„Powiedz „NIE” szkolnym dręczycielom”. Vanessa Green Allen.

Wydana w Wydawnictwie Poradnia K. Warszawa (2019).

Przełożyły Emilia Oziewicz i Tina Oziewicz.

Tytuł oryginalny The No More Bullying Book for Kids. Become Strong, Happy, and Bylly-Proof.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

„Powiedz „NIE” szkolnym dręczycielom” Vanessy Green Allen to poradnik dla dzieci i młodzieży.

Poradnik, który sądzę, że powinien znajdować się w każdej szkolnej bibliotece, dostępny w każdej chwili.

Na wstępie pytanie, czy padliście kiedyś ofiarą szkolnych prześladowców czy innymi słowy ktoś w czasach szkolnych was dręczył? Nie. Fantastycznie. Ja niestety, nie mogę tego powiedzieć. W szkolnych czasach miałam nieprzyjemność trafić na kogoś, kto postarał się aby moje szkolne życie mijało w stresie i nerwach. I dobrze pamiętam uczucie bezradności i osamotnienia jakie mi w tamtych złych chwilach towarzyszyło.

Nie wiem, trudno mi powiedzieć czy gdybym w czasach szkolnych mogła sięgnąć po tę książkę, byłoby mi łatwiej. Podejrzewam jednak, że przynajmniej wiedziałabym bo jest to tam kilkukrotnie podkreślone, że nie ze mną wtedy było coś „nie tak” a z dręczycielem.

Pytanie brzmi, czemu nie zwróciłam się z prośbą o pomoc do opiekunów w szkole. Cóż, niestety, w przeciwieństwie do dzisiejszych czasów, kiedy pedagodzy w większości naprawdę starają się pomóc uczniom i ich rodzicom w skrajnych sytuacjach , w mojej szkole niestety takiej pomocy nie byłam w stanie otrzymać. Nie chcę pisać szczegółów, poprzestanę na stwierdzeniu, że pedagodzy nie stanęli na wysokości zadania.

Tak czy inaczej, przyznam się, że książkę tę czytało mi się ze ściśniętym sercem. Od czasów własnej szkoły jestem szalenie uwrażliwiona na jakiekolwiek przejawy nietolerancji i dyskryminacji a co za tym idzie na wykluczenie i dręczenie. Cieszę się, naprawdę się cieszę, że nareszcie głośno mówi się o tym problemie, nie zamiata go pod dywan, a co najważniejsze, że wreszcie pisze się o tym bezpośrednio adresując swoje słowa do dzieci i młodzieży. Sądzę bowiem, że jest im wtedy zdecydowanie łatwiej poczytać o problemie ich dotyczącym i być może wcielić w życie porady tam zawarte.

Poradnik ten nie jest zbyt gruby i bardzo dobrze. Według mnie jego niewielka objętość (69 stron treści) stanowi jego mocną stronę. Powiedzmy sobie szczerze, że na pewne tematy dobrze jest porozmawiać krótko ale treściwie. Bez niepotrzebnego dzielenia włosa na czworo ale merytorycznie. No i oczywiście tak, żeby ktoś kto sięga po poradnik tego typu wyniósł z niego konkretną pomoc. Nie inaczej jest w przypadku tej książki.

Na samym wstępie wydawnictwo dodało opowiadanie jednej z moich i Syna ulubionych autorek, pani Justyny Bednarek, zatytułowane „Bractwo nieustraszonych matek”, doskonale odnoszące się do treści książki. Potem jest list skierowany do osób dorosłych a potem książka, którą może czytać dziecko samodzielnie lub z kimś dorosłym. Ja chyba polecałabym lekturę wspólną z rodzicem czy opiekunem, wydaje mi się, że łatwiej jest na bieżąco omawiać poruszone w niej problemy.

Jest ona podzielona na rozdziały :

  1. Jak rozpoznać szkolną przemoc.
  2. Powstrzymaj szkolną przemoc.
  3. Nie łam się.

Rozdziały mają podrozdziały, wyjaśniające w przyziemny sposób problem przemocy, fizycznej, słownej, emocjonalnej, cyberprzemocy. Następnie autorka omawia zarówno te problemy jak i to jak sobie z nimi radzić, zapobiegać i nagłaśniać. Proponuje też rodzaj zadań dla czytelnika, nad którymi warto się zastanowić.

Autorka będąca pedagogiem szkolnym doskonale wie o czym pisze więc serwuje przykłady z dobrze znanego jej szkolnego podwórka. Każdy rozdział omawia problemy w sposób bardzo prosty i klarowny dla dziecka, bez zbędnych zawiłości a podkreślając najważniejsze i najistotniejsze aspekty tychże. Allen omawia też różnice pomiędzy faktycznym dręczeniem a byciem okazjonalnie nieprzyjemnym czy złośliwym.

Podkreśla i wyjaśnia jaka jest różnica między donoszeniem a poinformowaniem osób dorosłych. Wiem , że wiele dzieci czy młodzieży boi się powiedzieć o przemocy komuś więcej niż rodzicowi, któremu ufa, właśnie dlatego, że boi się zostać oskarżonym czy to przez kolegów czy przez kadrę (tak , tak) o donosicielstwo. Autorka omawia te dylematy i wyjaśnia różnice pomiędzy skarżeniem a faktycznym informowaniem o prawdziwym problemie mogącym mieć poważne konsekwencje nie tylko dla jednej często osoby.

Ponadto w przystępny sposób omawia z czytelnikami problemy jak również podsuwa sposoby na ich rozwiązanie. Każdy rozdział i podrozdział kończy się jakimś przykładem sytuacji i możliwościami zachowań w takiej a nie innej sytuacji. Dobrze jest więc czytać tę książkę wraz z dzieckiem aby móc omawiać na bieżąco problemy poruszane w niej,

Allen ponadto podkreśla jak ważne jest reagowanie na przemoc, jak ważne jest reagowanie nie tylko gdy jest się ofiarą takiej ale gdy jest się jej świadkiem. Podkreśla wielokrotnie siłę i moc solidarności i współpracy. Autorka książki podkreśla, że nie wolno nam zachowywać bierności w sytuacji gdy jesteśmy świadkami przemocy.

Wyjaśnia kiedy warto próbować rozwiązać sytuację samemu a kiedy bezsprzecznie zwrócić się o pomoc do osoby dorosłej.

Radzi też jak można ćwiczyć swoją odporność na nękanie i prześladowanie. Podkreśla jak ważne jest pozytywne nastawienie (z radością odkryłam, że autorka poleca prowadzenie dziennika wdzięczności, stosuję, polecam). Zaleca też ćwiczenia oddechowe i stosowanie tak zwanej uważności.

Na końcu książki zawarte są informacje dotyczące stron, niestety anglojęzycznych, poruszających te problemy dla dzieci jak i dorosłych. Jest też również spis telefonów do polskich instytucji mających w założeniu wspierać i pomagać dzieciom i młodzieży.

