„W obiektywie wspomnień”. Karolina Wilczyńska

Cykl „Stacja Jagodno”.

Wydana w Wydawnictwie Czwarta Strona. Poznań (2018). Ebook.

To już ósma część cyklu „Stacja Jagodno”, po którą sięgnęłam zmobilizowana faktem, że właśnie ukazał się tom dziewiąty tej serii.

„W obiektywie wspomnień” nie jest zaskoczeniem dla wiernych miłośników cyklu czyli wciąż poznajemy losy znanych nam już z poprzednich części bohaterów , Tamary, Marysi, Łukasza , Ewy, Adama, Zofii, Jadwigi, Kaśki, Małgorzaty ale i tradycyjnie w tym tomie pojawia się i kontynuacja losów kogoś „poznanego” w poprzednim tomie jak Lea jak i pojawiają się zupełnie nowi bohaterowie, w tym przypadku fotograf Hubert.

Fotografie to ważny element tej części „Stacji Jagodno”. Po pierwsze, wreszcie dowiemy się dlaczego pewna stara fotografia tak zaniepokoi mamę Kaśki, panią Zofię. Czy w przeszłości w jej życiu wydarzyło się coś, co powoduje, że nie chce rozmawiać o dziewczynie z fotografii? Ta tajemnica zostanie nam wreszcie wyjaśniona.

Inne ważne zdjęcia to fotografie kobiet związanych z dworkiem i „Stacją Jagodno”, kobiet, bez których to miejsce nie mogłoby zaistnieć. Hubert sportretuje wszystkie te kobiety i w ten sposób oprócz pięknych fotografii zostaną uchwycone na zdjęciach twarze , kiedyś wywołujące w widzach emocje i wspomnienia właśnie. Hubert boryka się również z osobistymi kłopotami i zapewne ucieczka w ukochane portrety zdjęciowe stanowi jeden z nielicznych jego sposobów na zapomnienie chociaż czasem o własnych problemach.

Przyzwyczaiłam się, że w tych opowieściach generalnie wszystko z czasem się układa. Podejrzewam, że są osoby, które może to drażnić, wszak przypomina to trochę jak to nazywam „bajkę dla dorosłych” a nie prawdziwe życie, w którym nie raz walczymy z przeciwnościami losu. Sądzę jednak, że tego typu literatura zdecydowanie jest nam potrzebna właśnie bądź to dla rozrywki bądź dla poprawy nastroju w tych gorszych chwilach, kiedy się dzieją w naszym życiu. Proza Wilczyńskiej ma to do siebie, że jest napisana dobrze i nawet jeśli w sumie wszystko układa się ostatecznie czasem aż zbyt gładko, to czyta się ją bardzo dobrze bo napisana jest dobrą polszczyzną (wyłapałam jeden błąd, którym było „pod rząd” a nie „z rzędu”, uważam, że to jest niewiele), porusza ważne tematy jak alkoholizm, przemoc w rodzinie i wiele innych ale jednocześnie umiejętnie dysponuje wydarzeniami i emocjami tak, że nie czujemy się jako czytelnik niepotrzebnie manipulowani.

Moja ocena to 5.5 / 6.

„Cuda za rogiem”. Kiego Higashino.

Wydana w Wydawnictwie Otwarte. Kraków (2018). Ebook.

Przełożył Nikodem Karolak.

Tytuł oryginalny Namiya zakkaten no kiseki.

Nie sądźmy książek po okładce. Teoretycznie okładka projektu Nikoli Hahn nie jest zła. W praktyce, nie przemawia do mnie i pewnie gdyby nie moje zainteresowanie Japonią, nie sięgnęłabym po tę książkę tym bardziej,że okładka kompletnie nijak się ma do treści.

Ale przejdźmy do książki. Dawno temu pewien starszy pan zupełnie przypadkowo został „doradcą”. Otóż ludzie zostawiali mu listy z pytaniem o radę. Z czasem wrzucali je do sklepiku, który kiedyś prowadził poprzez sklepową roletę. Yuji Namiya wkładał wiele czasu i staranności a przede wszystkim mądrych rad w pisane do ludzi odpowiedzi i umieszczał je w skrzynce na mleko, skąd odbierały odpowiedzi osoby zadające pytania. Okazuje się, że wbrew temu co można sądzić, pytających było z czasem coraz więcej gdyż starszy pan najwyraźniej pomagał osobom , które nie wiedziały jak dalej pokierować swoim życiem. Jednak nic nie trwa wiecznie. Starszy pan zmarł a sklepik pozostał niezagospodarowany. Do niego trzydzieści trzy lata później trafiają wydawałoby się przypadkowo trzej młodzi mężczyźni. Właśnie okradli dom i szukają schronienia do czasu gdy ruszą rano pociągi.

