Z wczoraj

Na dole panowie robotnicy szykują parkan do pomalowania. Skrobią starą farbę. Jak to przy robocie, gdy ręce zajęte można rozmawiać. 
Wyszłam podlać roślinność na balkonie to i siłą rzeczy słyszę ich rozmowę.
Starszy, spracowany pan peroruje do młodego. 
– Stasiu, rodzina ! Rodzina jest najważniejsza ! Jak masz żonę, córkę, syna, wnuczkę. Pieniądze? Możesz być samotny i mieć pieniądze i to nic ci nie da. Rodzina jest najważniejsza.

Czasami najlepszy coaching możesz usłyszeć w miejscu, w którym najmniej się tego spodziewasz.

„Złość piękności szkodzi”. Joanna Szarańska.

Wydana w Wydawnictwie Czwarta Strona. Poznań (2019). Ebook.

Ostatnia z tego, co się orientuję część cyklu o Zojce Tuszyńskiej i babuni Łyczakowej. Naprawdę mam nadzieję, że autorka jednak nie powiedziała w kwestii tej serii ostatniego słowa i jednak kiedyś napisze coś więcej. Tak, polubiłam te kryminały na wesoło a dodatkowo zwyczajnie polubiłam obie panie Zofie, tak do siebie przecież podobne pod względem charakteru. Co prawda Zojka nie ma w zwyczaju przechowywać pod poduszką dobrze naostrzonej siekierki jak zwykła czynić to jej babcia ale w innych kwestiach obie kobiety zdecydowanie więcej łączy niż dzieli.

W czwartej części kryminalnej serii Zojka wraz z babunią wyjeżdżają na weekend do luksusowego hotelu „Pod Pawim Piórkiem”. Do hotelu przed oficjalnym otwarciem sezonu zostają zaproszeni na weekend majowy przedstawiciele lokalnej prasy i osoby związane z powstawaniem hotelu. Między innymi jako przedstawiciele czwartej władzy zaproszeni są przedstawiciele lokalnej prasy, a więc oprócz Zojki pracującej w gazecie „Głos Wadowic” zostaje zaproszony Marcin Kordecki pracujący w „Kronice Wadowickiej”. Marcin nie przyjeżdża sam. Arleta , współpracowniczka zdobywa się na szczyty podstępu i wraz z Kordeckim zjawia się w hotelu mając nadzieję na upojny weekend we dwoje. Jak się okazuje, owe marzenia snuje jedynie ona sama, Kordecki bowiem nie jest nią zainteresowany. Ale Arleta robi co może aby przekonać do siebie Marcina. Nawet usiłuje zaprzyjaźnić się z psiakiem redaktora, wziętym ze schroniska Brutusem, który jest naprawdę niezłym ziółkiem.

Na miejscu zjawia się też aspirant Paweł Chochołek. Ponieważ szykuje się on do ślubu, przyszła teściowa znalazła dla aspiranta najlepszego w okolicy dietetyka, rezydującego właśnie w tym hotelu.
Dietetyk noszący rewelacyjne imię i nazwisko (Kazimierz Król 🙂 ) będzie starał się chociaż trochę zmienić niezdrowe nawyki żywieniowe Chochołka ale czy jest to w ogóle możliwe? O tym przekonacie się podczas lektury.

Zojka nie ma może aż takich rozległych planów jak Arleta ale również chciałaby spędzić trochę więcej czasu z Marcinem. Niestety, nadmiar wrażeń a przede wszystkim skomplikowana gra terenowa, jaką dla grupy gości organizuje właściciel hotelu, Fabian Morawa, nie daje tej dwójce zbyt wiele możliwości do spędzenia czasu tylko we dwoje.

Dodatkowo, jak to bywa, tam, gdzie pojawia się Tuszyńska, tam jakimś niezwykłym zbiegiem okoliczności zawsze pojawiają się jakieś kłopoty. A jeśli dodać obecność na miejscu policjanta, domyślamy się, że zdarzy się coś kryminalnego.
Wkrótce Zojka usłyszy i zobaczy słowa i sytuacje, które dadzą jej do myślenia. I które spowodują, że zarówno ona jak i babunia Łyczakowa zaczną wietrzyć jakąś niezbyt dobrą atmosferę w hotelu. A kolejne wydarzenia będą je tylko w tym przekonaniu, że w luksusowym miejscu coś złego się dzieje, utwierdzać.

Moją sympatię zyskała podczas tej lektury postać Brutusa. Zadziorny psiak, który jak żaden inny potrafi pokazać gdzie jest czyje miejsce a który w chwili zagrożenia ze swego ciałka potrafi wydobyć ogromnego ducha i być waleczny niczym lew. Jestem pewna, że po lekturze Wy również go polubicie.

Całość okraszona jak zwykle niepodrabialnym poczuciem humoru Joanny Szarańskiej. Uważam, że wielką sztuką jest napisanie czegoś na wesoło tak aby humor był naprawdę zabawny i zjadliwy. Szarańskiej się to udaje i mam wrażenie, że również to stanowi powód, dla którego tak chętnie sięgam po Jej książki. I oczywiście bardzo się buntuję przeciw temu aby cykl o Zojce i babuni Łyczakowej na tylko czwartej części się zakończył. Mam nadzieję, że jednak to tylko takie chwilowo niepewności, wiem, że nie ja jedna czekam na kontynuację przygód Zojki. No i nie ukrywam, szalenie jestem ciekawa jak dieta aspiranta Chochołka jak również jak mu tam będzie w małżeństwie. Sądząc po przyszłej teściowej, na pewno będzie wesoło i barwnie 🙂

Moja ocena tej części to 5.5 / 6.