Bardzo żałuję, że tego typu książki nie było w moich szkolnych czasach gdy nie bardzo mogłam otrzymać tak bardzo potrzebną mi pomoc w szkole. Muszę przyznać,że czytałam ją zastanawiając się nad tym, jak bardzo mogła wtedy mi ona pomóc. Ale również, zastanawiałam się nad tym jak dobrze jest, że rodzice i dzieci mają możliwość sięgnięcia po tego typu publikacje teraz, gdy problem przemocy szkolnej niestety, nie jest marginalny.

Uważam ją za bardzo istotną i potrzebną publikację i mogę powiedzieć, że nie tyle polecam co wręcz zalecam zapoznanie się z nią.

Moja ocena to 6 / 6.

„Noc”. Bernard Minier.

Wydana w Domu Wydawniczym REBIS. Poznań (2017). Ebook.

Przełożyła Monika Szewc-Osiecka.

Tytuł oryginalny La nuit.

Za mną kolejna część kryminalnych opowieści o komendancie Martinie Servazie. Tym razem zabrakło jej tego „czegoś” co trzymało mnie przy „Nie gaś światła”. I pomimo, że nie narzekam na nią aż tak bardzo, przyznaję, że trochę mi żal, że nie było aż takich fajerwerków jak podczas czytania poprzedniej części.

Być może dlatego, że właściwie w tej części opowieści zbrodnie, które mają miejsce są jakby pretekstem do wyjaśnienia dalszych losów zarówno Martina jak i „ducha” z przeszłości, który ściga Martina od lat, a mam na myśli oczywiście Juliana Hirtmanna.

W „Nocy” do policjantów a właściwie do Martina dołącza na chwilę policjantka z Norwegii. Oto bowiem w jednym z kościołów tam została popełniona zbrodnia a ślad prowadzi na platformę wiertniczą. Kiedy policjantka, Kirsten Nigaard trafia na platformę okazuje się, że osoba podejrzewana o morderstwo ma w swojej kabinie zdjęcia Martina Servaza. I pewnego pięciolatka. Nie dziwi więc , że siły policyjne dwóch krajów zostaną połączone a my wraz z Martinem, który w tej części odniesie wyjątkowo wiele ran i przejdzie niejedno złe zdarzenie, będziemy śledzili Hirtmanna jak również starali się odkryć prawdę o owym chłopcu. Wyjątkowo wiele tajemnic zostanie w tej części rozwiązanych.

Okaże się jednak,że nie jedynie Martin Servaz i norweska policjantka mają zamiar znaleźć Hirtmanna.

Ta część, jak wspomniałam, nieco mniej mnie ciekawiła niż poprzednia. Jednak doceniam ją ze względu na to jakie dla Servaza losy wymyślił autor i jak poprowadził kolejne wątki.

No i plus za umiejscowienie części akcji w pewnym małym, austriackim miasteczku, w którym kiedyś byłam i które faktycznie stanowi ciekawe tło do umiejscowienia tam akcji kryminału. A owym miasteczkiem jest Hallstatt. Przyjmijmy jednak , że „Noc” napisana została głównie po to aby wprowadzić nas , czytelników, w dalsze losy Martina Servaza i jego bliskich.

Przede mną zaczęta już kolejna książka z tego cyklu czyli „Siostry”. Zaczyna się interesująco.

A tymczasem moja ocena książki „Noc” to 5 / 6.

„Maszyna do pisania. Kurs kreatywnego pisania”. Katarzyna Bonda.

Wydana w Wydawnictwie MUZA SA. Warszawa (2017).

Tak się złożyło, nie będę teraz tego ani wyjaśniać ani analizować bo nie to jest przedmiotem tego wpisu ale „Maszyna do pisania” jest pierwszą książką Katarzyny Bondy, którą przeczytałam.

Sięgnęłam po ten poradnik z czyjegoś polecenia i nie żałuję.
Ta bardzo dobrze napisana, konkretna (uwielbiam konkrety a nie lanie wody) a przede wszystkim bardzo trafnie opisująca sytuację kogoś, kto dopiero stoi przed napisaniem książki, to rzecz zdecydowanie godna polecenia.

Katarzyna Bonda podzieliła „Maszynę do pisania” na wstęp, rozdziały zatytułowane : Opowieść, Bohater, Świat przedstawiony, Fabuła, Narracja, Dialo, Dekalog pisarza, Poprawianie i redakcja i Na drogę , stanowiącą zakończenie. Jest też spis lektur, które docenia i z których korzystała autorka książki.

Zwracając się do nas tak, jakby z nami rozmawiała, Katarzyna Bonda omawia w poszczególnych rozdziałach to, czego one dotyczą. Wspomniałam już o konkretnym stylu, który bardzo doceniam, bo w tym przypadku na pewno nie ma co zbędnie się rozpisywać.

Co mi się podobało, to ogólne przekonanie autorki do tego, że pisania można a nawet trzeba się uczyć ale również nie „gaszenie” czyichś marzeń czy planów dotyczących samodzielnego napisania własnej książki. Katarzyna Bonda wierzy, że jeśli ktoś czuje, że nosi w sobie książkę, może ją napisać. Powinien jednak skorzystać z wiedzy i umiejętności tych, którzy pierwsze próby już dawno mają za sobą aby nie ulec ani nadmiernej pewności siebie jak również aby nie poddać się zwątpieniu.

Konkretne są też nie tylko zdania w książce ale i rady. A więc miej notes, który będziesz nosić przy sobie, aby zapisywać co ciekawsze myśli, dialogi. Wprowadź dyscyplinę pracy. Napisz plan książki, który po prostu musi pojawić się na samym początku kiedy zamierza się coś pisać. Koniecznie powinien pojawić się dokładny opis głównego i pobocznych bohaterów. Oczywiście zdecydowanie się na to jaki gatunek książki chcemy napisać. Katarzyna Bonda twierdzi to co ja, że w świecie pełnym techniki i nowoczesności, człowiek wciąż jednak potrzebuje opowieści, którą może zapewnić mu autor. Dlatego też autor nie powinien izolować się od świata, od ludzi . Ba, powinien ich lubić co raczej logiczne aby chcieć snuć im swoją opowieść. Trzeba więc nie tylko śledzić codzienną prasę (zgadzam się z Bondą, jest to nieustające i często wręcz niewiarygodnie brzmiące źródło inspiracji) jak i jeździć komunikacją miejską, słuchać dialogów. Kto wie, który z nich wykorzysta się we własnej książce a być może jakaś historia zainspiruje nas do własnej opowieści. Trzeba też wciąż czytać (byle jednak wybierać literaturę dobrą).

