„Gdzie zaczyna się przeszłość”. Amy Tan.

Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Warszawa (2018).

Data premiery 18.10.2018.

Przełożyła Magdalena Moltzan-Małkowska. 

Tytuł oryginalny Where The Past Begins.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Amy Tan jest jedną z tych autorek, których książki bardzo chętnie czytam. Z tym, że uczciwie się przyznam, ostatnio jej książkę czytałam naprawdę dawno temu. Tym chętniej sięgnęłam po najnowszą książkę tej autorki na naszym rynku. „Gdzie zaczyna się przeszłość” to kolejny jej zbiór esejów. Pierwszego zbioru esejów nie czytałam. Po ten sięgnęłam z zainteresowaniem. Nie okazał się lekturą łatwą i przyjemną. Nawet, powiedziałabym, okazał się lekturą bardzo trudną. 

Sądzę, że większość z nas wraz z wiekiem dąży do poznania historii własnej rodziny, bliższej analizy własnych korzeni. Na pewno dodatkowo ta ciekawość może się wzmóc jeśli nie pochodzimy z kraju, w którym przyszło nam żyć. 

Amy Tan ten etap również nie ominął. Sięga po listy, zdjęcia, dokumenty rodzinne, własne zapiski ale przede wszystkim po wspomnienia aby wrócić do przeszłości, która zdeterminowała jej życie takim jakim ono jest obecnie. 

Pomimo, że zapiski te mieszczą również bogatą korespondencję autorki z jej wydawcą, dotyczącą jej pisania, jak również spraw bardziej osobistych, pomimo, że są tu jej myśli na temat muzyki, tworzenia , ogólnie strefy artystycznej to mnie najbardziej zainteresowały jej wspomnienia na temat niełatwego dzieciństwa. 

Ta część książki okazała się najbardziej interesująca ale też najbardziej trudna. Dawno nie zdarzyło mi się a tak miało miejsce teraz, bym z powodu czytanego tekstu nie mogła zasnąć. Kiedy przerwałam na noc lekturę tej książki, okazało się, że opisane w niej sytuacje i wydarzenia nie dają mi spokojnie zasnąć tylko wciąż do nich wracam myślami.

Niewątpliwie wspomnienia Amy Tan z rodzinnego domu służyć by mogły za kanwę co najmniej kilkudziesięciu książek. W „Gdzie zaczyna się przeszłość” autorka dokonuje bardzo bolesnej analizy swojego związku z chorą psychicznie matką. Zapewne teraz sytuacja matki ale przede wszystkim cierpiącej z powodu jej choroby rodziny ułożyć by się mogła o wiele lepiej , przede wszystkim gdyby choroba została zdiagnozowana a kobieta była leczona. Nie wiem czemu wówczas tak się nie stało, czy powodem była niechęć do wypowiedzenia głośno stanu rzeczy czy też inne powody stanęły na przeszkodzie, dość, że obraz dzieciństwa Amy Tan jawi się w książce mocno niewesoło. Nie widać tego na załączonych przez autorkę fotografiach, niemniej jednak z jej książki wyłania się obraz dziecka wzrastającego w poczuciu wiecznej niepewności, w poczuciu braku stabilizacji a przede wszystkim w poczuciu braku tak potrzebnego dziecku bezpieczeństwa. Wieczne wahania nastrojów matki i jej zachowania a do tego choroba i śmierć najstarszego z trójki dzieci rodziców Amy Tan, to wszystko składa się na to, że jej dzieciństwo raczej nie może być nazwane beztroskim. Może jednak tłumaczyć po części (oprócz talentu) chęć do wyrwania się z tego stanu poprzez literaturę ale również może być powodem tego, że zaczęła pisać. Być może łatwiej było jej pewne sprawy utrwalić na piśmie, zwłaszcza, że jak się okazuje, niektóre wspomnienia były przez nią samą skrywane bardzo , bardzo głęboko w podświadomości. 

„Pisząc, rozpoznaje siebie” pisze Amy Tan w pewnej chwili aby pod koniec tej książki ponownie odnieść się do tego słowami, cytuję „(…) Piszę, aby przedłużyć wspomnienia życia teraz, na dowód, że towarzyszyły mi myśli, emocje, pomysły, że przeżywałam i doświadczałam”.

Być może próba okiełznania wspomnień, i tych złych i tych dobrych, stanowi jakiś kolejny etap zarówno osobisty jak i twórczy w życiu autorki. Oprócz wspomnień związanych z matką, jest też rozdział poświęcony jej relacjom z ojcem, którego jednak mając przy sobie, jakby nie do końca poznała, również z powodu jego wczesnej śmierci.

Na plus muszę stwierdzić, że pomimo, że niektórzy mogliby stwierdzić, że Amy Tan balansuje podczas tych wspomnień na cienkiej granicy emocjonalnego ekshibicjonizmu, według mnie granicy tej nie udało jej się szczęśliwie przekroczyć. 

Osobną problematyką poruszaną przez autorkę jest jej doświadczenie życia w Ameryce jako dziecka imigranta. Może to tłumaczyć jej zaangażowanie w pewne kwestie polityczne jak również przeżywanie przez nią samą wyników ostatnich wyborów prezydenckich w USA.

Sądzę, że dla osób, które chętnie czytają prozę jej autorstwa, książka ta stanowić będzie uzupełnienie do jej twórczości. Tym bardziej, że są tam też jej refleksje dotyczące samego procesu twórczego, jest sporo o jej zamiłowaniach muzycznych, przenikających się z jej prozą, wreszcie, widać erudycję i wykształcenie autorki.