„Żyj pozytywnie ze Skalską”. Dagmara Skalska.

Wydana w Wydawnictwie Burda Książki. Warszawa (2018).

Data premiery 31.10.2018.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Stali czytelnicy mojego blogu wiedzą,że bardzo niedawno pisałam o innej książce Dagmary Skalskiej a mianowicie o „Żyj prawdziwie ze Skalską”, o której to książce pisałam w tym wpisie

https://chiara76.blogspot.com/2019/07/zyj-prawdziwie-ze-skalska-dagmara.html

https://chiara76.home.blog/2019/07/31/zyj-prawdziwie-ze-skalska-dagmara-skalska/

Byłam na tyle zachwycona tą książką, że zdecydowałam się sięgnąć po wydaną przed tą książką a pierwszą z tego mini cyklu czyli właśnie po „Żyj pozytywnie ze Skalską”. I nie żałuję, że po nią sięgnęłam !

Od samego początku lektury towarzyszyła mi myśl Stanisława Lema, a mianowicie, cytuję „Bądź dobrej myśli, bo po co być złej”. Niestety, nie wiem skąd ów cytat z Lema pochodzi, czy z jakiejś jego książki czy też po prostu jest to fragment jakiejś wypowiedzi autora ale według mnie pasuje do tej książki idealnie.

Jak już pisałam omawiając wcześniej „Żyj prawdziwie ze Skalską” autorka jest buddystką, blogerką, organizuje szkolenia i spotkania dla ludzi, którzy chcą zmienić swoje nastawienie do życia.I właśnie jak w tytule książki – żyć pozytywnie. Pisałam też, że Dagmara Skalska nie pisze jakichś nie wiadomo jak nieznanych nam prawd, wręcz przeciwnie ale ubiera to w swój własny styl, słowa, podejście i przekazuje nam , czytelnikom. Co prawda w książkach jako narratorka zwraca się do kobiety ale jestem pewna, że wśród czytelników jej poradników są na pewno również mężczyźni. Sama mam zresztą zamiar polecić jej książki jednemu mojemu znajomemu, któremu takie podejście do życia nie jest obce i z pewnością mu się spodobają te poradniki jeśli ich nie zna.

Ta książka została podzielona na osiem rozdziałów omawiających osiem metod na szczęście pomimo trudności. Autorka parę lat temu doznała straty męża, wielokrotnie właśnie do tego wydarzenia ze swojego życia odnosi się w swoich książkach. Sądzę,że jest to szczególnie istotne dla osób, które podobnie straty doświadczyły.

Domyślam się, że Dagmara Skalska ma swoich zwolenników ale i przeciwników, może nie tyle ona sama, ale jej metoda, jej przekaz. Sama czytałam słowa narzekającej na jej poradnik osoby. Jak już jednak pisałam omawiając wcześniej czytaną przeze mnie książkę autorki, mnie się jej metody podobają, do mnie te słowa trafiają.

„Żyj prawdziwie ze Skalską” ma również po rozdziałach miejsce na własne notatki, refleksje i spostrzeżenia. Warto zaznaczyć, że miejsca jest sporo, można więc spokojnie założyć, że książkę tę można potraktować jako inspirację do zwiększenia pozytywnego podejścia do życia jak i jako zeszyt ćwiczeń jednocześnie aby na bieżąco czynić notatki i aby nic nam podczas lektury ważnego nie umknęło.

Dagmara Skalska po raz kolejny przypomina, jak ważna jest uważność, bycie tu i teraz, wsłuchiwanie się w siebie ale przede wszystkim , zaufanie do samej siebie. Bardzo często to nasze zaufanie zostaje zachwiane cudzymi uwagami, oczywiście krytycznymi. Autorka zwraca uwagę na to, na co ja osobiście od dawna zwracam uwagę, a mianowicie , że pierwsza myśl na dany temat właściwie jest najwłaściwsza i przynosi najlepsze rozwiązania.

„Żyj pozytywnie ze Skalską” to poradnik na to jak zaprosić do swojego życia pozytywne myślenie, podejście do życia, do ludzi, do spojrzenia na samych siebie a przede wszystkim zrozumienie, że to nasze reakcje na coś stanowią to, jak potoczy się przyszłość. Oczywiście, że nie mamy wpływu na to, co się wydarzy wielokrotnie ale już na to jak będziemy do tego podchodzili, zdecydowanie wpływ mamy.

Dla mnie osobiście wśród tych ośmiu metod, które stanowią osiem rozdziałów tego poradnika, jeden z ważniejszych to rozdział szósty. Metoda szósta opatrzona tytułem „To, co się jeszcze nie wydarzyło, można zmienić”. W tym rozdziale autorka omawia nasze emocje,które mają ogromny wpływ na to, jak żyjemy, jak podchodzimy do świata i innych. Omawia więc Lęk, Co Ma Wielkie Oczy, Gniew, Co Się Nie Zgadza, Smutek, Który Tłumi, Zazdrość, Która Skąpi, Duma, Co Oddziela, Pożądanie, Które Chce, Pomieszanie, Co Robi Mętlik. Omawia je szczegółowo i daje rady jak zwalczać czy opanowywać to, co nam przecież samym najbardziej szkodzi, chociaż oczywiście bywa, że rani i innych.

