać, że los zawiódł ją w te strony nieprzypadkowo. Złe doświadczenia sprawiły, że postanowiła zamknąć się na miłość, nie chce z nikim się wiązać. Pewna starsza osoba (wyjątkowo nie będzie to Babcia Róża), uświadomi jej, że nie jest to najlepsze rozwiązanie. Ale sądzę, że o tym jak bardzo jest to prawdziwe, Lea przekona się dopiero w następnej części. 

Jak zwykle oczywiście losy znanych nam i lubianych bohaterów też się w tej części rozwijają i zapewniają ciekawe kontynuacje w następnych częściach cyklu. 

Bohaterowie znów wzajemnie się wspierają w gorszych chwilach, radują swoim i innych sukcesami i szczęściem, są dla siebie wsparciem. Zostały w tej części podjęte ważne decyzje w życiu tych bohaterów, którym się te decyzje od bardzo dawna należały. Są też zawirowania uczuciowe, które nie wiadomo co końca czym zaowocują w przyszłości. 

Ta część podobała mi się o wiele , wiele bardziej od poprzedniej i to mnie cieszy bo na następną część „Stacji Jagodno” będę znowu po prostu bardzo czekała. 

Moja ocena tej części to 6 / 6. 

sytuacja w Grecji…

…te ogromne połacie pożarów, niszczycielska siła , tyle ofiar ( w tym dwójka Polaków) , bardzo to wszystko mnie dzisiaj przygnębiło i zmartwiło. Wiem, że tamte regiony z pożarami walczą regularnie ale chyba po raz pierwszy od dłuższego czasu aż tak to wszystko się potoczyło (mam wrażenie, że z dziesięć lat temu było podobnie ale chyba aż tyle ofiar śmiertelnych wtedy nie było). Okropnie mi dziś przykro 😦 

„Wiedźmy na gigancie”. Małgorzata J. Kursa.

Wydana w Wydawnictwie Lucky. Radom (2018). 

O książkę grałam celowo i z premedytacją w konkursie na stronie Książki zamiast Kwiatka na Fb a to dlatego, że właśnie kulisy pracy tego miejsca, inicjatywy są w tej książce częściowo (bo nie jestem taka naiwna aby wierzyć, że całkowicie) zdradzone 🙂 

No ale oczywiście nic w tej książce nie jest nazwane wprost i żadna autorka bądź autor nie zostali wymienieni z imienia i nazwiska. Natomiast, osoba bardziej wnikliwa i siedząca w polskim światku literackim zapewne bez problemu „zidentyfikuje” bohaterów książki. Ja od razu się przyznaję , najwyraźniej nie jestem aż tak wnikliwa jakbym o sobie myśleć chciała bądź, co również prawdopodobne, nie śledzę ploteczek z życia polskich autorów bo zwyczajnie od pierwszej chwili rozpoznałam dosłownie dwie czy trzy osoby. Potem ktoś mi dopomógł ale kto, to pozostanie tym razem moją słodką tajemnicą. 

Druga sprawa, jaka do mnie dotarła po przeczytaniu tej książki, to utwierdzenie się w tym, co podejrzewałam, czyli że aby pisać i wydawać w Polsce, najpewniej trzeba mieć jednak w sobie sporo siły, odporności na ludzką zawiść i chyba być o wiele, wiele mniej wrażliwym niż jestem ja. No ale nie wiem .

„Wiedźmy na gigancie” to opowieść o literackiej agencji o nazwie TERCET. Ongiś personel składał się z zapewne trzech pań, obecnie to cztery panie i jeden pan. Piastujący w tej agencji literackiej funkcję sekretarza, a nazywanego sekretarkiem. Muszę  przyznać, że ogromnie mi się to określenie podoba. A wiec TERCET to:  założycielka Majka Potoczek, Anka Klejnik, Gośka Knypek, Ida Złotowska i Paweł Chmura (były policjant, co nie będzie bez znaczenia dla akcji książki). Jest też sunia Muza, rozpieszczana przez wszystkim i mająca „psiego nosa” w stosunku do osób, które są w porządku. 

