„Kot w Tokio”. Nick Bradley.

 Wydawna w Wydawnictwie ZNAK. Kraków (2022). Ebook.

Przełożyła Maria Makuch.

Tytuł oryginalny The Cat and the City.

Szylkretowy kot przemykający się ulicami Tokio, grupa bohaterów, których losy poznajemy w poszczególnych rozdziałach książki funkcjonujących jako osobne opowiadania a których to bohaterów losy częściowo się ze sobą splatają. Brzmi jak schemat książki obyczajowej, którą gdzieś, kiedyś już czytaliśmy i znamy? Dokładnie tak. Debiut pana Nicka Bradleya nie jest niczym mega odkrywczym i innowacyjnym ale mimo tego, czytało mi się tę książkę bardzo dobrze. 
Nie ukrywam, lubię książki z motywem zwierząt a tu bohaterem jest ów tytułowy kot, który sporo namiesza w życiu niektórych bohaterów. Czasem spowoduje małą katastrofę, czasem pomoże komuś wyjść na prostą. Ot, jak w życiu.
Dodatkowo w książce ważny jest sam motyw kotów , za sprawą wykreowanego na potrzebę książki autora science fiction, Nishi Furuni, którego to opowiadanie ukazuje się również w tej ksiażce za sprawą tłumaczenia dokonanego przez jedną z bohaterek „Kota w Tokio”, Amerykanki, Flo Dunthorpe, która owo opowiadanie przetłumaczyła. 
Bohaterów jest tu sporo bo i bezdomny, który ongiś prowadził świetne życie a któremu własny alkoholizm przerwał dobrą passę, jest taksówkarz, który prowadzi zwyczajne, godne życie. Jest Amerykanka, która przyjechała do Japonii nie znając języka a teraz posługuje się nim świetnie. Ale też bohaterem jest wspomniany szylkretowy kot i samo miasto, Tokio. 
Tokio w tej książce nie jawi się specjalnie dobrze. Kilkakrotnie ma się wrażenie, że to miasto zbytnio wessało któregoś z bohaterów książki, powodując niemałe problemy w jego życiu zawodowo osobistym. Odnoszę wrażenie, że dla większości bohaterów było raczej labiryntem, w którym gubili się sami ale i tracili swoje relacje i emocje. 

Nie powiedziałabym, że „Kot w Tokio” jest jakąś niesamowicie oryginalną literaturą, która zmieniła coś w moim życiu ale z pewnością jest to kawałek literatury obyczajowej, która stanowi dobrą rozrywkę i zwyczajnie czyta się ją dobrze i z zainteresowaniem.

Moja ocena to 5 / 6.

Życzenia Świąteczne

 Trudne te Święta będą w tym roku. Trudne bo ciężko się radować gdy obok wojna i tyle okrucieństwa. 

Niemniej jednak, postaram się Wam życzyć tego, czego życzę mojej rodzinie a więc Zdrowych i Spokojnych Świąt Wielkanocnych! Abyśmy poczuli Odnowę i przekonanie, że Dobro zawsze pokona zło!
Spędzonych w gronie najbliższych tak, jak lubicie. Światu nieustająco życzę pokoju !

Tym, dla których to ważne, przeżyć duchowych wartościowych i owocnych a tym, którzy traktują to jedynie jako dni wolne od pracy, odpoczynku i spokoju. 

„Cisza”. Don DeLillo.

 Wydana w Wydawnictwie NOIR SUR BLANC. Warszawa (2022). Ebook.

Przełożył Michał Kłobukowski.

Tytuł oryginalny The Silence. 

„Cisza” to moje pierwsze zetknięcie z Donem DeLillo. No, tak się jakoś złożyło. Myślę,że nie ostatnie spotkanie literackie to będzie. Ta książka bowiem, która jak dla mnie jest właściwie nie tyle powieścią co dłuższym opowiadaniem (przeczytałam ją baaardzo szybko) zaostrzyła w jakiś sposób mój apetyt na dalsze poznanie książek amerykańskiego autora. 

Trudno jest mi napisać coś na temat „Ciszy” bo to bardzo specyficznie napisana książka. Nie ma w niej wielkich zwrotów akcji. Odnoszę wrażenie, że to co w zamierzeniu mogłoby być katastrofą zostaje w treści przykryte, czy zastąpione (nie wiem do końca, na które określenie się zdecydować) przez zupełnie inną katastrofę, większego kalibru. Emocje, które teoretycznie mogłyby być silniejsze, wyrazistsze, są jakieś stłumione jakby tytułowa cisza jak mgła wyciszała wszystko to, co może.