W pewnej chwili gdy wydaje im się, że spokojnie przeczekają noc poprzez sklepową roletę do sklepu wpada…koperta z listem. W liście tym młoda sportsmenka pyta się starszego pana o radę. Mężczyźni początkowo nie chcąc w to wierzyć zaczynają z czasem rozumieć , że stało się coś niezwykłego i niemożliwego , a mianowicie trzymają w ręku list pochodzący z przeszłości ! W dodatku list, który wymaga natychmiastowej odpowiedzi. I tak zaczyna się ta opowieść. Akcję książki poznajemy zarówno współcześnie, gdy Atsuya, Shota i Kohei odpowiadają na kolejne wpadające do sklepiku listy z prośbami o radę, jak i w przeszłości gdy dowiadujemy się co powodowało bohaterami, że zwracali się z prośbą o radę do pana Namiyi. Wszystkich bohaterów połączyło jedno miejsce, pewien dom dziecka.

„Cuda za rogiem” to opowieść z gatunku niespiesznych i pokrzepiających, pozytywnych. Podejrzewam, że z gatunku tych, które niektórzy moi znajomi określiliby jako nudnawe. Ja tak jednak nie określę tej książki w ten sposób. Podobał mi się pomysł na doradcę listowego i sam pomysł zapętlenia czasu. Historie poszczególnych bohaterów zaciekawiły mnie i byłam zainteresowana dalszymi losami postaci.

Książka ta jest jak napisałam pokrzepiająca i pełna takiego niewymuszonego wdzięku i optymizmu.
Moja ocena jej to 5.5 / 6.

„Tajemnica diamentów”. Martin Widmark.

Seria „Biuro detektywistyczne Lassego i Mai”.

Wydana w Wydawnictwie Zakamarki. Poznań (2016).

Przełożyła Barbara Gawryluk.

Tytuł oryginalny Diamantmysteriet.

Ciekawym zbiegiem okoliczności jest to, że piszę o tej książce akurat w dniu Bibliotekarza i Bibliotek albowiem to właśnie moja ulubiona Bibliotekarka z Częstochowy, która nieustająco dba o rozwój czytelnictwa mojego Syna, podesłała nam tę książkę jakiś czas temu. Książka tym bardziej cenna bo z imienną dedykacją dla mojego Syna więc naprawdę przemiła pamiątka.

Sama książka ogromnie nam się spodobała. Czytałam ją ja na głos ale jest to zdecydowanie książka idealna dla dziecka, które rozpoczyna naukę samodzielnego czytania. Jaś już czyta ale nie wiem dobrze to czy źle, woli jak się Jemu czyta. Czytam więc bo jak może Wiecie a może nie, uwielbiam czytać na głos (powinni mnie zatrudnić do czytania audiobooków, biorę od razu !). Książki z tej serii z tego co się orientuję wszystkie są podobne, czyli dość krótkie, ale mają ciekawą treść i zagadkę kryminalną. Nie męczą jednak natłokiem nazwisk czy informacji tak aby dziecko z chęcią samo czytało historię w książce opowiedzianą. Do tego ładne ilustracje (czarno białe ) autorstwa Heleny Willis , mili bohaterowie, rówieśnicy czytelników i już mamy naprawdę udaną lekturę dla dziecka 6+. Wiem, że spora część moich znajomych zna te książki, my dopiero rozpoczniemy z nimi przygodę ale naprawdę jestem tym podekscytowana, tak mi się podobała „Tajemnica diamentów”.

Do Mai i Lassego, dzieci chodzących do jednej klasy, które założyły w szwedzkim miasteczku Valleby biuro detektywistyczne, zgłasza się właściciel ekskluzywnego sklepu jubilerskiego, pan Muhammed Karat. Zrozpaczony właściciel salonu z biżuterią twierdzi, że od pewnego czasu jest okradany przez któregoś z trójki pracowników. Konkretnie giną diamenty. Kto z wydawałoby się zaufanych pracowników jest złodziejem? Czy może panna Siv Leander, która jakiś czas temu została bez dachu nad głową? Czy może Ture Modig, którego ojciec prowadził sklep przed panem Karatem a potem zbankrutował i musiał sprzedać salon a Ture nie może sobie tego darować? A może jednak Lollo Smitt młody i polecany przez poprzednich pracodawców chłopak, który lubi sport i nowe sportowe auta?