TERCET jest mocno opiniotwórczy w środowisku literackim i biada temu, kto z tą grupą zadrze. A jednak, udaje się to niejakiemu Adamowi Grandzikowie, zapatrzonemu w swoje ego i nie mającemu krytycyzmu w stosunku do tego, co pisze, autorowi humorystycznych kryminałów. Czujący się wiecznie niedoceniany, usiłuje on zawrzeć sojusz z pewną popularną popularnością nieco niezrozumiałą autorką książek obyczajowych. Ten sojusz okupiony zostanie jednak wytoczeniem dział dla wiedźm, czyli pracownic TERCETU. Kiedy zostaje ogłoszona wojna, nie ma zmiłuj. I, jak się szybko okaże, wiedźmy w walce nie biorą jeńców. 

Adam Grandzik powodowany chęcią zemsty za potraktowanie go przez wiedźmy, wespnie się na wyżyny swojego ego i wymyśli sposób na pozbycie się wiedź. Ale ups, coś chyba wymknie się spod kontroli. 

„Wiedźmy na gigancie” to zabawna ale i bardzo ironiczna a wręcz cyniczna historia opowiedziana z poczuciem humoru ale i gdzieś tam przemyconą gorzką refleksją, że na naszym rynku nie jest tak różowo. Że być może, zwłaszcza po kolejnych Targach Książki, strony wydawców czy prywatne strony autorskie zapełniają się zdjęciami uśmiechniętych i przytulających się wzajemnie autorów ale rzeczywistość aż tak różowa i wesoła nie jest.

Wciąż jednak mam nadzieję , że i w tym świecie jednak zdarzają się prawdziwe przyjaźnie a przynajmniej szczere, normalne relacje a nie zawiść i chęć zniszczenia konkurentki czy konkurenta.

Obrazu dopełnia barwna i z pewnością nietuzinkowa galeria pobocznych bohaterów i postaci, które przewijają się przez tę książkę. Z pewnością odkrywanie kto jest kim wśród autorów stanowić może źródło uciechy i rozrywki. I stanowić początek rozważań czy jest faktycznie tak, jak to przedstawiono w książce czy jednak jest to jedynie literacka fikcja. Do przemyślenia 🙂 

Moja ocena to 4.5 / 6. 

 

ja cię kocham a ty…

-Mamoooo!!! – słyszę zawołanie mojego Syna. 

-Słucham? – również nieco krzyczę bo jestem pod prysznicem (ale w sumie już kończę).

– Ja cię kocham! – donosi Jaś. 

– A ty śpisz .. – odzywa się tradycyjnie głos z offu *

 

 

* właściwie chyba powinnam już zaznaczyć na początku opowieści , kto jest zawsze tym głosem .

 

Kurtyna. 🙂

„Dom pełen słońca. Stacja Jagodno.” Karolina Wilczyńska.

Wydana w Wydawnictwie Czwarta Strona. Poznań (2017). Ebook.

To szósta część cyklu „Stacja Jogodno” Karoliny Wilczyńskiej . Ci, którzy czytają tę serię, znają już część postaci w niej występującej, takich jak Babcia Róża, Tamara i jej córka Marysia, Łukasz, Ewa i Adam, Marzena i Jan , Małgorzata i jej mąż, hrabianki. Jak to jednak zawsze ma miejsce w poszczególnych częściach serii autorka wprowadza kilka nowych postaci. Część z nich poznaliśmy przy końcu części poprzedniej, a z kolei parę nowych pojawia się dopiero w „Domu pełnym słońca”. W tej części będzie to renowatorka starych mebli, Sylwia. Poznamy jej perypetie i powód, dla którego zjawi się w Jagodnie i pomoże Tamarze przy organizacji wnętrz powstającego dworku – hotelu. W tej części to losy Sylwii będą na pierwszym planie, co nie oznacza, że nie będziemy mogli przeczytać o losach znanych już nam bohaterów. W tej części po raz kolejny przypomnimy sobie, że najważniejsze to wspierać się wzajemnie, mieć obok siebie życzliwe sobie osoby ale i być dla kogoś innego wsparciem. Również przypomnimy sobie starą ale zapominaną prawdę, że nie powinniśmy skupiać się na tym co inni sądzą o nas , naszych czynach i wyborach jeśli my sami czujemy się z tymi czynami i wyborami dobrze. 
Mam przed sobą najnowszą książkę z cyklu „Stacja Jagodno” noszącą tytuł „Uczucia zaklęte w kamieniu”.  Ale chyba na razie poczeka na swoją kolejkę. Mam wrażenie, że formuła tej serii już się powoli wyczerpuje. Zaznaczam, są to moje subiektywne odczucia, podejrzewam, że wśród miłośników Jagodzianej serii jestem w mniejszości. Ja mam narastające uczucie, że pomimo, że książki te są pisane bardzo dobrze, to zaczynają być nieco zbyt do siebie podobne. Mówiąc wprost niewiele nowego tak naprawdę się w nich dzieje. Ale wiem, że są miłośniczki tego cyklu i z pewnością będą zadowolona, podkreślam, że mam jednak prawo do własnych odczuć i takie one właśnie na ten temat są. 