Akcja książki rozpoczyna się w samolocie lecącym z Paryża do Stanów Zjednoczonych a konkretnie do Nowego Jorku. Dwójka pasażerów, Jim Kripps i jego żona, Tessa Berens, wraca z dwutygodniowego wypadu do stolicy Francji i ma zamiar obejrzeć finał sezonu futbolu amerykańskiego wraz z dwójką swoich znajomych, Diane Lucas i Max’em Stennerem. U znajomych jest jeszcze dawny student Diane, niejaki Martin. 

Pierwsza część kończy się nagłym zdarzeniem. Samolot, w którym lecą Jim i Tessa, ma awaryjne lądowanie. Ale myliłby się ktoś , kto myślałby , że to wstęp do opisu jakiejś spektakularnej katastrofy. 
Jest to jedynie wynik tego, co się zdarzy wszystkim bohaterom a mianowicie, nagle zarówno podróżujący z Paryża do Nowego Jorku jak i oczekujący na nich w nowojorskim apartamencie małżonkowie i ich znajomy, staną w obliczu nagłej zmiany tego, do czego przywykli. Staje się nagły blakc out ale wydaje się, że jest on dopiero początkiem tego co może nadciągnąć. 

Właściwie „Cisza” wpasowuje się (niestety) w klimat sytuacji politycznej. Wojna w Ukrainie, która wciąż mimo tak głośnych przecież zapowiedzi i ostrzeżeń wciąż wiele osób zdziwiła, nasze uzależnienie od techniki ale przede wszystkim jasne pokazanie, że wystarczy nas od czegoś dramatycznie „odciąć” a zdarza nam się preludium końca świata. 

„Cisza” jest ewidentnie opowieścią -symbolem. Według mnie chociaż powstała zanim pandemia opanowała świat na dobre, jest to właśnie symbol narastających zagrożeń czyhających na nas a przed którymi nie możemy się obronić bo i jak? Jak na mało spraw mamy jakikolwiek wpływ. Nie jesteśmy w stanie kontrolować światowej pandemii, nie jesteśmy w stanie kontrolować wojny, która toczy się obok nas. 
Końce świata zdarzają się komuś , jakimś innym każdego dnia. Dla każdego oczywiście mogą być czymś innym. 
Co jednak, jeśli spektakularny koniec świata zdarzy się wszystkim nam na raz? I jak po tym końcu świata żyć? Jestem przekonana, że te pytania wybrzmiewają zdecydowanie głośniej dzisiaj, kiedy to, jestem o tym pewna, wszyscy mamy naznaczone poczuciem klęski i nieodwracalności, poczucie, że świat, który znaliśmy przed 24.02.2022 już zwyczajnie nie istnieje. 

„Cisza” według mnie genialna opowieść. Trudno mi pisać o niej jako o książce, gdyż jak mówię, objętościowo dla mnie to wciąż dłuższe opowiadanie. Niemniej jednak może być tak, że ją przegapicie a jak sądzę, byłaby to w waszym literackim doświadczeniu jakiegoś rodzaju szkoda. 

I dlatego ogromnie Was do przeczytania „Ciszy” zachęcam.

Moja ocena to 5 / 6.

„Rzym. Wędrówki z historią w tle”. Bożena Fabiani.

 Wydana w Wydawnictwie Naukowym PWN SA. Warszawa (2021).

„Rzym. Wędrówki z historią w tle” Bożeny Fabiani, to kolejna ze stosu książek, które otrzymałam na moje urodziny niemal miesiąc temu.

Opowieści o sztuce Bożeny Fabiani to tak zwany pewnik, przynajmniej dla mnie. Z tym wielką chęcią sięgnęłam po tę książkę akurat teraz gdy za oknem sami Wiecie. 
Czy miałam nadzieję, że książki o sztuce są w stanie pozwolić oderwać mi się od wojny w Ukrainie? Chyba trochę taką nadzieję rzeczywiście miałam. Czy mi się to udało? Chyba jednak trochę tak. Chociaż kiedy czytasz o tym całym dorobku sztuki, który opisuje Bożena Fabiani i myślisz sobie, że to niewiarygodne, że w czasach zamętu i niepokoju sztuka zawsze była ważna dla człowieka a potem śledzisz wiadomości w telewizji, gdzie są przede wszystkim Ofiary w ludziach a sztuka również jest zagrabiana bądź niszczona, to właściwie nie wiesz do końca jak te opowieści o sztuce masz interpretować. Czy jako jednak nadzieję na to, że w dzisiejszych czasach jednak sztuka może stanowić chociaż lekką namiastkę pocieszenia i nadziei czy że nie i że odnieśmy się do przeszłości aby chociaż na chwilę zapomnieć o teraźniejszości. 