Maja i Lasse będą musieli to właśnie zbadać i przeprowadzić śledztwo, co z ochotą czynią i oczywiście udaje im się odkryć, kto okrada pana Karata.
Widać, że Szwecja kryminałem stoi bo jak widać pisze się je dla najmłodszych nawet czytelników. Muszę jednak powiedzieć, że jest to zdecydowanie lektura dla całej rodziny, która ma z niej przyjemność. No i , przyznaję się, ja do końca nie wiedziałam, kto jest sprawcą kradzieży diamentów.

Polecam.

Moja ocena to 5.5 / 6.

„Zauroczenie”. Donna Leon.

Wydana w Oficynie Wydawniczej Noir sur Blanc. Warszawa (2019). Ebook.

Przełożył Marek Fedyszak.

Tytuł oryginalny Faling In Love.

Jedna z moich ulubionych autorek, która akcję swoich kryminalnych książek osadziła w Wenecji, powraca w nowym na naszym rynku wydanym kryminale pod tytułem „Zauroczenie”. Tym razem zabrakło tak charakterystycznej dla Donny Leon  intensywnej publicystycznej refleksji dotyczącej współczesnego świata, społeczeństw, polityki czy kościoła. Mamy raczej po prostu klasyczny kryminał, w którym najważniejsze są zbrodnia i emocje, które nasilają się podczas rozwoju akcji. 

Bohaterka książki to znana śpiewaczka operowa, Flavia Petrelli, którą poznaliśmy w innej dziejącej się w weneckiej operze książce noszącej tytuł „Śmierć w La Fenice”. Nawiasem mówiąc to właśnie „Śmierć w La Fenice” zapoczątkowała niezwykle popularny cykl opowieści kryminalnych o weneckim komisarzu Guido Brunettim.

W „Zauroczeniu” po wielu latach Brunetti i Petrelli spotykają się ponownie i oczywiście znów za sprawą zła, które dzieje się wokół śpiewaczki. Otóż od pewnego czasu ma ona jakiegoś natrętnego wielbiciela czy raczej, jak moglibyśmy to teraz określić „stalkera”. Początkowo dość niewinne gesty w postaci przysyłanych aktorce kwiatów,  konkretnie ogromnej ilości bukietów żółtych róż, zaczynają z czasem przybierać na sile i sprawiać, że Flavia zaczyna czuć się osaczona. 

Do tego najprawdopodobniej właśnie ów niepoczytalny wielbiciel zaczyna zagrażać zarówno otoczeniu Petrelli jak i ostatecznie jej samej. W tym momencie czas na działania Guido Brunettiego, który jak zwykle wraz z pomocą pracowników a zwłaszcza Signoriny Elettry rozwiązuje zagadkę tego, kto stoi za działaniami i atakami na osoby z towarzystwa śpiewaczki. 

W tej części cyklu o komisarzu Brunettim autorka powraca znów (to dla niej dość charakterystyczne) do sytuacji współczesnych kobiet.  Może nie w jakiś intensywny sposób, o czym wspomniałam  na początku ale jednak nie sposób nie zauważyć jak ważny to temat dla autorki. Powraca więc ona do tego jak postrzegane są współczesne kobiety ale i tego jak chciałyby być traktowane. Donna Leon pokazuje też nieco inne oblicze „świętej” jak ją nieco ironicznie nazywam Paoli, żony komisarza. Ci, którzy czytają mój blog regularnie wiedzą, że Paola, mówiąc delikatnie, nie jest moją ulubioną postacią literacką ale to akurat mnie cieszy bo lubię gdy bohaterowie budzą we mnie prawdziwe, żywe uczucia i emocje. W „Zauroczeniu” Paola jakby nawet była zmęczona i potrzebowała oddechu od swojej idealnej rodziny. Naprawdę, niezwykłe 🙂 .