Wiele z rad czy metod autorki jest mi bliskich , jak chociażby fakt znajdowania pozytywów w swoim życiu. Tak często zapominamy, że szczęście składa się z takich drobniejszych mniejszych szczęść jak wypicie kawy z bliską osobą, rozmowa z przyjaciółką czy dzieckiem, przeczytanie dobrej książki, jakiś drobny a miły gest wykonany w naszą stronę przez nieznaną nam osobę, zachód słońca nad morzem, który za każdym razem zachwyca itd itd. Brzmi truistycznie? Tak. I co z tego? Ilu z nas często o tym właśnie zapomina? Ja jak kiedyś Wam pisałam, staram się zapisywać moje drobne szczęścia, rzeczy, wydarzenia, za które jestem wdzięczna i trzymam je w skarbonce. W końcu roku zamierzam je przeczytać i przypomnieć sobie ile razy ktoś był dla mnie życzliwy, serdeczny, co dobrego przeczytałam, poznałam, gdzie byłam i co mnie zachwyciło. To nie jest łatwe, gdy wzrasta się w społeczeństwie, które bawi i śmieszy to, że na zachodzie na pytanie „Co u ciebie?” zamiast „Stara bieda” odpowiada się „Świetnie, a u Ciebie?”. Wiele ludzi lubi też wobec innych stosować metodę „pouczającego i krytykującego mędrca” ale ja od takich osób stronię. Nie chodzi o to , że krytyka nie jest mi miła, nie jest, pewnie, nikomu nie jest ale ważne, że są osoby, które potrafią skrytykować kulturalnie i tak, że wyciągniesz z tego lekcję i wnioski a bywają tak zwane „lepieje” co to wiedzą lepiej na każdy temat i od których zwyczajnie dla własnego zdrowia psychicznego lepiej stronić.

Po raz kolejny też Dagmara Skalska przypomina, jak nie warto jest przywiązywać się do dóbr materialnych czy starać się wiązać kogoś ze sobą. To nigdy nie prowadzi do dobrego a bywa, że staje się źródłem nieustających frustracji.

Nie warto jest również tkwić obsesyjnie w przeszłości. Bo właśnie, wiecznie w niej będąc, nie ruszymy z miejsca.

Trudno jest poruszyć w krótkiej recenzji tak treściwy poradnik, jak ten Skalskiej. Pomimo tego, że porusza w „Żyj pozytywnie ze Skalską” naprawdę wiele tematów, nie miałam po raz kolejny zresztą poczucia natłoku. Czytało mi się go świetnie. Mój egzemplarz wygląda dość zabawnie z masą kolorowych karteczek zaznaczających istotne dla mnie jej fragmenty. Zamierzam oczywiście wracać do niej i przypominać sobie najbardziej istotne sprawy poruszane w niej.

Moja ocena tej książki to 6 / 6.

We wtorek w Empiku w Arkadii odbyło się spotkanie z autorką, które zostało nagrane i które możecie obejrzeć klikając w ten link:

„Morderstwo w winnicy”. M. L. Longworth.

Wydana w Wydawnictwie Smak Słowa. Sopot (2019). Ebook.

Przełożyła Małgorzata Trzebiatowska.

Tytuł oryginalny Death in the vines.

„Morderstwo w winnicy” to trzecia część cyklu z bohaterami, sędzią Antoine Verlaque pracującym w Aix-en-Provense i jego partnerką Marine Bonnet. Pierwsza książka z cyklu to „Śmierć w Chateau Bremont”, druga to „Morderstwo przy rue Dumas”. Muszę powiedzieć,że czytając je nie byłam zachwycona. Owszem, dobrze się to czyta ze względu na miłe umiejscowienie akcji książki, wszak Prowansja jest urokliwą częścią Francji a autorka mieszkająca w Aix od 1997 roku umie opisać a to miasto a to potrawy , którymi raczą się bohaterowie. Niemniej jednak na kolana mnie nie rzucały. Spytacie więc dlaczego w takim razie czytałam właśnie trzecią część tej serii? Siłą rozpędu odpowiem. I szczerze , po dwóch lekkich zawodach naprawdę cieszę się, że jednak zdecydowałam się kupić „Morderstwo w winnicy” w jednej z ebookowych promocji.

Trzecia część bowiem jest według mnie, oczywiście, o wiele lepsza od dwóch poprzednich. Czytało mi się ją naprawdę bardzo dobrze, wręcz nie mogłam się od niej oderwać.
Nic tym razem mnie nie zawiodło. Ani bohaterowie, którzy nareszcie zaczynają stawać się bardziej możliwi do polubienia, ani intryga kryminalna, ani opisy posiłków i win, stanowiące dodatek do kryminału, ani tempo akcji. Nie wiem, autorka się rozkręciła w miarę pisania czy stało się coś innego, nie wnikam, cieszę się tym, że dobrze mi się ten kryminał czytało a także, że jak lubię, sprawca został ujawniony niemal na ostatnich stronach książki.

Akcja książki rozpoczyna się w chwili gdy właściciel winnicy, Oliver Bonnard po raz kolejny odkrywa, że ktoś kradnie z jego piwnicy zacne i stare wino. Z piwnicy znikają kolejne butelki a on nie ma pojęcia kto się tak na niego uwziął i co z tym zrobić.

Szybko jednak okazuje się, że kradzież wina nie stanie się jedynym przestępstwem opisywanym w książce. Oto bowiem dochodzi do pierwszej zbrodni, potem zaś do dwóch następnych. W każdym przypadku są to bardzo brutalne morderstwa kobiet, w różnym wieku.

