„Bielszy odcień śmierci”. Bernard Minier.

Wydana w Domu Wydawniczym REBIS. Poznań (2014). Ebook.

Przełożyła Monika Szewc-Osiecka.

Tytuł oryginalny Glace.

Przed wyjazdem na wakacje zaczęłam czytać ten kryminał. To mój pierwszy kryminał autorstwa Miniera, który wcześniej czytał i polecał mi P. , niemniej jednak za lekturę zabrałam się dopiero teraz. Nie żałuję i mam zamiar przeczytać inne wydane na naszym rynku kryminały Bernarda Miniera.

Należy dodać , że według mnie o ile dobrze rozumiem tytuł oryginalny to on właśnie oddaje atmosferę tej książki. Duszną, mroźną, przytłaczającą. Pireneje i dwa miejsca, które odegrają rolę w książce. Odosobnione miejsce, tak zwany Instytut Wargniera, w którym przebywają w izolacji poddani specyficznej psychiatrycznej diagnostyce i terapii najniebezpieczniejsi przestępcy. I dawny ośrodek kolonijny w dolinie, w sumie położony nie tak daleko od owego ośrodka dla przestępców.

Francuski policjant, śledczy Servaz musi zmóc się na chwilę przed Świętami Bożego Narodzenia z jedną z najpaskudniejszych spraw, jakie miał do tej pory . A zacznie się od zabitego konia, którego ktoś powiesił na szczycie miejscowej elektrowni wodnej. Ale dość szybko okaże się, że po koniu będzie człowiek, jeden z mężczyzn, który mieszka od lat w tamtej okolicy. Na pewne osoby padnie strach.

Niewątpliwie zabity koń i morderstwo mężczyzny ma związek z czymś z przeszłości, co wydarzyło się w tym odosobnionym i dość odizolowanym od świata i ludzi miejscu. Tu niby wszyscy wszystkich znają ale tak naprawdę nikt nic o sobie nie wie a jeśli wie to boi się głośno to powiedzieć. Lęk, strach, podskórna atmosfera narastającego i kumulującego się zła, które zaowocuje kolejną zbrodnią, do tego niezwykle wiarygodne i plastyczne opisy zimnej, ponurej krainy , w której śledczy wraz z pomocnikami prowadzi śledztwo , to wszystko sprawiło, że podczas lektury miałam nie raz niemal dosłowne ciarki na plecach. Do tego jest to jeden z tych kryminałów, od których nie można się oderwać. No i, za co wielki plus, to tego rodzaju kryminał, którego rozwiązanie naprawdę pojawia się na niemal ostatnich stronach książki.

Jeśli jeszcze nie czytaliście tego kryminału , to ogromnie go Wam polecam a sama idę szukać jakie jeszcze tytuły Bernarda Miniera ukazały się na naszym rynku.

Moja ocena to 6 / 6.

„Miłość 44”. Agnieszka Cubała.

Podtytuł książki „44 prawdziwe historie powstańczej miłości”.

Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Warszawa (2019).

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Niedługo minie 75 lat od dnia, w którym wybuchło Powstanie Warszawskie. Nie ukrywam, że co roku w związku z kolejnymi rocznicami tego wydarzenia, mam chęć sięgnąć po książkę związaną z Powstańczą tematyką. W tym roku zdecydowałam się wybrać książkę autorki, która wydaje się być specjalistką od Powstania Warszawskiego sądząc po tym ile książek związanych z PW już napisała a więc tym chętniej sprawdziłam to jak o tym wydarzeniu pisze.

Ujęcie Powstania Warszawskiego nie pod kątem militarnym a właśnie od strony miłości zaskoczyło mnie ale nie ukrywam, że właśnie sprawiło, że chętnie po „Miłość 44” sięgnęłam.

Po pierwsze, podoba mi się to, że właśnie 44 historie miłosne w różnym ujęciu zostały tu ukazane. Jak w posłowiu pisze sama autorka, opowieści na książkę było zdecydowanie więcej, jednak wybrała taką a nie inną ich ilość, ze względu na tytuł książki.

Wśród czterdziestu czterech opowieści są historie uczuć osób znanych nam z kart historii , związanych z polityką lub kulturą, takich jak Krzysztof Kamil Baczyński i Barbara Drapczyńska, Zdzisław (Jan Nowak) Jeziorański i Jadwiga Wolska , Ludwik i Anna Solscy ale i Powstańcy , jak również osoby anonimowe, o których jest jakaś opowieść czy nawet jedna z warszawskich prostytutek.

W „Miłość 44” jest dużo o zauroczeniu, sympatii ale i miłości prawdziwej czy, seksie. Wydaje się, że w dniach gdy wydawało się, że „jutra może nie być” niektórzy starali się jakby żyć na zapas, jakby za dwoje , troje , zwłaszcza, że faktycznie wielokrotnie okazywało się, że tego jutra nie było.

Książka przedstawia fotografie większości osób opisywanych w poszczególnych rozdziałach co stanowi zdecydowanie duży dodatek. Chociaż kiedy patrzy się na fotografie w większości młodych ludzi, ba, dzieci niemal często, kiedy widzi się ich uśmiech i pełne nadziei spojrzenie, w człowieku rodzi się ogromny smutek, gdyż znając bieg historii wiemy jak skończyły się losy może nie tych tu opisanych ale i innych , o których w książce nie ma mowy.

Nie dyskutuję tu jednak o aspektach politycznych PW a powracam do tego , o czym jest ta książka.

Pokazuje ona bowiem jak w zawierusze i zamęcie człowiek potrzebuje rozpaczliwie obecności drugiego człowieka ale nadto uczucia i miłości właśnie. Człowiek potrzebuje też być dla kogoś drugiego wsparciem , pomocą.

Kiedy dookoła wybuchają pociski a na ludzi „polują” strzelcy, można w wiele rzeczy zwątpić ale paradoksalnie właśnie nie w to, że może narodzić się uczucie. To co,że często wydaje się ono „ekspresowe”, to co, że ktoś określiłby małżeństwa jakie wtedy zawierano jako „pospieszne”. Okazuje się, że między innymi to właśnie niosło nadzieję na to, że być może uda się dotrwać do jutra, doczekać wyzwolenia.

