„Perfekcyjny świat Miwako Sumidy”. Clarissa Goenawan.

Wydana w Wydawnictwie Uniwersytetu Jagiellońskiego. Kraków (2020).

Przełożyła Magdalena Rabsztyn-Anioł.
Tytuł oryginału The Perfect World of Miwako Sumida.

„Perfekcyjny świat Miwako Sumidy” to książka, o której czytałam różne opinie. I osób, którym się podobała i takie, które pisały osoby, które na książce się zawiodły. Ja jestem w tej pierwszej grupie. I co prawda, autorka nie pochodzi z Japonii ale chciałam przeczytać tę książkę właśnie ze względu akcję książki dziejącą się w tym kraju.

Ta książka to opowieść właściwie nie tyle o tytułowej bohaterce, Miwako Sumidzie, co o jej obrazie i sposobie postrzegania jej przez trzy różne osoby. Jej przyjaciółkę, Chie Ohno, chłopaka, który się w niej zakochał a nazywał się Ryusei Yanagi i jego siostry Fumi Yanagi.
Mnie osobiście ten zabieg bardzo się podobał bo tak właśnie uważam, że każdy z nas ma więcej niż jedną „twarz”. Nieco inaczej postrzegają nas rodzice, inaczej nauczyciele, inaczej przyjaciele, inaczej rodzeństwo. Na pewno wiecie o co mi chodzi.

Miwako Sumidy tak naprawdę w tej książce jest najmniej. Ale to nie znaczy, że nic się o niej nie dowiemy.
Oto bowiem tytułowa bohaterka poznała się z Ryusei, który z czasem się w niej zakochał i zaczęła pracę u siostry chłopaka. Następnie zaś bez słowa w pewnej chwili wyjechała z Tokio i zaszyła się w bardzo oddalonej od świata wiosce w górach a następnie popełniła samobójstwo.
Nikt nie wie co tak naprawdę spowodowało tak dramatyczny ruch ze strony dziewczyny i Ryusei wraz z Chie ruszają do wioski aby poznać więcej szczegółów.

Jak napisałam na początku ta książka to opowieść o tym jak postrzegana jest Miwako przez trzy osoby i jak różnie wyglądają te obrazy. Poznajemy losy zarówno samej bohaterki jak i osób, które znała i wszystkie tajemnice z jej życia.
To również opowieść z elementami paranormalnymi i wiem, że być może to nie wszystkim może się spodobać.

Mnie się podobała ta książka prowadzona dość niespiesznym rytmem a opowiadająca o zwykłych ludziach, ich problemach i tajemnicach.

Moja ocena to 5 / 6.

„Dziewczyny z północy”. Sheng Keyi.

 Wydana w Wydawnictwie DIALOG. Warszawa (2022).

Przełożyła Kinga Kubicka.
Angielski tytuł tej książki to Northern Girls. 

„Dziewczyny z północy” to książka, która z pewnością zainteresuje osoby, w których kręgu zainteresowań są współczesne Chiny. Nie te z opowieściami z partyjnych spotkań i patriotycznych wystąpień a Chiny zwykłych, szarych ludzi. 
Nie wiem w sumie czemu ta książka, jak napisane jest na okładce, określona jest jako ta, do publikacji której o mały włos by nie doszło. Być może chodzi o to, że w „Dziewczynach z północy” autorka opisuje współczesne Chiny ukazując nieco mnie poprawne politycznie. Ale też według mnie, nie do końca wiem, z czego ta niechęć do potencjalnego wydania mogła wynikać. Być może z tego, że jednak jestem przyzwyczajona do większej swobody wyrażania treści w naszym krau niż ma to miejsce w Państwie Środka. 
Z drugiej strony, może można to zrzucić na różnice kulturowe i to, co mnie nie szokuje w treści książki powinno szokować kogoś z Chin? Szczerze, to nie mam pojęcia. 

Jako, że jak może pamiętacie, tematyka współczesnych Chin ciekawi mnie od dawna. Co prawda swego czasu czytałam chętnie najwięcej książek opowiadających o czasie Rewolucji Kulturalnej , niemniej jednak z wielkim zainteresowaniem sięgnęłam po książkę opowiadającą o współczesnych Chinach.

Sądzę, że po pierwsze, książka „Dziewczyny z północy” zdecydowanie upodmiotawia „masę”. Oto bowiem, te tłumy dziewcząt przybywających z północy kraju do większych miejscowości i podejmujące pracę, głównie w rozlicznych fabrykach produkujących sprzedawane potem na nasz rynek zabawki, ubrania, gadżety, zabawki około świąteczne itd zaczynają stawać się dzięki tej lekturze „konkretne”.

Noszą swoje imiona, mają takie lub inne charaktery, walczą z przeciwnościami losu. 

Autorka, urodzona w 1973 roku umie opowiedzieć o losie przybywających za pracą dziewczynami jednocześnie ukazując rozwój i bolączki współczesnego kraju. 

Autorka na samym początku przedstawia swoją główną bohaterkę, Qian Xiaohong z Hunanu. Naukę porzuciła po gimnazjum a z rodzinnej wioski wygnała ją niechęć bliskich, problem ze zbyt dużym biustem, wielki temperament a nadto, chęć zmiany życia.

Wraz z poznaną w Shenzen młodszą o rok Li Sijiang szuka pracy a nadto, zaprzyjaźnia się z Sijiang.
Wraz z rozwojem akcji książki poznajemy zarówno kolejne miejsca pracy i zamieszkania dziewczyn, jak i ludzi, których spotykają na swojej drodze. 

