…po wczorajszym wieczorze. Wiem, nie jestem oryginalna pisząc dziś o pożarze Katedry Notre Dame w Paryżu ale nic nie poradzę na to ,że ogromnie mną wstrząsnęło to wydarzenie.
Miałam to niewiarygodne szczęście móc oglądać ją aż trzy razy. Jest niezwykła , majestatyczna, ogromna a przy tym, to niezwykłe, sprawia wrażenie zacisznej mimo tłumów odwiedzających to miejsce. Jakiś czas temu wyjęłam ze swoich zbiorów pocztówek kartkę od przyjaciółki, właśnie z Katedrą. Postawiłam na półce z książkami, cieszyła moje oko. Teraz już wiem, że takiej katedry jaką widziałam, jaką uwieczniono na pocztówkowym zdjęciu , już nie zobaczę.
Dziedzictwo kultury , które szczęśliwie nie zostało całkowicie zniszczone aczkolwiek wczoraj wieczorem podczas śledzenia doniesień nie byłam już niczego pewna.
„Miłość na gigancie”. Anita Scharmach.
Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Warszawa (2019).
W sprzedaży od 18.04.2019.
Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.
Moja pierwsza styczność z książką tej autorki okazała się nad wyraz udana. Cieszę się, że zdecydowałam się po nią sięgnąć . Owszem, jest to literatura obyczajowa, ba, nie dzieją się tu dramatyczne wydarzenia ani żadne większe zło i co z tego? Czasem , a nawet ostatnio bardzo często , chętnie sięgam po taką optymistyczną, pozytywną książkę, która sprawi, że mój nastrój się poprawi a nie pogorszy.
Bohaterką „Miłości na gigancie” jest Magdalena, tuż przed trzydziestką. Księgowa w biurze zarządcy nieruchomościami. I kot Magdy. Kot Maniek nazwany pod wpływem obejrzenia jednej z najpopularniejszych kreskówek jako , że pełne imię to Manfred. Kot Maniek pojawił się w życiu bohaterki czas jakiś temu, nie kupiony w hodowli a znaleziony. Czy raczej inaczej, to Maniek wybrał Magdę i zdecydował się u niej zamieszkać.
Maniek ma jednak duszę wędrowniczka i jest żądny przygód bo zdarzają mu się ucieczki. Jedna z nich kończy się na poszukiwaniach kota w piwnicy domu, w którym od starszego pana , Stanisława Maneckiego wynajmuje mieszkanie Magda. Kot zostaje znaleziony w piwnicy a Magda zapoznaje za jego sprawą wnuka pana Stanisława. Wnuk jak się okazuje niebawem zamieszka w dotychczasowym lokum Magdy. Magda nie jest szczęśliwa aczkolwiek umowa najmu faktycznie taką sytuację przewidywała. Żal jej jednak opuszczać tak lubiane mieszkanie jak i przede wszystkim swoich dotychczasowych sąsiadów. Z jedną z sąsiadek, panią Ludmiłą , mamą niepełnosprawnego dorosłego, Magda bardzo się zaprzyjaźni. Muszę przyznać, że ten wątek stał się jednym z moich ulubionych w książce. Mimo różnicy wieku obie kobiety zaprzyjaźniły się. Magda stała się motorem zmian dla pani Lusi , ta zaś chyba stanowiła coś w rodzaju wypełnienia braku w życiu Magdy po przedwczesnej śmierci mamy. Mimo tego, że z siostrą Kasią ma bardzo udane kontakty, na pewno właśnie mamy brakowało jej w życiu.
„Miłość na gigancie” napisana jest z wielkim poczuciem humoru ale jest to humor nie na siłę.
Może i mam dość proste poczucie humoru ale nie ukrywam, że wątek korespondencji Magdy z jednym z mieszkańców nieruchomości, panem Jackiem Nowakiem ogromnie mnie ubawił. Zwłaszcza odpowiedzi Magdy do pana Jacka. Magda bowiem miała jakieś niezwykłe szczęście czy raczej pecha do rozmaitych sytuacji i osób, raz było to zabawne a innym razem nieco mniej.