Nie wszystkie związki przetrwały. Jedne zostały rozdzielone przez wojnę i działania wojenne. Inne nie przetrwały próby czasu. Każdy jednak związek w chwili gdy się rodził był jeden jedyny i niepowtarzalny a towarzyszyło mu przekonanie, że miłość jest w stanie dodać skrzydeł, pomóc i sprawić, że razem będzie łatwiej, nawet jeśli to przekonanie trwać będzie zbyt krótko.

Moja ocena to 5.5 / 6.

„Tak to już jest”. Laurie Frankel.

Wydana w Wydawnictwie Poradnia K. Warszawa (2019).

Przełożył Dariusz Żukowski.

Tytuł oryginalny This Is How It Always Is.

Wygrałam tę książkę całkiem niedawno w konkursie Wydawnictwa na stronie na Fb i czułam, że muszę po nią sięgnąć bez odkładania na tak zwany „stosik wstydu” 🙂

Nie żałuję bo jest to bardzo dobra książka. Chociaż poruszająca niezwykle trudny temat a właściwie tematy bo jest ich w tej obszernej książce całkiem sporo.

Nie tak dawno w Polsce w internecie zawrzało. Oto ksiądz napisał (nie było to pozytywne w wydźwięku chociaż nie wprost) krytykę faktu, że matka małego chłopca przyprowadziła dziecko na procesję z okazji Święta Bożego Ciała podczas której ów chłopiec sypał kwiatki. Czyli wykonywał czynność, do której osoby uczęszczające na tego rodzaju celebrę przywykły widzieć w wykonaniu dziewczynek. Nie znam całego aspektu sprawy, nie wiem czemu ów ksiądz postanowił skrytykować matkę dziecka a właściwie, nie ukrywajmy , głównie małego, niewinnego chłopca, który najwyraźniej miał takie marzenie aby sypać kwiatki podczas procesji a matka najwyraźniej nie widziała w tym problemu. Wszak powiedział Jezus „Pozwólcie dzieciom przychodzić do mnie”, prawda?

Dlaczego poruszyłam temat, który tak naprawdę w minionym czasie bardzo mnie zasmucił a oscyluje tak naprawdę w okolicach nie religioznawczych a politycznych? Ano dlatego, że książka „Tak to już jest” opowiada o chłopcu, który wyłamał się z przyjętych ogólnie i akceptowalnych społecznie granic. I w wieku pięciu lat zdeklarował fakt , że chce być dziewczynką. I chociaż w Polsce chodziło tylko i wyłącznie o to, że chłopiec chciał zrobić coś, co „zarezerwowano” dla jednej płci , pokazuje to jak w chociażby drobiazgu dotyczącego płci czy naszych wyobrażeń na jej, można się poróżnić.

Rodzina Rosie i Penna to rodzina zwykła. No, oczywiście jeśli ktoś nie robi problemu z faktu, że rodzina ta ma pięcioro dzieci (fakt posiadania większej ilości dzieci najwyraźniej rodzi również pewne zdziwienie i problemy).

Roo, Ben, bliźniacy Rigel i Orion i najmłodszy Claude, to ich pociechy.

Rodzina wzajemnie się wspiera i kocha. Pani domu pracuje jako lekarka na oddziale ratunkowym, pan domu zajmuje się domem i dziećmi a jednocześnie pisze powieść życia. Układ trwa i ma się świetnie. Do czasu gdy Claude deklaruje, że chce zachowywać się, ubierać i żyć jak dziewczynka, nie jak chłopiec. Rodzice i bracia nie stwarzają problemu, nie widzą go na razie bo jaki w sumie miałby być? Niemniej jednak szybko okazuje się, że jednak problem jest. Nie w nich, nie w ich rodzinie ale w osobach z zewnątrz , które najwyraźniej nie są tak tolerancyjne jak mogłoby się wydawać. Nie opłaca się najwyraźniej być szczerym i otwartym a gdy dochodzi do sytuacji dramatycznej, która zbiegnie się z wydarzeniem na oddziale ratowniczym, w którym bierze udział Rosie, zapada nagła decyzja. O przeprowadzce do Seattle. Na drugi koniec kraju. Nie bardzo biorąc pod uwagę potrzeby niektórych z dzieci , za to dbając o potrzeby Claude’a. Który to w Seattle, nie do końca z winy Rosie i Penna , występować już będzie jako dziewczynka. Drugą klasę szkoły podstawowej w nowym miejscu rozpocznie nie Claude a Poppy. Poppy nareszcie czuje, że jest w miejscu, w którym zawsze chciała być. Reszta rodziny wspiera ją w tym i nie widzi przeszkód. Niemniej jednak w wyniku pewnej rozmowy, rodzina postanawia fakt tego, że Poppy urodziła się jako chłopiec, zatrzymać jedynie dla siebie.

I tak oto rodzi się sekret. Tajemnica, której nie wolno zdradzić nikomu. Bo w poprzednim miejscu fakt ujawnienia tego przyniósł jedynie gorycz i zmartwienia a w efekcie wyprowadzkę? ucieczkę? na drugi koniec kraju.

Co prawda Penn wszędzie może łączyć zajmowanie się domem i pisanie książki a Rosie znajduje pracę w prywatnej placówce lekarskiej, niemniej jednak nie wszyscy członkowie rodziny są szczęśliwi ze zmiany.

Najgorzej zniesie ją najstarszy syn Roo, wkraczający w wiek nastoletni i mający najwięcej problemów z adaptacją. Niestety, rodzice skupiający się na Poppy trochę przegapili znaki ostrzegawcze. Cóż, najwyraźniej nikt nie jest rodzicem idealnym, czyż nie?

Wydawało by się jednak, że sytuacja z niespokojnej i dość niepewnej nareszcie się ustabilizowała.