Mężczyzn występuje w tej książce wielu, niekoniecznie są to bohaterowie pozytywni. Nie są to osoby, którym można zaufać, kobiety traktują bardzo przedmiotowo. 
Xiaohong to dziewczyna, która mimo braku formalnego wykształcenia jest osobą sprytną, nie dającą sobie w kaszę dmuchać ale i ona bywa, że zostaje zaskoczona przez cudze zachowanie. 
Na szczęście, potrafi wybrnąć z niemal każdej sytuacji a nawet, pomimo braku wykształcenia stopniowo rozwija swoją karierę i nawet otrzymuje coś w rodzaju awansu.
Niemniej jednak wciąż poznajemy ją, jej również przybyłe w poszukiwaniu pracy, koleżanki z mniejszych chińskich miejscowości i mężczyzn, którzy mają na te kobiety wpływ ogromny. 
Najwyraźniej rozwijający się system komunistyczny, nie przeszkodził w fakcie, że mężczyźni traktują w nim kobiety bardzo przedmiotowo a część z nich wręcz jest wciąż przekonana, że kobiety mają ich zabawiać w ten czy inny sposób. 
Na tle takiego spojrzenia, mocno wyemancypowana bohaterka, obdarzona ogromnymi potrzebami , jawi się jak nieco zbyt kolorowy ptak wśród szarych wróbli. Xiaohong jednak nie widzi w tym nic zdrożnego. Chętnie bawi się życiem i z niego korzysta. To korzystanie z życia bywa, że kończy się aborcją ale bohaterki książki korzystające z tego w szpitalach nie zdają się bardzo przeżywać tego faktu. Gorszą sprawą może być przymusowa sterylizacja, która nie zawsze jest pożądana przez osobę jej poddawaną. 

Mam z tą książką mały problem. Nie wiem, być może dlatego, że jest to debiut autorki. Być może, że nastawiłam się na coś bardziej spektakularnego. Najprawdopodobniej. 
Nie twierdzę, że jest to zła książka bo tak w żadnym przypadku nie jest. Ale albo styl pisania Keyi albo jakieś moje nie do końca spełnione oczekiwania, to wszystko sprawiło, że czegoś w niej mi zabrakło. Jedno jest pewne. Gdy następnym razem wezmę do ręki cokolwiek „Made in China” przed oczami staną mi przepełnione robotnicze pokoje z łazienkami na korytarzy hoteli dla pracowników fabryk, w których to chociaż chwilę snu usiłują złapać tytułowe dziewczyny. I wszystkie ich nadzieje, te większe i te mniejsze, ambicje, które realizują, kłopoty, które je pokonują. 

Moja ocena to 4.5 / 6.

„Podziemie pamięci”. Yoko Ogawa.

 Wydana w Wydawnictwie TAJFUNY. Warszawa (2022).

Przełożyła Anna Karpiuk.

Tytuł oryginału Hisoyaka na kessho.

W tym roku na urodziny życzliwa Osoba rozpieściła mnie między innymi bardzo ciekawym książkowym stosikiem. 
Jedną z książek była najnowsza na naszym rynku książka Yoko Ogawy. Jak może pamiętają czytelniczki i czytelnicy mojego blogu, prozę Yoko Ogawy bardzo lubię. Głównie za jej pomysłowość co do konstruowania postaci, wymyślaniu niezwykłości fabuły i oryginalności postaci występujących w jej książkach.

Po dwóch czytanych niedawno książkach jakimi były „Ukochane równanie profesora” i zbiór opowiadań „Grobowa cisza, żałobny zgiełk” dostałam do rąk najnowszą powieść autorki.
Jak zwykle, nie zawiodła mnie jako czytelniczki ale również, co poruszyło mnie w jakiś wyjątkowo mocny sposób, książka wydała mi się niezwykle kompatybilna z sytuacją za oknem. Oczywiście na swój specyficzny sposób.

Nigdy nie poznajemy imienia narratorki, która opowiada nam swoją historię. Podobnie, jak nie dowiemy się imienia pozostałych dwóch bohaterów opowieści, staruszka, który jest dla kobiety jak dziadek i niejakiego R., który prowadził ją w wydawnictwie, w któym pracowała.

Oto bowiem narratorka (córka nieżyjących już rzeźbiarki i ornitologa) jest autorką książek mieszkającą na odciętej od świata wyspie cechującej się pewną oryginalnością. Oto bowiem co pewien czas z wyspy , z rzeczywistości, w której żyją mieszkańcy, znikają przedmioty i zwierzęta. Odbywa się to regularnie i z regularnością. Najczęściej – nocą. Mieszkańcy budzą się rano i analizują co zniknęło w ich domach. To, co było jeszcze niedawno w domu zwykłością, bilety na prom, ubrania, wstążka, szmaragdy, dzwonek. Wraz z zorientowaniem się o zniknięciu, odbywa się oryginalne „pożegnanie” rzeczy, których ubyło ze świata mieszkańców. A ludzie zaczynają niemal natychmiastowo zapominać zarówno o przedmiotach, które znikęły jak i zacierają się w ich pamięci wspomnienia związane z owymi rzeczami. Nie masz już przyjemnego wrażenia radości przybyłej z przeszłości kiedy bierzesz do ręki przedmiot darowany ci przez kogoś ci drogiego. Nie przywodzisz na myśl twarzy ukochanej osoby. Nie wzruszysz się ani nie uronisz łzy radości zmieszanej z rzewliwością. Wszystkie te wspomnienia, refleksje, już dawno ich nie ma, nie doświadczysz tego w swojej pamięci. 
W jakiś sposób z każdym zniknięciem znika część przeszłości człowieka, jakby ktoś wykroił kawałek jego życia. Zaczynają też znikać i istoty żywe jak chociażby ptaki, z którymi związane było życie ojca narratorki, ornitologa. Ponieważ znikają rzeczy związane z konkretnymi zawodami, ludzie muszą się natychmiastowo przebranżawiać. Ale nikt nie narzeka. Wszyscy się w większości dostosowują do tego co jest im narzucone.
Chociaż ! Nie wszyscy zostają dotknięci tym zjawiskiem. Są wśród ludzi ci, którzy wraz ze zniknięciem przedmiotów nie zapominają do czego one służyły. Pamiętają a to stanowi niebezpieczeństwo dla władzy. Władza zaś stwarza Tajną Policję wyłapującą wśród mieszkańców wyspy tych, którzy wciąż pamiętają. Owe osoby znikają w tajemniczych okolicznościach. Ci, którzy nie chcą dać się złapać, ukrywają się w tak zwanych melinach.