Autorka książki proponuje nam, czytelnikom, odbycie piętnastu wedrówek po Wiecznym Mieście i poznawanie przy tej okazji zarówno historii Rzymu jak i dzieł sztuki rozmaitej bo i budowli i rzeźb i malarstwa, mozaik, fresków. Historii tu dużo ale proponowanej w sposób przystępny dla kogoś, kto samo miasto po prostu lubi czy wręcz kocha i chce o nim dowiedzieć się jak najwięcej. Nie trzeba więc być historykiem czy historykiem sztuki aby znaleźć przyjemność w tej lekturze. Poznajemy więc stolicę Włoch od czasów narodzin chrześcijaństwa aż do baroku a nawet leciutko zahaczamy o czasy bardzo nam współczesne za sprawą opisu dotarcia do konkretnego dzieła sztuki zaginionego swego czasu. 

Nie jest to z pewnością klasyczny przewodnik turystyczny i nie sądzę, aby była to książka, którą czytać należy pospiesznie (mimo sporej ilości zdjęć i reprodukcji warto według mnie posiłkować się jeszcze własnymi zasobami czy to albumami czy internetem), za to z pewnością to lektura, do której można wracać, chociażby do konkretnych jej fragmentów. 

Moja ocena jej to 6 / 6.

„Smętny szofer z Alster”. Hakan Nesser.

 Wydana w Wydawnictwie Czarna Owca. Warszawa (2022).

Przełożyła Iwona Jędrzejewska. 
Tytuł oryginalny Den sorgsne busschaufforen fran Alster.

Kolejna na naszym rynku książka kryminalna autora Hakana Nessera z inspektorem Gunnarem Barbarottim w roli głównej. Tu z partnerką, nie tylko już zawodową, Evą Backman. 

Mnie udało się ją wygrać w konkursie Kawiarenki Kryminalnej na Facebooku. 


Akcja książki dzieje się nielinearnie i początkowo trzeba się pilnować (albo ja, mając myśli zajęte sytuacją za oknem jakoś nie do końca potrafiłam się skupić nad lekturą) aby pamiętać, że część akcji dzieje się w roku 2012 a część znacznie później bo w 2018. 
W 2012 roku na komisariat zgłasza się pewien mężczyzna, Albin Runge, który twierdzi, że ktoś grozi mu śmiercią. 
Mężczyzna otrzymuje anonimowe listy podpisane słowem Nemezis , w których wyraźnie nieprzyjazny mu człowiek wręcz określa datę jego śmierci. Kim jest i czy ma ku temu powody? 
Być może jest ktoś, kto źle życzy Rungemu. Może to być ktoś spośród bliskich osiemnastu ofiar wypadku autokarowego sprzed paru lat, kiedy to kierował tym autokarem Albin Runge właśnie. I chociaż mężczyzna za nic nie został skazany, być może jednak ktoś kto nie jest w stanie z tym się pogodzić, uknuł plan zemsty ostatecznej? To dzieje się w roku 2012 a sześć lat później Eva Backman i Gunnar Barbarotti muszą na jakiś czas zniknąć ze swojego komisariatu a nieplanowany wolny czas postanawiają spędzić w domku wypoczynkowym jednego z nowych kolegów w pracy. Domek znajduje się w pięknym miejscu na Północnej Gotlandii. Nie jest to żadna przaśna chałupka, posiada wszelkie udogodnienia a pogoda sprzyja więc kilka dodatkowych tygodni odpoczynku nie wydaje się wcale jakimś złem. 

Kiedy jednak w pewnym momencie Barbarotti zauważa dobrze znaną mu postać, z którą wymieniają wraz z Evą parę słów, przeszłość wraca ze zdwojoną siłą. I okazuje się, że myśli tej pary nie będą skupiały się na tym, z czym przyjechali do domku i z czym mieli nadzieję się uporać w lepszych okolicznościach odpoczynku a na tym, kogo tak naprawdę spotkali i czy może to być ta postać, o której w pierwszej chwili pomyśleli?

Jak to u Nessera, akcja książki dzieje się niespiesznie i w swoim własnym tempie. Trochę tu historii  i grzechów z przeszłości, trochę tu ponownie rozmów Gunnara z Bogiem, trochę też wreszcie współczesnych bolączek świata i społeczeństw. 
Nie była to według mnie najlepsza książka z cyklu o Barbarottim ale też i nie najgorsza. 

Moja ocena to 4.5 / 6. 

„Perfekcyjny świat Miwako Sumidy”. Clarissa Goenawan.

Wydana w Wydawnictwie Uniwersytetu Jagiellońskiego. Kraków (2020).

Przełożyła Magdalena Rabsztyn-Anioł.
Tytuł oryginału The Perfect World of Miwako Sumida.

„Perfekcyjny świat Miwako Sumidy” to książka, o której czytałam różne opinie. I osób, którym się podobała i takie, które pisały osoby, które na książce się zawiodły. Ja jestem w tej pierwszej grupie. I co prawda, autorka nie pochodzi z Japonii ale chciałam przeczytać tę książkę właśnie ze względu akcję książki dziejącą się w tym kraju.