Rosie i Penn zaprzyjaźniają się z sąsiadami. W nowym mieście bowiem mieszkają w domu niemal w centrum a nie na przedmieściach. Zyskują nowych przyjaciół , a dzieci nowych znajomych i znajome. Poppy ma Najlepszą Przyjaciółkę, rówieśniczkę Aggie. Pozostali chłopcy również starają się jakoś zaakceptować nową sytuację, z czego o czym już pisałam, najgorzej poradzi sobie Roo będący w trudnym wieku zmian, kontestowania zastałą rzeczywistość, wieku buntu.

Rodzice siłą rzeczy muszący rozproszyć swoją uwagę na większą ilość dzieci, w tym jedno z ogromnymi potrzebami, najwyraźniej coś niecoś przegapią. Nie są w końcu robotami, prawda?

To bardzo ciekawa powieść. Nie do końca fikcja, nie jest tak, że autorka nie wie o czym pisze, o czym w jej osobistym posłowiu możemy przeczytać. Tak, jej synek również pewnego dnia stwierdził, że chce być dziewczynką. I , podobnie jak mama Claude’a , Laurie Frankel postanowiła syna wspierać. Na pewno cała sytuacja jest ogromnie ciężka, trudna i potwornie stresogenna.

Każdy rodzic doskonale wie jak bardzo chciałby aby jego dziecko nie natrafiło w życiu na zło, nieszczęścia, złych ludzi. Oczywiście są to pobożne życzenia bo życie jest życiem. Ale jak w samym posłowiu pisze Laurie Frankel, porównując powieść i życie rodzica, o ile w tej pierwszej nadmiar akcji i nieszczęść może być atutem, o tyle w tej drugiej sytuacji, cytuję „(…) To drugie wydaje ci się tym lepsze, im mniej fabuły”. I nie będę tu teraz dyskutować z osobami , które zarzucą mi to, że popieram nudę. Ci, którzy wiedzą o co chodzi, rozumieją o co chodzi. Ci, którzy nie rozumieją, niech nie rozumieją , nie mam chyba siły dyskutować o co dokładnie autorce chodziło.

Dla mnie ta książka oprócz tego,że jest próbą samej autorki zmierzenia się z tematem, z którym jak rozumiem, dopiero niedawno zaczyna się zmagać, jest książką o niesamowitej sile (niedobrej sile) tajemnic i sekretów. O tym, jak bardzo ukrywanie czegoś wciąga nie jedną a wiele osób, jak destruktywnie wpływa na osoby, które owe sekrety zatrzymują nie mając z kim o nich porozmawiać. Tajemnice w końcu nie są wieczne. Kiedyś wyjdą na jaw. A trzymanie ich przy sobie powoduje to, że zbyt wiele decyzji podejmujemy kierując się strachem. To najgorszy z możliwych wyborów.

W książce ogromną rolę odgrywa co wieczorna opowieść Penna dla dzieci. Początkowo opowiadana rekreacyjnie ale z myślą o tym aby zamiast dobierać lekturę dla każdego z dzieci z osobna, umiejętnie zająć całą piątkę jednocześnie, szybko zmienia się w coś więcej niż tylko wieczorna opowieść taty. To coś w rodzaju opowieści terapeutycznej. Początkowo o Grumwaldzie, z czasem zyska bohaterkę wróżkę nocną Stephanie. Ta opowieść jest niezwykle istotna zarówno w życiu tej rodziny jak i w samej książce. W pewnym momencie, już niemal pod koniec książki, Rosie poznaje coś, co nazwie na swój użytek „Rozpraszaniem strachu”. Coś takiego „uprawia” ojciec Claude’a , Poppy ale i sądzę, po trochu ta książka jest dla samej autorki tego typu rodzajem osobistej terapii.

Gdyby przyszło mi powiedzieć o czym jeszcze jest „Tak to już jest”, to jest to opowieść o tym jak płynne wydaje się pojęcie tolerancji i to, co jedna osoba akceptuje dla innej może stanowić coś nie do zaakceptowania. O odwadze, bo nie jest łatwo powiedzieć prawdę i narazić się na społeczny ostracyzm, zwłaszcza w wieku gdy grupa rówieśnicza jest najistotniejsza. To wreszcie opowieść o wielkiej miłości , o sile miłości rodzinnej. Jak mówi Carmelo, babcia dzieci, matka Rosie, babcie są w końcu po to aby (mowa o wnuczętach), cytuję „(…) Żeby je kochać niezależnie od wszystkiego”.

A w odniesieniu do tolerancji Carmelo stwierdza po prostu „(…) Jestem za stara, żeby nie być otwarta i tolerancyjna”.

Rosie zaś w kontekście swoich odczuć matczynych myśli tak , „(…) nikt na świecie nie będzie kochał, cenił ani wspierał jej dzieci równie mocno jak ona sama. Mimo wszystko jednak musiała je w ten świat posyłać”.

To też książka o rodzicielstwie, o tym jak niełatwa to sprawa. O tym, jak bardzo chce się dobrze dla dziecka, ale jak przy tym łatwo jest o zbytni parasol ochronny nad dzieckiem, który może więcej mu zaszkodzić niż pomóc.

Jest tu wiele tak bardzo bliskich mi stwierdzeń takich jak (wiem, truistyczne ale cóż poradzę na to, że prawdziwe?) , cytuję „(…) Trzymasz swoje malutkie, doskonałe niemowlę w ramionach pierwszego popołudnia w domu, a dziesięć miesięcy później zaczyna czwartą klasę liceum”.

Nie ochronimy naszych dzieci przed wszystkim złem i niesprawiedliwością tego świata i tak naprawdę nie jest to nasza rola ale możemy starać się być najlepszymi rodzicami jakimi możemy być a przede wszystkim stanowić dla naszych dzieci wsparcie i opokę.

To bardzo dobra i mądra książka, polecam ją Waszej uwadze.

Moja ocena to oczywiście 6 / 6.

„Historia wilków”. Emily Fridlund.

Wydana w Wydawnictwie Editio. Grupa Wydawnicza Helion SA. Gliwice (2019).