Bohaterka ma przy sobie jedną życzliwą osobę, staruszka, który zna ją od zawsze i jest dla niej jak członek rodziny. Zaprzyjaźnia się też ze swoim redaktorem, który prowadzi ją w wydawnictwie. Autorka pisze książki , w których wszystkie są z motywem utraty. Nie inaczej jest w najnowszej pisanej przez nią książce, której redakcji jednak nie skończą razem z R., jak go nazywa gdyż po drodze uzna, że bezpieczeństwo R. jest zagrożone i z dnia na dzień postanawia zorganizować dla niego melinę w swoim domu. Nie jest to łatwe bo Tajna Policja organizuje naloty na domy, czy miejsca, w których jak podejrzewa, ukrywają się osoby pamiętające. 
Ale staruszek, który mieszka na niekursującym od lat promie, pomaga kobiecie zorganizować kryjówkę dla R.. 

„Podziemie pamięci” to książka pisana spokojnym, nie epatującym okrucieństwem stylem a mimo to ogromnie poruszająca. W symboliczny bowiem sposób Yoko Ogawie udało się oddać smutek i właśnie okrucieństwo sytuacji, w której z bezpiecznego do tej pory naszego świata, coś regularnie zaczyna znikać. A za pamięć o tym jesteśmy karani.
Dla mnie to niezwykła książka poruszająca problem straty, utraty, na którą właściwie większość godzi się zupełnie bez podjęcia próby zwalczenia tej sytuacji a także stopniową eskalację zjawiska. Po zniknięciu przedmiotów znikają zwierzęta, nasiona, książki. Życie mieszkańców poprzez te straty zostaje z chwili na chwilę coraz bardziej zubożone i pozbawiane sensu. Jednak najwyraźniej wraz z utratą wspomnień traci się też i odczuwanie straty i dotkliwości tej sytuacji. Do czego to stopniowe a wraz z upływem czasu narastające zjawisko doprowadzi ? 

Utrata, na którą jest właściwie społeczna zgoda, dyktowanie stylu i trybu życia to jakaś okrutna zabawa władz wyspy czy może jakiś oryginalny eksperyment, który przeprowadzany jest na jej mieszkańcach? Tego się w czasie lektury książki nie dowiemy ale z pewnością „Podziemie pamięci” pozostawia czytelnika z poczuciem niepokoju, niepewności a dodatkowo w sytuacji wojny toczącej się za naszą wschodnią granicą, wzmożonego smutku gdyż analogia sytuacji zawłaszczania świata i usuwania z niego tego, co „bezpiecznie” znamy jest aż nadto widoczna. Musimy pamiętać aby nie stać się podobnymi do mieszkańców wyspy i aby to nie o nas napisano kiedyś te słowa, cytuję, „(…) Wszyscy na wyspie zdążyli nawyknąć do ciągłych strat”. 

Moja ocena to 5.5 / 6 . 

„Królowa Głodu”. Wojciech Chmielarz.

 Wydana w Wydawnictwie Marginesy. Warszawa (2022). 


Premiera tej książki odbywa się właśnie dziś więc idealnie udało mi się skończyć lekturę książki, którą wygrałam jakiś czas temu w konkursie. Przyznaję, grałam o nią głównie dla P., który , jak wydawało mi się z przeczytania opisu książki, lubi takie klimaty. Bo to taki klimat nieco fantasy, na pewno westernowy, z akcją, która zmienia się co chwila. 

I kiedy otrzymana w konkursie książka do mnie dotarła, zajrzałam do niej z zamiarem jedynie zerknięcia, co i jak. I jak zerknęłam chwilę potem na zegarek, okazało się, że jestem na osiemdziesiątej dziewiątej stronie. Szok i niedowierzanie ! 
No i oczywiście, że jak już się wciągnęłam, to porzuciłam lekturę o sztuce, którą miałam rozpoczętą na czytniku i wsiąkłam w mroczny, brudny, zły świat tej książki. 

Oto sytuacja po dwóch wojnach między Korporacją a Federacją, po których upadło Księstwo Kuźni Zachodu. Nie dzieje się w nim dobrze. Sytuacja po wojnach wymknęła się spod kontroli. Światem rządzi chaos. W dodatku nie dość, że ludzie atakowani są przez żlebodźwiedzie, to jeszcze coraz śmielej poczynają sobie tak zwani chudzielcy, którzy żywią się mięsem… Podchodzą coraz odważniej do osad i zagrażają nie tylko zwierzętom ale też ludziom. Do tego ludziom doskwiera epidemia Głodu. Brzmi dość znajomo i nieco zbyt bardzo przypomina wiadomości jakie czytamy obecnie w Internecie lub oglądamy w telewizji? Nie wiem, czy Wam podczas lektury towarzyszyć będzie poczucie takiego podobieństwa. Ja odnosiłam wrażenie, że czytam o czymś bardzo, bardzo znajomym. I poczucie to nie było pokrzepiające. Ale mimo tego ta książka ogromnie w swój ponury i niebezpieczny świat mnie wciągnęła. 

Wojciecha Chmielarza „znam” jak dotąd ze Zbrodni na poniedziałek, którą to czytam na profilu Autora na Fb a również, od pewnego czasu odsłuchuję w formie podcastów na YT. Mimo, że na czytniku mam kryminał jego autorstwa, jak dotąd nie przeczytałam go. A tu nagle okazało się,że Wojciech Chmielarz skusił mnie gatunkiem, który chyba jak dotąd był nieobecny w jego pisarskim dorobku, jak również gatunkiem, który jak dotąd mnie samej był raczej obcy.