W swojej książce Bonda w rozdziale dotyczącym fabuły, autorka porusza zarówno znane nam schematy pisania jak i osobno przypomina słynną analizę bajki Władimira Proppa, który był badaczem rosyjskich baśni.

Na końcu każdego z rozdziałów jest przypomnienie najistotniejszych aspektów jak również w książce autorka proponuje szereg rozmaitych ćwiczeń literackich.

Czy uważam „Maszynę do pisania” za książkę dobrą i przydatną? Tak, tak, zdecydowanie tak. Cieszę się, że po nią sięgnęłam (dziękuję J.K. za radę aby ją nabyć).

Myślę, że jeśli ktoś nie decyduje się na kurs „stacjonarny” bądź internetowy, to przynajmniej taką książkę poradnik powinien na początku własnej drogi literackiej mieć za sobą.

Moja ocena to 6 / 6.

„Nie gaś światła”. Bernard Minier.

Wydana w Domu Wydawniczym REBIS. Poznań (2018). Ebook.

Przełożyła Monika Szewc-Osiecka.

Tytuł oryginalny N’eteins pas la lumiere.

„Nie gaś światła” to trzecia z cyklu o kryminalnych historiach, które łączy postać komendanta Martina Servaza. A jednocześnie (według mnie, oczywiście) jak dotąd najmocniejsza i najbardziej brutalna ze wszystkich części. A pomimo tego nie mogłam jej odłożyć i niemal ją pochłonęłam. Podczas lektury towarzyszyło mi uczucie na przemian to lekkiego przerażenia to wielkiej ciekawości to niedowierzania. I muszę powiedzieć, że to jeden z najlepszych kryminałów czy raczej thrillerów jakie czytałam. Pomimo tego, co pisałam, czyli niewiarygodnego stopnia natężenia brutalności jaki występuje w „Nie gaś światła”. Która to książka jest rewelacyjnym studium przypadku opisującego to jak łatwo i wbrew pozorom bezproblemowo udaje się zniszczyć czyjeś życie.

Wystarczy tylko nieco mu się przyjrzeć, wybadać jego słabe strony, być może trafić na taki a nie inny charakter i wcielić w życie swój okrutny plan.

Ta część rozpoczyna się od snu Martina. Martin spędza czas w ośrodku , w którym dochodzą do siebie policjanci. Niektórzy leczą tam nałogi, inni zapewne wypalenie. Servaz trafił do tego ośrodka gdy Julian Hirtmann (niestety, ta postać będzie się już najwyraźniej przewijała przez cały cykl) przysłał mu koszmarną przesyłkę, zawierającą serce Marianne znaną nam z poprzedniej części czyli „Kręgu”.

Christine Steinmeyer, to pracująca w tuluskiej rozgłośni radiowej Radio5 prezenterka. Pracę w mediach ma „we krwi” bowiem jej rodzice to sławy dawnych czasów francuskiej telewizji. Ponad trzydziestoletnia Christine nie utrzymuje jednak z rodzicami stałych kontaktów, można powiedzieć, że niemal w ogóle się nie widują. W ich relacjach jest zbyt wiele zaszłości sprzed tak dawna, że uczucia zdążyły już bardzo się ochłodzić, żeby nie powiedzieć, są niemal lodowate. Niemniej jednak w chwili gdy poznajemy bohaterkę , jest Wigilia. Christine wraz z narzeczonym Geraldem właśnie wybiera się na wigilijną wieczerzę do rodziców mężczyzny a następnego dnia właśnie do jej rodziców. 

W chwili gdy wychodzi, znajduje w skrzynce pocztowej niepokojący list. Początkowo wzięty przez Christine za omyłkową przesyłkę zapowiada bowiem fakt czyjegoś samobójstwa. Kobieta nie wie do końca co ma zrobić, jednak udaje jej się niejako przymusić bardzo do tego niechętnie nastawionego narzeczonego aby w drodze na wieczerzę do jego rodziców, wstąpić na policję i pokazać list.

Można powiedzieć, że ten wigilijny wieczór był ostatnim spokojnym wieczorem Christine i od chwili jego otrzymania nic już w życiu dziennikarki nie będzie takie same. 

Do tej pory miała ona bowiem w miarę ustabilizowane, spokojne, bogate życie.  Miała wykształcenie, stałą i ciekawą pracę, którą lubiła, kochanego kundelka Iggy’ego, którego adoptowała ze schroniska . Poza tym i sprawy osobiste zaczynały się jej układać, w końcu zdecydowała się na przyjęcie oświadczyn Geralda. Dobre, spokojne życie bez większych trosk, za to wypełnione ciekawymi sprawami i dające jej satysfakcję. Do dnia tamtej Wigilii. 

Od tej pory wydarzenia zaczynają dziać się niemal lawinowo. Podczas audycji emitowanej w pierwszy dzień Bożego Narodzenia do radia dzwoni napastliwy mężczyzna, który oskarża Christine o to, że zlekceważyła wołanie o pomoc. 
Ktoś niszczy wycieraczkę przed drzwiami jej mieszkania, dzwoni na jej telefon stacjonarny, pisze obrzydliwe wulgaryzmy i groźby na jej samochodzie. Pętla wokół nic nie wiedzącej i oszołomionej nagłością niedobrych wydarzeń kobiety, zaciska się w coraz szybszym tempie i coraz to silniej. Dodatkowo, sprawca czy może sprawcy najwyraźniej nie są amatorami i są naprawdę dobrzy w tym co robią. Tak bowiem działają, włamując się do mieszkania kobiety i działając w inny sposób, że w pewnym momencie kobieta z rozpaczą orientuje się, że tak naprawdę nikt jej nie wierzy. Policja, której Christine zaniosła na samym początku wydarzeń otrzymany anonim, stwierdza, że na przesyłce stwierdzono ślady jedynie samej Christine, tak, jakby to ona sama do siebie wysłała list. Ilość nieprzyjemnych , groźnych i niebezpiecznych sytuacji wokół prezenterki dzieje się tak szybko, że łatwo by było od tego stracić głowę każdemu a co dopiero osobie, która nie jest do końca pewna siebie a i jak się szybko orientuje ze smutkiem, nie ma wokół siebie najwyraźniej zbyt wielu naprawdę życzliwych jej osób, które mogłaby darzyć zaufaniem ale przede wszystkim takich, które bez względu na to jak sytuacja wygląda, bez zastrzeżeń jej samej by uwierzyły. Takich osób w życiu Christine zabrakło, co dodatkowo musi ją boleć.