Przełożyła Olga Kwiecień.

Tytuł oryginalny History of Wolves.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Po pierwsze, dawno mnie tak żadna książka nie przeorała emocjonalnie. Ta, niemająca nic wspólnego z tytułowymi wilkami książka bowiem jest trudna, ciężka, mocna, bezkompromisowa, niejednoznaczna. Nie idzie na ustępstwa. Nie będzie tam złagodzenia dla pokrzepienia serc czytelnika. Jest smutno, przygnębiająco, przybijająco, a ponadto nieustannie towarzyszyło mi takie złowieszcze przekonanie, że to wszystko co zostało w niej opisane jak najbardziej jest możliwe do zaistnienia. Że Emily Fridlund kreując bohaterów i zapisując wydarzenia, które im się przytrafiły, nie sięgała wcale na jakąś półkę z napisem „niemożliwe”.

Narratorką opowieści jest obecnie dorosła już Madeline, w czasach nastoletnich nazywana Lindą. Wspomina ona swoje dzieciństwo i wiek nastoletni. Wychowywała się ona w dość ubogim domu, z dwójką rodziców, do których czasem miała wątpliwości czy są jej prawdziwymi rodzicami gdyż jedyni z nią zostali w domu, który kiedyś należał do komuny, z której wszyscy wrócili do miast studiować bądź uczyć się. Kiedy ją poznajemy , Linda ma czternaście lat i jest osobą samotną. Rodzice nie są tymi, do których mogłaby się zwrócić w razie problemów. Nie, nie jest ofiarą przemocy fizycznej ani psychicznej, raczej jest dzieckiem, które pozostawiło się samemu sobie. W szkole obarczona stygmatem „komuny” również nie ma przyjaciół. Nie dziwne więc, że gdy do domu po drugiej stronie jeziora, nad którym mieszka dziewczyna, wprowadza się rodzina , matka z czteroletnim chłopcem, która proponuje dziewczynie opiekę nad synkiem Paulem, stanowi to dla nastolatki wyzwanie i coś w rodzaju swoistej atrakcji.

Od samego początku książki wiemy, że wydarzy się coś niedobrego, zapowiada to sama narratorka a potem przypomina o tym klimat książki, dziwny, ciężki, lepki w swojej ciężkości. Niemniej jednak autorce udaje się tak poprowadzić akcję książki i tak umiejętnie manewrować, że tego, co się stanie nie spodziewałam się a przynajmniej kompletnie nie spodziewałam się takich przyczyny i skutku dramatycznych wydarzeń.

Widzę różne oceny tej książki, spotkałam się też z krytycznymi. Dziwią mnie one bo według mnie, podkreślam, według mnie , to bardzo dobra książka. Owszem, ma swój specyficzny styl. Czasami wątek plótł się wartko , czasem jakby się rwał. Wszystko to według mnie idealnie oddawało to w jaki sposób snuła wspomnienia bohaterka książki. Nie dość, że będąca w innym, bardzo odległym punkcie swojego życia, to jeszcze obarczona bardzo konkretnym dzieciństwem. I, co prawdziwe, to co widziała wówczas czternastolatka, ma się zupełnie inaczej do tego , czego ma świadomość dorosła kobieta.

W „Historii wilków” Emily Fridlund przedstawia nam fragment Stanów Zjednoczonych bardzo daleki od kolorowych folderów zachęcających do odwiedzin tego kraju. To raczej Stany Zjednoczone drugiej czy może nawet trzeciej kategorii. Której nieobca jest bieda, zły stan finansów. W której czasem jedyną szansą na wyrwanie się z jakby zaklętego kręgu biedy, przemocy, nieufności staje się osiągnięcie sportowe i wyjechanie do większego miasta. Dotyczy to tych, którzy czują się zmotywowani, większości tej motywacji brak. Jakoś się żyje, jakoś się zarobi na dom, jakoś się skończy szkołę , jakoś się dalej ułoży. To jedno z tych miejsc, w których wyjątkowo kłamliwie brzmi stwierdzenie ,że „Każdy jest kowalem swojego losu”.

Nie dziwne więc dlaczego ta barwna dwójka z wielkiego miasta, Patra Gardner i jej czteroletni synek Paul (ojciec rodziny, Leo, to naukowiec pracujący na Hawajach) robią na Lindzie aż tak wielkie wrażenie. Stanowią bowiem jasny dowód, że nie wszędzie jest tak, jak tu, gdzie żyje się często na zasadzie „letargicznego przetrwania”.

Patra to młoda kobieta, oddana matka, która jednak swoim uczuciem do dziecka potrafi dzielić się z innym, starszym ale również potrzebującym uczucia, opuszczonym dzieckiem. Początkowo wszystko jest dobrze. Linda spędza dużo czasu z Paulem. Mały chłopiec tęskni trochę do tego, w czym się wychował, do miasta z wyznaczonymi placami zabaw z bezpiecznymi karuzelami i huśtawkami, do przedszkola, w którym miał przyjaciół i ustalony rytm dnia. Z czasem jednak przywyka i odnajduje się w nowej rzeczywistości przy pomocy narratorki.

Ten bezpieczny spokój mąci jednak przyjazd pana domu, ojca Paula . Leo. Od tego dnia nic już nie będzie takie samo.

Na samym początku mojej recenzji napisałam, że książka ta przeorała mnie emocjonalnie. Tak było, piszę to jeszcze raz. Nie jest to łatwa lektura. Nie. Nie jest pokrzepiająca i nie daje nadziei na to, że coś podobnego nigdy więcej by się nie zdarzyło. A jednak autorce udało się oddać dramatyzm sytuacji i to, co się stało bez wyświechtanych schematów czy oklepanych fraz. Brakuje też, za co jestem jej wdzięczna, wnikliwych opisów sytuacji. Pozostaje świadomość czytelnika, który mając minimum wyobraźni a sądzę, że większość z nas ma ją ogromną, jest w stanie wystarczająco sobie wyobrazić to, co wydarzyło się w tym domu i co doprowadziło do tego, że od niemal samego początku wspomnień Madeline wciąż wraca do procesu sądowego, w którym brała udział.