Moja ocena tej książki to 5 / 6.

„Gwiazdeczka”. Maja Jaszewska.

Wydana w Editio. Grupa Wydawnicza Helion SA. Gliwice (2018). Ebook.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Rozpoczynam sezon na czytanie książek około świątecznych. Tę książkę „spotkałam” w paru miejscach reklamowaną jako książkę świąteczną. Według mnie to niejasne określenie. Akcja książki dzieje się głównie latem i jesienią. Owszem, momenty najważniejsze zdarzają się podczas czasu przed Świętami Bożego Narodzenia ale na pewno nie nazwałabym tej książki książką świąteczną. Wyjaśniam, bo wiem, że niektóre osoby sięgają po coś właśnie z rozmysłem a potem mogą czuć się rozczarowane, co może rzutować na ocenę samej książki. A książka jest całkiem dobra. Owszem, z góry zastrzegam, kto oczekuje traktatów filozoficznych czy noblowskiej literatury, może czuć się co najmniej zawiedziony. „Gwiazdeczka” to wpisująca się w nurt New Adult opowieść obyczajowa o młodej kobiecie, po studiach. Józia pochodzi z Podlasia, z miejscowości Białkowa, skończyła studia polonistyczne a do Warszawy przyjeżdża aby podjąć pracę korektorki w piśmie „Przemiany”.  

Pismo adresowane jest do nowoczesnych kobiet, które nie boją się zmian. Koleżanki z redakcji stanowią ciekawy i barwny zespół. Betty i Julka pomagają Józi (pełna wersja jej imienia została jej nadana przez tatę, miłośnika Napoleona Bonapartego i brzmi Józefina) , którą w pracy przechrzczą na Dżozi zaaklimatyzować się w nowym miejscu. Generalnie dziewczyna nieźle sobie radzi, byle by tylko nieco więcej płacili . Józia nie ma żadnych większych kompleksów, nie czuje się jak prowincjonalna gąska. Szkoda tylko, że pewien mężczyzna tak dokładnie ją potraktuje. Jacek Sobiepański, słynny coach współpracujący z „Przemianami” obierze sobie dziewczynę za obiekt doświadczalny. Pod jego wpływem dziewczyna zmieni nieco styl ubierania, fryzurę, schudnie. I tylko z czasem zrozumie, że to bezsensowne bo była bardzo fajną, młodą osobą, której nie potrzeba było zmieniać. 

Na horyzoncie pojawia się przeciwieństwo eleganckiego i nadmiernie wystudiowanego Sobiepańskiego, sympatyczny Michał, trener jogi ale również przewodnik po Warszawie. A ponieważ Józia interesuje się swoim nowym miejscem zamieszkania, wybierze się kiedyś na spacer połączony ze zdobywaniem wiedzy o stolicy, który na dobre zapoczątkuje znajomość kobiety i Michała. Tylko czy będzie on miał jakiekolwiek szanse przy Jacku Sobiepańskim, który nawet kolor skarpetek ma opracowany z najdrobniejszymi szczegółami? 

„Gwiazdeczka” to pozytywna opowieść o tym jak stojąc u progu życia chcemy być akceptowani i podziwiani. Jak bardzo czasem zapominamy, że owszem, zmiany są ważne w życiu ale nie te na siłę i nie takie, które zmieniają nas niemal całkowicie. I że przeszłość i przyszłość mają szansę się wiązać i że nie trzeba całkiem od przeszłości się odcinać. 

To optymistyczna opowieść o młodej kobiecie, która nie obawia się sięgnąć po swoje szczęście. I której oczy błyszczące jak gwiazdki zawrócą w głowie pewnemu miłemu chłopakowi. No i  co z tego zawrócenia w głowie wyniknie. 

Przyczepiam się do używania słowa „buzia” w odniesieniu do twarzy dorosłej kobiety. Jestem na takie określenia trochę wyczulona, bo jakoś z gruntu kojarzy mi się z książką dla dzieci. Ale poza tym, książka spełniła swoją rolę, a nawet , powiedziałabym, że okazała się lepsza niż mogłam sądzić. Na pewno napisana jest z wielkim poczuciem humoru i jest zwyczajnie taka pozytywna. 

Moja ocena to 5 / 6. 

Laureatem Literackiej Nagrody Europy Środkowej Angelus…

…w 2018 roku został Maciej Płaza. Mój rówieśnik (co potwierdza, że rocznik 76 to bardzo dobry rocznik). Po raz pierwszy od trzynastu lat czyli od chwili jej przyznawania, nagroda zostanie przyznana Polakowi. Maciej Płaza otrzymał również nagrodę im. Natalii Gorbaniewskiej przyznawaną od czterech lat podczas tej samej imprezy. Przyznam się, że nie czytałam debiutu autora, zbioru opowiadań „Skoruń”, który ukazał się w roku 2015. Nagroda Angelusa została mu przyznana za kolejną książkę jego autorstwa jaką jest „Robinson w Bolechowie” wydaną w 2017 roku nakładem wydawnictwa W.A.B.

Gratulacje !

„12 miesięcy ze Św. Mikołajem, czyli trawnik pełen reniferów”. Friedbert Stohner.

Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Warszawa (2018).

Przełożył Bartosz Nowacki.

Tytuł oryginalny „Ein Rentier Kommt Selten Allein. Unser Jahr Mit Dem Weihnachtsmann”.