Równocześnie poznajemy losy Servaza. Powoli dochodzi on do siebie w owym ośrodku, jak również widać, że chce zacząć myśleć o powrocie do domu, córki i przyjaciół. Motywacją, która ruszy Martina z ośrodka i spowoduje jego prywatne śledztwo będzie fakt, że ktoś zacznie do niego do ośrodka wysyłać dziwne przesyłki. Jakby chciał go na coś nakierować. Dostaje na przykład elektryczny klucz do pokoju o numerze 117 w pewnym hotelu. Okazuje się, że jakiś czas temu w tymże pokoju doszło do strasznych wydarzeń. Lawina wydarzeń rusza. 
Z jednej więc strony poznajemy historię niszczenia życia Christine Steinmeyer przez nieznaną jej osobę , z drugiej, śledztwo jakie rozpocznie komendant pomimo tego, że jest na zwolnieniu służbowym. Działa więc niejako nielegalnie. A tropy podsyłane przez kogoś prowadzą Servaza w niezwykłe miejsca. 

„Nie gaś światła” to książka bardzo dobra, ale przerażająca. Opowiadająca o tym, co tak naprawdę może przydarzyć się komuś, na kogo uweźmie się z sobie tylko wiadomych powodów osoba niezrównoważona psychicznie i uparta w swoim działaniu. To również opowieść o tym jak łatwo stać się ofiarą i jak różnie można na to reagować. Wreszcie, to jak już wspomniałam, studium osaczania, nękania i niszczenia kogoś i jego życia. Ingerowanie w najintymniejsze sfery życia, zastraszanie, sprawienie, że nawet najbardziej szczerzy bliscy nie do końca komuś wierzą a bywa,że kompletnie przestają wierzyć takiej osobie. To również jak określiła moja znajoma ale to prawda, silnie feministyczna książka. W tej części z racji pewnego niezwykłego zajęcia, jakie jest opisywane, sporo jest silnych mężczyzn bohaterów i kobiet, starających się pokazać im,że również są w czymś dobre jeśli nie lepsze od owych „macho”. 
To książka, której nie polecam czytać tuż przed zaśnięciem (na mnie nie działało to niestety, najlepiej aczkolwiek nie potrafiłam się od niej oderwać i stąd właśnie , czytałam ją przed snem ). 

Servaza jest tu również sporo i mimo, że w tej części nie występuje zawodowo jako policjant to oczywiście jak to on, nie odpuści złu i podejmie z nim walkę. Niemniej jednak główną postacią jest Christine, którą od dnia Wigilii ktoś zamierza zniszczyć i doprowadzić do skrajnych zachowań. 

Moja ocena to 5.5 / 6. 

„Rok taty”. Krzysztof Popławski.

Wydana w Wydawnictwo W drodze. Poznań (2009). Ebook.

Narratorem opowieści – pamiętnika czy raczej wspomnień jest ojciec czwórki córek i mąż. W sumie, to pierwszoosobowa narracja opowieści nie pozwoliła nam nigdy dowiedzieć się jak ma na imię. Jest więc albo tatą albo mężem. Może ten zabieg jest celowy? Imię żony znamy ale nie jest używane. Z rodziny znamy imiona córek, osiemnastoletniej Małgosi, piętnastoletnich bliźniaczek Marty i Marii i siedmioletniej Ani (na cześć starszej siostry bohatera, mieszkającej w USA wdowy , która nie mając własnych dzieci przelewa wiele uczucia na córki młodszego brata właśnie).

„Rok taty” to taki właśnie wspomnieniowy pamiętnik, rozpoczynający się od trzynastego sierpnia 2004 roku, kiedy to żona bohatera oznajmia mu, że odchodzi. Na razie na próbę, bo jako matematyczka ma przed sobą szansę życia, wyjazd do Australii gdzie ma możliwość wzięcia udziału w jakimś projekcie.
Stawia męża w zaprawdę niecodziennej sytuacji tym bardziej, że wszystkie córki są w dość przełomowych edukacyjnych momentach. Ania właśnie rozpocząć ma pierwszą klasę podstawową, bliźniaczki są w ostatniej klasie gimnazjum i mają zdawać do liceum a najstarsza Małgosia jest maturzystką. Sporo wyzwań, zważywszy, że właściwie najważniejsze jest to, że z dnia na dzień matka i żona opuszcza dom i wyjeżdża zostawiając rodzinę samą.

Przyznaję, na samym początku zjeżyłam się na nią. Jak to, dudnił mi w głowie głos rozsądku, jak można z dnia na dzień zostawić ukochanych bliskich i po prostu sobie odejść, w dodatku nie do końca jasno zostawiając komunikat czy jest to na dłużej czy na krócej a może na zawsze? W końcu mąż to mąż, istota nabyta 😛 ale dzieci ? W dodatku w takich ważnych chwilach życia?
Srożyłam się, srożyłam ale czytałam dalej opowieść narratora i z obrazu życia rodziny wyłaniało mi się coś takiego, co z czasem zaczęło powoli uzasadniać taką a nie inną decyzję żony bohatera.

Ten nauczyciel akademicki, pracujący też jako tłumacz, był wprawdzie świetnym ojcem, tego nie można mu zarzucić , żeby zaniedbywał obowiązki rodzinne ale z całą pewnością popełnił błąd. Który to zresztą błąd nie jest niczym nowym w małżeństwie z dłuższym stażem . A mianowicie, tak się zapatrzył w swoje córki, tak się zaangażował uczuciowo, że kompletnie zapomniał o tym, że jego żona powinna być dla niego jeśli nie najważniejsza to na równi ważna.

Zapewne niemałą rolę odegrała tak zwana proza życia, kiedy to człowiek zajęty jest zarówno zarabianiem pieniędzy na rodzinę ,jak i całą to około domowo i rodzinną logistyką, zwłaszcza kiedy jest więcej niż jedno dziecko a trzeba też przecież zwyczajnie mieć czas na te dzieci właśnie, na wysłuchanie ich ,przyjrzenie się im, zauważenie gdy coś się z nimi dzieje.
Nie musi więc specjalnie dziwić, że w tym wszystkim bohater najwyraźniej przestał interesować się żoną, na co po odejściu tejże, zwróciła mu uwagę nawet jego własna siostra. W ogóle rodzina bohatera, to ciekawi bohaterowie. Starszy brat, zakonnik, który nie prawi żadnych morałów i zbędnych kazań a rozmawia na życiowe tematy i wiele rozumie, siostra, również starsza, która od wielu lat mieszka w USA ale bierze udział w życiu brata. Ku zdumieniu bohatera, dwójka jego rodzeństwa jest jak najbardziej po stronie jego żony.

Niemal rok zajmie bohaterowi ogarnięcie całej sytuacji emocjonalno uczuciowej i zrozumienie jaki w relacjach z żoną popełnił najważniejszy błąd.
O dziwo, ze szkołą dziewczynek i z całym tym domowym rozgardiaszem wspólnie wszyscy bardzo dobrze sobie radzili.