Również pochwalę tę książkę za zwrócenie uwagi na koty albowiem jak już wspomniałam, kot jest jednym z najważniejszych bohaterów tej książki. Autorka w posłowiu wspomina zresztą jak doszło do napisania książki , właśnie pod wpływem zaginięcia jej własnego kota. W „Miłości na gigancie” kot stanowi pomost pomiędzy ludźmi, którzy w innych okolicznościach pewnie nigdy by się nie zetknęli a w książce razem organizują akcję poszukiwania kota przeczesując nocą pewne gdyńskie osiedle.
„Miłość na gigancie” to optymistyczna, pogodna opowieść, taka, którą chętnie czyta się gdy los nie do końca sprzyja ale również wtedy gdy jest dobrze a chcemy przeczytać coś po prostu radosnego i ze szczęśliwymi zakończeniami wątków.
Moja ocena to 5 / 6.
„Księżniczka”. Lucyna Olejniczak.
Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Warszawa (2019).
Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.
To moje pierwsze spotkanie z książką tej autorki ale teraz już wiem, że zdecydowanie sięgnę po inne książki Lucyny Olejniczak.
Przyznaję, że przeczytawszy opis książki chwilę się wahałam czy po nią sięgać. Krótka notka nie pozostawiała złudzeń, lektura ta nie będzie lekka, dotyczyła molestowania dziecka, córki.
Niemniej jednak stwierdziłam, że spróbuję po nią sięgnąć i oto jestem po bardzo udanej lekturze.
Lenę poznajemy jako już dorosłą kobietę, mężatkę, która opowieść swoją snuje dwutorowo, raz współcześnie, raz sięgając do przeszłości i swojego niełatwego dzieciństwa.
Od razu powiem, że autorka zastosowała rewelacyjny „zabieg”, że może niezbyt elegancko to określę. Nie potrzebowała bowiem na siłę epatować okrucieństwem tego, co Lenie i jej młodszej siostrze czynił ich niemal wiecznie podpity bądź pijany ojciec. Oto bowiem okazuje się , że naprawdę dla czytelnika nie jest potrzebna dosłowność i szczegółowość. Lena w najcięższych chwilach, które przeżywała w dzieciństwie, kiedy jej niezrównoważony ojciec molestował ją, odpływała w świat wyobraźni, uciekając w coś w rodzaju psychicznej kryjówki, do której nikt nie miał wstępu, ani matka, ani siostra ani tym bardziej jej ojciec.
Dziwna relacja, która łączyła jej rodziców, brak serdeczności we wzajemnych kontaktach ale nadto brak czujności matki dotyczący tego, co jej mąż robił własnym córkom czy może wręcz jej brak jakiegokolwiek działania mającego zapobiec złu, to z pewnością położyło się mrocznym cieniem na życiu Leny. Jednak poznajemy ją w raczej dobrym momencie życia, gdy jest w dobrym związku, związana z mężczyzną, który zna jej wydarzenia z dzieciństwa i psychicznie ją wspiera.
Sama Lena jednak wciąż bywa, że czuje się skarconym dzieckiem, które jak wtedy te dwadzieścia lat wstecz, boi się własnego ojca.
Dopiero sama będąc dorosłą Lena widzi wyraźnie jak chore relacje łączyły jej rodziców i jak trudna była rodzina, w której się wychowała. Szczęśliwie dorosła Lena nie daje się wmanewrować w coś w rodzaju szantażu emocjonalnego stosowanego przez rodziców. Manipulowanie ją pozostawia w ciężkim czasie przeszłości a obecnie chce dać sobie samej szansę na wyzwolenie się i zwyczajnie bycie szczęśliwą.
Świetnie odmalowana jest rzeczywistość dzieciństwa Leny , w którym to ojciec, inżynier budujący Nową Hutę na zewnątrz pokazuje swoją idealną rodzinę a w domowym bynajmniej zaciszu , urządza tejże rodzinie niezłe piekiełko. Upadlanie małżonki, molestowanie córek, awantury i pijaństwo, to realia,w jakich wzrasta Lenka. Jak się po latach okaże, sąsiedzi doskonale o wszystkim co działo się w domu pana inżyniera, wiedzieli. Brak było jednak jakiejś sensowniejszej reakcji na sytuację.