Data premiery 23.10.2018.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

 

Raz na jakiś czas sięgam po literaturę dla dzieci z myślą o przyszłych lekturach dla Jasia. A ponieważ sama bardzo lubię książki z motywem świątecznym dlatego z ciekawością sięgnęłam po tę książkę.

Od razu napiszę, że nie do końca mnie zachwyciła. Mam wrażenie, że autor trochę nie wykorzystał naprawdę fajnego pomysłu jakim było ściągnięcie Świętego Mikołaja do domu jednej z niemieckich rodzin. 

Oto bowiem w pierwszy dzień Świąt Bożego Narodzenia do pewnej czteroosobowej rodziny składającej się z rodziców i dwójki dzieci, starszej dziewczynki o imieniu Lotte, narratorki i jej brata, Larsa, przybywa wraz z saniami i zastępem reniferów Święty Mikołaj. 

Jego tłumaczenie jest dość mętne, podobno do Laponii, gdzie przecież mieszka, ściąga tylu turystów, że nie mógłby spokojnie szykować się na następne Święta więc Biuro Bożego Narodzenia skierowało go do niemieckiej rodziny. Brzmi jak kiepska wymówka dla kogoś, kto zwyczajnie ma chęć zrobić sobie przerwę od natłoku zajęć i obowiązków, i taka argumentacja brzmiałaby dla mnie bardziej wiarygodnie. No ale dobrze, to książka dla dzieci więc tu Mikołaj nie powie szczerze, że goni w piętkę i ma ochotę zrobić sobie odpoczynek na czyjś koszt a wymówi się tym, czym się wymówi. 

I tu był moment, na który czekałam, bo stanowił bardzo dobry punkt wyjściowy dla tego co też mogło się wydarzyć w rodzinie Larsa i Lotty. Kiedy zaczynałam tę książkę nie ukrywam, że oczekiwałam jakichś bardziej spektakularnych przygód. W końcu, nie każdemu przytrafia się okazja goszczenia u siebie w domu Świętego Mikołaja i to przez okrągły rok. Niestety, nie dostałam aż takich fajerwerków, jak się spodziewałam. Owszem, sama opowieść jest poprawna, bywa zabawna , kiedy rodzina musi ukrywać obecność gościa w swoim domu i nawet dziadkowie czy sąsiedzi nie mogą wiedzieć o tym kto ich gości a obecność zastępu reniferów w ogródku tłumaczy się względami praktycznymi. Jako, że renifery świetnie pozbawiają ogród nadmiaru trawy. Ale czegoś mi zabrakło w tej opowieści. 

W sumie Święty Mikołaj okazuje się gościem mało wymagającym i sympatycznym, więc dodatkowa osoba w domu nie stanowi dla rodziny większego problemu. Szybko też niektóre osoby orientują się kim jest gość tej rodziny ale szczęśliwie nikt nie zdrada tej tajemnicy. Ale w sumie nie ma w tej książce ani jakichś emocjonujących przygód czy to samego świętego czy rodziny, u której się zatrzymał ani nie denerwujemy się, że tożsamość gościa wyjdzie na jaw. Jest spokojnie i bez napięcia. 

Przez rok, który spędzi w domu rodziny narratorki Święty Mikołaj odpocznie, a także, wraz ze swoimi licznymi pomocnikami skrzatami przygotuje prezenty na nadchodzące Święta. Plus nawiąże przyjaźń z pewną starszą panią.

Jak już jednak wspomniałam, miałam nadzieję na coś więcej niż otrzymałam. Nie musiało być od razu dwudziestu zwrotów akcji na stronie ale sądzę, że jakieś przygody Święty Mikołaj mógłby przeżywać podczas tego urlopu w Niemczech.

Plusem książki są ładne ilustracje autorstwa Katrin Engelking, nawet muszę powiedzieć, że chętnie widziałabym ich więcej. 

Książka ta według mnie dobra jest dla dzieci 6+. 

Moja ocena tej książki to 4 / 6.

Dzień Dziecka Utraconego

W tym dniu nie może nie pojawić się ten wpis. Mam w sercu i w pamięci Emilkę i wszystkie te Dzieci, które odeszły przedwcześnie. To nie miało się im zdarzyć.

Mam również w pamięci Was , Rodziców i Bliskich tych Dzieci. Niezapełniona pustka towarzyszyć będzie przecież do końca życia. 

„Zapisane w chmurze”. Beata Majewska.

Wydana w Wydawnictwie Książnica. Grupa Wydawnicza Publicat S.A. (2018). 

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

To chyba o ile dobrze rozumiem, ostatnia z serii „owocowych” okładek książka pani Beaty Majewskiej. Według mnie jest to najlepsza i najbardziej dojrzała z „owocowej” serii autorki. 

Początkowo wydaje się, że będzie to cóż, dość banalny romans. Magda, niemal czterdziestoletnia mężatka z dwójką pełnoletnich córek, bliźniaczek, które zaraz po wakacjach wyjeżdżają do innego miasta na studia. Magda pogubiła się w swoim życiu. Od ponad osiemnastu lat wiedzie je u boku Łukasza, przedsiębiorcy. Początkowo niczego im nie brakowało. Ani zdrowia, ani szczęścia, ani przede wszystkim miłości. Z czasem jednak, jak to w życiu, kierat domowych obowiązków a nadto fakt, że Łukasz jest mocno zaangażowany w pracę, sprawia, że ich życie dalekie od ideału. Przynajmniej według Magdy. Która czuje się po prostu niedostrzegana i zaniedbywana przez męża. Ale również coraz bardziej niepotrzebna córkom. 