Ciekawe jest też spostrzeżenie jak społeczeństwo widzi samotnego ojca. Spostrzeżenie to jest bardzo trafne . Jak w swoich wspomnieniach pisał narrator, „(…) Samotne matki nie wzbudzają niczyjego zainteresowania. Samotny ojciec jest obiektem pewnego podziwu i czasem nieukrywanej sympatii”. Czy tak właśnie nie jest ? O ile ludzie przechodzą do porządku dziennego nad matką, która sama wychowując dziecko ze wszystkim musi zmagać się sama , o tyle w przypadku samotnego ojca wielu osobom nagle włącza się jakaś niesamowita empatia, współczucie, ubolewanie nad tym jak to ta zła kobieta go porzuciła (kiedy oczywiście ma miejsce taka rzadka sytuacja chociaż nie ukrywam, znam sama takie dwie , obie są przykre bo wiem, że o ile mężowie dali sobie radę, cenę za porzucenie przez matkę poniosły w jakimś tam stopniu dzieci) . Oczywiście propozycje pomocy sypią się z wielu stron, podczas gdy nie jestem do końca pewna czy tak dzieje się w przypadku kobiety samej wychowującej dzieci. Nie wiem, ciekawy pomysł do dyskusji i przegadania tematu.

Na samym początku książki autor sugeruje nam , że rzecz skończy się dobrze więc nie ukrywam, że nie czytałam tej książki obgryzając paznokcie i zastanawiając się czy żona wróci do męża i córek.
Najważniejsze jednak, że mąż nareszcie przemyślał swoje błędy , potrafił wyciągnąć z nich wnioski i w dodatku je naprawić. Żona szczęśliwie wraca z Australii i można zacząć nowy rozdział wspólnego życia, już bogatszym o te doświadczenia.

Podobała mi się ta książka. Pomimo, że bohater potrafił zirytować (to właśnie lubię przy kreacji postaci w książce czy filmie, kogoś, kto wzbudza emocje , jest prawdziwy a nie papierowy czy lukrowany , narrator z pewnością taki nie jest ). Według mnie książka porusza bardzo ciekawy temat. Na ile małżeństwo z dziećmi potrafi w codziennej prozie życia, rozgardiaszu, rutynie i pośpiechu nie zapomnieć o sobie wzajemnie. Nie o sobie, rodzicach a o sobie, parze. Parze, którą byli zanim stali się rodzicami właśnie. I że te dwie role są tak samo ważne i ważne jest aby o tym nie zapominać i pielęgnować zarówno bycie rodzicem jak i współmałżonkiem.
Napisana raczej lekkim stylem, na wesoło przekazuje jednak bardzo ważne problemy i nie umniejsza przekazu, który ze sobą niesie.

Moja ocena to 5 / 6.

A teraz najlepsze. Nie wiem czy to nie spoiler , nie chcę psuć tym, którzy tego nie wiedzą, niespodzianki więc jeśli chcecie , nie czytajcie tego, co teraz napiszę. Otóż, gdy jakiś czas temu nabyłam książkę w jednej z ebookowych promocji, wiedziałam, że książka została napisana przez…Dominikanina. A potem, kiedy przeleżała się na czytniku, kompletnie o tym zapomniałam. I czytając ją teraz często zżymałam się na bohatera, zwłaszcza, że aniołkiem to on z pewnością nie był. Można powiedzieć, że zapomniawszy o tym naprawdę wczułam się w opisywaną przez autora sytuację biorąc ją za niemal biograficzne refleksje a przynajmniej czerpanie z życia narratora. I na samym końcu kiedy wyjaśniło się to a ja sobie przypomniałam, kto ją napisał, wyraziłam swój wielki podziw do autora za to, że udało się mu właśnie nie znając osobiście takiej sytuacji napisać coś, w co aż tak się wciągnęłam i uwierzyłam. Dobra robota! Dygresja, swego czasu będąc w jednej z najczarniejszej z sytuacji dowiedziałam się, że jakby co, to zakon Dominikanów jest najbardziej „frontem do człowieka”, że nie odtrącają a potrafią do kościoła przyciągnąć człowieka, nawet a może zwłaszcza, gdy jest w najgorszej sytuacji bądź przechodzi jakiś kryzys wiary czy innego rodzaju. Po lekturze tej książki zyskałam przekonanie, że te opinie mają potwierdzenie w rzeczywistości. Widać, że Krzysztof Popławski rozmawia z ludźmi ale przede wszystkim słucha ich. I to właśnie powoduje to, że ta książka jest bardzo prawdziwa.

„Krąg”. Bernard Minier.

Wydana w Domu Wydawniczym REBIS. Poznań (2013). Ebook.

„Krąg” to druga część kryminalnej opowieści o śledczym, komendancie Martinie Servazie. W tej książce będzie dużo rozmaitych wątków. Pierwszą i rozpoczynającą cykl o Martinie Servazie była książka pod tytułem „Bielszy odcień śmierci”.

Książka rozpoczyna się dość ciężko bo z perspektywy uwięzionej przez nieznanego nam początkowo mężczyznę. Ten wątek będzie przewijał się przez całą książkę aż do ostatnich stron, na których poznamy szokujące wyjaśnienie.

Oczywiście głównym bohaterem jest Martin Servaz , są też jego współpracownicy , znani nam z pierwszej części czyli „Bielszego odcienia śmierci”. Od ucieczki Juliana Hirtmanna minęło osiemnaście miesięcy i nagle Martinowi przychodzi na myśl to, że być może zbrodniarz jest gdzieś blisko niego. O czym zdają się zapewniać go sygnały i znaki jakie zaczną się pojawiać koło komendanta. Email podpisany literami JH, litery wyryte na drzewie. Czy więc Martin, który właściwie z Hirtmannem nie miał większego kontaktu powinien zacząć się niepokoić? A znając zbrodnie Juliana, czy powinien zapewnić intensywną opiekę swojej córce Margot? Na razie Servaz zaczyna rozglądać się czujnie czy aby gdzieś nie spotka nowych znaków, że zbrodniarz i miłośnik, podobnie jak sam komendant, muzyki Mahlera, nie czai się gdzieś w pobliżu.

Margot uczy się na kursach przygotowawczych do studiów w Marsac. Liceum znajduje się w miasteczku uniwersyteckim i to właśnie w nim zdarzy się zbrodnia. Jedna z nauczycielek liceum zostaje zamordowana. Zbrodnia jest nie dość, że brutalna to jeszcze wydaje się być starannie zainscenizowana. Claire Diemar została zamordowana we własnym domu. Początkowo sprawca wydaje się łatwy do określenia, bowiem gdy na miejsce zbrodni przybywa Policja, przy basenie domu ofiary siedzi młody chłopak, Hugo, który wydaje się być idealnym kandydatem na mordercę.
Zostaje oczywiście aresztowany. Ponieważ na miejscu zbrodni odtworzona została muzyka Mahlera, do śledztwa szybko zostaje zaangażowany Martin Servaz wraz ze współpracownikami.
Ponieważ perspektywa powrotu Juliana Hirtmanna jawi się wszystkim coraz bardziej realnie (chociaż nie wszyscy w to wierzą), córce komendanta zostaje przyznana ochrona. A Servaz próbuje odkryć, kto tak naprawdę zamordował Claire Diemar. W międzyczasie wychodzi na jaw, że przeszłość wraca się do Servaza w jakiś niezwykle trudny sposób albowiem oskarżonym o morderstwo młodym chłopakiem, który siedział przy basenie ofiary okazuje się syn dawnej miłości Martina. Wkrótce po aresztowaniu syna do Servaza dzwoni Marianne Bekhanowsky. Okazuje się, że dawne uczucie Martina do Marianne nie zgasło. Nie udało mu się jak widać zapomnieć o jednej z najważniejszych dla niego osób.