Ta książka to opowieść właściwie nie tyle o tytułowej bohaterce, Miwako Sumidzie, co o jej obrazie i sposobie postrzegania jej przez trzy różne osoby. Jej przyjaciółkę, Chie Ohno, chłopaka, który się w niej zakochał a nazywał się Ryusei Yanagi i jego siostry Fumi Yanagi.
Mnie osobiście ten zabieg bardzo się podobał bo tak właśnie uważam, że każdy z nas ma więcej niż jedną „twarz”. Nieco inaczej postrzegają nas rodzice, inaczej nauczyciele, inaczej przyjaciele, inaczej rodzeństwo. Na pewno wiecie o co mi chodzi.

Miwako Sumidy tak naprawdę w tej książce jest najmniej. Ale to nie znaczy, że nic się o niej nie dowiemy.
Oto bowiem tytułowa bohaterka poznała się z Ryusei, który z czasem się w niej zakochał i zaczęła pracę u siostry chłopaka. Następnie zaś bez słowa w pewnej chwili wyjechała z Tokio i zaszyła się w bardzo oddalonej od świata wiosce w górach a następnie popełniła samobójstwo.
Nikt nie wie co tak naprawdę spowodowało tak dramatyczny ruch ze strony dziewczyny i Ryusei wraz z Chie ruszają do wioski aby poznać więcej szczegółów.

Jak napisałam na początku ta książka to opowieść o tym jak postrzegana jest Miwako przez trzy osoby i jak różnie wyglądają te obrazy. Poznajemy losy zarówno samej bohaterki jak i osób, które znała i wszystkie tajemnice z jej życia.
To również opowieść z elementami paranormalnymi i wiem, że być może to nie wszystkim może się spodobać.

Mnie się podobała ta książka prowadzona dość niespiesznym rytmem a opowiadająca o zwykłych ludziach, ich problemach i tajemnicach.

Moja ocena to 5 / 6.

„Dziewczyny z północy”. Sheng Keyi.

 Wydana w Wydawnictwie DIALOG. Warszawa (2022).

Przełożyła Kinga Kubicka.
Angielski tytuł tej książki to Northern Girls. 

„Dziewczyny z północy” to książka, która z pewnością zainteresuje osoby, w których kręgu zainteresowań są współczesne Chiny. Nie te z opowieściami z partyjnych spotkań i patriotycznych wystąpień a Chiny zwykłych, szarych ludzi. 
Nie wiem w sumie czemu ta książka, jak napisane jest na okładce, określona jest jako ta, do publikacji której o mały włos by nie doszło. Być może chodzi o to, że w „Dziewczynach z północy” autorka opisuje współczesne Chiny ukazując nieco mnie poprawne politycznie. Ale też według mnie, nie do końca wiem, z czego ta niechęć do potencjalnego wydania mogła wynikać. Być może z tego, że jednak jestem przyzwyczajona do większej swobody wyrażania treści w naszym krau niż ma to miejsce w Państwie Środka. 
Z drugiej strony, może można to zrzucić na różnice kulturowe i to, co mnie nie szokuje w treści książki powinno szokować kogoś z Chin? Szczerze, to nie mam pojęcia. 

Jako, że jak może pamiętacie, tematyka współczesnych Chin ciekawi mnie od dawna. Co prawda swego czasu czytałam chętnie najwięcej książek opowiadających o czasie Rewolucji Kulturalnej , niemniej jednak z wielkim zainteresowaniem sięgnęłam po książkę opowiadającą o współczesnych Chinach.

Sądzę, że po pierwsze, książka „Dziewczyny z północy” zdecydowanie upodmiotawia „masę”. Oto bowiem, te tłumy dziewcząt przybywających z północy kraju do większych miejscowości i podejmujące pracę, głównie w rozlicznych fabrykach produkujących sprzedawane potem na nasz rynek zabawki, ubrania, gadżety, zabawki około świąteczne itd zaczynają stawać się dzięki tej lekturze „konkretne”.

Noszą swoje imiona, mają takie lub inne charaktery, walczą z przeciwnościami losu. 

Autorka, urodzona w 1973 roku umie opowiedzieć o losie przybywających za pracą dziewczynami jednocześnie ukazując rozwój i bolączki współczesnego kraju. 

Autorka na samym początku przedstawia swoją główną bohaterkę, Qian Xiaohong z Hunanu. Naukę porzuciła po gimnazjum a z rodzinnej wioski wygnała ją niechęć bliskich, problem ze zbyt dużym biustem, wielki temperament a nadto, chęć zmiany życia.

Wraz z poznaną w Shenzen młodszą o rok Li Sijiang szuka pracy a nadto, zaprzyjaźnia się z Sijiang.
Wraz z rozwojem akcji książki poznajemy zarówno kolejne miejsca pracy i zamieszkania dziewczyn, jak i ludzi, których spotykają na swojej drodze. 