Początkowo nie wydaje się aby cokolwiek łączyło wszystkie ofiary ale czy na pewno?

Tego już będzie musiał dowiedzieć się Antoine Verlaque, jego pomocnik Bruno Paulik i inni policjanci.

W „Morderstwie w winnicy” poruszonych jest sporo różnych wątków, w tym niektóre bardzo poważne, inne nieco mniej ale o dziwo , mnogość tych wątków i wydarzeń składa się na bardzo ciekawą i udaną lekturę.

No to teraz wiadomo, że sięgnę z pewnością po kolejną z książek z tego cyklu z nadzieją, że jak ta, nie rozczaruje mnie.

Moja ocena to 5.5 / 6.

„Dom wspomnień”. Lauren K. Denton.

Wydana w Wydawnictwie Burda Książki. Warszawa (2019).

Przełożyła Izabella Mazurek.

Tytuł oryginalny The Hideaway.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

„Dom wspomnień” nie udaje niczego czym nie jest. A jest książką obyczajową, takim letnim czytadełkiem, po które chętnie sięgnie ktoś, kto nie oczekuje w danym momencie niczego bardzo ambitnego i z nie wiadomo jak wartką akcją. Mówiąc całkowicie szczerze, autorka nie napisała niczego, czego byśmy już nie znali. Niemniej jednak czyta się tę książkę na tyle przyjemnie, że nie ma się chęci jej porzucić w trakcie lektury. Jak wspomniałam, myślę, że to jedna z tych książek, po które można sięgnąć czy to w czasie gdy chce się przeczytać coś lżejszego.

Akcja książki rozgrywa się w Nowym Orleanie , gdzie sklep z używanymi przedmiotami prowadzi Sara i w Alabamie, gdzie w Sweet Bay mieści się Schronienie. Pensjonat, nie pensjonat, miejsce, w którym przebywało wiele ludzi w rozmaitych punktach ich życia. Ludzi scalała postać babci Sary, Mags, która umiera. Sara wraca do domu, w którym się wychowała i ma na głowie zajęcie się Schronieniem. W testamencie bowiem Mags życzy sobie tego aby wnuczka zajęła się tym miejscem tak, jak ono na to zasługuje.
Sara stoi przed perspektywą remontu domu, w którym dodatkowo wciąż zamieszkują osoby, które znają ją z dzieciństwa, a którzy zjawili się w domu wiele, wiele lat wstecz, często kilkadziesiąt lat temu. Przyjaciele babci i po części rodzina Sary. Rodzina, której dziewczynce zabrakło w pewnym momencie jej życia.

Okazuje się, że Sara niewiele wie o osobie babki, która wychowywała ją od pewnego momentu życia dziewczyny. Sara przekonana była do tej pory , że wie o swojej babci dość dużo ale teraz, kiedy sklep w Nowym Orleanie prowadzi wspólnik kobiety a ona sama zaczyna remont Schronienia, zaczyna znajdować rzeczy, przedmioty, listy, całe takie małe prywatne archiwum wspomnień Mags, które pokazuje Sarze zupełnie inne oblicze babki niż to, które do tej pory znała.

Akcję książki poznajemy nielinearnie, to wracając do roku 1960 gdy Margaret Van Buren zjawia się w przełomowym momencie swego życia w Schronieniu, to znów współcześnie towarzysząc Sarze w jej odkryciach dotyczących babci, remoncie domu i układaniu sobie własnego życia na nowo.

Poznaje sympatycznego Crawforda Haysa, który przeprowadza remont w Schronieniu i zostaje nieprzyjemnie zaskoczona przez nieprzyjemnego dewelopera, który wykupuje domy i ziemię w okolicy w dość agresywny sposób.

Jak pisałam wcześniej, książka to lekkie czytadło. Mnie odrobinę jednak zawiodła tym, że niestety, ale niczym właściwie nie zaskoczyła mnie. Nie liczyłam może na jakieś spektakularne zmiany akcji ale nie ukrywam,że podczas lektury towarzyszyło mi wciąż takie przekonanie, że „wszystko to już znam, już to gdzieś czytałam i wiem właściwie jak potoczy się dalszy ciąg”. Niestety, mam wrażenie, że autorka zgubiła gdzieś po drodze pomysł na naprawdę fajne czytadło , które mogło mieć jakąś odrobinę głębszą warstwę niż ta, którą poznajemy podczas lektury.

Mam mieszane uczucia podczas zastanawiania się nad tym jaką chcę książce podarować ocenę. Z jednej strony napisana jest poprawnie, wszystkie punkty dobrego czytadła są spełnione , sympatyczni bohaterowie, miejsce, które nie jest takim, ot , zwykłym miejscem, sekrety , które bohaterka odkrywa wraz z nami, czytelnikami. A jednak czegoś mi zabrakło.
I dlatego dzisiaj ocena taka a nie inna czyli 4 / 6.

„Żyj prawdziwie ze Skalską”. Dagmara Skalska.

Wydana w Wydawnictwie Burda Książki. Warszawa (2019).
Data premiery 5.06.2019.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Na wstępie napiszę, że było to moje pierwsze „spotkanie” z książkami Dagmary Skalskiej. Zdecydowałam się na ten poradnik z dość prozaicznego powodu, spodobał mi się tytuł, który sugerował coś, co staram się wcielać w życie.

Autorka jest buddystką, blogerką i osobą, która prowadzi projekt wspierający osoby chcące zmienić swoje życie. Jest też autorką kilku książek, w tym tej właśnie.