Autorka jak już pisałam, nie epatuje zbędnymi okrutnymi opisami, stosuje za to ciekawe zabiegi mające ukazać nam to jakie dzieciństwo przypadło w udziale Lence . Dla mnie jednym z najbardziej przejmujących był opis Świąt Bożego Narodzenia spędzonych w domu siostry matki na Śląsku. Kontrast z tym, jak wyglądały Święta w domu rodzinnym narratorki był naprawdę chwytający za serce i uświadamiający jak wiele zła w życiu spotkało bohaterkę. Niby to ukochaną córeczkę tatusia, jego jak ją nazywa „Księżniczkę”, której to potrafił bez mrugnięcia okiem niszczyć czas, który teoretycznie powinien być czasem szczęśliwości i poczucia bezpieczeństwa.
Dla mnie osobiście wielką zaletą jest to, gdy książka nie jest zbyt obszerna. Taka jest i „Księżniczka”, niewielka objętościowo , za to treść jej jest naprawdę świetna i warta przeczytania.
Moja ocena tej książki to 6 / 6.
„Dziewczyna z konbibi”. Sayaka Murata.
Wydana w Wydawnictwie Uniwersytetu Jagiellońskiego. Kraków (2019).
Seria z Żurawiem.
Przełożył Dariusz Latoś.
Tytuł oryginalny Konbini ningen.
Keiko Furukura ma trzydzieści sześć lat i od osiemnastu lat czyli odkąd skończyła szkołę pracuje w konbibi. Tu gwoli wyjaśnienia, są to małe sklepy czynne całą dobę, oferujące artykuły najbardziej potrzebne chociaż nie tylko bo można tam kupić również zestawy na lunch, z czego korzystają na ogół pracownicy okolicznych biur. Prawdę mówiąc, praca w konbini na stanowisku ekspedientki a taką właśnie pracę wykonuje Keiko nie jest szczytem marzeń osoby dorosłej w Japonii. Ba, jest to raczej praca na godziny dla studenta czy dorywcza dla gospodyni domowej, której małżeństwo odczuło coraz bardziej postępujący w Japonii kryzys gospodarczy i która musi wspomóc budżet domowy dodatkowym groszem. Podsumowując te wywody , ekspedientką w konbini nie powinno się być mając lat trzydzieści sześć. Jeśli jesteś kobietą w tym wieku i wykonujesz przez całe swoje dorosłe życie taką pracę, według standardów japońskich oznacza to ni mniej ni więcej jak to, że przegrałaś swoje życie.
Jako, że Keiko Furukura od dziecka odstaje od grupy rówieśniczej i jak się domyślamy, ma spore problemy wymagające stałej opieki lekarskiej, nie odczuwa tego w ten sposób. Dla niej bowiem jest to najpiękniejsze co można robić w życiu. Można powiedzieć, że kobieta zżyła się z konbibi czy wręcz „wwżyła” w ten oryginalny organizm jakim jest sklep.
Owszem, wie, że rodzice i młodsza siostra niepokoją się o nią ale nie uważa aby im przeszkadzała. Mieszka sama i na własny rachunek. Dlaczego więc otoczenie tak silnie usiłuje uświadomić ją i przekonać o tym, że jest ona odmieńcem ? Z czasem, pod wpływem poznania próbującego pracy w konbibi Shirahy, Keiko zacznie nagle werbalizować to, czego do tej pory nie czyniła czyli nazywać siebie obcym elementem składowej, której stałości do tej pory była tak pewna. I która to stała stanowiła dla niej źródło wsparcia wewnętrznego i była wręcz motorem do dalszych działań czy wręcz życia. Można bowiem powiedzieć, że Keiko nie mając zbyt wielu możliwości i funkcjonując w bardzo specyficznym układzie społecznym miała szansę na realizację jedynie w tej formie i uzależniła się od swojej pracy ekspedientki.
W chwili gdy jej sytuacja zmienia się na zewnątrz Keiko Furukura ze zdumieniem odkrywa, że ludzie zaczynają bardzo dziwnie się zachowywać. Wystarczy jeden mały element , który jest „na miejscu” statecznego społecznego życia, który kobieta wprowadza w życie a już wszyscy dookoła pieją z zachwytu i dają jej odczuć, że nareszcie jest pełnoprawną członkinią społeczeństwa. W czytelniku zaś rodzi się pytanie kto tu w tej sytuacji zachowuje się naprawdę dziwnie, czy aby Keiko czy jednak jej otoczenie?