Mężczyzn występuje w tej książce wielu, niekoniecznie są to bohaterowie pozytywni. Nie są to osoby, którym można zaufać, kobiety traktują bardzo przedmiotowo. 
Xiaohong to dziewczyna, która mimo braku formalnego wykształcenia jest osobą sprytną, nie dającą sobie w kaszę dmuchać ale i ona bywa, że zostaje zaskoczona przez cudze zachowanie. 
Na szczęście, potrafi wybrnąć z niemal każdej sytuacji a nawet, pomimo braku wykształcenia stopniowo rozwija swoją karierę i nawet otrzymuje coś w rodzaju awansu.
Niemniej jednak wciąż poznajemy ją, jej również przybyłe w poszukiwaniu pracy, koleżanki z mniejszych chińskich miejscowości i mężczyzn, którzy mają na te kobiety wpływ ogromny. 
Najwyraźniej rozwijający się system komunistyczny, nie przeszkodził w fakcie, że mężczyźni traktują w nim kobiety bardzo przedmiotowo a część z nich wręcz jest wciąż przekonana, że kobiety mają ich zabawiać w ten czy inny sposób. 
Na tle takiego spojrzenia, mocno wyemancypowana bohaterka, obdarzona ogromnymi potrzebami , jawi się jak nieco zbyt kolorowy ptak wśród szarych wróbli. Xiaohong jednak nie widzi w tym nic zdrożnego. Chętnie bawi się życiem i z niego korzysta. To korzystanie z życia bywa, że kończy się aborcją ale bohaterki książki korzystające z tego w szpitalach nie zdają się bardzo przeżywać tego faktu. Gorszą sprawą może być przymusowa sterylizacja, która nie zawsze jest pożądana przez osobę jej poddawaną. 

Mam z tą książką mały problem. Nie wiem, być może dlatego, że jest to debiut autorki. Być może, że nastawiłam się na coś bardziej spektakularnego. Najprawdopodobniej. 
Nie twierdzę, że jest to zła książka bo tak w żadnym przypadku nie jest. Ale albo styl pisania Keyi albo jakieś moje nie do końca spełnione oczekiwania, to wszystko sprawiło, że czegoś w niej mi zabrakło. Jedno jest pewne. Gdy następnym razem wezmę do ręki cokolwiek „Made in China” przed oczami staną mi przepełnione robotnicze pokoje z łazienkami na korytarzy hoteli dla pracowników fabryk, w których to chociaż chwilę snu usiłują złapać tytułowe dziewczyny. I wszystkie ich nadzieje, te większe i te mniejsze, ambicje, które realizują, kłopoty, które je pokonują. 

Moja ocena to 4.5 / 6.

„Podziemie pamięci”. Yoko Ogawa.

 Wydana w Wydawnictwie TAJFUNY. Warszawa (2022).

Przełożyła Anna Karpiuk.

Tytuł oryginału Hisoyaka na kessho.

W tym roku na urodziny życzliwa Osoba rozpieściła mnie między innymi bardzo ciekawym książkowym stosikiem. 
Jedną z książek była najnowsza na naszym rynku książka Yoko Ogawy. Jak może pamiętają czytelniczki i czytelnicy mojego blogu, prozę Yoko Ogawy bardzo lubię. Głównie za jej pomysłowość co do konstruowania postaci, wymyślaniu niezwykłości fabuły i oryginalności postaci występujących w jej książkach.

Po dwóch czytanych niedawno książkach jakimi były „Ukochane równanie profesora” i zbiór opowiadań „Grobowa cisza, żałobny zgiełk” dostałam do rąk najnowszą powieść autorki.
Jak zwykle, nie zawiodła mnie jako czytelniczki ale również, co poruszyło mnie w jakiś wyjątkowo mocny sposób, książka wydała mi się niezwykle kompatybilna z sytuacją za oknem. Oczywiście na swój specyficzny sposób.

Nigdy nie poznajemy imienia narratorki, która opowiada nam swoją historię. Podobnie, jak nie dowiemy się imienia pozostałych dwóch bohaterów opowieści, staruszka, który jest dla kobiety jak dziadek i niejakiego R., który prowadził ją w wydawnictwie, w któym pracowała.