A jak go nazwać? Jest to właściwie taka mieszanka gatunków. Bo są w niej i elementy fantasy, i zdecydowanie ma klimat książki akcji połączonej z westernem ale i kryminałem (zakończenie totalnie wbiło mnie w krzesło ! super, uwielbiam gdy autor mnie zaskakuje i na niemal ostatniej stronie podaje informację, która wywraca na drugą stronę dotychczasowe wrażenia na pewne sprawy). Wreszcie, jest tu i horror lub aby właściwiej napisać, jego elementy. Wydaje się, że to taka mieszanka, w której jest za dużo wszystkiego i zaraz wykipi? Otóż, Wojciech Chmielarz tak dobrał „literackie składniki” tej potrawy, że udało się stworzyć świetne , naprawdę, świetne danie !

„Królowa Głodu” to jedna z tych książek, która będąc fikcją po raz kolejny przypomniała mi, dlaczego kocham fikcję właśnie. Dla przeżycia niesamowitej, literackiej przygody, dla dreszczyku emocji i wreszcie, dla żwawego tempa rozwijającej się wciąż i zaskakującej, akcji. 

Do Kaźni, osady żyjącej z wydobycia żywletalu, do którego najczęściej przybywają ludzie pełni nadziei na odmianę losu po znalezieniu nośnej żyły, przybywa z Nowej Holandii Bram Huygens. Przybywa z misją a misja ta zostanie nam i wielu bohaterom tej książki, odsłonięta stopniowo. Bohaterów, jak wspomniałam jest w „Królowej Głodu” całkiem sporo a każdy z nich ciekawy, nietuzinkowy a na pewno nie nudny. 
Po przybyciu do Kaźni Bram zawiera pewne znajomości, z których to żadna nie okaże się niepotrzebna dla dalszej treści książki. Poznaje zasady obowiązujące w rządzonym twardą ręką przez szeryfa Sirena, nawiązuje kontakty mające pomóc mu wypełnić swoją misję a przede wszystkim stara się rozpoznać, kto w tym świecie jest wrogiem a kto jeśli nie przyjacielem to przynajmniej sojusznikiem. 
Długo jednak w Kaźni Bram miejsca nie zagrzeje, akcja ruszy szybko i będzie toczyć się wartko aż do jak wspomniałam, ciekawego zakończenia. Ruszy w bardzo niebezpieczne tereny aby wypełnić swoje zadania. 


Jak dla mnie, autor pozostawił sobie furtkę do kontynuacji losów książkowych bohaterów więc kto wie, może będzie kontynuacja „Królowej Głodu”? 
I jeszcze, na sam koniec taka moja refleksja jako czytelniczki. Warto jest czasem opuścić swoją „bezpieczną” strefę książkowego komfortu i sięgnąć po coś, co przynajmniej z początku nie wydaje się nam „naszym” gatunkiem.

Moja ocena to 6 / 6. 

„Pokojówka”. Nina Prose.

 Wydana w Wydawnictwie Pascal. Bielsko-Biała. (2021). Ebook.

Przełożył Marcin Wróbel. 

Tytuł oryginalny The Maid. 

„Pokojówka” to kryminał z gatunku nie bardzo krwawego i raczej „bezpiecznego”. Nie ma tam nic, co mogłoby rozdrażnić jakąś konkretną społeczność, jak sądzę. Przy tym wszystkim nie jest to na pewno kryminał, który czymkolwiek mnie zaskoczył, który sprawił, że czytałam go z wypiekami na twarzy. 
Muszę natomiast przyznać, że jak na kryminał, który niespecjalnie miał wyśrubowaną akcję i którego zakończenie znało się już na początku 😛 , to jest spory plus książki a mianowicie, jego narratorka i główna bohaterka. Molly Gray ma dwadzieścia pięć lat, spektrum autyzmu i pracuje jako pokojówka w pięciogwiazdkowym, kameralnym hotelu Regency Grand. 
Pracę pokojówki załatwił dziewczynie przyjaciel nieżyjącej babci Molly. Babcia była jedyną bliską osobą Molly, która wspierała ją i kochała i z którą to Molly wiodła spokojne, dobre życie w wynajmowanym mieszkaniu, gdzie obie panie, zawodowo zajmujące się sprzątaniem, miały swoje stałe zajęcia rozplanowane na cały tydzień. A wśród nich stałe miejsce zajmował cowieczorny seans serialu kryminalnego „Columbo”.
Niemniej jednak ta osierocona , po przejściach, samotna dziewczyna, musi sobie teraz radzić w życiu całkiem sama. Zabrakło bowiem jej życiowego kompasu, jakim siłą rzeczy stała się zmarła niedawno babcia. I radziłaby sobie całkiem nieźle gdyby nie fakt, że Molly jest zbyt łatwowierna, prawdomówna i mocno szczera. I niestety, nie mając świadomości tego, daje się nieustająco wkręcać w rozmaite dziwe sytuacje. 
Jak wspomniałam, dziewczyna jest bardzo szczera i łatwowierna. Ze względu na spektrum autyzmu być może nie zawsze rozpoznaje prawdziwe intencje innych. Stąd też niestety, kobieta da się wmanewrować w jedną z najtrudniejszych sytuacji w życiu.

W hotelu, w którym pracuje Molly dochodzi bowiem do morderstwa. I nagle, Molly Gray stanie w obliczu przestępstwa i faktu, że jest ona w całej tej dziwnej i trudnej sytuacji, sama. Ale do czasu, bowiem szczęśliwie, okazuje się ,że wokół niej jest więcej osób życzliwych Molly niż ona sama podejrzewa.