Bałam się , że ta książka będzie dość przygnębiająca i prawdę mówiąc chwilami jest taka naprawdę, niemniej jednak najciekawsze jest samo zakończenie, które jest zdecydowanie optymistyczne i które pozwala na to aby sama Keiko zrozumiała, że nie musi dostosowywać się do oczekiwań innych aby być sobą i być na swój sposób szczęśliwą.
Moja ocena to 5. 5 / 6.
The Journey Begins
Thanks for joining me!
Good company in a journey makes the way seem shorter. — Izaak Walton

„Gra w kłamstwa”. Ruth Ware.
Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Warszawa (2019). Ebook.
W sprzedaży od 12.02.2019.
Przełożyła Ewa Kleszcz.
Tytuł oyginalny The Lying Game.
Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.
To moja druga po „W ciemnym, mrocznym lesie” , o której pisałam w tym wpisie, książka Ruth Ware. I podobała mi się , chyba nawet bardziej od pierwszej.
Cztery przyjaciółki, które poznały się w szkole średniej z internatem Salten House. Siedemnaście lat temu narratorka Isa, Fatima , Kate i Thea spędziły tam jakiś czas roku szkolnego. Czas, w którym zdążyły silnie się zaprzyjaźnić i w czasie którego podjęły wspólną grę. Grę w kłamstwa. Ta zdawałoby się , dość niewinna gra , na pomysł której mogą wpaść znudzone szkolną rutyną nastolatki, w pewnej chwili wymknie się nieco spod kontroli i nieść będzie ze sobą poważne konsekwencje. Albowiem siedemnaście lat wstecz coś dramatycznego wydarzyło się w życiu czterech przyjaciółek.
W chwili , gdy je poznajemy, są w stanie pewnej stabilizacji życiowej, przynajmniej dwie z nich. Isa ma półroczną córeczkę i mieszka ze swoim partnerem w Londynie , Fatima ma dwójkę dzieci i wraz z mężem odkryła na nowo silniej własne wyznanie. Thea żyje niespokojnie ale to Kate, która została w miejscowości, w której miało miejsce wydarzenie sprzed siedemnastu lat, wysyła kobietom sms, który sprowadzi je wszystkie w stare kąty. I który sms okaże się przywołującym demony przeszłości. Stopniowo wraz z narracją Isy dowiadujemy się o życiu w szkole, o ich przyjaźni, o więzi jaka je łączyła. Od początku jednak na pozytywny nastrój dawnej przyjaźni złowrogi cień rzuca owo wydarzenie sprzed wielu lat. Cień ten może zagrozić wszystkim im, dlatego też kobiety rzucają wszystko i jadą raz jeszcze aby zmierzyć się z przeszłością. To, co zdarzyło się w starym Starym Młynie wróci się ze zdwojoną siłą. Do tego dojdzie poczucie zachwiania stabilizacji, niepokój o nie same i o rodziny, które mają.
Muszę powiedzieć, że bardzo wciągnęła mnie ta książka, ogromnie mi się podobała. Mogłam zrozumieć chęć akceptacji, przemawiającą za dziewczynami z lat nastoletnich, kiedy podejmowały nawet najbardziej bezsensowne działania aby tylko mieć poczucie wspólnoty i wzajemnego wsparcia. W chwili gdy znalazły się w szkole, każda z nich na swój sposób była samotna bądź nosiła w sercu jakieś żale i niewypowiedziane dramaty. Wspólnota, poczucie wsparcia sprawiło, że gdy doszło do tragedii, podjęły taką a nie inną decyzję. Która wpłynęła na całe ich życie. I która sprawiła, że gdy przyszedł do nich sms od Kate natychmiast ruszyły jej na pomoc. Tak, jak robiły to w przeszłości.
Podobał mi się nastrój książki, ukazanie stopniowego narastania poczucia beznadziei i wymknięcia się sytuacji spod kontroli. Widzę zdecydowanie dobry rozwój stylu tej autorki i na pewno chętnie będę sięgała po następne jej książki.