Gorycz, zniechęcenie, to wszystko powoduje, że korzystając z długich wakacji (Magda jest nauczycielką geografii) kobieta decyduje się na samotny urlop w Rumunii. Początkowo chyba chce po prostu wyjechać, odpocząć, przemyśleć swoje życie i to co się z nim stało i dlaczego nie jest dla niej satysfakcjonujące. 

Kiedy na miejscu okazuje się, że zamiast przewodniczki po Rumunii oczekuje na Magdę dwudziestosześcioletni mężczyzna, Iulian, sytuacja przybiera zupełnie inny obrót. 

A nawet można powiedzieć, wymyka się spod kontroli. Magdę i Iuliana połączy romans, nagły, gwałtowny, taki aż do zachłyśnięcia się sobą wzajemnie. 

Iulian zachowuje się nie do końca etycznie. Nie, nie dlatego, że wdaje się w romans z mężatką bo tego ona również chce. Jednak w pewnym momencie chowa list od Łukasza czym nie daje Magdzie możliwości przeczytania informacji od męża i stwierdzenia czy wobec listu i słów, jakie tam zostały napisane, dalej chce podróżować z Iulianem.

Jednak, ponieważ niemal od samego początku mamy pewną wiedzę, możemy domyślić się motywacji chłopaka. Od razu napiszę, że nie, nie polubiłam go, chyba właśnie znielubiłam go za ukrycie listu. Ale cieszę się, że autorka nie uczyniła z niego chodzącego ideału. Zwłaszcza, że szybko orientujemy się dlaczego Iulian tak łyka życie, tak zachłannie, drapieżnie, na zapas?

Zwiedzają Rumunię i oddają się miłości do życia, do siebie, do świata. Ona wreszcie przez chwilę pozwala sobie na szaleństwo, zapełnia pustkę, która zbyt wypełniła jej życie. Czuje się kochana, doceniana, pożądana. On, cóż, zaborczo korzysta z życia. 

Poszczególne rozdziały książki rozpoczyna świetnie dobrana do treści rozdziałów poezja autorów rumuńskich za co z mojej strony wielkie podziękowania dla Autorki za to, że dzięki Niej zapragnęłam przeczytać coś z poezji z tamtego kraju. Bardzo mi się ten pomysł spodobał, tworzy niesamowite wypełnienie treści i z pewnością dodaje książce tego „czegoś” co sprawia, że staje się ciekawsza. 

Zabrzmię teraz strasznie cynicznie ale pomimo, że ta książka mnie wciągnęła (skończyłam ją czytać dziś w nocy o wpół do pierwszej ,a to o czymś świadczy) to nie spowodowała u mnie ona łez. Owszem, zakończenie jest bardzo emocjonalnie ale nie , nie będę udawać, że płakałam aczkolwiek czułam się poruszona. Sądzę jednak, że spora część czytelniczek znajdzie w tej książce coś na kształt swoistego katharsis więc szykujcie chusteczki, zakończenie na pewno jest pełne emocji. 

To osadzona w malowniczym krajobrazie wciąż nie do końca znanego u nas kraju historia o tym, co jest w życiu najważniejsze i jak trzeba cenić każdą jego chwilę.

Po skończeniu książki dźwięczała mi taka myśl w głowie, że w niektórych przypadkach, jedyne co zostanie po kimś to to, co zostanie zapisane na nielicznych fotografiach…ważne aby czerpać z życia jak najwięcej i zostawić po sobie jak najpiękniejsze wspomnienia. 

Moja ocena to 6 / 6.

„Owoc granatu. Kraina snów”. Maria Paszyńska.

Wydana w Wydawnictwie Książnica. Grupa Wydawnicza Publicat S.A. (2018). 

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Pierwsza część z cyklu „Owoce granatu”, o której to książce pisałam w tym wpisie pozostawiła mnie w wielkim poczuciu niedosytu. 

Szczęśliwie mogłam niemal zaraz po zakończeniu książki sięgnąć po jej kontynuację. 

W „Krainie snów” Elżbieta i Stefania układają sobie życie w gościnnym dla nich Iranie. Jako , że autorka z wykształcenia jest między innymi iranistką, widać jej pasję i wiedzę na temat tego kraju i jego historii. Część tej historii zaraz po zakończeniu IIWŚ poznajemy jako tło wydarzeń dla losów dziewczyn, które w tej części są już nie tyle dziewczętami co młodymi kobietami. 

Książka podobnie jak część pierwsza, niesamowicie mnie wciągnęła, czyta się ją szybko i nie można jej odłożyć chcąc jak najszybciej dowiedzieć się jak potoczą się losy Stefanii ale (przynajmniej w moim przypadku tak było) przede wszystkim Elżbiety.

W poprzedniej części Elżbieta została bardzo mocno doświadczona przez los ale przede wszystkim przez ludzi. Teraz, w nowym kraju próbuje jakoś się pozbierać, co przychodzi jej raz łatwiej raz trudniej. Poznany w „Dziewczętach wygnanych” Mehrdad Taheri wciąż darzy kobietę ogromną miłością i cierpi katusze gdy kobieta nie jest w stanie odwzajemnić jego uczucia. 