Jak już wspomniałam, kryminał nie jest specjalnie skomplikowany. Jest przewidywalny, to akurat trochę szkoda, bo mimo wszystko jakiś tam element zaskoczenia by się przydał. 
Polubiłam natomiast Molly za to,że cokolwiek robi, robi to z wielką uważnością i pracowitością. Ma dobre serce i mimo tego, że dla niektórych jest zabawna czy wręcz staje się powodem do drwin, to ona jest od takich osób o wiele bardziej ciekawszą osobą a przede wszystkim, dobrą. Szczerze mówiąc, mimo, że zakończenia też się jednak spodziewałam, to postać Molly spowodowała, że chętnie doczytałam do końca książkę i poznałam dalsze perspektywy życia młodej pokojówki. 

Co stanowi ciekawy aspekt tej książki a pewnie może umkąć, ciekawe jest jak postrzegamy osoby ogólnie mówiąc ” z obsługi”. Może nie wszyscy ale też właśnie z pewnością istnieje sporo osób, dla których pani sprzątająca czy konsjerż itd stanowią niezobowiązujące tło do ich życia i działań. Na takim niezauważaniu osób wykonujących zdawałoby się może niektórym „nieważną” pracę, można sie zdrowo przeliczyć.

Moja ocena to 4 / 6. Przyznam, że wahałam się pomiędzy 3.5 a 4 ale stwierdziłam, że postać Molly zasługuje na docenienie. 

„Anne z Zielonych Szczytów”. Lucy Maud Montgomery.

 Wydana w Wydawnictwie Marginesy. Warszawa (2022). Ebook.

Przełożyła Anna Bańkowska.

Tytuł oryginalny Anne od Green Gables.

Oto i ja postanowiłam sięgnąć po książkę, która wydawałoby się, stara, dobrze znana, przytulna jak koc w jesienny, ponury , deszczowy wieczór a tu proszę, nagle okazało się, że wzbudza ogromne emocje. Emocje te wynikały z faktu, że Anna Bańkowska sięgnęła po coś, co dobrze znamy i odważyła się przedstawić nam nieco inną wersję dobrze znanego (niektórym wręcz na pamięć). Nie wiem, być może wynika to z tego, że przy całej mojej sympatii do poprzedniego tłumaczenia „Ani z Zielonego Wzgórza” nie jestem w teamie „wyznawców”. O wiele, wiele bardziej jeśli już, czuję, że „moją” książką jest „Błękitny Zamek”. Ta niesamowicie aktualna książka o samorealizacji kobiety, o jej odwadze przeciwstawienia się konwenansom i oczekiwaniom społecznym. Niemniej jednak skłamałabym, gdybym twierdziła, że do „Ani z Zielonego Wzgórza” nie mam sympatii i że jej nie znam. Oczywiście, że swego czasu ją czytałam, lubiłam, podobała mi się zarówno bohaterka jak otaczający ją ludzie a przy śmierci Mateusza płakałam. W nowym tłumaczeniu Ania stała się Anne (przez „e” na końcu!), również pozostałe imiona bohaterów stały się anglojęzyczne jak w oryginale. Ale najwyraźniej nie Anne zamiast Ani wzbudziła aż tyle emocji co zmiana znanej nazwy miejsca, w którym mieszkała adoptowana przez rodzeństwo Cuthbertów, dziewczynka. Oto bowiem nie mamy już Zielonego Wzgórza a zamiast tego „Zielone Szczyty”. Oszczędzę określeń i mniej lub bardziej eleganckich wyrażeń jakie zdążyłam już wyczytać a które dotyczą nowego tłumaczenia tytułu książki. Szczerze? Nie wiem, o co ten szum. Przypuszczam, że gdyby tylko „Zielone Szczyty” były pierwszym znanym nam tytułem, grozy , awantur i wzajemnego obrzucania się rozmaitymi mniej lub bardziej zabawnymi tekstami w ogóle by nie było. Tymczasem stało się i wszystko to miało miejsce. Czy to dobrze? Nie wiem, prawdę mówiąc. Nie znam się na tyle na rynku książki aby orientować się na ile taki wzmożony ruch ma wpływ na sprzedaż książki dobrze nam już przecież znanej i będącej w wielu jeśli nie w większości domowych a już na pewno publicznych, bibliotek. Od jakiegoś czasu jednak słychać, że „nieważne jak mówią, byleby mówili”. Jeśli to ma wzmóc zainteresowanie książką i powrót do niej osób niekoniecznie jak to powiedziałam wcześniej, funkcjonujących w kręgu „wyznawców”, to chyba dobrze? Sama, odkąd tylko dowiedziałam się , że książka ma się ukazać na naszym rynku, wiedziałam, że chcę ją przeczytać. 
Cena papierowego wydania jest na tyle wysoka, że szczerze pogratulowałam sobie wyboru od lat mojego czytnika i wersji ebook. 
Tak więc, siadłam do książki i oczywiście z wielką chęcią przeczytałam wpis od Pani Anny Bańkowskiej, która wyjaśnia nam we wstępie jak wyglądała droga Jej tłumaczenia na nowo „Anne z Zielonych Szczytów”. 

A potem? Potem zaczęłam czytać pierwszy rozdział i…wsiąkłam! Wsiąkłam do tego stopnia, że , co mi się nie zdarzało od dawna, czytałam zarówno przy posiłkach jak i zarwałam kawałek nocy. Ok, ponieważ chorowałam na wiadomego wirusa i miałam izolację, mogłam na czytanie poświęcić nieco więcej czasu ale naprawdę, od bardzo dawna żadna książka nie pochłonęła mnie do tego stopnia abym czytała naprawdę poźną nocą. 
O czym to świadczy? Albo o tym, że wbrew pozorom ta książka jest nie tylko dla dorastających dziewczyn ale również dla dorosłych. Albo, macierzyństwo zmieniło moje patrzenie na świat i nagle widzę jak fantastycznego podjęła się dwójka Cuthbertów zadania. Albo jednak nowe tłumaczenie, mimo, że nie jakoś naprawdę ogromnie rewolucyjne (nie, naprawdę nie uważam imion oryginalnych z tekstu i zmiany nazwy miejsca zamieszkania na takie bardziej oryginalne) jest na tyle świetne, że czytało mi się ją rewelacyjnie. 