Pisałam już też chyba o tym, co mnie w tej książce bardzo się podobało a mianowicie jej niejednoznaczność. Autorka szczęśliwie uniknęła tego, co wcale nie takie rzadkie a mianowicie łopatologicznego wyjaśnienia powodów i skutków zła, jakie zaistniało a skupiła się na tworzeniu nastroju , nieuchwytnego zła mającego nastąpić, niemal grozy w tym naszym czytelniczym oczekiwaniu co się wydarzy. I udało jej się napisać książkę przejmującą, mądrą, prawdziwą.

Polecam ją, oczywiście.

Moja ocena tej książki to 6 / 6.

„Nielubiana”. Nele Neuhaus.

Wydana w Wydawnictwie Media Rodzina. Poznań (2016). Ebook.

Przełożyli Anna i Miłosz Urbanowie.

Tytuł oryginalny Eine Unbeliebte Frau.

Kiedy wygrywa się w konkursie wydawnictwa świetny t-shirt promujący książki Nele Neuhaus a nie ma się za sobą chociażby jednej książki tej autorki wyjście jest tylko jedno. Jak najszybciej się zapoznać z kryminałami autorki z Niemiec.

Postawiłam na „Nielubianą” jako, że jest to pierwsza z cyklu o parze śledczych. Pia Kirchhoff i Oliver von Bodenstein to prowadzący tę sprawę jak również bohaterowie kolejnych chronologicznie kryminałów Nele Neuhaus.

Zacznę od lekkiej krytyki czy może raczej pewnych spostrzeżeń. Widać, że „Nielubiana” jest pierwszą z cyklu kryminalnego tej autorki. Mam wrażenie, na podstawie opinii o pozostałych książkach , że z czasem jest tylko lepiej. I, co zdaje się nie jest typowe jedynie dla tej książki a stanowi chyba znak rozpoznawczy autorki, jak dla mnie w pewnej chwili było stanowczo zbyt dużo postaci, z których o każdej jak to w kryminale, warto było jednak pamiętać bo mogła okazać się osobą mającą motyw do popełnienia zbrodni. Bywało, że musiałam wrócić się parę stron wstecz aby przypomnieć sobie jakiś fakt czy wzajemne powiązania postaci.

Akcja książki rozpoczyna się w chwili gdy u stóp wieży widokowej znalezione zostaje ciało młodej kobiety. Prowadzący śledztwo szybko odkrywają, że nie było to samobójstwo a morderstwo. Tropy prowadzą Pię i Olivera do bardzo ekskluzywnej stadniny , w której konie trzyma bardzo wiele osób bogatych. Szybko formuje się krąg osób, które mogły mieć powód by skrzywdzić ofiarę. Zarówno jej mąż, Michael Kerstner, lekarz weterynarii opiekujący się końmi, jak i właściciele stadniny, goście i wszystkie osoby wzajemnie ze sobą powiązane, wszyscy oni mogli być sprawcami. Tym bardziej że, co szybko odkrywają prowadzący śledztwo , ofiara nie była lubiana. Właściwie podczas żmudnego śledztwa nie udało się im poznać chociażby jednej osoby, która o zmarłej Isabel Kerstner wypowiedziałaby się pozytywnie. Nie lubił jej nikt a u wielu osób powodowała o wiele silniejszą niechęć. Kto jednak z tego obnoszącego się ze swoim bogactwem i luksusem towarzystwa darzył Isabel Kerstner aż taką nienawiścią , że postanowił odebrać jej życie?

I, co stanowiło zagadkę przez większość książki, co stało się z małą córeczką państwa Kerstner? Dziewczynka bowiem zniknęła i ślad po niej zaginął.

Wcześniej trochę ponarzekałam, to teraz napiszę co mi się bardzo podobało. A mianowicie polubiłam oboje śledczych, Pię i Olivera. Nie wiem jak w dalszych częściach cyklu ale w tej wydawali mi się w miarę zwykli, normalni. Nie obarczeni wszystkimi nieszczęściami świata, nie zmagający się z nałogami i nie walczącymi jak samotne wilki ze złego tego świata. Pia, trzydziestoośmioletnia kobieta, która rozstała się dopiero co z mężem, z luksusowej kamienicy w mieście wyniosła się na wieś, prowadząc nareszcie takie życie jakie zawsze chciała. Oliver zaś to mąż i ojciec, posiadacz psa (który to pies wyskoczył pod koniec książki jak przysłowiowy Filip z konopi:) ). Oboje wzbudzili moją czytelniczą sympatię i chętnie przeczytam inne prowadzone przez nich śledztwa opisywane w pozostałych z serii książkach.

Tymczasem pierwszej z tego cyklu książce daję notę 4.5 / 6.

„Nielubiana”. Nele Neuhaus.

Wydana w Wydawnictwie Media Rodzina. Poznań (2016). Ebook.

Przełożyli Anna i Miłosz Urbanowie.

Tytuł oryginalny Eine Unbeliebte Frau.

Kiedy wygrywa się w konkursie wydawnictwa świetny t-shirt promujący książki Nele Neuhaus a nie ma się za sobą chociażby jednej książki tej autorki wyjście jest tylko jedno. Jak najszybciej się zapoznać z kryminałami autorki z Niemiec.

Postawiłam na „Nielubianą” jako, że jest to pierwsza z cyklu o parze śledczych. Pia Kirchhoff i Oliver von Bodenstein to prowadzący tę sprawę jak również bohaterowie kolejnych chronologicznie kryminałów Nele Neuhaus.

Zacznę od lekkiej krytyki czy może raczej pewnych spostrzeżeń. Widać, że „Nielubiana” jest pierwszą z cyklu kryminalnego tej autorki. Mam wrażenie, na podstawie opinii o pozostałych książkach , że z czasem jest tylko lepiej. I, co zdaje się nie jest typowe jedynie dla tej książki a stanowi chyba znak rozpoznawczy autorki, jak dla mnie w pewnej chwili było stanowczo zbyt dużo postaci, z których o każdej jak to w kryminale, warto było jednak pamiętać bo mogła okazać się osobą mającą motyw do popełnienia zbrodni. Bywało, że musiałam wrócić się parę stron wstecz aby przypomnieć sobie jakiś fakt czy wzajemne powiązania postaci.