Moja ocena to 5.5 / 6.
„Stróż krokodyla”. Katrine Engberg.
Wydana w Wydawnictwie Zysk i S-ka. Poznań (2019).Ebook.
Przełożyła Elżbieta Frątczak-Nowotny.
Tytuł oryginalny Krokodillevogteren.
Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.
Akcja tego kryminału dzieje się w Kopenhadze. W starej kamienicy, której właścicielką jest Esther de Laurenti, mieszka niewiele osób. Właścicielka, starszy , rozwiedziony od ponad dwudziestu lat Gregers Hermansen i dwie młode dziewczyny, studentki. Caroline i Julie. Pewnego ranka starszy pan, Gregers, idąc wyrzucić śmieci znajduje ciało jednej z nich. Niestety, dziewczyna padła ofiarą morderstwa. Nikt nie ma pojęcia jak to się stało, że dziewczyna, która w sumie dość niedawno przyjechała do Kopenhagi, mogła paść ofiarą takiej zbrodni. Przecież dopiero co zaczynała swoje życie w nowym miejscu, poznawała ludzi, dopiero miała rozpocząć naukę. Julie Stender okaże się dla tych, którzy ją znali o wiele bardzie tajemniczą osobą niż mogli sądzić.
Nagle okazuje się, że ta młoda dziewczyna miała za sobą wiele ciężkich chwil i niełatwe doświadczenia. O tym jednak dowiemy się podczas lektury.
W chwili odkrycia zmasakrowanego ciała dziewczyny śledztwo podejmuje dwoje śledczych, Anette Werner i Jeppe Korner. Ten duet lubi własne towarzystwo. Oboje też dobrze ze sobą współpracują i prowadzą owocne śledztwa. Teraz przyjdzie im prowadzić kolejne, a nie będzie ono łatwe. Szybko okaże się bowiem, że sporo działo się zarówno w życiu samej Julie jak i innych osób, które zostały wplątane w całą intrygę. Do tego wszystkiego okazuje się, że morderstwo już wcześniej zostało popełnione. Na kartkach powieści pisanej przez Esther de Laurenti. Kiedy kobieta dowiaduje się o tym, jest ogromnie zmartwiona, nawet nie tym, że została wplątana w morderstwo młodej lokatorki co raczej samym faktem, iż ktoś zainspirował się jej mającą dopiero powstać i ukazującą się we fragmentach powieścią kryminalną. A efektem jest to, że ktoś pozbawił życia młodą, dopiero co wkraczającą w świat i życie dziewczynę. Tym samym odbierając jej te wszystkie szanse i możliwości, które należą się młodym od zawsze i z których to szans i możliwości młodość tak chętnie korzysta. Tymczasem zostają zrozpaczeni bliscy a zwłaszcza darzący córkę wręcz obsesyjnym uczuciem – ojciec.
Co tak naprawdę stało się w starej kamienicy w jednej z kopenhaskich dzielnic? Kto zainspirowany mającą ukazać się książką postanowił literaturę wcielić w życie? Jakie tajemnice ukrywała przed bliskimi Julie?
Tradycyjnie już jak to u Skandynawskich autorów, mamy do czynienia z niezbyt szczęśliwym śledczym. Życie Jeppego ostatnio nie jest pasmem radości i szczęścia, a nawet można powiedzieć, że rozpadła mu się rodzina. Podczas śledztwa i on sam będzie musiał zmagać się z demonami własnej przeszłości. Czy mu się to uda?
Katrine Engberg jednak nie skupia się zanadto na psychologicznym tle tego kryminału. Książka nie udaje niczego ponad to czym jest, czyli właśnie kryminałem. Czyta się ją z zainteresowaniem i sądzę, że dla osób, które lubią właśnie ten gatunek literacki, stanowić będzie ona dobrą rozrywkę.
Moja ocena to 4.5 / 6.
„Kwiat wiśni i czerwona fasola”. Durian Sukegawa.
Wydana w Wydawnictwie Uniwersytetu Jagiellońskiego. Kraków (2018).
Przełożył Dariusz Latoś.
Tytuł oryginalny An.
Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.