W tej części Stefania i Elżbieta nie mają ze sobą kontaktu. Stefania, najwyraźniej pełna niewyjaśnionych i wymyślonych pretensji do siostry bliźniaczki, zadecydowała o tym, że kontaktu nie chce utrzymywać. Jej decyzja niezrozumiała dla Elżbiety powoduje u Halszki gorycz i poczucie, że bezsensownie poświęciła się dla siostry w okresie syberyjskim. 

Dodatkowo Elżbieta dźwiga brzemię wielkiego grzechu, który  zatruwa jej duszę i serce. Ciężko żyć ciągnąc za sobą taki balast winy, z której nie chce człowiek sam rozgrzeszyć. Z jednej strony umartwiająca się Halszka pragnie jednak gdzieś w głębi duszy spokoju, stabilizacji. Pierwsze ku temu kroki czyni idąc na studia. Kraj, w którym przyszło jej żyć chętnie daje możliwość kształcenia się zarówno kobietom jak i mężczyznom. 

Czy jednak w jej życiu znajdzie się miejsce na jeszcze kogoś? Na jakiekolwiek uczucie? Elżbieta, złamana przez życie nie zawsze chce dać sobie na to szansę ale mocno jej przez całą książkę kibicowałam aby i dla niej samej zaświeciło wreszcie kiedyś słońce. I aby i w jej życiu zdarzyło się więcej dobra. Otoczona serdecznymi ludźmi , z którymi nie wiążą jej więzy krwi ale serdeczność, ma ku temu wyzwoleniu się z własnego samoumartwiania dużą szansę. 

Książka napisana jest ładną polszczyzną, bardzo dobrym stylem , na co zawsze zwracam uwagę. Dodatkowo ta część pełna jest niesamowitych opisów potraw typowych dla tamtych stron, wręcz ma się wrażenie, że podczas lektury czuje się zapach egzotycznych potraw, przypraw jak z lokalnego suku. Szkoda, że wydawnictwo nie pokusiło się o dodatek, w postaci przepisów na wzmiankowane dania , sądzę, że stanowiłoby to bardzo atrakcyjny dodatek i stanowiło możliwość własnoręcznego wypróbowania owych pyszności, dań , napojów i deserów. Może w trzeciej, ostatniej części znajdzie się na to miejsce? Życzyłabym sobie tego jako czytelniczka. 

Bardzo polecam Wam następną książkę o Elżbiecie i Stefanii , a sama z niecierpliwością będę czekała na kontynuację opowieści i nie ukrywam, że mocno i z serca kibicuję Elżbiecie aby dała sobie prawo do bycia szczęśliwą a przynajmniej spokojniejszą. 

Moja ocena to 6 / 6. 

„Deszczowe ptaki”. Clarissa Goenawan.

Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Warszawa (2018). Ebook.

Data premiery 11.10.2018. 

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Od razu daję znać, miłośnicy prozy Haruki Murakamiego będą zadowoleni , ci, którzy nie przepadają za jego książkami, mogą grymasić. Jako, że ja należę do miłośników prozy tegoż, absolutnie nie narzekałam na to, że podczas lektury proza Muramakiego przychodziła mi do głowy. Tak delikatnie ale jednak odnosiłam wrażenie, że styl jest faktycznie inspirowany jego książkami. Ciekawe czy wszyscy będą mieli takie odczucia.

Akcja książki rozpoczyna się w chwili gdy dwudziestoczteoletni Ren Ishida załatwia sprawy pogrzebowe swojej starszej o dziewięć lat siostry Keiko. Keiko niemal dekadę temu wyniosła się do Akakawy,. W porównaniu z Tokio to prawdziwa prowincja. Keiko uczyła tam angielskiego w szkole przygotowawczej. Ren przybywa do miasteczka aby załatwić sprawy pogrzebowe ale zostaje na dłużej. Chce wyjaśnić to, dlaczego jego ukochana starsza siostra została zamordowana w ciemnej uliczce i zostawiona konająca w deszczu. Jako, że chłopak skończył podobne do siostry studia, podejmuje się nawet tej samej pracy co zmarła tragicznie siostra. Poznaje miejscowych, załatwia sobie miejsce zamieszkania na te kilka miesięcy, które postanowił spędzić w Akakawie ale przede wszystkim powoli odkrywa tajemnice zarówno swojej własnej rodziny jak i innych ludzi.

„Deszczowe ptaki” to książka z powolnie dziejącą się akcją. Ten spokojny rytm a nie jakaś dynamika wyznacza kolejne dni i tygodnie jakie Ren Ishida spędza w małej mieścinie. Nie ma tu wielkich i spektakularnych wydarzeń. Ren wspomina przeszłość z ukochaną siostrą spędzoną w dość dziwnej rodzinie. Wspomina też własną młodość i przygląda się nieco własnym związkom. 

Co jest podobnego do prozy Murakamiego, o czym wspomniałam na samym początku? To, że właśnie nie dzieje się nic specjalnego, poznajemy jakieś wycinki z życia bohatera, fragmenty jego wspomnień. Niektóre łączą się z teraźniejszością, inne wydarzenia są przywołane jedynie po to aby wywołać jakiś konkretny stan emocjonalny narratora. Ren jest dość wrażliwy ale też konkretny i za cel stawia sobie dojście do prawdy. Co skrywała przed nim Keiko i dlaczego pomimo tego jakim darzył ją uczuciem, nie czuła się na tyle swobodnie aby móc mu powiedzieć najskrytsze tajemnice? Dlaczego pomimo tego, że kiedyś byli sobie tacy bliscy ich relacje jednak się zmieniły?