Ten walczący z demonami przeszłości (ma za sobą okropną zbrodnię jaka wydarzyła się w jego własnej rodzinie) mężczyzna zdaje się topić jak wosk gdy znów może być w pobliżu Marianne.

Przed Martinem Servazem więc zarówno i rozwiązanie niezwykle trudnej zagadki, w której będzie wiele tropów i zagadek, powrót do dawnych uczuć, które wydawały mu się już nieobecne w jego życiu, jak również zastanawianie się nad tym czy aby Julian Hirtmann, który z niewiadomych przyczyn upatrzył go sobie , nie powrócił i czy nie ma na oku zarówno Servaza jak i Margot.

Ogólnie ta część wciągnęła mnie ogromnie. Mam jednak całkowicie subiektywny zarzut. Czuję się zawiedziona, że postać Juliana Hirtmanna towarzyszyła i w tej części serii. Pomimo, że była też zbrodnia całkowicie „niezależna” , to już widzę, że wątek Hirtmanna będzie się ciągnął. Nie wiem czemu ale jakoś mi to nie do końca pasuje. No ale trudno, takie zamierzenie autora.

Jak w „Bielszym odcieniu śmierci” akcji książki towarzyszył śnieg, lód i takie poczucie kompletnej izolacji nie tylko ze względu na aurę, tak w tej części książki towarzyszy deszcz lub burze. Tym razem akcja książki dzieje się tuż przed początkiem lata, wraz z rozpoczęciem Mundialu w RPA. Piłka nożna kompletnie nie interesuje Servaza , za to odkrycie, kto zamordował nauczycielkę miejscowej szkoły, tak. I tym razem aura często zdecydowanie utrudnia mu akcję poszukiwawczą a samej książce ponownie dodaje kolorytu i nastroju.

Mam zamiar sięgnąć po kolejną książkę z tej serii a moja ocena „Kręgu” to 5 / 6.

Dzień Blogerów

Czyli nietypowe święto dzisiaj. Od ponad piętnastu lat piszę ten blog, więc poczuwam się do tego aby przyjmować życzenia. Czego sobie życzę? Dobrych książek do czytania abym mogła o nich pisać. Odwiedzających i zostawiających komentarze czytelników. Sławy blogowej sobie nie życzę bo jeśli przez ponad piętnaście lat jej nie zyskałam, to już się to nie uda 🙂

Wszystkim odwiedzającym mnie Blogerom życzę Wszystkiego Najlepszego w dniu ich święta.

A tak poza tym, to Jaś kończy dzisiaj siedem lat.

Jak to było w niedawno czytanej przeze mnie książce, dopiero co trzymałam Go w ramionach po porodzie a tu chłopak zaczyna pierwszą klasę a za chwilę…będę odprowadzać do szkoły Jego dzieci.

Czas leci, a my wciąż piękni i młodzi, o 😉

„Jej drugie życie”. Manula Kalicka.

Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Warszawa (2019). Ebook.

Data premiery 13.08.2019.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

„Jej drugie życie” to kontynuacja niezwykłej opowieści o parze. Maria Łęska to hrabina, jej partner to Leon Rosenblatt. Historyk sztuki i profesor to postać wzorowana (jedynie w kwestii odnajdywania w czasie IIWŚ zaginionych z Polski dzieł sztuki) na profesorze Karolu Estreicherze.

To trzecia część opowieści z Irenką Górecką, z tym, że w tej części postać Irenki występuje zaledwie przez chwilę. Pierwsza część serii nosi tytuł „Dziewczyna z kabaretu” a wcześniej wydana została pod tytułem „Rembrandt, wojna i dziewczyna z kabaretu”.

Mimo, że nie czytałam części pierwszej o tej niezwykłej parze jaką jest Maria i Leon, nie miałam z tego powodu podczas lektury „Jej drugiego życia” poczucia dyskomfortu. Z całą pewnością można czytać tę książkę jako część osobną.

W „Jej drugim życiu” mamy mieszaninę książki obyczajowej ale i sensacyjnej, z racji tego jaką działalność prowadzi ten niezwykły duet. Maria Łęska i profesor Leon Rosenblatt prowadzą życie niezwykłe, współdziałają z wywiadem Wielkiej Brytanii i pomagają służbom tego kraju.
Prowadzą misję pod przykrywką, po prostu szpiegowską, w każdym razie akcja książki bywa naprawdę napięta i szybka, co dodaje jej zdecydowanie kolorytu. Maria i Leon podróżują w końcówce IIWŚ po Europie, są bowiem i w Wielkiej Brytanii i w Niemczech i w Szwajcarii. Wypełniają tam niebezpieczną misję, narażają swoje życie i honor. Jest bardzo ciekawie i barwnie, na pewno podczas lektury nie można się nudzić. Tym bardziej , że autorka przekazuje nam fakty historyczne pod postacią książki sensacyjnej co w ten sposób naprawdę budzi ciekawość czytelnika zarówno to jak potoczą się losy bohaterów jak i powoduje chęć sięgnięcia do źródeł historycznych aby o pewnych momentach w historii IIWŚ poczytać i zgłębić ten temat.

Jednocześnie zaś profesor Rosenblatt ma swoją indywidualną misję, misję życia, rzec można a mianowicie odnalezienie Ołtarzu Wita Stwosza i sprowadzenia tegoż w miejsce mu przynależne czyli do Kościoła Mariackiego w Krakowie. W tym przypadku mimo, że znałam przecież koleje tego dzieła sztuki, muszę przyznać, że z prawdziwą przyjemnością czytałam koleje losu Ołtarza i to w jaki sposób dotarto wreszcie do niego, ukrytego pod Norymbergą.