Oto bowiem narratorka (córka nieżyjących już rzeźbiarki i ornitologa) jest autorką książek mieszkającą na odciętej od świata wyspie cechującej się pewną oryginalnością. Oto bowiem co pewien czas z wyspy , z rzeczywistości, w której żyją mieszkańcy, znikają przedmioty i zwierzęta. Odbywa się to regularnie i z regularnością. Najczęściej – nocą. Mieszkańcy budzą się rano i analizują co zniknęło w ich domach. To, co było jeszcze niedawno w domu zwykłością, bilety na prom, ubrania, wstążka, szmaragdy, dzwonek. Wraz z zorientowaniem się o zniknięciu, odbywa się oryginalne „pożegnanie” rzeczy, których ubyło ze świata mieszkańców. A ludzie zaczynają niemal natychmiastowo zapominać zarówno o przedmiotach, które znikęły jak i zacierają się w ich pamięci wspomnienia związane z owymi rzeczami. Nie masz już przyjemnego wrażenia radości przybyłej z przeszłości kiedy bierzesz do ręki przedmiot darowany ci przez kogoś ci drogiego. Nie przywodzisz na myśl twarzy ukochanej osoby. Nie wzruszysz się ani nie uronisz łzy radości zmieszanej z rzewliwością. Wszystkie te wspomnienia, refleksje, już dawno ich nie ma, nie doświadczysz tego w swojej pamięci. 
W jakiś sposób z każdym zniknięciem znika część przeszłości człowieka, jakby ktoś wykroił kawałek jego życia. Zaczynają też znikać i istoty żywe jak chociażby ptaki, z którymi związane było życie ojca narratorki, ornitologa. Ponieważ znikają rzeczy związane z konkretnymi zawodami, ludzie muszą się natychmiastowo przebranżawiać. Ale nikt nie narzeka. Wszyscy się w większości dostosowują do tego co jest im narzucone.
Chociaż ! Nie wszyscy zostają dotknięci tym zjawiskiem. Są wśród ludzi ci, którzy wraz ze zniknięciem przedmiotów nie zapominają do czego one służyły. Pamiętają a to stanowi niebezpieczeństwo dla władzy. Władza zaś stwarza Tajną Policję wyłapującą wśród mieszkańców wyspy tych, którzy wciąż pamiętają. Owe osoby znikają w tajemniczych okolicznościach. Ci, którzy nie chcą dać się złapać, ukrywają się w tak zwanych melinach.

Bohaterka ma przy sobie jedną życzliwą osobę, staruszka, który zna ją od zawsze i jest dla niej jak członek rodziny. Zaprzyjaźnia się też ze swoim redaktorem, który prowadzi ją w wydawnictwie. Autorka pisze książki , w których wszystkie są z motywem utraty. Nie inaczej jest w najnowszej pisanej przez nią książce, której redakcji jednak nie skończą razem z R., jak go nazywa gdyż po drodze uzna, że bezpieczeństwo R. jest zagrożone i z dnia na dzień postanawia zorganizować dla niego melinę w swoim domu. Nie jest to łatwe bo Tajna Policja organizuje naloty na domy, czy miejsca, w których jak podejrzewa, ukrywają się osoby pamiętające. 
Ale staruszek, który mieszka na niekursującym od lat promie, pomaga kobiecie zorganizować kryjówkę dla R.. 

„Podziemie pamięci” to książka pisana spokojnym, nie epatującym okrucieństwem stylem a mimo to ogromnie poruszająca. W symboliczny bowiem sposób Yoko Ogawie udało się oddać smutek i właśnie okrucieństwo sytuacji, w której z bezpiecznego do tej pory naszego świata, coś regularnie zaczyna znikać. A za pamięć o tym jesteśmy karani.
Dla mnie to niezwykła książka poruszająca problem straty, utraty, na którą właściwie większość godzi się zupełnie bez podjęcia próby zwalczenia tej sytuacji a także stopniową eskalację zjawiska. Po zniknięciu przedmiotów znikają zwierzęta, nasiona, książki. Życie mieszkańców poprzez te straty zostaje z chwili na chwilę coraz bardziej zubożone i pozbawiane sensu. Jednak najwyraźniej wraz z utratą wspomnień traci się też i odczuwanie straty i dotkliwości tej sytuacji. Do czego to stopniowe a wraz z upływem czasu narastające zjawisko doprowadzi ? 

Utrata, na którą jest właściwie społeczna zgoda, dyktowanie stylu i trybu życia to jakaś okrutna zabawa władz wyspy czy może jakiś oryginalny eksperyment, który przeprowadzany jest na jej mieszkańcach? Tego się w czasie lektury książki nie dowiemy ale z pewnością „Podziemie pamięci” pozostawia czytelnika z poczuciem niepokoju, niepewności a dodatkowo w sytuacji wojny toczącej się za naszą wschodnią granicą, wzmożonego smutku gdyż analogia sytuacji zawłaszczania świata i usuwania z niego tego, co „bezpiecznie” znamy jest aż nadto widoczna. Musimy pamiętać aby nie stać się podobnymi do mieszkańców wyspy i aby to nie o nas napisano kiedyś te słowa, cytuję, „(…) Wszyscy na wyspie zdążyli nawyknąć do ciągłych strat”. 

Moja ocena to 5.5 / 6 . 

„Królowa Głodu”. Wojciech Chmielarz.

 Wydana w Wydawnictwie Marginesy. Warszawa (2022). 