To również opowieść o żałobie, o dochodzeniu do siebie po śmierci najbliższej osoby. O tym co się czuje w takich chwilach, o tym, czego się żałuje bądź o tym towarzyszącym przejmującym uczuciu towarzyszącym żałobie, czyli świadomości tego, że nigdy się już z kimś, kto zmarł nie zobaczymy, nie porozmawiamy, nie pośmiejemy razem, nie powspominamy niczego. 

Clarissa Goenawan posługuje się wykreowanymi postaciami jak panna Seven Stars jak nazywa ją bohater aby niektóre uczucia i emocje rozłożyć na więcej niż jedną osobę, jaką jest postać Rena Ishidy.  Podążanie śladami siostry, poznawanie osób, które ona znała, to droga Rena na dowiedzenie się co tak naprawdę stało się w życiu jego siostry jak i jego samego.

Parę miesięcy spędzonych w Akakawie i to, czego dowie się Ren, pozwoli mu ruszyć naprzód ze stagnacji, w jaką popadł i zrozumieć co tak naprawdę jest istotne w jego życiu.

Debiut singapurskiej autorki, osadzony w Japonii to żaden kryminał, jak jest w zapowiedziach. Jest to za to bardzo dobrze napisana opowieść o kimś, kto musi sobie poradzić z nagłą stratą i pustką, która pojawiła się w jego życiu. I bardzo Wam tę opowieść polecam.

Moja ocena to 6 / 6.

„Owoc granatu. Dziewczęta wygnane”. Maria Paszyńska.

Wydana w Wydawnictwie Książnica. Grupa Wydawnicza Publicat S.A.  (2018). Ebook.

Należy dawać autorkom bądź autorom drugą szansę. Jakiś czas temu czytałam „Warszawski niebotyk” Marii Paszyńskiej i książka, owszem, poprawnie napisana ale jakoś mnie nie zachwyciła. 

Mijał czas a moją uwagę przykuł ten tytuł czyli „Dziewczęta wygnane” będące pierwszą częścią cyklu noszącego wspólny tytuł „Owoc granatu”. I oto jestem po lekturze tej naprawdę bardzo dobrej książki.

Na samym początku poznajemy bliźniaczki Elżbietę i Stefanię Łukowskie. Córki kochających się rodziców Anny i Władysława, nadleśniczego. Rodzina składa się z rodziców, córek i dwuletniego braciszka, Lucka, niespodziewany prezent od losu. Na co dzień mieszkają w przemysłowym Borysławiu, mieście nafciarzy, położonym sto kilometrów od Lwowa, a wakacje i czas wolny spędzają w sielskim dworze dziadków ze strony matki, wśród lasów i pół, łąk i natury. 

Elżbieta i Stefania fizycznie podobne jak dwie krople wody, mentalnie różnią się od siebie ogromnie. Stefania ceni sobie dbanie o urodę, dobre maniery. Lubi kino, teatr, tańce. Elżbieta, w domu rodzinny zwana Halszką, woli naturę, przyrodę. Wraz z dziadkiem i ojcem kocha ziemię i chce w przyszłości zajmować się właśnie rodzinnymi dobrami. 

Ostatnie beztroskie lato roku 1939 kiedy siostry mają piętnaście lat to lato marzeń, radości i smutków. Obie siostry zakochują się w tym samym młodym chłopaku, który zakochuje się w Elżbiecie, co stanowić będzie przyczynę żalu Stefanii do Elżbiety. Szybko jednak te żale ustąpić muszą prawdziwym dramatom. Oto wojska niemieckie wkraczają do Polski i rozpoczyna się IIWŚ. 

Ojciec wezwany na front, znika w odmętach dziejów a dziewczęta wraz z matką i braciszkiem, zostają na wsi u dziadków. Niestety, tam dopadają je koleje losu i historii i dziewczęta wraz z matką i Luckiem zostają wywiezione na Syberię. 

Jeszcze do niedawna muszące martwić się co najwyżej o wynik sprawdzianu z łaciny na pensji dziewczęta zostają z chwili na chwilę pozostawione same sobie. Elżbieta obiecała ojcu przed jego wyruszeniem na front, że zaopiekuje się rodziną. Wciela tę obietnicę daną mu w życie i praktycznie zarówno podczas podróży na Syberię jak i podczas pobytu tam staje się nagle dorosła, i odpowiedzialna za rodzeństwo i matkę. Stefania, siostra, z którą łączyło ją właściwie jedynie fizyczne podobieństwo, nie pomaga jej a nawet miewa w stosunku do Halszki jakieś wymyślone pretensje. Beztroska i idylla kończy się wraz z nastaniem wojny. Elżbieta czuje, że ten dawny, kochany, bezpieczny świat skończył się a co najgorsze, ma wrażenie, że nigdy już nie wróci. 

W syberyjskiej tajdze przez chwile Elżbiecie pomaga szamanka Katia. To ona nauczy dziewczynę tego jakie są niebezpieczne i trujące rośliny ale także, które z nich są jadalne czy możliwe do wykorzystania w procesie leczenia. Szamanka powie jej też coś na temat jej samej, jej przyszłości. Przepowiednia jest niejasna i właściwie może oznaczać wszystko ale z czasem okaże się jak bardzo jest trafiona.

W końcu tej części cyklu „Owoc granatu” Elżbieta i Stefania trafiają do Persji, gdzie zacznie się nowy rozdział w ich życiu. Następna część , która właśnie się ukazała, nosi tytuł „Owoc granatu. Kraina snów” i opowiada kontynuację losów sióstr.