Uważam, że podjęty po raz kolejny przez autorkę temat czyli odzyskiwanie zaginionych podczas IIWŚ dzieł sztuki będących własnością państwa polskiego jest jak najbardziej aktualny i ważny. Doskonale wiemy ile tak naprawdę dzieł sztuki zrabowanych z terenów Rzeczypospolitej zostało zwróconych Polsce a ile z nich tak naprawdę nigdy do Polski nie powróciło. Co jakiś czas słyszymy a to o odnalezionych gdzieś za granicą dziełach sztuki ongiś będących w polskich muzeach, a to o akcjach odzyskiwania tychże w rozmaity sposób. Uważam też, że dobrym pomysłem jest przekazanie nam tych tych informacji właśnie w formie książki obyczajowej a nie na przykład w formie biografii. Myślę, że w ten sposób ta książka ma szansę trafić do szerszego grona czytelników a jednocześnie upowszechnić trochę wiedzy na temat zarówno historii sztuki jak i problemu zaginionych dzieł sztuki.

Książkę czytało mi się bardzo dobrze, dosłownie nie mogłam się od niej oderwać.

Moja ocena to 5.5 / 6.

Wakacje…

…powoli dobiegają końca.

W tym roku mieliśmy zupełnie inaczej rozłożony czas niż do tej pory. Wyjechaliśmy dwukrotnie, najpierw w naszą stałą miejscówkę na Warmii , gdzie z przeróżnych względów kompletnie nie udało mi się tym razem odpocząć (na majówce z przyjaciółmi gdy byliśmy odpoczęłam o wiele bardziej ).
Niemniej jednak marzenia się spełniają i oto w połowie sierpnia pojechaliśmy do najpiękniejszego miasta świata czyli do Gdańska. Od razu uprzedzam, w Gdańsku jestem zakochana od zawsze i nie potrafię zachować wobec tego miasta jakiegokolwiek obiektywizmu. Proszę więc ze mną nie dyskutować , mam swoje zdanie, którego nie zmienię.

Tak bardzo się cieszę, że udało się nam tam pojechać. Byliśmy w Gdańsku z P. bardzo dawno temu, sądzę, że nawet mógł być to rok 2003, więc naprawdę sporo czasu temu. Zmiany ogromne i oczywiście, że na plus. No a tym razem pokazaliśmy też Gdańsk i ogólnie Trójmiasto Jasiowi.

Szczęście nam sprzyjało i pogoda była wspaniała, idealna na plażę. Dziecko kąpało się codziennie w Bałtyku (ja nie 😛 ), zbieraliśmy muszelki , podziwialiśmy statki i okręty , i te widoczne podczas wpływania do portu , które widzieliśmy będąc na plaży i te będące obecnie muzeami.
Jaś rozmiłował się w statkach i okrętach i teraz muszę Mu zdobywać ciekawostki dotyczące światowej marynistyki.

To był wspaniały wspólny czas wypełniony pięknymi i dobrymi chwilami. Spotkaliśmy przyjaciela, z którym nie widzieliśmy się dość dawno a Jaś bawił się codziennie ze swoim kolegą, który w wakacje wyniósł się do Gdańska wraz z mamą.

Obkupiłam się w bursztyn bo bardzo go lubię i uważam, że świetnie wygląda na lekko smagniętej słońcem skórze.

Nie ma piękniejszego morza na świecie od naszego kochanego Bałtyku.

A od przyszłego tygodnia zaczyna się kompletnie nowy rozdział w naszym rodzinnym życiu. Jaś wędruje do pierwszej klasy. A pomyśleć, że pamiętam jak dziś okres adaptacyjny w przedszkolu i pierwszy dzień jego przedszkola. Czas leci, dzieci rosną a my wciąż piękni i młodzi, o!

„Wakacje w Trzeciej Rzeszy”. Julia Boyd.

Podtytuł : Narodziny faszyzmu oczami zwykłych ludzi.

Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Warszawa (2019). Ebook.

Data premiery 30.07.2019.

Przełożyła Magdalena Moltzan-Małkowska.

Tytuł oryginalny Travellers In The Third Reich. The Rise of Fascism Through The Eyes of Everyday People.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Minione dni spędziłam na można powiedzieć nietypowych bo dwutorowych wakacjach. Pierwsze, te prawdziwe, miały miejsce obecnie w najpiękniejszym mieście świata jakim jest Gdańsk (jestem zakochana bezgranicznie w tym mieście i nie zamierzam polemizować z nikim nad tym , co napisałam 🙂 ). Drugie zaś wakacje odbyłam można rzec za sprawą literatury. Oto bowiem brytyjska historyczka Julia Boyd przeniosła mnie na „wakacje w Trzeciej Rzeszy”. Do krainy przedziwnej. Z jednej strony wciąż atrakcyjnej, obdarzonej niewiarygodnym pięknem natury i zabytkami z różnych epok. Z drugiej zaś strony rządzonej i dzielonej przez dyktatora, który zdawał się nie mieć innych ambicji w życiu niż władza i podział tych, którymi rządził.

Julia Boyd zrobiła niewiarygodną pracę. Żmudnie przedzierała się przez dzienniki, korespondencje i książki, odwiedzała osoby prywatne i biblioteki aby w rezultacie przedstawić w swojej książce świadectwo osób przeróżnych, wbrew pozorom nie tylko polityków. A właściwie najmniej polityków a najwięcej osób pełniących inne zawody. W książce więc czytamy wspomnienia i spostrzeżenia dyplomatów, uczniów, studentów, polityków, sportowców, zwykłych ludzi, którzy przybywali do Niemiec na naukę bądź właśnie na wakacje, tym bardziej,że Niemcy w tamtym czasie bardzo starali się o to aby jak najwięcej turystów odwiedziło ich kraj. I na własne oczy przekonało się jak świetnie się tam dzieje i dobrze się żyje (prawie) wszystkim mieszkańcom.

Widzimy więc Trzecią Rzeszę rodzącą się w czasie po zakończeniu I WŚ, kiedy to politycy wykorzystywali biedę i przegraną aby wmówić narodowi, że winnymi są komuniści i Żydzi. Śledzimy dochodzenie Hitlera do władzy, właściwie przejętej w jakiś niewiarygodnie lekki i łatwy sposób. Następnie śledzimy umacnianie się jego władzy a jednocześnie coraz większą polaryzację społeczeństwa, trzymanie narodu w coraz większym kagańcu i z coraz to większą cenzurą przy jednocześnie nieustającym przekonaniu o tym, że to nie Niemcy byli tymi złymi w zakończonej wcześniej IWŚ a właściwie , że byli ofiarami tejże. Jeśli dojdzie do tego szczucie jednych na drugich przy niesamowitej sile propagandy , którą uprawiano przez radio i kino, mamy już obraz Trzeciej Rzeszy, którą odwiedzali turyści czy osoby z tego czy innego powodu odwiedzające wówczas Niemcy.

Oczywiście turyści nie widzieli prawdziwego obrazu Niemiec, jednak na litość, nie było tak, że nie było przecież ambasad, z których do krajów szły z Niemiec depesze informujące o sytuacji w kraju.

Czy mogło to zmienić nastawienie tych, którzy odwiedzali Niemcy?