Dla kogo jest ta książka? Na pewno nie dla kogoś, kto nie chce nic zmienić w swoim życiu czy czuje, że nie potrzebuje żadnych inspiracji do zmian. Natomiast jeśli ktoś z przeróżnych powodów czuje, że nie do końca żyje tak jak chce, ma jakieś wątpliwości dotyczące drogi swego życia jak i relacji z innymi ludźmi i odczuwa, że coraz mniej mu to pasuje, sądzę, że z przyjemnością sięgnie po tę książkę.

Podoba mi się styl pisania autorki, zwraca się wprost do czytelniczki jakby prowadziła z nią rozmowę. Na Fb jest strona Dagmary Skalskiej i tam pisze ona podobnie , widać więc, że taki jest jej styl. Mnie się to podoba, trafia to do mnie.

Poradnik podzielony został na trzy części, z których każde mają rozdziały a dodatkowo umieszczone są tam jeszcze strony z punktami dotyczącymi tego na co nie musimy się zgadzać w naszym życiu , czego nie musimy „Nigdy” ( na przykład „Nie rezygnuj z prawa do bycia sobą tylko po to, aby spodobać się światu”), na co potrzeba czasu , o czym warto pamiętać, jakie są oznaki przebudzenia, jak nie przyjmować do umysłu i głowy „śmieci”, tego, czego nie musimy się wstydzić („Swoich słabości – dzięki nim jesteś autentyczna, prawdziwa”).

Już na samym początku książki Dagmara Skalska uprzedza, że „(…) Życie na własny rachunek wymaga jednak odwagi i siły charakteru. Otrzymasz bowiem łatkę egoisty i wiele osób może odczuwać wobec ciebie skrajne emocje”. To właściwie truizm, osoby, które starają się żyć w zgodzie ze sobą doskonale o tym wiedzą. Tak naprawdę jak się zastanowić to Skalska wcale nie przekazuje nam jakichś nie wiadomo jakich prawd objawionych, właściwie wszystko to o czym czytamy znamy, chcielibyśmy w mniejszym bądź większym stopniu (z wyjątkiem oczywiście tych szczęśliwców, którzy są zadowoleni z tego miejsca, w którym są i którzy nie widzą potrzeby pracy nad sobą i swoim życiem) . A jednak niby takie te prawdy oczywiste jak te, że powinniśmy żyć tak aby na łożu śmierci nie stwierdzić, że żałujemy, że czegoś nie zrobiliśmy ale …no właśnie. Często, pewnie zbyt często pojawia się jakieś „ale”. Ale ktoś , ale nasi bliscy , ale nie możemy „tego” komuś zrobić . W rezultacie możemy zastanowić się tak jak autorka czyli „(…) Gdy kogoś kochasz, pragniesz jego szczęścia, chcesz przychylić mu nieba i dbasz, by jego potrzeby były zaspokojone. Niezmiennie zastanawia mnie fakt, dlaczego nie mamy analogicznej motywacji wobec samych siebie”.

Autorka wierzy też w to, że każdy z nas jest w stanie dojść sam do tego, co stanowi o tym, że będzie żył prawdziwie, spokojnie, bez zadowalania przede wszystkim kogoś a nie samego siebie. Autorka nie twierdzi, że jest to proces łatwy , pewnie nie do końca zawsze przyjemny, gdyż zdarzają się podczas niego upadki ale osiągnięty efekt z pewnością wart jest pracy nad sobą. Skalska wielokrotnie podkreśla ważność zaufania sobie , że wiemy co jest dla nas dobre. I że warto przypominać sobie, że są rzeczy, na które bezsprzecznie nie powinniśmy zgadzać się w naszym życiu.

Bliskie mi jest wiele ze stwierdzeń jakie padają w tym poradniku, nie sposób wymienić wszystkich ale na pewno jedno z nich powinnam naprawdę raz na zawsze wcielić we własne życie, czyli przestać się wiecznie zamartwiać jako, że „(…) sami zabieramy sobie radość, martwiąc się nieustannie”. Dagmara Skalska podkreśla też to jak dając się opanować lękowi poddajemy mu się i jak bardzo destruktywnie działa on na nas i nasz organizm.

Zmiana nie jest szybka, czego oczywiście osoba zaczynająca ten proces chciałaby najbardziej, ale w chwili gdy pokochamy siebie, gdy damy sobie szansę, mamy możliwość zacząć żyć prawdziwie, bez przejmowania się ocenianiem ze strony innych, bez porównywania się z innymi, co nigdy nie przynosi nic dobrego, bez zmuszania ani siebie ani kogoś do robienia czegokolwiek wbrew własnej woli, bez tłumaczenia się z tego w jaki sposób żyjemy. Ważne jest też nasze doświadczenie. Nie powinniśmy żałować niczego, co nas spotkało bo jest to nasze na swój sposób bogactwo a nie ciężar. Kształtowało nas i dzięki niemu też jesteśmy tymi, kim jesteśmy.

Na koniec, bardzo istotna uwaga, której sądzę, że wiele osób zbyt często zapomina a mianowicie, „(…) pomysł, że życie ma obowiązek spełniać jakiekolwiek oczekiwania, jest pozbawiony logiki. Własne oczekiwania możesz próbować spełnić sama. (…) Możesz (…) uznać, że ci nie służą i utrudniają cieszenie się życiem, a potem wybrać to, co jest prawdziwe, nie zaś iluzoryczne. To między innymi oznacza żyć prawdziwie”.