Ciekawy jest też sam problem stalkera, który zostaje poruszony przez Leon w „Zauroczeniu”. Faktycznie, to dość chyba jednak nowe zjawisko współczesnych czasów. Owszem, pewnie zawsze osoby bardziej znane miały przy sobie osoby zafascynowane nimi również w jakimś niezdrowym wydaniu ale sądzę, że współczesność i technika mocno takowym stalkerom działania ułatwiły. Osaczona Flavia odczuwając coraz większy lęk mimo to nie do końca jest chętna do współpracy z Brunettim, jakby nie chciała dać wiary w to, że działania z jej przeszłości mogły stać się siłą napędową do działań atakującego przeciwnika. 

Tak więc jest jak zawsze, jest Wenecja (jakoś jej w tej części niewiele, bardziej sam gmach opery weneckiej zostaje w tej książce wyeksponowany), jest niespieszne wciąż życie z możliwością zjedzenia obiadu w domowym zaciszu , jest idealne małżeństwo i rodzina samego Brunettiego i jest zbrodnia i ciekawe jej tło. Oto przepis znany nam od lat , który serwuje nam Donna Leon pod postacią wypieczonego i smacznego dania , jakim jest finał w postaci książki. Czy ktoś może czuć się zawiedziony? Pewnie tak. Jest jak zwykle spokojnie, bez nagłych zwrotów akcji. Sądzę, że dla miłośników tego cyklu do jakich ja niewątpliwie się zaliczam to kolejna warta poznania książka autorki. Być może ktoś mniej lubiący jej kryminały miałby się do czego przyczepić? Ja w każdym razie nie zamierzam a czekam na dalsze opowieści o komisarzu Brunettim. 

Moja ocena to 5 / 6.

„Kredziarz”. C. J. Tudor

Wydana w Wydawnictwie Czarna Owca. Warszawa (2017). Ebook.

Przełożył Piotr Kaliński. 

Tytuł oryginalny The Chalk Man. 

Nabyłam w rewelacyjnej promocji ebookowej parę dni temu bo wydawało mi się, że słyszałam same dobre opinie. Zaczęłam czytać i…wciągnęło mnie jak bagno (kiepskie określenie ale tak właśnie było, nie mogłam się oderwać).

Bardzo lubię klimaty , które w swoich książkach prezentuje Stephen King, małe miasteczko, grupa dzieciaków i jakieś zło, które się wydarza. Całkiem podobny a mimo tego jednak indywidualny klimat otrzymałam w tej książce. 

Małe miasteczko w Anglii, grupa dzieci , paczka składająca się z trzech chłopaków i jednej dziewczyny. Narrator, Eddie Munster, Gruby Gav, Mickey Metal, Hoppo i Nicky, córka wikarego. 

Akcję książki poznajemy dwutorowo, współcześnie w roku 2016 i w roku 1986 gdy dzieciaki miały dwanaście lat i dopiero wkraczały w życie. 

Każde z nich ma inny dom, w którym dzieje się różnie. Eddiemu wiedzie się dobrze, ale już Nicky może powiedzieć, że jej życie jako córki wielebnego nie jest idealne. 

Paczka spędza ze sobą wiele czasu, dopiero wydarzenia roku 1986 podzielą ich a i to właściwie stopniowo i wraz z upływem czasu. 
Obecnie Eddie mieszka w rodzinnym domu ze współlokatorką a do jego domu pewnego dnia puka Mickey. „Ogrzewane” po latach kontakty nie prowadzą do niczego dobrego poza napływem wspomnień, zwłaszcza tych o czymś złym , co wydarzyło się przed laty w miasteczku. Zbrodnia ale jak się okazuje, niejedna, wstrząsnęła lokalną społecznością burząc uporządkowany dotąd małomiasteczkowy rytm. Do tych właśnie wydarzeń wraca narrator w swojej opowieści. 

Podobało mi się w tej książce, że bohaterowie są ciekawi, dzieciaki nie są idealne, ba, posiadają własne tajemnice i sekrety, o których nie wiedzą rodzice ale i nawet ich przyjaciele. Ciekawe są konfrontacje wspomnień dorosłego już nauczyciela Eddiego i tego małego dwunastolatka Eddiego. Jak wiele pamięta, co w swojej głowie zatarł aby nie wracało a co zaczyna wypychać się na pierwszy plan? 

Do tego wspomnienia z 1986 roku nie ograniczają się jedynie do morderstwa popełnionego w lesie pod miasteczkiem ale i do tego jakie w owym mieście panowały wówczas nastroje społeczne związane z pewną kliniką. 