Moja ocena to 4.5 / 6. 

„Dziecko w wieku przedszkolnym. Zabawne przygody odważnego ojca”. M.M. Cabicar

Wydana w Wydawnictwie Stara Szkoła. 

Przełożył Mirosław Śmigielski.

Tytuł oryginału Dítě školkou povinné

Nie ma co zaprzeczać, że określenie „czeski humor” funkcjonuje nie bez powodu. Książka „Dziecko w wieku przedszkolnym. Zabawne przygody odważnego ojca” jest tego najlepszym dowodem. 

Zastanawiam się tylko nad tym, czy jest to książka dla każdego i w sumie, nie jestem pewna. W swojej książce M.M. Cabicar nie owija w bawełnę i ojcostwo opisuje z rozbrajającą szczerością. Nie wiem czy każdemu to może pasować. Mnie ta książka rozbawiła wielokrotnie. Powiedzmy, że czytając ją właściwie śmiałam się niemal nieustająco, z przerwami na wzięcie oddechu czy zaczerpniecie łyka wody 🙂

W zbiorze felietonów ojciec trzyletniej Wiki opisuje właściwie zwykłe, zwyczajne życie rodziny z jednym dzieckiem. Autor, żona Kasia i Wiki , ta rodzina jest najprawdopodobniej jedną z bardzo wielu, mieszkających w Pradze rodzin, których życie toczy się podobnie. Małżonkowie pracują (tata jest tatą pracującym w domu), córka rozpoczyna właśnie nowy etap w życiu a mianowicie zaczyna chodzić do przedszkola. Napisałam „Córka rozpoczyna”? Błąd. Ten etap rozpoczyna wraz z nią cała rodzina. Nowy biorytm, nowy styl życia, przyzwyczajenie się do możliwości pracy w domu w ciszy i bez obowiązku podziału uwagi na rozbrykaną Wiki. Wreszcie – choroby. Jeśli myślałeś, jako rodzic, że etap chorób wieku dziecięcego jest już za tobą, jeśli sądziłeś, sądziłaś, że to już przerobiłaś we własnym dzieciństwie (a wspomnienia zastrzyków z penicyliny w wiadome miejsce spędzają ci sen z powiek ) to jesteś w błędzie. 

Widać, że autor wie o czym pisze i muszę powiedzieć, że jak sądzę, przed lekkim szaleństwem w wielu sytuacjach ocaliło go jego poczucie humoru. W sumie w jego zbiorze opowieści nie ma nic niewiarygodnego, żadnej tam wyśrubowanej akcji. Ot opis życia przeciętnej rodziny żyjącej na jednym z praskich osiedli. Ot, rozpoczęcie przedszkola , ot wieczny gil, przypadłość większości przedszkolaków. Rodzinne wypady na imprezy, czy nawet do zwykłego sklepu z armaturą łazienkową. Zabawy rodzinne , odwiedziny babci czy wizyta wujka, przedszkolne Jasełka, pierwsze przyjęcie urodzinowe, na jakie zaproszono Wiki. Wszystko to stanowi jednak pole dla obserwacji i jest zaczynem do zabawnej opowieści, którą potem czytamy. Jak już jednak pisałam, autor nie owija w bawełnę a dla niektórych zapewne jest nawet dość dosadny. Tak więc, jak już wspomniałam, nie wiem czy nie znajdą się tacy, którzy pomarudzą nad stylem czy tematami, o których pisze. Dla każdego jednak rodzica ta książka stanowić będzie nieustające źródło uciech. Ja nawet miewałam w czasie lektury myśli , że „Niech ktoś usunie te kamery emitujące obraz z mojego domu do domu M.M. Cabicara 🙂 „.