Nie wiem jak inne osoby, które sięgną po tę książkę. Mnie ona podobała się, wynotowałam sobie z niej masę ważnych myśli, mam też w niej mnóstwo kolorowych karteczek aby to, co chciałam pamiętać szybko ponownie znaleźć.

Na zakończenie, chciałabym dać znać zainteresowanym osobom, że 6 sierpnia od godziny 18.00 do 20.00 w Empiku Arkadia odbędzie się spotkanie z Dagmarą Skalską, być może ktoś z Was wybierze się tam.

Moja ocena tego poradnika 5.5 / 6.

15 lat minęło !

Piętnaście lat temu zaczęłam pisać blog. Początkowo o czymś zupełnie innym, z czasem stał się blogiem głównie o książkach , zawierający moje myśli i refleksje na temat przeczytanych przeze mnie lektur. Dzisiaj chciałabym celebrować tą ważną dla mnie rocznicę z Wami, bez których blog z pewnością nie istniałby tak długo. Mówię tu oczywiście o Was, Czytelnikach mojego blogu. Jeśli macie ochotę powspominać wraz ze mną te minione piętnaście lat, będzie mi bardzo miło. Może przypomnicie sobie w jaki sposób trafiliście na mój blog? Może ktoś z Was zachęcony przeze mnie sięgnął po książkę, która okazała się lekturą jego życia? 🙂 A może chcielibyście zadać mi jakieś (związane z blogiem bądź książkami, które przeczytałam) pytanie?

Na blogu pisałam o wielu ważnych dla mnie sprawach, i w tych najtrudniejszych dla mnie chwilach to właśnie Wasze komentarze dodające mi otuchy pomagały mi bardzo. Z serca Wam za tę obecność wtedy i reakcję dziękuję.

Obecnie blog traktuję jako głównie książkowy, chociaż nie tylko.

Mam nadzieję, że moje pisanie jest dla kogoś wciąż jeszcze dość istotne.
Zamknięcie blogowej platformy Blox spowodowało, że poznikało sporo dotychczasowych czytelników mojego blogu, nad czym ja osobiście jednak ubolewam. Nie mam na to jednak wpływu i pozostaje mi robić to, co do tej pory czyli starać się pisać o książkach, które przeczytałam najlepiej jak potrafię.

Dla osób, które mają konto na Fb kieruję specjalne zaproszenie na wydarzenie związane z obchodami piętnastolecia mojego blogu, które zorganizowałam. Oto link do wydarzenia:

https://www.facebook.com/events/433827270550027/

„Powroty”. Maria Paszyńska.

Wydana w Wydawnictwie Książnica. Poznań (2019). Ebook.

Czwarta i ostatnia część niezwykłej i wspaniałej serii „Owoc granatu” za mną.

Jaka to była lektura? Bardzo, bardzo dobra. Wzruszająca. Staram się nie nadużywać wyświechtanych określeń ale podsumuję to tak, szykujcie do książki pudło chusteczek aby otrzeć niejedną łzę wzruszenia, która popłynie.

Akcja książki „Powroty” rozpoczyna się w roku 2000. Polska jest już parę lat po upadku komunizmu, ludzie mają o wiele więcej możliwości niż do tej pory, również związanych z podróżowaniem. Na warszawskim lotnisku na swój lot do Iranu oczekują Halszka, jej córka Anna i mała wnuczka, Stefcia. Trzy kobiety, które do Iranu lecą po raz pierwszy. Wszystkie. Albowiem nawet Elżbieta do tego kraju noszącego wówczas inną nazwę trafiła zupełnie inną drogą niż lotnicza. Elżbieta czuje, że musi tam wrócić. Ten wewnętrzny imperatyw jak się dowiemy, nie wziął się znikąd. Teraz, po paru latach kobieta wreszcie realizuje cel i wraca do kraju, który uważa za swój dom. Swoje miejsce na ziemi. Pragnie zawieźć tam córkę i wnuczkę aby pokazać im to, co kiedyś kochała i co musiała z dnia na dzień porzucić. Chce również aby Anna zobaczyła kraj, w którym przyszła na świat i za którym tak kiedyś tęskniła.

„(…) Może traumy nie znikają, ale wędrują pomiędzy pokoleniami? (…) Może jakimś tajemniczym sposobem dziedziczymy nie tylko kolor oczu czy włosów, ale też trudne przeżycia naszych przodków?” , zastanawia się kiedyś na początku drogi do domu Halszka obserwując swoją córkę, wciąż młodą kobietę, oczekującą wraz z nią na lotnisku na lot. Patrząc na Annę widzi w niej to, przed czym sama chciała uciec czy ją uchronić, niepewność, poczucie jakiegoś wewnętrznego rozedrgania, niepewność, poczucie braku stabilizacji pomimo wydawałoby się korzystnych warunków, w których rosła i dojrzewała dziewczynka. Nie trzeba przeżyć wojny najwyraźniej a utracić ojczyznę i ukochanego tatusia aby stać się osobą nie do końca potrafiącą znaleźć spokój i ukojenie.

Czwarta część cyklu jest dopracowana co do najdrobniejszego szczegółu i za to jestem autorce ogromnie wdzięczna. Cieszę się, że nie zdecydowała się ona na ciągnięcie tej serii w nieskończoność. Okazuje się, że cztery tomy są wystarczające aby roztoczyć przed czytelnikami jedną z najlepszych opowieści o losach ludzkich jaką czytałam w minionym czasie.