Podobało mi się, że autorka odbrązowiła mit wspomnień z dzieciństwa. Otóż , bywa, że dzieciństwo nie jest jednak nieustającym pasmem szczęśliwości, nie polega jedynie na jeździe na rowerach, grze w podchody i w piłkę. Potrafi być w nim obecna również przemoc, agresja, molestowanie. Bywa, że i dziecko nie jest tak idealne jak chcieliby to widzieć rodzice czy otoczenie. Nie lukrowana prawda sprawia, że historia opowiadana przez dorosłego Eddiego nabiera cech prawdopodobieństwa i czytają miewa się dreszczyk na plecach. Rozwiązanie zagadki również nie rozczarowuje. Ja przynajmniej nie domyślałam się takiego rozwoju wydarzeń i tego, kto okazał się sprawcą. Wielki plus dla autorki za to, że umiała mnie zaskoczyć aż do końca książki. 

Moja ocena to 5.5 / 6.

„Moja rodzina i inne zwierzęta”. Gerald Durrell.

Wydana w Wydawnictwie Noir Sur Blanc. Warszawa (2019). Ebook.

Przełożyła Anna Przedpełska-Trzeciakowska.

Tytuł oryginalny My Family And Other Animals.

Och. Mam z tą książką „problem”. Kiedy jeszcze była nie do zdobycia bo poprzednie nakłady zostały wyczerpane, wiele osób zachwalało ją i mówiło, że jest prześmieszna. No i widząc jej wznowienie, wiedząc, że akcja dzieje się w ulubionej przeze mnie Grecji, ogromnie się ucieszyłam i nastawiłam na wiele. Lektura zaś okazała się naprawdę dobra i ciekawa i zabawna ale…czegoś co spowodowałoby zachwyt największy, zabrakło. Nie wiem w sumie czemu bo książka spełnia wszystkie wymogi stania się lekturą niemal idealną. Jest bardzo dobrze napisana, świetnie przetłumaczona. Autor jest postacią niewątpliwie oryginalną i ciekawą jak również pozostali bohaterowie. A mimo tego po części cała ta wesoła gromada chwilami bywało, że wręcz mnie irytowała. Wiem, wiem, „narażę się” miłośnikom ale trudno. Z poczuciem humoru czy ogólnie z książką czy filmem jest tak, że każdy ma swoje poczucie humoru i własne upodobania, które albo zostają spełnione albo nie. W tym przypadku cały czas zastanawiam się co takiego się stało, że zachwytu większości nie podzielę. Owszem, książka jest bardzo zabawna i na pewno można ją polecić komuś, kto potrzebuje lektury na pociechę a nie dodatkowo przybijającą ale być może po prostu coś między nami do końca chemii nie było. Nie wiem. Wierzcie mi, czuję się mocno tym faktem zdziwiona i sama się wciąż zastanawiam co poszło nie tak.

Narrator , Durrell , wielki miłośnik zwierząt i przyrody, który zresztą przekuł to potem w swój zawód, miłośnikiem zwierząt był od zawsze. Swoją opowieść o pobycie wraz z matką i trójką starszego rodzeństwa snuje ze swadą i poczuciem humoru. Opowiada zarówno o swojej niewątpliwie oryginalnej rodzince, która spędzała dość swobodnie czas na Korfu, jak również o tym jak on jako dziesięciolatek spędzał tam czas znajdując nowe zwierzęta do swojej licznej kolekcji jak i nawiązując nowe interesujące znajomości. Menażeria Geralda jest jak wspomniałam ogromna a niektóre wchodzące w jej skład zwierzaki jak dwie sroki zwane przez niego Serokami, stanowią naprawdę oryginalnych członków tej zabawnej ludzko zwierzęcej rodziny.

Wszystko to wśród pięknych opisów zarówno samej wyspy Korfu jak i nawet zwykłego przydomowego ogrodu, które to opisy zyskują dzięki barwnemu językowi narratora. Widać niewątpliwie , że czas spędzony w Grecji odcisnął na nim niezatarte wpływy i być może zadecydował o poważnym wybraniu w przyszłości drogi zawodowej.