Tak wiele brzmiało znajomo. I problemy z zasypianiem kiedy akurat późna pora. I niemożność obudzenia dziecięcia gdy trzeba wstawać do przedszkola a oczywiście dziecięca wersja skowronka w sobotnie czy niedzielne poranki. 

Wiele sytuacji ratuje podejście do życia narratora i jego rodziny. Na pewno nie można powiedzieć, że nie umie z każdej sytuacji wyciągnąć jej najśmieszniejszego sedna, które nam potem prezentuje. 

Na pewno nie jest to żaden poradnik (a tytuł zabawnie do niego nawiązuje) , za to lektura, którą polecam śmiało wszystkim moim znajomym z dziećmi w wieku około przedszkolnym w celach wyśmiania się. I nacieszenia, że inni miewają przynajmniej podobnie. 

Moja ocena to 6 / 6.

 

 

Audiobooki…

Jest takie zabawne powiedzonko, którego genezy w sumie nie znam a mianowicie „Tylko krowa nie zmienia zdania”. 

Do tej pory audiobooki i ja. Hm, raczej niekoniecznie. Owszem, wysłuchałam świetnej interpretacji Jerzego Kamasa powieści „Lalki” Bolesława Prusa . Wspaniale jako dziecko słuchało mi się przygód Mikołajka a jako dorosłej „Dzieci z Bullerbyn” czytanych przez niezapomnianą Irenę Kwiatkowską. Pamiętam też super czytaną książkę „Forrest Gump” , a czytał ją Wojciech Malajkat. Ale raczej nie bardzo audiobooki u mnie używane. 

Natomiast od kilku tygodni zasłuchaliśmy się z Jasiem. Zaczęło się od „Muminków”, „Dzieci z Bullerbyn” i było dobrze ale to Adam Bahdaj nas chyba zauroczył. Jego książki słuchaliśmy w wykonaniu trzech lektorów, w tym jednej pani.  „Wakacje z duchami” były pierwsze. Potem „Podróż za jeden uśmiech”, z którego mój Syn wyniósł powiedzonko „Myjemy ręce i nic więcej” 😛 . Natomiast, czego się nie spodziewałam, dla mnie niewiarygodnym wzruszeniem i przeżyciem okazała się książka Bahdaja „Do przerwy 0:1”. Nie oglądałam serialu, nie czytałam najwyraźniej i teraz naprawdę słuchałam z przejęciem i z wielkim momentami wzruszeniem. Naprawdę nie zdawałam sobie sprawy,że to taka książka opisująca nie tylko fajne życie ale te mniej jego przyjemne strony, zwłaszcza w życiu dziecka. „Stawiam na Tolka Banana” również okazała się czymś innym niż pamiętam z serialu, który akurat widziałam ale mi się kompletnie nie podobał. A książka naprawdę ciekawa. 

Mamy i nowsze i starsze książki dla dzieci i młodzieży. Teraz słuchamy „Czarne Stopy”  Seweryny Szmaglewskiej . Bałam się ramotki a tu proszę, całkiem fajna sprawa. Przed nami „Ronja, cóka zbójnika” i wiele innych audiobooków. Cieszę się, że odkryliśmy tę formę, niezastąpioną w wielu sytuacjach a na pewno lepsza od usadzenia dziecka przed ekranem telewizora czy tabletu. 

A Wy? Lubicie audiobooki? Może i ja się kiedyś bardziej przekonam  i zacznę słuchać książek nie tylko dla dzieci. 

„Tatuaże podświadomości”. Grażyna Mączkowska.

Wydana w Wydawnictwie Psychoskok. Konin (2017). 

Kolejny raz w dość niedługim czasie czytam książkę w miarę nowej postaci w świecie literackim , jak również, z bohaterkami w wieku raczej 50 i więcej. To dobrze, to mnie cieszy. Życie jest ciekawe nie tylko wtedy gdy masz dwadzieścia parę lat i jesteś na początku drogi życia. To już plus. Drugą zaletą „Tatuaży podświadomości” jest jej prawdziwość, szczerość i wiarygodność. Nienachalna prawda o tym, co w życiu ważne przekazana w akcji książki. A ta jest raczej spokojna, dzieje się to, co się dzieje niespiesznie , nie ma zwrotów akcji.