Po raz kolejny bardzo lubię surową z pozoru a w gruncie rzeczy nie potrafiącą pokazać głębi uczuć (co stopniowo wraz z pobytem Anne w domu Marilli i Matthew się zmienia) a dobrą kobietę, Marillę. Po raz kolejny uwielbiam kochanego, dobrego, spokojnego i przyzwoitego człowieka jakim jest Matthew (znów płakałam rzewnymi łzami podczas opisu jego śmierci). Wreszcie, po raz kolejny cieszę się, że Anne to dziewczyna z charakterem, a nie jakaś słodka i uległa melepeta. 
Chyba nie muszę streszczać treści tej książki, zwłaszcza, że podczas awanturek o nowe tłumaczenie okazało się, że w Polsce wszyscy są specjalistami od prozy L. M. Montgomery :P. Niemniej jednak mały skrót.
Do domu rodzeństwa Marilli i Matthew Cuthbertów ma przybyć pociągiem adoptowany przez nich osierocony chłopiec jako, że rodzeństwo powoli się starzeje a w ich gospodarstwie, Zielonych Szczytach , przydałaby się realna pomoc. Zamiast chłopca , na stacji kolejowej Matthew spotyka wesołą, rudowłosą i piegowatą jedenastolatkę, która całą drogę do domu jaką odbywają zasypuje mężczyznę monologiem. I podczas kiedy on duma jak wyjaśni siostrze, że zamiast chłopca do domu przywiózł dziewczynkę, coś w jego sercu zaczyna mówić mu, że ta pomyłka nie jest pomyłką. 

Wszyscy wiemy, inaczej nie byłoby przecież tej książki, że Anne jednak szczęśliwie w domu rodzeństwa zostaje. 
Ta jedenastolatka okazuje się być mądrą, dobrą dziewczyną, która za sobą ma wcale niełatwe doświadczenia życiowe a pomimo tego nie straciła ani swojej bogatej wyobraźni, którą posiłkuje się na co dzień, ani werwy, ani miłości do życia i tego co ono jej przynosi. 

I tak oto owa pomyłka, za którą zarówno Marilla jak i Matthew zapewne nie raz podziękują w modlitwie wieczornej Bogu, stanie się począkiem nowego rozdziału w życiu tej rodziny w Zielonych Szczytach.

Anne szybko zaaklimatyzowała się w Avonlea, okazała się wsparciem dla dwójki adoptujących ją osób i po początkowych różnych perypetiach jakie zapewne ktoś z jej temperamentem musiał przejść, wniknęła w lokalną społeczność. 

Jak mówiłam, książkę przeczytałam bardzo szybko. Ogromnie mi się podobała i sama nie wiem czy to ta szczęśliwa sytuacja, kiedy książka z dzieciństwa okazuje się być czytaną w dorosłości jeszcze lepszą niż kiedyś czy to jednak magia nowego przekładu?

Pozwalam sobie jednak nie wnikać w tę kwestię zbyt intensywnie. Cieszę się natomiast, że Wydawnictwo Marginesy zapowiedziało już kontynuację przekładów dalszych części przygód i losów Anne Shirley w tłumaczeniu Anny Bańkowskiej. 
Jeśli jeszcze, co byłoby spełnieniem jednego z moich marzeń, pojawiłoby się nowe tłumaczenie „Błękitnego Zamku” tejże samej autorki co „Anne…” byłoby wspaniale. 

Tymczasem moja ocena „Anne z Zielonych Szczytów” to 6 / 6.

Serialowo – Reacher.

 Dopiero co pisałam o serialu „Mentalista”, który bardzo nam się podobał i dzisiaj chcę napisać o kolejnym, tym bardziej, że jest to serial oparty o jeden z moich ulubionych cykli książkowych autorstwa Lee Childa o emerytowanym żandarmie wojskowym, Jacku Reacherze, na którego nawet mama mówiła po nazwisku a nie po imieniu. Pierwszy sezon serialu, liczący osiem odcinków, oparty jest na książce „Killing Floor”, u nas wydanej pod tytułem „Poziom śmierci”. 

Na wstępie, nareszcie aktor grający Reachera wygląda jak Reacher a nie jak nie wiem kto ale na pewno nie Reacher. 
Alan Ritchson odgrywający rolę Reachera ma słuszny wzrost i chociaż podobno na początku miał problemy z otrzymaniem tej roli bowiem nie mierzy dokładnie tyle, co książkowy Reacher, niemniej jednak i wzrost i muskulatura pasują według mnie idealnie a Ritchson gra Reachera według mnie tak, jak wyobrażam sobie, że zachowuje się bohater książek. I nie mówię tu tak dlatego, że Tom Cruise według mnie kompletnie się nie nadawał na rolę Jacka Reachera (a uważam, że się nie nadawał) a zwyczajnie myślę, że casting tym razem poszedł świetnie i każdy aktor został dobrany trafnie.

Co do akcji to tym razem Jack Reacher trafia do miejscowości Margrave w stanie Georgia gdzie nie jest w stanie zjeść nawet polecanego placka brzoskwioniowego w miejscowej kafejce gdyż zostaje zaaresztowany i oskarżony o morderstwo. Morderstwa, którego oczywiście nie popełnił. Chociaż na ogół nie pozostaje on dłużej w miejscu, do którego trafia, tym razem  Reacher musi spędzić w Margrave więcej czasu niż planował aby oczyścić się z zarzutów ale również aby znaleźć sprawcę morderstwa pewnej ważnej dla niego osoby. 
Przy okazji poznaje Policjantów pracujących na miejscowym posterunku, Roscoe Conklin, młodą i symaptyczną Policjantkę i detektywa Oscara Finlaya. Ta trójka w pewnej chwili zostanie związana wspólną sprawą i śledztwem mającym na celu wyjaśnić to, co tak naprawdę dzieje się w małym miasteczku w Georgii. 
A dzieje się dużo zła. 