Premiera tej książki odbywa się właśnie dziś więc idealnie udało mi się skończyć lekturę książki, którą wygrałam jakiś czas temu w konkursie. Przyznaję, grałam o nią głównie dla P., który , jak wydawało mi się z przeczytania opisu książki, lubi takie klimaty. Bo to taki klimat nieco fantasy, na pewno westernowy, z akcją, która zmienia się co chwila. 

I kiedy otrzymana w konkursie książka do mnie dotarła, zajrzałam do niej z zamiarem jedynie zerknięcia, co i jak. I jak zerknęłam chwilę potem na zegarek, okazało się, że jestem na osiemdziesiątej dziewiątej stronie. Szok i niedowierzanie ! 
No i oczywiście, że jak już się wciągnęłam, to porzuciłam lekturę o sztuce, którą miałam rozpoczętą na czytniku i wsiąkłam w mroczny, brudny, zły świat tej książki. 

Oto sytuacja po dwóch wojnach między Korporacją a Federacją, po których upadło Księstwo Kuźni Zachodu. Nie dzieje się w nim dobrze. Sytuacja po wojnach wymknęła się spod kontroli. Światem rządzi chaos. W dodatku nie dość, że ludzie atakowani są przez żlebodźwiedzie, to jeszcze coraz śmielej poczynają sobie tak zwani chudzielcy, którzy żywią się mięsem… Podchodzą coraz odważniej do osad i zagrażają nie tylko zwierzętom ale też ludziom. Do tego ludziom doskwiera epidemia Głodu. Brzmi dość znajomo i nieco zbyt bardzo przypomina wiadomości jakie czytamy obecnie w Internecie lub oglądamy w telewizji? Nie wiem, czy Wam podczas lektury towarzyszyć będzie poczucie takiego podobieństwa. Ja odnosiłam wrażenie, że czytam o czymś bardzo, bardzo znajomym. I poczucie to nie było pokrzepiające. Ale mimo tego ta książka ogromnie w swój ponury i niebezpieczny świat mnie wciągnęła. 

Wojciecha Chmielarza „znam” jak dotąd ze Zbrodni na poniedziałek, którą to czytam na profilu Autora na Fb a również, od pewnego czasu odsłuchuję w formie podcastów na YT. Mimo, że na czytniku mam kryminał jego autorstwa, jak dotąd nie przeczytałam go. A tu nagle okazało się,że Wojciech Chmielarz skusił mnie gatunkiem, który chyba jak dotąd był nieobecny w jego pisarskim dorobku, jak również gatunkiem, który jak dotąd mnie samej był raczej obcy.

A jak go nazwać? Jest to właściwie taka mieszanka gatunków. Bo są w niej i elementy fantasy, i zdecydowanie ma klimat książki akcji połączonej z westernem ale i kryminałem (zakończenie totalnie wbiło mnie w krzesło ! super, uwielbiam gdy autor mnie zaskakuje i na niemal ostatniej stronie podaje informację, która wywraca na drugą stronę dotychczasowe wrażenia na pewne sprawy). Wreszcie, jest tu i horror lub aby właściwiej napisać, jego elementy. Wydaje się, że to taka mieszanka, w której jest za dużo wszystkiego i zaraz wykipi? Otóż, Wojciech Chmielarz tak dobrał „literackie składniki” tej potrawy, że udało się stworzyć świetne , naprawdę, świetne danie !

„Królowa Głodu” to jedna z tych książek, która będąc fikcją po raz kolejny przypomniała mi, dlaczego kocham fikcję właśnie. Dla przeżycia niesamowitej, literackiej przygody, dla dreszczyku emocji i wreszcie, dla żwawego tempa rozwijającej się wciąż i zaskakującej, akcji. 

Do Kaźni, osady żyjącej z wydobycia żywletalu, do którego najczęściej przybywają ludzie pełni nadziei na odmianę losu po znalezieniu nośnej żyły, przybywa z Nowej Holandii Bram Huygens. Przybywa z misją a misja ta zostanie nam i wielu bohaterom tej książki, odsłonięta stopniowo. Bohaterów, jak wspomniałam jest w „Królowej Głodu” całkiem sporo a każdy z nich ciekawy, nietuzinkowy a na pewno nie nudny. 
Po przybyciu do Kaźni Bram zawiera pewne znajomości, z których to żadna nie okaże się niepotrzebna dla dalszej treści książki. Poznaje zasady obowiązujące w rządzonym twardą ręką przez szeryfa Sirena, nawiązuje kontakty mające pomóc mu wypełnić swoją misję a przede wszystkim stara się rozpoznać, kto w tym świecie jest wrogiem a kto jeśli nie przyjacielem to przynajmniej sojusznikiem. 
Długo jednak w Kaźni Bram miejsca nie zagrzeje, akcja ruszy szybko i będzie toczyć się wartko aż do jak wspomniałam, ciekawego zakończenia. Ruszy w bardzo niebezpieczne tereny aby wypełnić swoje zadania. 