Akcja książki rozpoczyna się w chwili gdy u stóp wieży widokowej znalezione zostaje ciało młodej kobiety. Prowadzący śledztwo szybko odkrywają, że nie było to samobójstwo a morderstwo. Tropy prowadzą Pię i Olivera do bardzo ekskluzywnej stadniny , w której konie trzyma bardzo wiele osób bogatych. Szybko formuje się krąg osób, które mogły mieć powód by skrzywdzić ofiarę. Zarówno jej mąż, Michael Kerstner, lekarz weterynarii opiekujący się końmi, jak i właściciele stadniny, goście i wszystkie osoby wzajemnie ze sobą powiązane, wszyscy oni mogli być sprawcami. Tym bardziej że, co szybko odkrywają prowadzący śledztwo , ofiara nie była lubiana. Właściwie podczas żmudnego śledztwa nie udało się im poznać chociażby jednej osoby, która o zmarłej Isabel Kerstner wypowiedziałaby się pozytywnie. Nie lubił jej nikt a u wielu osób powodowała o wiele silniejszą niechęć. Kto jednak z tego obnoszącego się ze swoim bogactwem i luksusem towarzystwa darzył Isabel Kerstner aż taką nienawiścią , że postanowił odebrać jej życie?

I, co stanowiło zagadkę przez większość książki, co stało się z małą córeczką państwa Kerstner? Dziewczynka bowiem zniknęła i ślad po niej zaginął.

Wcześniej trochę ponarzekałam, to teraz napiszę co mi się bardzo podobało. A mianowicie polubiłam oboje śledczych, Pię i Olivera. Nie wiem jak w dalszych częściach cyklu ale w tej wydawali mi się w miarę zwykli, normalni. Nie obarczeni wszystkimi nieszczęściami świata, nie zmagający się z nałogami i nie walczącymi jak samotne wilki ze złego tego świata. Pia, trzydziestoośmioletnia kobieta, która rozstała się dopiero co z mężem, z luksusowej kamienicy w mieście wyniosła się na wieś, prowadząc nareszcie takie życie jakie zawsze chciała. Oliver zaś to mąż i ojciec, posiadacz psa (który to pies wyskoczył pod koniec książki jak przysłowiowy Filip z konopi:) ). Oboje wzbudzili moją czytelniczą sympatię i chętnie przeczytam inne prowadzone przez nich śledztwa opisywane w pozostałych z serii książkach.

Tymczasem pierwszej z tego cyklu książce daję notę 4.5 / 6.

„Windsorowie. Celebryci, nudziarze, skandaliści”. Iwona Kienzler.

Wydana w Wydawnictwie LIRA. Warszawa (2019).

Książkę udało mi się wygrać w konkursie wydawnictwa na Fb i muszę powiedzieć, że naprawdę z wygranej się ucieszyłam, grałam o tę książkę z zawziętością bo (cóż, to taka moja słabostka) lubię sobie poczytać nowinki i plotki z życia brytyjskiej monarchii.
Czy „Windsorowie. Celebryci, nudziarze, skandaliści” okazali się dla mnie interesującą lekturą? Tak. Czy dowiedziałam się o nich czegoś więcej niż to, co wyczytuję głównie w ramach plotkarskich notek? Z pewnością tak.

Iwona Kienzler w swojej książce najpierw wyjaśnia skąd tak naprawdę wzięła się dynastia Windsorów a następnie w kolejnych rozdziałach omawia postaci Edwarda i Bessie Wallis Simpson, księżniczki Małgorzaty, księcia Karola i Camilii Parker Bowles, księżnej Diany, księcia Yorku, Andrzeja i jego żony Sary Ferguson i księcia Harry’ego.

Niestety, odczuwam wielki niedosyt w postaci braku rozdziału o królowej Elżbiecie II. W konkursie, gdy brałam udział , odpowiedziałam zgodnie z prawdą, że obecnie moją ulubioną postacią monarchii brytyjskiej jest właśnie Elżbieta II. Tak jak kiedyś nie znając jej przecież nie przepadałam za nią, tak z upływem czasu nie to, że nas sobie przedstawiono (szkoda 🙂 ) ale zdecydowanie zmieniłam o Jej Wysokości zdanie. Obecnie uważam, że jest jedną z najciekawszych , najsilniejszych osobowościowo kobietą. Która pomimo, że jej rodzina i kraj przechodzi przez niejedno doświadczenie, zachowuje niezwykły spokój, godność i równowagę. Oczywiście, nie trzeba się ze mną zgadzać co nie zmienia faktu, że żałowałam, że więcej o tej postaci przeczytać w tej książce nie mogłam. Owszem, było przemycone trochę informacji ale w kontekście omówienia innych postaci z książki.

Z całą pewnością autorka starała się przedstawić nam postaci monarchii brytyjskiej jako osoby nieco mniej „pomnikowe” niż one faktycznie się często wydają. Nie brak tu informacji o ich grzeszkach i rozmaitych „występach”, niemniej jednak według mnie udało się uzyskać styl plotkarski rodem z tabloidów. To dobrze. Nie miałam bowiem ochoty na coś, co można przeczytać niemal na każdym plotkarskim portalu. Najbardziej chyba ze wszystkich postaci autorka odmitologizowała postać księżnej Diany, swego czasu uważanej niemal za idealną.

Trochę ponarzekam na szyk zdań. Niestety , nie wiem co zawiodło, najprawdopodobniej korekta, bo bywały zdania, które aby zrozumieć, musiałam czytać po raz drugi. Być może inny ich szyk czy też drobne poprawki sprawiłyby, że czytałoby się mi to zwyczajnie „wygodniej”. Nie jest to częste ale zdarza się a nie ukrywam, trochę mi to przeszkodziło w lekturze.