Według mnie kto zna i czyta książki z serii o Reacherze, ten rozczarowany serialem raczej nie powinien być. Wie, że Reacher stosuje raczej minimalizm słowny i uczuciowy, za to stosuje maksymalne działania jeśli chodzi o obronę uciśnionych i pomoc słabszym. Mówiąc wprost, gdy gdzieś coś dzieje się źle, na miejsce przybywa Reacher i pomaga doprowadzić sprawy do właściwego porządku. 

Moja ocena to 6 / 6. 

Z dobrych wieści, to Amazon Prime zapewne zadowolony wynikami oglądalności serialu, już zapowiedział sezon drugi „Reachera”. Na który to sezon, nie ukrywam, ogromnie czekam. 

„Dalsze gawędy o sztuce. VI-XX wiek”. Bożena Fabiani.

 Wydana w Wydawnictwie Naukowym PWN SA. Warszawa (2013). Ebook.

Jak we wstępie informuje nas sama autorka tej książki o sztuce, gawędy w tej części zawarte, to te, które nie zmieściły się w tomach poprzednich. Dla mnie jednak ta część była pierwszą tej autorki i z pewnością nie ostatnią. Bardzo mnie bowiem te opowieści Bożeny Fabiani o sztuce wciągnęły. 
Po pierwsze, co zwraca uwagę, to styl opowieści autorki. Naturalny, bardzo lekki, bez niepotrzebnego historycznosztucznego filozofowania a po prostu przystępny i lekki, wręcz bardziej kolokwialny a jednocześnie umiejętnie przekazujący nam najważniejszy aspekt omawianego dzieła sztuki. 

Zgodnie z tym, co jest zawarte w tytule, opowieści te traktują o dziełach sztuki od wieku szóstego aż po te stworzone w ubiegłym stuleciu. 

Wraz z Bożeną Fabiani przemierzamy kraje i muzea i podziwiamy poszczególne obrazy, mozaiki, rzeźby. Dowiadujemy się przy tym wiele zarówno na temat danego dzieła sztuki jak i , co bardzo interesujące, zyskujemy ogromną wiedzę na temat życia samego autora dzieła. Nie ukrywam, że dowiedziałam się dzięki temu naprawdę wielu interesujących informacji.

Co prawda w tej książce jest trochę reprodukcji omawianych dzieł sztuki ale jednak podchodząc do tej lektury polecam zaopatrzyć się w albumy o sztuce bądź nastawić na wyszukiwanie ich w internecie. 
Z pewnością dla każdego, kto chociaż trochę lubi sztukę , jest to książka, która go zachwyci i sprawi naprawdę wiele przyjemności czytelniczej. 
Mnie czytanie o tych wszystkich pięknych dziełach, o nietuzinkowych losach artystów pozwoliło na oderwanie się od przykrej izolacyjnej zamkniętej w czterech ścianach, rzeczywistości.

Moja ocena to 6 / 6. 

Filmowo – serial „Mentalista”.

 Dzisiaj postanowiłam napisać o serialu, który mnie totalnie wciągnął i sprawił, że ostatnie miesiące spędziłam w towarzystwie ciekawych i zabawnych ludzi rozwiązując zagadki kryminalne. 
Mam znajomą, która oglądała już wszystko (co jest oczywiście fajne ) ale mam też takich znajomych, którzy wciąż proszą mnie o polecenie czegoś do obejrzenia i nie ukrywam, milsza jest mi taka perspektywa bo zwyczajnie przyjemnie jest raz na jakiś czas móc być tą osobą, która widziała coś przed kimś komu może coś ciekawego polecić, zwłaszcza jeśli chodzi o tak świetny serial jak ten, o którym piszę. 
Z pewnością spora część osób czytających mój blog mogła już oglądać ten serial , gdyż nie jest to żadna nowość. Serial bowiem powstawał w latach 2008-2015. 
Jest to serial kryminalny i przyznam, że nie słyszałam o nim (jak to w ogóle możliwe, że nikt wcześniej mi go nie polecił ? Nie mam pojęcia!) wcześniej ale kiedy wypatrzyłam go na jednym z serwisów streamingowych postanowiłam zobaczyć co to właściwie jest. I kiedy obejrzeliśmy pierwszy odcinek, już wiedzieliśmy, że …musimy go obejrzeć. 
Główną i tytułową postacią jest Patrick Jane ( postać ta została brawurowo i rewelacyjnie zagrana przez australijskiego aktora Simona Bakera). Postać nietuzinkowa, zdecydowanie oryginalna i niepodrabialna. Ongiś – mentalista i „jasnowidz” oszukujący ludzi , że widzi, słyszy i rozmawia z ich zmarłymi bliskimi i przekazuje wiadomości od owych zmarłych. Patrick Jane w przeszłości robił oszałamiającą karierę, również w TV co z pewnością dawało mu rewelacyjny zarobek pozwalający na utrzymanie kochanej przez niego rodziny, żony i córeczki.
Żyją sobie w wielkiej rezydencji, wiodą szczęśliwe i dobre życie, kochają się wzajemnie.
Zaczyna brzmieć, że po tej ilości dobra z pewnością nadciągnie zło? Ano , brzmi niestety, aż za dobrze 😦 Oto bowiem pewnego dnia Patrick Jane daje pamiętny występw TV, w którym to przyznaje, że zamierza pomóc Policji kalifornijskiej rozwikłać zagadkę seryjnego mordercy zwanego jako Red John. 
Tego dnia Patrick wraca do domu i odkrywa, że nie ma już rodziny. Od tego dnia nic nie jest już takie samo jak dotąd, stało się coś nieodwracalnego a on sam, po załamaniu nerwowym, podejmuje się swojej wielkiej misji – rozpoczyna prywatne śledztwo mające na celu znalezienie i rozprawienie się z Red Johnem. 
Aby osiągnąć ten cel, Jane wykorzystując siłę własnego poczucia chęci zemsty ale również dawne umiejetności jako mentalisty, działa w taki sposób, że zostaje zatrudniony w Kalifornijskim Biurze Śledczym (CBI). 
Trafia pod skrzydła rewelacyjnej śledczej i szefowej, Teresy Lisbon i do świetnego zespołu skłądającego się z już wymienionej szefowej, Teresy, śledczych Grace Van Pelt, Kimballa Cho i Wayne’a Rigsby’ego. Jak rzadko, od razu powiem, każda z postaci jest przeze mnie lubiana chociaż na pierwszych miejscach są i Patrick i Teresa a ciut ciut niżej Cho. Ale lubię wszystkich bohaterów, bo każdy z nich wnosi coś do serialu.