Moja ocena to 5 / 6.

smutek …

…po wczorajszym wieczorze. Wiem, nie jestem oryginalna pisząc dziś o pożarze Katedry Notre Dame w Paryżu ale nic nie poradzę na to ,że ogromnie mną wstrząsnęło to wydarzenie.
Miałam to niewiarygodne szczęście móc oglądać ją aż trzy razy. Jest niezwykła , majestatyczna, ogromna a przy tym, to niezwykłe, sprawia wrażenie zacisznej mimo tłumów odwiedzających to miejsce. Jakiś czas temu wyjęłam ze swoich zbiorów pocztówek kartkę od przyjaciółki, właśnie z Katedrą. Postawiłam na półce z książkami, cieszyła moje oko. Teraz już wiem, że takiej katedry jaką widziałam, jaką uwieczniono na pocztówkowym zdjęciu , już nie zobaczę.
Dziedzictwo kultury , które szczęśliwie nie zostało całkowicie zniszczone aczkolwiek wczoraj wieczorem podczas śledzenia doniesień nie byłam już niczego pewna.

„Miłość na gigancie”. Anita Scharmach.

Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Warszawa (2019).
W sprzedaży od 18.04.2019.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Moja pierwsza styczność z książką tej autorki okazała się nad wyraz udana. Cieszę się, że zdecydowałam się po nią sięgnąć . Owszem, jest to literatura obyczajowa, ba, nie dzieją się tu dramatyczne wydarzenia ani żadne większe zło i co z tego? Czasem , a nawet ostatnio bardzo często , chętnie sięgam po taką optymistyczną, pozytywną książkę, która sprawi, że mój nastrój się poprawi a nie pogorszy.

Bohaterką „Miłości na gigancie” jest Magdalena, tuż przed trzydziestką. Księgowa w biurze zarządcy nieruchomościami. I kot Magdy. Kot Maniek nazwany pod wpływem obejrzenia jednej z najpopularniejszych kreskówek jako , że pełne imię to Manfred. Kot Maniek pojawił się w życiu bohaterki czas jakiś temu, nie kupiony w hodowli a znaleziony. Czy raczej inaczej, to Maniek wybrał Magdę i zdecydował się u niej zamieszkać.
Maniek ma jednak duszę wędrowniczka i jest żądny przygód bo zdarzają mu się ucieczki. Jedna z nich kończy się na poszukiwaniach kota w piwnicy domu, w którym od starszego pana , Stanisława Maneckiego wynajmuje mieszkanie Magda. Kot zostaje znaleziony w piwnicy a Magda zapoznaje za jego sprawą wnuka pana Stanisława. Wnuk jak się okazuje niebawem zamieszka w dotychczasowym lokum Magdy. Magda nie jest szczęśliwa aczkolwiek umowa najmu faktycznie taką sytuację przewidywała. Żal jej jednak opuszczać tak lubiane mieszkanie jak i przede wszystkim swoich dotychczasowych sąsiadów. Z jedną z sąsiadek, panią Ludmiłą , mamą niepełnosprawnego dorosłego, Magda bardzo się zaprzyjaźni. Muszę przyznać, że ten wątek stał się jednym z moich ulubionych w książce. Mimo różnicy wieku obie kobiety zaprzyjaźniły się. Magda stała się motorem zmian dla pani Lusi , ta zaś chyba stanowiła coś w rodzaju wypełnienia braku w życiu Magdy po przedwczesnej śmierci mamy. Mimo tego, że z siostrą Kasią ma bardzo udane kontakty, na pewno właśnie mamy brakowało jej w życiu.

„Miłość na gigancie” napisana jest z wielkim poczuciem humoru ale jest to humor nie na siłę.
Może i mam dość proste poczucie humoru ale nie ukrywam, że wątek korespondencji Magdy z jednym z mieszkańców nieruchomości, panem Jackiem Nowakiem ogromnie mnie ubawił. Zwłaszcza odpowiedzi Magdy do pana Jacka. Magda bowiem miała jakieś niezwykłe szczęście czy raczej pecha do rozmaitych  sytuacji i osób, raz było to zabawne a innym razem nieco mniej.

Również pochwalę tę książkę za zwrócenie uwagi na koty albowiem jak już wspomniałam, kot jest jednym z najważniejszych bohaterów tej książki. Autorka w posłowiu wspomina zresztą jak doszło do napisania książki , właśnie pod wpływem zaginięcia jej własnego kota. W „Miłości na gigancie” kot stanowi pomost pomiędzy ludźmi, którzy w innych okolicznościach pewnie nigdy by się nie zetknęli a w książce razem organizują akcję poszukiwania kota przeczesując nocą pewne gdyńskie osiedle.