Co podkreślałam w poprzednich recenzjach, bohaterki wykreowane przez Marię Paszyńską są prawdziwe, możliwe do zaistnienia. Nie są chodzącymi ideałami, a dzięki swoim grzechom czy przywarom stają się nam po ludzku bliskie. Na pewno nie możemy określić ich mianem „papierowych”, o nie. Ich postaci zdają się dosłownie wychodzić z kart powieści i być wśród nas.

Doczekałam się też tego, czego bardzo jako czytelniczka tego cyklu pragnęłam a mianowicie rozwinięcia postaci Stefanii. Przez trzy poprzednie części akcja książki najwięcej skupiała się na postaci Elżbiety nazywanej Halszką. Przy czym już w „Świecie w płomieniach” autorka faktycznie napisała o wiele więcej o Stefanii dając nam , czytelnikom , szansę na poznanie jej samej, jej życia, podejścia do niego i tego, jak ją los i ludzie potraktowali.

W czwartej części Stefania otrzymuje o wiele więcej miejsca na kartach książki i nagle poznajemy tę postać od zupełnie innej strony. Dowiadujemy się skąd takie a nie inne zachowania u Stefanii a nadto, jak bardzo tak naprawdę Elżbieta nie znała własnej siostry, niestety, trochę na własne życzenie.

Poznając losy Halszki i Stefanii już w Polsce, początkowo przed wybuchem Stanu Wojennego a potem po przełomie , dowiadujemy się więcej o tym skąd takie a nie inne zachowanie zarówno bliźniaczek jak również być może Anny, córki Elżbiety. Dowiemy się też jak żyło się bliźniaczkom w Polsce, którą chyba obu trudno było określać już mianem ojczyzny, jak również jak to się stało, że Elżbieta, Anna i mała Stefcia zdecydowały się na podróż do Iranu.

Na koniec mojej recenzji po raz kolejny chciałabym napisać to, że cykl „Owoc granatu”, w skład którego wchodzą książki „Dziewczęta wygnane”, „Kraina snów”, „Świat w płomieniach” i właśnie „Powroty” to jeden z najlepszych cykli czytelniczych jakie czytałam. Jeśli jeszcze nie macie go za sobą to z jednej strony nie mogę się nie zdziwić jak się Wam to udało a z drugiej strony budzi się we mnie ogromna zazdrość, że taka uczta czytelnicza wciąż jest dopiero przed Wami. Świetny styl i nienaganna polszczyzna autorki, jej ogromna wiedza na temat zarówno czasów IIWŚ jak i Iranu (wiem, że z wykształcenia Maria Paszyńska jest iranistką co oczywiście widać w książkach), wiarygodne postaci, które zwyczajnie da się lubić i których losom kibicujemy, to wszystko składa się na po prostu świetne książki , które wciągają w swój świat.

Moja ocena to 6 / 6.

„Siedem niedoskonałych reguł Elviry Carr”. Frances Maynard.

Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Warszawa (2019). 

Data premiery 16.07.2019.

Przełożyła Magdalena Koziej.

Tytuł oryginału The Seven Imperfect Rules of Elvira Carr.

Tytułowa Elvira Carr ma dwadzieścia siedem lat. Ma niepełnosprawność, spektrum autyzmu, matkę, która w sumie w tej niepełnosprawności skutecznie Elvirę utrwala, brak ojca, który zmarł jakiś czas temu. Sąsiadkę Sylvię Grylls,  która odwiedza jej matkę na herbatki i z rodziną której dziewczyna spędzą niektóre Święta. I własne spojrzenie na świat i ważne sprawy, niekoniecznie kompatybilne z tym, jak na świat spogląda przeciętny człowiek.

Ten dość mimo wszystko bezpieczny świat niemal trzydziestoletniej kobiety, w którym w każdym dniu tygodnia są określone czynności czy zjadane przez nią posiłki,  zmienia się momentalnie w dniu, w którym jej matka dostaje udaru. 
Nagle Elvira, która do tej pory pozostawała pod opieką czy może chwilami niemal dyktaturą matki, musi stać się opiekunką dla rodzicielki. Matka po pobycie w szpitalu znajdzie się w domu opieki , zaś Elvira podejmie próbę przeżycia samej i stawienia czoła sytuacji czy raczej sytuacjom, z którymi do tej pory nigdy nie miała do czynienia. 

Z wielką, co trzeba podkreślić, pomocą sąsiadki Sylvii Elvira rozpoczyna samodzielne życie. Zmienia nawet fizyczny wygląd i z osoby, która zwracała uwagę nie tyle zachowaniem co właśnie wyglądem zmienia się w kogoś, na kogo nikt właściwie nie będzie zwracał uwagi aby się w niego wgapiać jak to miało miejsce do tej pory. 

Mało tego, odwiedza matkę w domu opieki i znajduje sobie nawet zajęcie dające jej nareszcie możliwość wyjścia z domu do świata i ludzi. Jako, że Elvira bardzo lubi zwierzęta, sama miała kiedyś kochaną suczkę Toscę, zgłasza się do wolontariatu do Arkadii Zwierząt, miejsca, w którym pomaga się zwierzętom. To idealne dla niej miejsce. 