W „Dziewczętach wygnanych” Maria Paszyńska oddała zebrane przez nią i zgłębione latami losy wielu, wielu zesłańców polskich w tamte rejony. Ponieważ autorka z wykształcenia jest iranistką, stąd jej obszerna wiedza dotycząca losów Polaków w czasie IIWŚ w Persji. Muszę przyznać, że końcówka książki z opisem tego jak serdecznie polscy uchodźcy przyjmowani byli w tamtym kraju , jak zwykli, prości, często niewykształceni ludzie kierujący się po prostu sercem, pomagali im i okazywali gesty dobra, wzruszała mnie ogromnie. 

Bardzo doceniam pracę, jaką Maria Paszyńska włożyła w napisanie tej książki. Widać, że nie tylko czytała dokumenty i wspomnienia ale i potrafiła stworzyć na ich podstawie prozę wiarygodną i przede wszystkim nie nacechowaną nadmiernym lukrowaniem rzeczywistości. Nie, tam, nie ma miejsca na słód, jest prawdziwie, miejscami aż do wielkiego bólu. 

Podobała mi się też stworzona przez autorkę postać Elżbiety. Halszka jest postacią prawdziwą, z krwi i kości, wiarygodną, z jej grzechami, szczęściem i lękami,  możliwą do zaistnienia. Konkretną , obowiązkową, solidną ale i złamaną tym, co spotkało ją w obozie na Syberii. Okrucieństwo i to co tam przeżyła , zamknęło młodą dziewczynę na życie, na innych, wpłynęło na utratę wiary i to, że dziewczyna wydaje się jedynie trwać a nie żyć. Jak potoczą się jej losy w części następnej? Bardzo mnie to ciekawi i muszę przyznać, że mam nadzieję, że tak jak od „Dziewcząt wygnanych” nie mogłam się oderwać, tak nie będę mogła oderwać się od następnej części serii „Owoc granatu”. 

Moja ocena tej książki to 6 / 6.

„Małe ogniska”. Celeste Ng.

Wydana w Wydawnictwie Papierowy Księżyc. Słupsk (2018). Premiera książki 03.10.2018.

Tytuł oryginalny Little Fires Everywhere.

Przełożyła Anna Standowicz-Chojnacka.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

 

Nie czytałam poprzedniej książki Celeste Ng, noszącej tytuł „Wszystko, czego wam nie powiedziałam” (wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka) ale po lekturze „Małych ognisk” czuję, że muszę to wreszcie nadrobić. Nie mam jednak i chyba dobrze, możliwości porównania obu książek. Piszę, „dobrze” bo czytałam ją bez jakichkolwiek oczekiwań, licząc po prostu na to, że będzie to dobra książka. I taka też się okazała. 

Wiem, że po lekturze tej książki wiele osób orzeknie , że jest to wnikliwa analiza stosunków i układów amerykańskiej klasy średniej żyjącej w małej miejscowości. Ale od razu zaznaczę, dla mnie „Małe ogniska” to książka przede wszystkim o matkach. Podczas lektury sporo miałam przemyśleń. Każda kobieta, która staje się matką, chce być nią jak najlepszą, to logiczne. Czy zawsze jej to wychodzi? Czy matką jest ta, która urodziła, czy ta, która wychowała? I czy mamy prawo do oceny postępowania innych matek, czy sami jesteśmy zawsze idealni? 

Pierwszą z matek, o których jest mowa w „Małych ogniskach” poznajemy już na samym początku książki gdy oszołomiona obserwuje dogasający pożar własnego domu. Pożar, który został wzniecony przez jej najmłodszą córkę, Izzy. Izzy jest nastolatką i jest w tym wieku, gdy bardzo boleśnie odczuwa się ból istnienia i wyraźniej niż większość dostrzega społeczną niesprawiedliwość. Do tego ta najmłodsza latorośl Richardsonów urodzona z wielkimi problemami, jest w tej rodzinie nieco na jej marginesie. 

Rodzina Richardsonów , rodzice i czwórka dzieci urodzone niemal rok po roku Lexie, Tripem, Moody’m i Izzy, zamieszkuje obszerny dom w podmiejskim mieście. Shaker Heights pod Cleveland to miasto koncepcyjne. Wszystko jest tu wyznaczone po przemyśleniu, plan ulic, sklepy, szkoły, przedszkola. To idealne miasto dla klasy średniej, która chętnie się tam sprowadza, tym bardziej, że przestępczość jest tu bardzo niska. Czyli wymarzone miejsce dla zamożnych ludzi, którzy chcą po pracy odpocząć w otoczeniu osób o podobnym statusie materialnym. 

Niemniej jednak miasteczko stara się dbać o dobre samopoczucie i innych czy to mniej zamożnych czy też walczy o to aby nie panował tam rasizm. Generalnie , miejsce, w którym chce się żyć. 

Elena Richardson to osoba, która ma plan na życie. Właściwie zawsze tak było. Już jako młoda dziewczyna Elena wiedziała, jak chce aby wyglądało jej życie. I z pełną konsekwencją realizuje swój plan wcielając go w życie. Pracuje w lokalnej gazecie, zajmuje się sprawami ważnymi dla lokalnej społeczności. Cóż, jej kariera nie potoczyła się tak spektakularnie jak kariera jej męża, prawnika, ale pani Richardson nie narzeka. Udaje jej się bowiem pogodzić dwie role, najważniejszą dla niej rolę matki i pracownicy. Wydaje jej się, że w miarę ogarnia swoje życie i życie swojej rodziny. Mąż ma dobrą pracę, dzieci dobrze się uczą. 