Jak dla mnie, autor pozostawił sobie furtkę do kontynuacji losów książkowych bohaterów więc kto wie, może będzie kontynuacja „Królowej Głodu”? 
I jeszcze, na sam koniec taka moja refleksja jako czytelniczki. Warto jest czasem opuścić swoją „bezpieczną” strefę książkowego komfortu i sięgnąć po coś, co przynajmniej z początku nie wydaje się nam „naszym” gatunkiem.

Moja ocena to 6 / 6. 

„Pokojówka”. Nina Prose.

 Wydana w Wydawnictwie Pascal. Bielsko-Biała. (2021). Ebook.

Przełożył Marcin Wróbel. 

Tytuł oryginalny The Maid. 

„Pokojówka” to kryminał z gatunku nie bardzo krwawego i raczej „bezpiecznego”. Nie ma tam nic, co mogłoby rozdrażnić jakąś konkretną społeczność, jak sądzę. Przy tym wszystkim nie jest to na pewno kryminał, który czymkolwiek mnie zaskoczył, który sprawił, że czytałam go z wypiekami na twarzy. 
Muszę natomiast przyznać, że jak na kryminał, który niespecjalnie miał wyśrubowaną akcję i którego zakończenie znało się już na początku 😛 , to jest spory plus książki a mianowicie, jego narratorka i główna bohaterka. Molly Gray ma dwadzieścia pięć lat, spektrum autyzmu i pracuje jako pokojówka w pięciogwiazdkowym, kameralnym hotelu Regency Grand. 
Pracę pokojówki załatwił dziewczynie przyjaciel nieżyjącej babci Molly. Babcia była jedyną bliską osobą Molly, która wspierała ją i kochała i z którą to Molly wiodła spokojne, dobre życie w wynajmowanym mieszkaniu, gdzie obie panie, zawodowo zajmujące się sprzątaniem, miały swoje stałe zajęcia rozplanowane na cały tydzień. A wśród nich stałe miejsce zajmował cowieczorny seans serialu kryminalnego „Columbo”.
Niemniej jednak ta osierocona , po przejściach, samotna dziewczyna, musi sobie teraz radzić w życiu całkiem sama. Zabrakło bowiem jej życiowego kompasu, jakim siłą rzeczy stała się zmarła niedawno babcia. I radziłaby sobie całkiem nieźle gdyby nie fakt, że Molly jest zbyt łatwowierna, prawdomówna i mocno szczera. I niestety, nie mając świadomości tego, daje się nieustająco wkręcać w rozmaite dziwe sytuacje. 
Jak wspomniałam, dziewczyna jest bardzo szczera i łatwowierna. Ze względu na spektrum autyzmu być może nie zawsze rozpoznaje prawdziwe intencje innych. Stąd też niestety, kobieta da się wmanewrować w jedną z najtrudniejszych sytuacji w życiu.

W hotelu, w którym pracuje Molly dochodzi bowiem do morderstwa. I nagle, Molly Gray stanie w obliczu przestępstwa i faktu, że jest ona w całej tej dziwnej i trudnej sytuacji, sama. Ale do czasu, bowiem szczęśliwie, okazuje się ,że wokół niej jest więcej osób życzliwych Molly niż ona sama podejrzewa.

Jak już wspomniałam, kryminał nie jest specjalnie skomplikowany. Jest przewidywalny, to akurat trochę szkoda, bo mimo wszystko jakiś tam element zaskoczenia by się przydał. 
Polubiłam natomiast Molly za to,że cokolwiek robi, robi to z wielką uważnością i pracowitością. Ma dobre serce i mimo tego, że dla niektórych jest zabawna czy wręcz staje się powodem do drwin, to ona jest od takich osób o wiele bardziej ciekawszą osobą a przede wszystkim, dobrą. Szczerze mówiąc, mimo, że zakończenia też się jednak spodziewałam, to postać Molly spowodowała, że chętnie doczytałam do końca książkę i poznałam dalsze perspektywy życia młodej pokojówki. 

Co stanowi ciekawy aspekt tej książki a pewnie może umkąć, ciekawe jest jak postrzegamy osoby ogólnie mówiąc ” z obsługi”. Może nie wszyscy ale też właśnie z pewnością istnieje sporo osób, dla których pani sprzątająca czy konsjerż itd stanowią niezobowiązujące tło do ich życia i działań. Na takim niezauważaniu osób wykonujących zdawałoby się może niektórym „nieważną” pracę, można sie zdrowo przeliczyć.

Moja ocena to 4 / 6. Przyznam, że wahałam się pomiędzy 3.5 a 4 ale stwierdziłam, że postać Molly zasługuje na docenienie.