Niemniej jednak Elvira czuje, że musi coś jeszcze zrobić aby bardziej zaadoptować się do nowych warunków i świata wokół aby zwyczajnie sama być w lepszym położeniu. Stwarza zatem siedem swoich własnych reguł, wokół których będzie się działa akcja książki. Reguły te zostają wzbogacone przez bliskie jej osoby, które jak się okaże po wyfrunięciu dziewczyny spod zbyt silnej kurateli matki, zaczną się pojawiać w życiu bohaterki i narratorki. Dziewczyna dowie się również jak łatwo można się sparzyć w życiu. Poznaje to, co gdyby nie jej matka, zapewne wiedziałaby znacznie wcześniej. Wrzucona na głęboką wodę ta zdawałoby się niesamodzielna do tej pory osoba staje się nadzwyczaj dzielna i silna . Być może zwyczajnie zawsze taką była, a jedynie silna kontrola matki nie pozwalała jej żyć tak, jak na to z pewnością Elvira zasługuje.

Tej specjalistce od brytyjskich ( i nie tylko) herbatników przyjdzie też zmierzyć się z o wiele bardziej poważnymi sprawami i kwestiami , głównie dotyczącymi jej rodziny i przeszłości jej ojca. 
Zbyt wiele będzie pytań zapisywanych przez narratorkę w japońskim notesie przywiezionym jej z podróży do Japonii przez ojca a zbyt mało odpowiedzi na nie. Z czasem jednak na wszystkie z pytań pojawią się odpowiedzi, nie wszystkie zresztą takie jakie chciałaby usłyszeć Elvira. Cóż , poznaje ona życie z wszystkimi jego odcieniami. 
Być może w większym niż zwykle to ma miejsce natężeniu poznaje i te dobre i złe strony życia, niemniej jednak i tak bilans tych doświadczeń jest zdecydowanie pozytywny i na pewno na korzyść młodej kobiety.

Książka napisana jest bardzo konsekwentnym, specyficznym i zdecydowanie przypisanym do postaci językiem, który idealnie oddaje stan zagubienia, niepewność, często niezrozumienie tego, co się dzieje przez Elvirę Carr. Niemała w tym według mnie zasługa tłumaczki, pani Magdaleny Koziej, która zrobiła według mnie naprawdę dobrą robotę, oddając niuanse i refleksje Elviry. 

Ta książka jest bardzo dobra, taka prawdziwie optymistyczna. Pokazująca, że tak, można być różnym, nie trzeba być jak ze sztancy, aby móc żyć pełnią i z radością i satysfakcją. Elvira stając się samodzielna okazuje się być o wiele bardziej taką niż zapewne mogłaby o niej sądzić jej matka. Na swój sposób prowadzi życie o wiele bogatsze w doznania czy dobre rzeczy niż wiele osób, które zapewne do tej pory patrzyły na nią z politowaniem czy wręcz z lekkim uczuciem lekceważenia. 

Jest to niewątpliwie ten z debiutów, który warto jest przeczytać i który zdecydowanie zapowiada, że dalsze książki autorki będą równie interesujące i dobre.

Moja ocena to 6 / 6.

„Bielszy odcień śmierci”. Bernard Minier.

Wydana w Domu Wydawniczym REBIS. Poznań (2014). Ebook.

Przełożyła Monika Szewc-Osiecka.

Tytuł oryginalny Glace.

Przed wyjazdem na wakacje zaczęłam czytać ten kryminał. To mój pierwszy kryminał autorstwa Miniera, który wcześniej czytał i polecał mi P. , niemniej jednak za lekturę zabrałam się dopiero teraz. Nie żałuję i mam zamiar przeczytać inne wydane na naszym rynku kryminały Bernarda Miniera.

Należy dodać , że według mnie o ile dobrze rozumiem tytuł oryginalny to on właśnie oddaje atmosferę tej książki. Duszną, mroźną, przytłaczającą. Pireneje i dwa miejsca, które odegrają rolę w książce. Odosobnione miejsce, tak zwany Instytut Wargniera, w którym przebywają w izolacji poddani specyficznej psychiatrycznej diagnostyce i terapii najniebezpieczniejsi przestępcy. I dawny ośrodek kolonijny w dolinie, w sumie położony nie tak daleko od owego ośrodka dla przestępców.

Francuski policjant, śledczy Servaz musi zmóc się na chwilę przed Świętami Bożego Narodzenia z jedną z najpaskudniejszych spraw, jakie miał do tej pory . A zacznie się od zabitego konia, którego ktoś powiesił na szczycie miejscowej elektrowni wodnej. Ale dość szybko okaże się, że po koniu będzie człowiek, jeden z mężczyzn, który mieszka od lat w tamtej okolicy. Na pewne osoby padnie strach.

Niewątpliwie zabity koń i morderstwo mężczyzny ma związek z czymś z przeszłości, co wydarzyło się w tym odosobnionym i dość odizolowanym od świata i ludzi miejscu. Tu niby wszyscy wszystkich znają ale tak naprawdę nikt nic o sobie nie wie a jeśli wie to boi się głośno to powiedzieć. Lęk, strach, podskórna atmosfera narastającego i kumulującego się zła, które zaowocuje kolejną zbrodnią, do tego niezwykle wiarygodne i plastyczne opisy zimnej, ponurej krainy , w której śledczy wraz z pomocnikami prowadzi śledztwo , to wszystko sprawiło, że podczas lektury miałam nie raz niemal dosłowne ciarki na plecach. Do tego jest to jeden z tych kryminałów, od których nie można się oderwać. No i, za co wielki plus, to tego rodzaju kryminał, którego rozwiązanie naprawdę pojawia się na niemal ostatnich stronach książki.

Jeśli jeszcze nie czytaliście tego kryminału , to ogromnie go Wam polecam a sama idę szukać jakie jeszcze tytuły Bernarda Miniera ukazały się na naszym rynku.

Moja ocena to 6 / 6.