Zapewne bywało różnie. W grupie turystów najsilniejszą stanowili Germanofile, którym nie mieściło się w głowie, że naród mający takie dziedzictwo kulturowe mógłby aż tak zmienić swoją optykę patrzenia na siebie, na innych obywateli Niemiec czy na inne narody. Oni kochali ten kraj, zwiedzali go wielokrotnie i prawdopodobnie starali się wciąż skupiać na jego pięknie czy kulturze (chociaż coraz bardziej cenzurowanej przez władze) niż analizować politykę. Były też osoby kompletnie nie zajęte sprawami polityki jak uczniowie, studenci na stypendiach (jak chiński student, który był w Niemczech aż do roku 1946), młodzież. Sportowców , którzy na Olimpiadzie nie stali się obiektem żadnej dyskryminacji pomimo tego, że jako Afroamerykanie byli przed tym ostrzegani, zapewne też dziwiłyby narzekania, skoro spotkali się jedynie z uprzejmością i grzecznością. W grupie odwiedzającej Niemcy przed wybuchem IIWŚ byli też wreszcie zwolennicy nazizmu

Z korespondencji i dzienników, zwłaszcza żon ambasadorów przebija jednak świadomość tego, co stopniowo narasta. W końcu, często notatki te czy korespondencja trwały latami a ważne jest też to, że nie są to kolejne analizy historyków a właśnie spostrzeżenia zwykłych jednak ludzi.

Wyraźnie w nich widać narastające przygotowania do wybuchu IIWŚ, to, że po początkowej poprawie sytuacji materialnej znów niedługo przed wojną pojawiają się obostrzenia i reglamentacje. Zaciemnienia, ograniczenia norm żywnościowych, powstające obozy koncentracyjne, w których są więźniowie, to wszystko powoli wydawało się być jasnym znakiem tego, że kolejna wojna jest już niemal na wyciągnięcie ręki.

Co tak najbardziej zastanawia w tej książce? Ów jednak dość spokojny ton opowieści o tym. Owszem, są niedogodności ale jednocześnie dyplomaci czy uczniowie z aż takimi problemami się nie stykają. Spora część z nich ma świadomość pewnej „taryfy ulgowej” , którą zapewnia im fakt bycia obcokrajowcem. Być może to też dodaje im owego dystansu, z jakim traktują zastaną rzeczywistość.

Ci, którzy przyjeżdżają na krótko do Niemiec w ogóle starają się najwyraźniej nie zawracać sobie głowy polityką, która ich nie dotyczy (jak krótkowzroczne i niepewne to myślenie okaże się po 1 września 1939 roku).

Nie jest tak, że tej świadomości zła nikt nie ma. Być może jednak ten czy ów sądzi, że jeśli bezpośrednio go to nie dotyczy, nie musi się tym przejmować? Świadomość jednak jest. O tym jak źle traktowani są Żydzi świadczy fakt coraz większych restrykcji im narzucanych, coraz częstszych ucieczek Żydów z Niemiec do innych krajów i również prawdopodobnie jednak jakaś minimalna próba orientowania się w polityce. Wszak podczas podróży poślubnej o ile dobrze teraz pamiętam, państwa Boyle, do młodych ludzi, podeszła pewna kobieta z piętnastoletnią córką, prosząc o wywiezienie dziecka z kraju i zajęcie się nim. Widząc nalepkę Wielkiej Brytanii na aucie młodej pary kobieta ta postąpiła dramatycznie przeczuwając co stać się może całkiem niebawem. Historia ta znalazła szczęśliwe zakończenie, dziewczynka rzeczywiście została przez parę wywieziona, przysposobiona i nawet zachowały się fotografie jej z nową rodziną na farmie w Nairobi. Historia podsuwa nam obraz tego, co stało się z tą bohaterską matką, która oddając ukochaną córkę uratowała jej życie.

Nie znalazłam jednak w tych materiałach odpowiedzi (być może wcale nie było to zamysłem autorki aby tę odpowiedź mi dawać) na pytanie „Jak to się stało, że rosnący w siłę faszyzm przeszedł obok innych narodów w taki właściwie niemal niezauważalny sposób?”. Wiemy już, że marginalizowanie sytuacji politycznej w Niemczech po zakończeniu IWŚ nie doprowadziło do niczego dobrego.

Prawdopodobnie fakt, że autorka przedstawia materiały pochodzące ze strony osób nie związanych z polityką wyjaśnia wiele. Lub też, to moja refleksja, przed wybuchem najstraszliwszej z wojen, nikt przy zdrowych zmysłach nie był w stanie wyobrazić sobie tego, co może się stać bo zwyczajnie zabrakło aż tak dalekosiężnej wyobraźni czy świadomości, którą mamy obecnie. Nie wiem.

Wiem, że niezwykle czyta się spostrzeżenia osób, które z jednej strony cieszą się widokami średniowiecznych miasteczek, podziwiają czystość tychże, chwalą uprzejmość i grzeczność Niemców a z drugiej strony widzą wszechobecne marsze młodzieży z pochodniami czy gesty faszystowskich pozdrowień ( w pamięć wpadło mi wspomnienie jednej z uczestniczek jakiegoś młodzieżowego zgrupowania, dziewczyny z zagranicy, która za to, że nie podniosła ręki w geście faszystowskiego pozdrowienia została skopana w głowę przez jednego z młodzieńców, który siedział na jakimś podwyższeniu za nią).

Z drugiej strony wciąż dziwi to, że nawet wtedy dla niektórych brytyjskich bądź amerykańskich rodziców, wysłanie latorośli do Niemiec miało stanowić fakt „nabrania ogłady”. Najwyraźniej depesze słane z ambasad nie były jednak masowo przez nich czytane.

Co przeraża w tej książce? Ano jakieś takie uwierające spostrzeżenie, że niektóre sprawy wciąż są aktualne, że pewne postawy i przekonania tak łatwo zmieniły optykę i znów mają rację bytu, są przyswajalne z jakąś niesamowitą łatwością. Autorka na końcu książki ostrzega, jak łatwo to , co pisze może powrócić. Sytuacja polityczna jest niepewna, to najprawdopodobniej nic nowego w historii świata, niemniej jednak gdy czyta się świadectwo zwykłych ludzi piszących o czymś, czego konsekwencje zmieniły świat raz na zawsze, nie sposób pozbyć się natrętnych myśli, jak łatwo jest poddać się złudzeniu i jak łatwo jest przyjąć zbytnio bierną postawę.

Z pewnością to książka nie dla każdego. Jak już pisałam, Julia Boyd wykonała naprawdę mrówczą pracę przekopując się przez stosy papierów i pism. Ta książka może nużyć kogoś, kto nie do końca interesuje się historią. Niemniej jednak uważam, że jest to pozycja, którą naprawdę powinno się przeczytać. A przynajmniej jakieś jej wybrane fragmenty.

Moja ocena to 5.5 / 6.