Opowieść to kontynuacja losów znanej z „Powiedz, że mnie kochasz, mamo” Gabi. Gabi mimo dość młodzieńczego zdrobnienia imienia, to dorosła już kobieta. Sama jest już od dawna żoną, mamą, babcią. O ile z tego co się zdążyłam zorientować (bo pierwszej książki nie czytałam) , w pierwszej części losy Gabi były opisane na zasadzie gorzkiej retrospekcji niełatwej przeszłości i rozliczania się z nią, o ile w „Tatuażach podświadomości” Gabi osiągnęła już spokój i wyciszenie. Jak to sama ona nazywa , osiągnęła już wyższy poziom szczęścia. 

Gabi, to osoba, która wychowała się w domu z ojcem alkoholikiem. Jej ojciec urządził w domu niełatwe życie. Wczesne dzieciństwo Gabi spędziła u dziadków na wsi kujawskiej i tam jej było dobrze, natomiast kiedy dzieci , a w domu była czwórka, nieco podrosły, ze Śląska wrócili rodzice i zaczęło się nowe, stare życie. Miało być nowe, lepsze, bez alkoholu ojca i bez uległości i służalczości matki, która w swojej codziennej walce z życiem jakby zapomniała o prawach i przywilejach własnych dzieci. A wyszło zupełnie odwrotnie, po staremu.

Rodzeństwo już będąc dorosłymi ludźmi orientuje się, że praktycznie nie ma ze sobą więzi. O więzi z rodzicami w ogóle trudno mówić. Ojciec na starość uspokoił się, przestał pić, nawrócił się ale tego, co mieli w domu, nic nie zmieni. Przeszłości bowiem nie uda się wymazać gumką. Niemniej jednak Gabi ma w sobie niespotykane pokłady do walki z przeszłością. Mając u boku wspaniałego i kochającego męża Pawła i dwóch udanych synów, już samych będących ojcami, umie przyznać, co czyni, że zostawanie w przeszłości niewiele daje. Owszem , to przeszłość nas kształtuje, ale jak mówi sama Gabi, nie warto jest nią żyć. Trzeba dać sobie szansę i wyrwać się z TAM aby całkowicie oddać się życiu TU. To czyni, z pomocą psycholożki, Gabi. Stara się też nadrobić stracony czas i odnowić więzi z rodzeństwem. Z tym bywa różnie. Jej rodzeństwo to również ludzie na swój sposób okaleczeni, mający jednak nadzieję na to, że uda się jednak wieść życie lepsze niż to jakie wiedli rodzice. 

„Tatuaże podświadomości” to trafny tytuł. Traumatyczne dzieciństwo zostawia w dorosłym człowieku coś na kształt wytatuowanej duszy. Te tatuaże pod postacią czarnych i złych myśli, złych wspomnień, to wszystko wraca się, potrafi być zadrą w sercu. I Gabi nie twierdzi, że każdy jej dzień jest wspaniały chociaż stara się ona żyć na nowo i cieszyć jej szczęściem jakie ma w swoim własnym domu. A dom to nowy bo w Szczytnie. Sama autorka obecnie mieszka w tym mieście i akcja książki tam się rozgrywa zapewne nieprzypadkowo. Gabi w swoim nowym domu odnajduje pełnię szczęścia z bliskimi ale i wciąż walczy ze wspomnieniami i złem z przeszłości. Te demony lubią wrócić w najmniej odpowiednim i spodziewanym czasie. 

To opowieść o zwykłych a na swój sposób przecież niezwykłych ludziach. Myślę,że wbrew pozorom znamy ich całkiem dużo. Nie każdy musi dźwigać ciężar przeszłości oczywiście tego kalibru ale sądząc po odzewie do Autorki, mającym miejsce po opublikowaniu pierwszej książki z opisem losów Gabi, sądzę, że dla wielu osób ta książka stanowić może wspaniałą terapeutyczną lekturę pomagającą uporać się po trochu z ich własnymi traumami z dzieciństwa. 

Tak wielu ludzi dąży do ekstremalnych doznań, walczy z czymś, co nazywa nudą, nie wiedząc jak bardzo ta według nich nuda a według kogoś innego stabilizacja może być pożądana. I upragniona. 

Chociaż na końcu książki Autorka zapewnia, że książka to w dominującej części fikcja, nie mam wątpliwości, że takich borykających się i walczących z przeszłością Gabi jest na świecie bardzo, bardzo dużo. I kibicuję im wszystkim z całego serca. 

Moja ocena to 6 / 6.