We wrześniu ubiegłego roku obejrzeliśmy z P. film pod tym tytułem, powstałym na podstawie książki, a oto przyszedł moment, gdy poznałam książkę. I coś jest na rzeczy, kiedy się twierdzi, że dobrze jest przeczytać najpierw książkę a potem dopiero obejrzeć ekranizację. I pomimo tego, że film oceniam bardzo dobrze, to rzeczywiście, książka opisuje jeszcze głębiej uczucia poszczególnych bohaterów, relacje ich łączące.
Trójka „przegranych”, których połączy los? koleje życia? w jednym miejscu. On, to sprzedający dorayaki w sklepie Doraharu Sentaro. Ona to starsza pani Tokue Yoshii, która zjawi się po prostu pewnego dnia aby zgłosić się do pomocy w sprzedaży. Jest jeszcze nastolatka Wakana, która będzie kupować ów japoński deser, w skład którego wchodzi słodka pasta z fasoli, an. Jak widać, oryginalny tytuł to właśnie „An”. Nieprzypadkowo , ta pasta , proces jej tworzenia, to bardzo ważny aspekt tej książki. I w jakiś sposób lekcja życia, którą Sentaro otrzyma od starszej pani.
Jak napisałam, wszyscy oni na swój sposób są postrzegani przez społeczeństwo jako przegrani, na marginesie życia. On to były więzień, w dodatku praca w sklepie nie jest jego marzeniem ale nie ma wyjścia, musi oddać wdowie właściciela zaciągnięty ongiś dług. Tokue Yoshii w przeszłości chorowała na jedną z najcięższych kiedyś chorób, na szczęście obecnie uleczalną, jaką jest choroba Hansena. Wakana to dziewczyna z niepełnej rodziny, jej matka ledwie wiąże koniec z końcem. Ta trójka spotkawszy się w sklepiku z dorayaki stanie się dla siebie kimś więcej niż jedynie przypadkowymi ludźmi, których regularnie widuje się w jakimś miejscu. Największa więź połączy Sentaro i Tokue Yoshii. Nie mająca własnych dzieci to w nim „upatrzy” sobie nigdy nie obecnego w jej życiu ale mogącego mieć właśnie tyle lat, syna. I on, początkowo dość zdystansowany, odnajdzie w jej postaci postać dawno nieobecnej w jego życiu matki. Nastolatka zaś nareszcie będzie miała miejsce, w którym będzie mogła być sobą, nikogo nie udawać i zwyczajnie być sobą bez oceniania i nakładania krzywdzących łatek.
To nie jest wielka objętościowo książka, akcja dzieje się na przestrzeni jednego roku. Zaczyna się wiosną i wiosną się kończy. W trakcie lektury wielokrotnie łapałam się na tym, jak bardzo subtelnie i nie „łopatologicznie” przedstawiona jest w niej prawda życiowa, polegająca na tym, że jakby nie było, gdy człowiekowi w życiu jest źle, nie ma to jak obecność drugiego człowieka. Kogoś, kto z nami porozmawia, kto nas czasem po prostu wysłucha. Czasem da nam możliwość zrealizowania naszego marzenia, nawet o tym czasem nie wiedząc.
Uważność, z jaką starsza pani przygotowywała słodką pastę an, uważność, z jakąś przyglądała się światu i to jak go odbierała pomimo tego jak ciężko doświadczyło ją życie, to pokazało, że często największe prawdy są na wyciągnięcie ręki a największe szczęścia tuż obok.
Tokue Yoshii napisze w liście do Sentaro, cytuję , „Jestem przekonana, że życie ma sens”.
I tak, pomimo tego jak ciężkie są w niej opisane przeżycia starszej pani z jej młodości i późniejszych lat, widać, że jej życie wypełnione było dobrem i szczęście a nadto właśnie miało sens”. Co zawsze cenię w prozie wschodniej, to to, że wszystkie te mądre przesłania przekazane są w jakiś delikatny, subtelny sposób, bez natrętnego moralizowania. Nie inaczej jest w tej książce.
To bardzo ładna, ciepła, wzruszająca i mądra książka. Książka, która pociesza, że bez względu na to jak może być ciężko w życiu, ze wsparciem drugiej osoby uda się nam pokonać sporą część przeciwności i zmartwień. A przynajmniej mamy z kim z owymi zmartwieniami walczyć.