Myślę, że miłośnicy brytyjskiej monarchii powinni być jednak usatysfakcjonowani tą książką, jeśli więc znacie kogoś, kto ucieszyłby się z takiego prezentu, śmiało możecie tej osobie kupić właśnie tę książkę.

Moja ocena to 4.5 / 6.

„Owoc granatu. Świat w płomieniach”. Maria Paszyńska.

Wydana w Wydawnictwie Książnica. Poznań (2019). Ebook.

Trzecia część z cyklu „Owoc granatu” Marii Paszyńskiej rozpoczyna się tak, jak się zakończyła, w Iranie. Jest rok 1963. Po pierwotnym entuzjazmie jaki ogarnął naród irański nie ma już śladu.

Jednocześnie rozdzielone przez los i własne decyzje siostry, Elżbieta nazywana Halszką i Stefania są już dwanaście lat po swoich ślubach. Elżbieta z Mehrhadem,którego nie kocha ale szanuje i docenia, Stefania z Jędrzejem Walickim,

O ile Elżbieta ma ciekawą i zajmującą ją pracę, o tyle Stefania praktycznie egzystuje. Jędrzej jej nie kocha, kobieta czuje to każdego dnia.

Losy sióstr tak od siebie dalekie, nie przetną się jednak jeszcze w tej części opowieści. Na razie każda z nich wiedzie swoje życie. Elżbieta wspierając męża w jego działaniach i jeżdżąc po świecie, Stefania całe dnie spędzając w mieszkaniu. Mimo upływu lat obie siostry odczuwają demony przeszłości. Wydaje się jednak, że na swój sposób Elżbiecie udało się łatwiej je okiełznać.

Tym razem akcja książki rozgrywa się na tle burzliwej historii Iranu i społeczno politycznych wydarzeń. Sytuacja zaognia się do tego stopnia, że obie rodziny, niezależnie oczywiście od siebie, zaczynają rozważać decyzję o opuszczeniu gościnnego do tej pory kraju, który stał się dla Stefanii i Elżbiety drugą ojczyzną.

Podoba mi się sposób, w jaki Maria Paszyńska kreuje swoich bohaterów. Daleko im do ideału, nawet ci, którzy wydają się być najbardziej do niego zbliżeni potrafią mieć swoje grzeszki i tajemnice. Trochę żałuję, że mimo, że książki opowiadają o losach rozdzielonych bliźniaczek, więcej czytamy o życiu Halszki. Osobiście czuję też, że sympatia autorki (co zapewne nie dziwne gdy pozna się losy sióstr i ich postępowanie) zdecydowanie jest po stronie Elżbiety. Jednak szkoda, dla mnie, czytelniczki, że nie pokusiła się ona o to byśmy dowiedzieli się nieco więcej o przyczynach takiego a nie innego wyboru życiowego Stefanii. Nikt nie jest z gruntu jedynie zły a jeśli na jego postępowanie ma wpływ coś determinującego, tym bardziej warto się temu przyjrzeć. Nie musimy przecież z jego decyzjami zgadzać się czy nawet je tłumaczyć. Przyjmuję jednak taką konwencję książki, autorce w końcu wolno prowadzić wątki tak jak tylko ma na to ochotę. Ja jednak jak mówię, chętniej poznałabym bardziej samą Stefanię, bo mam wrażenie, że w ciągu tych trzech części cyklu „Owoc granatu” o wiele mniej poznałam ją i powody jej decyzji niż bym tego oczekiwała.

Cykl „Owoc granatu” , którego dwie poprzednie części to „Dziewczęta wygnane” i „Kraina snów” wciągnęła mnie niesamowicie. Trzecia część również, można kolokwialnie stwierdzić, że trzyma poziom podobnie jak pierwsza i druga. Z niecierpliwością oczekuję teraz na zamykającą cykl część noszącą tytuł „Powroty”, którego premiera za mniej niż jeden miesiąc.

Tymczasem oceniam „Świat w płomieniach” na 5.5 / 6.

„Oszukana”. Magda Stachula.

Wydana w Wydawnictwie Edipresse Książki. Warszawa (2019).

Nigdy wcześniej nie czytałam książki Magdy Stachuli. Tę wygrałam w konkursie i muszę przyznać, że to była bardzo udana wygrana.

Thriller „Oszukana” poznajemy ustami trójki bohaterów i poniekąd narratorów tej książki. Trójka bohaterów opowiada o tym, co się wydarzyło naprzemiennie. Każdy rozdział to ich opowieść. Lena zaczyna ją w marcu 2019 roku, Emil w październiku 2018 a Nikodem, z którym mieszka Lena w chwili gdy rozpoczyna się akcja książki w maju 2019 roku.

Lena zaczyna swoją opowieść w chwili gdy od paru miesięcy mieszka w domu nad Jeziorem Powidzkim z Nikodemem. Ona ma dwadzieścia trzy lata, on czterdzieści dwa. Właściwie się nie znają.  Lenie jest to na rękę bo przed kimś i czymś uciekła. Nikodem nie wypytuje. Mimo, że dziewczyna go nie kocha, dobrze jej z nim, głównie dlatego, że w jego domu nad jeziorem ma idealne miejsce przeznaczone na schronienie się i ucieczkę od przeszłości.

Książka napisana jest bardzo dobrze chociaż w tę beczkę miodu włożę łyżeczkę dziegciu, jak dla mnie mogłaby być nieco krótsza. Mniej więcej w połowie lektury odczułam coś w rodzaju przegadania, znużenia, zbyt wiele osób, a przy tym nie wiem czemu ale miałam nadzieję na to, że nie to, co jest sednem problemu będzie owym sednem. Mimo to uważam „Oszukaną” za bardzo dobry thriller. Cieszę się, że mamy w Polsce autorki potrafiące napisać książkę, która naprawdę mnie wciągnęła, która została napisana w sposób intrygujący i sprawiła, że z niecierpliwością przekładałam kartki chcąc dowiedzieć się co stało się jesienią 2018 roku w życiu Leny, skoro zdecydowała się na dramatyczną ucieczkę i całkowitą zmianę otoczenia i życia. Atmosfera grozy narasta powoli , zastanawiamy się dlaczego Emilowi tak zależy na dowiedzeniu się prawdy o Lenie i dlaczego Nikodem, z którym obecnie żyje Lena tak naprawdę nie widzi problemu w tym, że jego partnerka właściwie nie wychodzi z domu, nie pracuje ani nie uczy się a jedynie spędza czas w domu nad jeziorem, spacerując z psem Biszkoptem i fotografując plenery.