Ta sielanka zostanie jednak niedługo naruszona a początek tego co się wydarzy ma miejsce z chwilą gdy Richardsonowie wynajmują domek samotnej matce i jej córce. Mia to artystka, która jednak musi się utrzymywać z prac dorywczych, z samej sztuki bowiem trudno jest jej i córce wyżyć. Pearl to piętnastolatka, która zaprzyjaźni się z Moody’m, młodszym synem Richardsonów. Ta przyjaźń spowoduje to, że Pearl zafascynowana życiem Richardsonów, praktycznie niemal zamieszka w ich domu, odwiedzając przyjaciela i spędzając czas z nim i z jego rodzeństwem. 

Tak, jak Pearl zafascynuje się życiem i stabilizacją Richardsonów, zwłaszcza stabilizacją, której jej brakuje, tak najmłodsza córka Richardsonów zafascynuje się Mią. Ta fotografka, artystka, która okazjonalnie sprzedaje swoje prace do nowojorskiej galerii, żyje z córką jak Nomad. Nic nie trzyma jej w jednym miejscu dłużej niż rok , wędruje po całych Stanach Zjednoczonych wraz Pearl. Nie przywiązuje się do miejsc ani do ludzi, realizuje swoje twórcze projekty. I Izzy stopniowo zaczyna bywać w domu Mii i Pearl Warren tak często jak Pearl w jej własnym domu. 

Ponieważ już na samym początku dowiadujemy się o tym, że stało się jakieś zło, podczas lektury odkrywamy stopniowo co tak naprawdę stało się w życiu zarówno Richardsonów ale i w przeszłości Mii. Bo to, że dźwiga ona jakieś brzemię winy jest łatwe do przewidzenia. Cóż to jednak za przewinienie? Co stało się kiedyś, że teraz wraz z córką nie potrafią nigdzie na dłużej zagrzać miejsca? Mia obiecuje córce, że Shaker Heights stanie się ich przystanią na dłużej ale już na samym początku wiemy, że to się niestety, nie uda. 

W „Małych ogniskach” Celeste Ng poruszyła sporo ważnych kwestii. Jest więc i tajemnica z przeszłości i kwestie rasowe i problem rodzin zastępczych. I parę innych, o których nie chcę pisać bowiem pojawiają się one w dość późnym momencie książki. Mimo tego udało się autorce uniknąć wrażenia tłoku i przesady w ilości poruszanych tematów. 

To jakby nie było, opowieść o tym, jak różne są ludzkie pragnienia. Że to, co dla jednego jest proste, dla kogoś drugiego jest często nieosiągalne. To opowieść, jak już mówiłam, o matkach, o tym, jak każda z nich stara się być najlepszą matką dla swoich dzieci i jakie z tych chęci potrafią wyniknąć konsekwencje. To w końcu pytanie na ile możemy stać się sędzią w czyjejś sprawie i na ile mamy prawo w ogóle ferować jakiekolwiek wyroki? Czy nasze postępowanie w przeszłości może stać się usprawiedliwieniem dla czynów obecnych ? Jest okolicznością łagodzącą, usprawiedliwieniem dla dalszych, nie zawsze do końca etycznych czynów?

W końcu, co bardzo mi się podobało w „Małych ogniskach” to odmalowanie postaci i motywów bohaterów tej książki. Celeste Ng udało się nie stanąć wprost po stronie którejkolwiek z nich i również my czytelnicy tego nie potrafimy.

Tytułowe „Małe ogniska” to nie jedynie rozpalone w domu Richardsonów ogniska w poszczególnych pokojach, to również szereg zdarzeń, jakie wydarzają się w przeszłości i teraźniejszości, które połączone spowodują olbrzymi pożar. 

Elena bywa bardziej zajęta sprawami lokalnej społeczności niż przyjrzeniem się własnej rodzinie, zauważeniu, że mają one prawdziwe problemy, z czego zresztą wyniknie wiele zła. Być może gdyby na jej drodze w pewnej chwili nie stanęła Mia Warren, życie Richardsonów toczyłoby się starym, dość przewidywalnym rytmem. Dzieci kolejno szłyby na studia, Izzy sprawiała dość przewidywalne problemy, mąż pracowałby w kancelarii, żona pisała neutralne artykuły. Może i brakowałoby w tym wszystkim iskry niosącej jakieś zmiany ale przynajmniej wiadomo byłoby jak mniej więcej potoczy się życie ich i ich bliskich.

W końcu jak myśli Elena Richardson, cytuję „(…) W ciągu całego swojego życia nauczyła się, że namiętność jest niebezpieczna jak ogień. (…) Kluczem, pomyślała, było unikanie pożogi.” Pożogi, jak się okazuje, uniknąć się nie dało, w końcu zostaje postawione w tej książce pytanie „(…) Czy trzeba spalić stare, by zrobić miejsce nowemu?”. I tak naprawdę pytanie to towarzyszy nam podczas lektury tej książki przez cały czas. Zwłaszcza, że o iskierkach rozpalających się we wnętrzu Izzy czytamy podczas lektury kilkakrotnie. 

Ciekawie opowiedziana historia, niebanalni i prawdziwi bohaterowie, wiele pytań jakie stawia sobie czytelnik podczas lektury jak i po niej, to wszystko złożyło się na bardzo dobrą książkę, którą polecam. 

Moja ocena to 6 / 6.