Bardzo polecam osobom szukającej lektury bez nagłej akcji, za to z mądrym przesłaniem.
Moja ocena to 6 / 6.
„Arystokratka i fala przestępstw na zamku Kostka”. Evzen Bocek.
Wydana w Wydawnictwie Stara Szkoła. Wołów (2019). Ebook.
Przełożył Mirosław Śmigielski.
Tytuł oryginalny Aristokratka a vlna zlocinnosti na zamku Kostka.
Wydawnictwo Stara Szkoła przyzwyczaiło nas, stałych czytelników serii o arystokratce Marii Kostce, że 27 stycznia prezentuje nowe odsłony cyklu. Nie inaczej stało się tym razem i oto jestem po najnowszej części przygód Marii.
Jak zwykle poznajemy akcję jej słowami, jako narratorki. Tym razem rozszerza się nam grono bohaterów, jako że oprócz Marii , jej rodziców , pracowników zamku , których znaliśmy z poprzednich części jak również ciotuni Nory znanej nam od części poprzedniej, na scenie pojawiają się dwie niezależne grupy przestępcze. Obie nic o sobie nie wiedząc, planują na zamku Kostka przestępstwa. Obie też kompletnie nie mają pojęcia, że ich plan spełznie na niczym, jako, że zginie księżna Diana, co wpłynie na sytuację zamkową. No ale o tym na razie nikt nie ma zielonego pojęcia. Przestępstwa się planuje, młoda Maria wciąż jest zakochana i dba o ukochanego jak mało kto, a zamkowa rzeczywistość kręci się w dość przewidywalny sposób. Do czasu.
Na pewno ta część jest nieco inna od poprzednich ale według mnie nie jest to problemem a wręcz dobrze, że autor pokusił się na wprowadzenie jakiegoś elementu świeżości. Akcja zyskała dzięki temu zdecydowanie na rozwoju tempa a humor jest wciąż tak samo udany. Tak, wiem, cykl o Arystokratce kocha się bądź nie rozumie na czym polega jego fenomen. Ja od pierwszej chwili zapałałam do tej opowieści wielkim entuzjazmem i zwyczajnie żałuję, że kolejne części nie ukazują się szybciej. Pozostaje nam więc znów czekać około roku jak sądzę aby przeczytać dalsze losy Marii, Maksymiliana, którego darzy uczuciem i reszty bohaterów opowieści.
Moja ocena to 6 / 6.
„Teściową oddam od zaraz”. Małgorzata J. Kursa.
Wydana w Wydawnictwie Lucky. Radom (2019).
Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Portalu Książka zamiast Kwiatka, Wydawnictwa i Autorki.
Z tego, co się orientuję, książka ta została wznowiona. Ja przeczytałam ją z prawdziwą przyjemnością. Rozbawiła mnie wiele razy swoim niewymuszonym humorem, takim akurat w sam raz, nie na siłę. Po pierwsze, już sam tytuł mnie urzekł swoją bezpośredniością, po drugie swoją zabawną fabułą.
Książka opowiada o dwóch przyjaciółkach, Izabeli Łęckiej (nazwisko po drugim mężu) i Amie, nazywanej tak od dwojga imion Anna Maria. Izabela wiedzie szczęśliwy żywot z drugim mężem, natomiast raz na jakiś czas rozdrażnia ją teściowa. Kobieta nie jest zła , z tym, że robi aż nadto, z czego wynikają różne mniej bądź bardziej zabawne perypetie. Ama natomiast ma zmartwienia innego kalibru. Obie kobiety wspierają się wzajemnie i pomagają sobie. A będzie się działo. W rodzinie Amy zdarzą się dziwne śmierci, w grę wchodzić będzie śledztwo. Pojawi się też przystojny prokurator, który wpadnie w oko Amie. Śledztwo policyjne swoją drogą, śledztwo Izabeli i Amy swoją. Kto odkryje pierwszy kto stoi za tajemniczymi zgonami? „Teściową oddam od zaraz” to komedia kryminalna, napisana, jak już mówiłam z poczuciem humoru, więc jeśli chodzi o poprawienie humoru, to książka ta zdecydowanie się nadaje.
Moja ocena to 5 / 6.