„Miłość na gigancie” to optymistyczna, pogodna opowieść, taka, którą chętnie czyta się gdy los nie do końca sprzyja ale również wtedy gdy jest dobrze a chcemy przeczytać coś po prostu radosnego i ze szczęśliwymi zakończeniami wątków.

Moja ocena to 5 / 6.

„Księżniczka”. Lucyna Olejniczak.

Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Warszawa (2019).

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

To moje pierwsze spotkanie z książką tej autorki ale teraz już wiem, że zdecydowanie sięgnę po inne książki Lucyny Olejniczak.

Przyznaję, że przeczytawszy opis książki chwilę się wahałam czy po nią sięgać. Krótka notka nie pozostawiała złudzeń, lektura ta nie będzie lekka, dotyczyła molestowania dziecka, córki.
Niemniej jednak stwierdziłam, że spróbuję po nią sięgnąć i oto jestem po bardzo udanej lekturze.

Lenę poznajemy jako już dorosłą kobietę, mężatkę, która opowieść swoją snuje dwutorowo, raz współcześnie, raz sięgając do przeszłości i swojego niełatwego dzieciństwa.

Od razu powiem, że autorka zastosowała rewelacyjny „zabieg”, że może niezbyt elegancko to określę. Nie potrzebowała bowiem na siłę epatować okrucieństwem tego, co Lenie i jej młodszej siostrze czynił ich niemal wiecznie podpity bądź pijany ojciec. Oto bowiem okazuje się , że naprawdę dla czytelnika nie jest potrzebna dosłowność i szczegółowość. Lena w najcięższych chwilach, które przeżywała w dzieciństwie, kiedy jej niezrównoważony ojciec molestował ją, odpływała w świat wyobraźni, uciekając w coś w rodzaju psychicznej kryjówki, do której nikt nie miał wstępu, ani matka, ani siostra ani tym bardziej jej ojciec.
Dziwna relacja, która łączyła jej rodziców, brak serdeczności we wzajemnych kontaktach ale nadto brak czujności matki dotyczący tego, co jej mąż robił własnym córkom czy może wręcz jej brak jakiegokolwiek działania mającego zapobiec złu, to z pewnością położyło się mrocznym cieniem na życiu Leny. Jednak poznajemy ją w raczej dobrym momencie życia, gdy jest w dobrym związku, związana z mężczyzną, który zna jej wydarzenia z dzieciństwa i psychicznie ją wspiera.
Sama Lena jednak wciąż bywa, że czuje się skarconym dzieckiem, które jak wtedy te dwadzieścia lat wstecz, boi się własnego ojca.

Dopiero sama będąc dorosłą Lena widzi wyraźnie jak chore relacje łączyły jej rodziców i jak trudna była rodzina, w której się wychowała. Szczęśliwie dorosła Lena nie daje się wmanewrować w coś w rodzaju szantażu emocjonalnego stosowanego przez rodziców. Manipulowanie ją pozostawia w ciężkim czasie przeszłości a obecnie chce dać sobie samej szansę na wyzwolenie się i zwyczajnie bycie szczęśliwą.

Świetnie odmalowana jest rzeczywistość dzieciństwa Leny , w którym to ojciec, inżynier budujący Nową Hutę na zewnątrz pokazuje swoją idealną rodzinę a w domowym bynajmniej zaciszu , urządza tejże rodzinie niezłe piekiełko. Upadlanie małżonki, molestowanie córek, awantury i pijaństwo, to realia,w jakich wzrasta Lenka. Jak się po latach okaże, sąsiedzi doskonale o wszystkim co działo się w domu pana inżyniera, wiedzieli. Brak było jednak jakiejś sensowniejszej reakcji na sytuację.

Autorka jak już pisałam, nie epatuje zbędnymi okrutnymi opisami, stosuje za to ciekawe zabiegi mające ukazać nam to jakie dzieciństwo przypadło w udziale Lence . Dla mnie jednym z najbardziej przejmujących był opis Świąt Bożego Narodzenia spędzonych w domu siostry matki na Śląsku. Kontrast z tym, jak wyglądały Święta w domu rodzinnym narratorki był naprawdę chwytający za serce i uświadamiający jak wiele zła w życiu spotkało bohaterkę. Niby to ukochaną córeczkę tatusia, jego jak ją nazywa „Księżniczkę”, której to potrafił bez mrugnięcia okiem niszczyć czas, który teoretycznie powinien być czasem szczęśliwości i poczucia bezpieczeństwa.