Jak już wspomniałam, według mnie książka mogłaby być odrobię krótsza, bez żadnej straty dla treści, natomiast generalnie naprawdę ten thriller podobał mi się i moja ocena jej to 5 / 6.

„Och, Elvis!”. Marika Krajniewska.

Wydana w Wydawnictwie Czwarta Strona. Poznań (2018). Ebook.

Parę razy widziałam w internecie migające memy ze zdjęciami kilku starszych pań a to zaśmiewających się nad czymś co piszą na komputerze a to w okolicznościach wskazujących na to, że w pewnym wieku człowiek nareszcie przestaje się przejmować tym, co powiedzą o nim czy jego zachowaniu inni ludzie. Nie wiem jak Wy, ja zawsze w takich chwilach, pomimo tego, że wiem, że to jedynie jakiś pomysł na użycie internetu, odczuwam malutką nutkę nie tyle zazdrości co sentymentu. Pojawia się uczucie tego, że chciałabym mieć taką perspektywę kilku babeczek, z którym się zestarzeję w przyjaźni, z którymi po latach będę mogła usiąść i powspominać stare, dobre a czasami trudne przecież, czasy.

O takich to przyjaciółkach, które przyjaciółkami stały się dopiero wraz z upływem czasu napisała swoją książkę nieznana mi do tej pory (zamierzam to nadrobić) autorka, Marika Krajniewska.

Gienia, Maria i Alicja. Te trzy kobiety połączył los. Z czasem może nam się wydawać, że jeden mężczyzna ale nie, nie chcę tak pisać bo osobiście uważam, że to nieprawda. Owszem , jeden mężczyzna był kimś ważnym dla każdej z nich ale połączyło je coś zupełnie innego, najwyraźniej te trzy kobiety miały ze sobą się zaprzyjaźnić i stać się dla siebie ważne.

Alicja , Gienia i Maria pomimo upływu lat są dla siebie wsparciem. Jedna z nich, Alicja, mieszka w domu spokojnej starości, którym to domem zarządza Joanna, trzydziestopięciolatka, która mieszka z nadopiekuńczą matką. Starsze, ale młode duchem dziewczyny robią sobie wypady na pobliski plac zabaw a Alicja co pewien czas daje nogę z domu opieki. Wtedy do akcji wkracza Maria albo Gienia i uspokajają Joannę, że jej podopiecznej nic się nie stało.

Do chwili, gdy Alicja umiera. Nie popełniam tu spoilera, dzieje się to szybko a stanowi trzon całej akcji książki. Oto bowiem po śmierci Alicji, która wyraziła chęć bycia skremowaną, Maria i Gienia znajdują kartkę napisaną ręką Alicji, na której to kartce zmarła rozplanowała ucieczkę. Ucieczkę jej i przyjaciółek na grób Elvisa. Tak, Elvisa.

Przyjaciółki chcąc spełnić marzenie a jakby nie było, w obecnej sytuacji jakby ostatnią wolę zmarłej, postanawiają spełnić jej pragnienie i zawieść urnę z jej prochami na grób Elvisa. To co, że muszą sie wykosztować na formalności i bilety do USA. Alicja chciała być na grobie Elvisa, to będzie ! Co do tego ani Maria ani Gienia nie mają wątpliwości. I rozpoczynają plan działania mający doprowadzić je do podróży na grób Elvisa.

W międzyczasie do Polski przyjeżdża Paweł, wnuk Alicji. Jego relacje ze zmarłą babką nie były łatwe. Te relacje jak również to jak narodziła się silna przyjaźń trzech kobiet poznajemy wraz z rozwojem akcji książki, akcja bowiem nie dzieje się linearnie czyli zarówno w roku 2017 jak i w latach sześćdziesiątych, osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku.

Czytałam o tej książce różne opinie. Że ktoś oczekiwał komedii bo sugerując coś takiego promowano tę książkę, a ktoś inny miał nadzieję na coś lekkiego i łatwego.
Nie jest to z pewnością lektura ciężka i trudna ale też z pewnością oprócz śmiechu można się podczas jej lektury zwyczajnie wzruszyć. Ja się wzruszyłam, tak. Tym jak bardzo Alicja, Maria i Gienia były ze sobą związane, mimo tego, że różne rzeczy działy się w ich wspólnym życiu, jak również wzruszyło mnie samo zakończenie opowieści. Otóż bowiem nic nie jest takie jak się nam wydaje.
Traktując kogoś lekceważąco chociażby ze względu na wiek, możemy przegapić początek ciekawej znajomości. Słuchajmy opowieści innych, to nas wzmacnia ale i sprawia, że część tak zwanej życiowej mądrości może się nam udzielać.

Nie oceniam tej książki jako komedię ani też coś lekkiego jak również mega ciężką lekturę. To ciekawie napisana i w dodatku dziejąca się na Starym Żoliborzu, miejscu przeze mnie bardzo lubianym, książka , która ma w sobie mądrą i życiową opowieść o tym, że nie wszystko jest takie łatwe i przyjemne jak mogłoby się nam wydawać. Jednak wiele jest do zniesienia gdy mamy obok siebie przyjaciela bądź przyjaciół gotowych pójść za nami wszędzie i pomóc spełnić nasze marzenia.

I właśnie między innymi za to przesłanie (tak, jestem nieustająco uzależniona od książek opowiadających o babskiej sile i przyjaźni) moja ocena książki „Och, Elvis!” to 5.5 / 6.