Dla mnie osobiście wielką zaletą jest to, gdy książka nie jest zbyt obszerna. Taka jest i „Księżniczka”, niewielka objętościowo , za to treść jej jest naprawdę świetna i warta przeczytania.

Moja ocena tej książki to 6 / 6.

„Dziewczyna z konbibi”. Sayaka Murata.

Wydana w Wydawnictwie Uniwersytetu Jagiellońskiego. Kraków (2019).
Seria z Żurawiem.

Przełożył Dariusz Latoś.
Tytuł oryginalny Konbini ningen.

Keiko Furukura ma trzydzieści sześć lat i od osiemnastu lat czyli odkąd skończyła szkołę pracuje w konbibi. Tu gwoli wyjaśnienia, są to małe sklepy czynne całą dobę, oferujące artykuły najbardziej potrzebne chociaż nie tylko bo można tam kupić również zestawy na lunch, z czego korzystają na ogół pracownicy okolicznych biur. Prawdę mówiąc, praca w konbini na stanowisku ekspedientki a taką właśnie pracę wykonuje Keiko nie jest szczytem marzeń osoby dorosłej w Japonii. Ba, jest to raczej praca na godziny dla studenta czy dorywcza dla gospodyni domowej, której małżeństwo odczuło coraz bardziej postępujący w Japonii kryzys gospodarczy i która musi wspomóc budżet domowy dodatkowym groszem. Podsumowując te wywody , ekspedientką w konbini nie powinno się być mając lat trzydzieści sześć. Jeśli jesteś kobietą w tym wieku i wykonujesz przez całe swoje dorosłe życie taką pracę, według standardów japońskich oznacza to ni mniej ni więcej jak to, że przegrałaś swoje życie.

Jako, że Keiko Furukura od dziecka odstaje od grupy rówieśniczej i jak się domyślamy, ma spore problemy wymagające stałej opieki lekarskiej, nie odczuwa tego w ten sposób. Dla niej bowiem jest to najpiękniejsze co można robić w życiu. Można powiedzieć, że kobieta zżyła się z konbibi czy wręcz „wwżyła” w ten oryginalny organizm jakim jest sklep.

Owszem, wie, że rodzice i młodsza siostra niepokoją się o nią ale nie uważa aby im przeszkadzała. Mieszka sama i na własny rachunek. Dlaczego więc otoczenie tak silnie usiłuje uświadomić ją i przekonać o tym, że jest ona odmieńcem ? Z czasem, pod wpływem poznania próbującego pracy w konbibi Shirahy, Keiko zacznie nagle werbalizować to, czego do tej pory nie czyniła czyli nazywać siebie obcym elementem składowej, której stałości do tej pory była tak pewna. I która to stała stanowiła dla niej źródło wsparcia wewnętrznego i była wręcz motorem do dalszych działań czy wręcz życia. Można bowiem powiedzieć, że Keiko nie mając zbyt wielu możliwości i funkcjonując w bardzo specyficznym układzie społecznym miała szansę na realizację jedynie w tej formie i uzależniła się od swojej pracy ekspedientki.

W chwili gdy jej sytuacja zmienia się na zewnątrz Keiko Furukura ze zdumieniem odkrywa, że ludzie zaczynają bardzo dziwnie się zachowywać. Wystarczy jeden mały element , który jest „na miejscu” statecznego społecznego życia, który kobieta wprowadza w życie a już wszyscy dookoła pieją z zachwytu i dają jej odczuć, że nareszcie jest pełnoprawną członkinią społeczeństwa. W czytelniku zaś rodzi się pytanie kto tu w tej sytuacji zachowuje się naprawdę dziwnie, czy aby Keiko czy jednak jej otoczenie?

Bałam się , że ta książka będzie dość przygnębiająca i prawdę mówiąc chwilami jest taka naprawdę, niemniej jednak najciekawsze jest samo zakończenie, które jest zdecydowanie optymistyczne i które pozwala na to aby sama Keiko zrozumiała, że nie musi dostosowywać się do oczekiwań innych aby być sobą i być na swój sposób szczęśliwą.

Moja ocena to 5. 5 / 6.