Sezonów jest siedem, z tym, że siódmy to sezon finałowy i najkrótszy a tak to pozostałe mają ponad dwadzieścia odcinków każdy.

Pomimo, że jest to serial kryminalny i rozpoczyna się właściwie od niesamowitej tragedii głównego bohatera, jest to serial pełen poczucia humoru i zabawnych sytuacji. I również pełen ciekawych zagadek kryminalnych, z których w każdym odcinku musimy wraz ze śledczymi i Janem pełniącym rolę konsultanta, rozwiązać jedną. A do tego przez większość serialu trwa wątek poszukiwania Red Johna, początkowo głównie przez Patricka , wraz z upływem akcji, pogoń za seryjnym zbrodniarzem podejmuje cały zespół. 

Jak wspomniałam na początku, postać Patricka Jane’a jest oryginalna i ciekawa. To inteligentny, i z pewnością nie kierujący się sztampowymi rozwiązaniami śledczy. 
Każda z postaci została bardzo ciekawie rozpisana, ma swój charakter. To lubię w serialach, kiedy postaci są wiarygodne i konsekwentne. Ale również gdy przechodzą swoiste metamorfozy. Nie inaczej jest z postaciami z „Mentalisty”. Nie tylko Jane zmieni się wraz z biegiem akcji i upływem czasu. Również zmieni się i Teresa i reszta zespołu. Będą się rozwijać, nie stać w miejscu.
Co nie jest bez znaczenia, również postaci drugoplanowe, takie które pojawiły się w serialu zaledwie parę razy, są ciekawe i na pewno nie nudne. Warto oglądać dla każdego, naprawdę, nawet jeśli irytuje.

Jednym słowem, kto lubi tradycyjne śledztwa w filmach, nie epatujące bezsensownie pokazywaniem nadmiaru krwi i brutalności, często posługujące się jedynie klimatem zamiast dosadną sceną, kto lubi bohaterów, których się zwyczajnie zaczyna lubić  i o zachowaniach, losach których lubi się po seansie, porozmawiać z kimś,z kim się film oglądało, może śmiało sięgnąć po ten serial, z pewnością nie będziecie zawiedzeni. 

A teraz SPOILERY. Kto nie chce wiedzieć co będzie, a chce oglądać, niech dalej nie czyta. Żeby nie było, uprzedzałam 🙂 

Chcę sobie popisać o czymś, co oczywiście dobrze aby nie było wiedzą dla kogoś, kto nie lubi znać rozwoju akcji zawczasu. Ja, chciałam wiedzieć i to jak się potoczą pewne relacje, wiedziałam na dłuuugo przed tym jak obejrzeliśmy finałowy odcinek. 

Otóż, w czasie serialu zawiążą się dwa związki. Oba chyba bez zaskoczeń , za to jednemu z nich kibicowałam z całego serca. 
Tak, mówię o relacji Teresy Lisbon i Patricka Jane’a. Ich związek w ogóle poprowadzono w sposób genialny. Nie, nie nastąpiła miłość jak grom, od pierwszego wejrzenia. Ale, jednocześnie, właściwie niemal od samiuteńkiego początku (okazuje się, że P. zorientował się wcześniej niż ja 🙂 ) wiedziałam, że ta dwójka ma się ku sobie i że coś między nimi wydarzy się dobrego. Po czym, upewniłam się co do tego w internecie, w którym jak widzę, serial „Mentalista” ma niesamowite i wciąż działające grono miłośników , do których oczywiście i ja się zaliczam. 

Teresa i Patrick zaczynają swoją relację w dość oryginalny sposób bo wiemy doskonale, że Jane chce dostać się do CBI jedynie dlatego aby dopaść Red Johna i się na nim zemścić ale z czasem chętnie pracuje z zespołem nad innymi  kryminalnymi sprawami i nie ukrywajmy, jest dla zespołu ogromną pomocą. 
Między Teresą a Patrickiem z czasem zaczyna się przyjaźń i to dla mnie ogromny plus tego serialu, stworzenie z pary również a może przede wszystkim, właśnie przyjaciół. 
Ale niemal od samego początku widać, że Patrick lubi Teresę nieco więcej niż tylko lubi (wyszło bez sensu ale myślę, że wiecie, co mam na myśli). Jest opiekuńczy, czuły i chociaż potrafi wycinać jej i wycina, a jakże! najrozmaitsze numery, zawsze jest po jej stronie. Również Teresa, rewelacyjnie według mnie, grana przez Robin Tunney, ta trzeźwo stąpająca po ziemi kobieta, chociaż sama to przed sobą dość długo i mocno skrywa, zaczyna czuć, że Jane nie jest jej aż tak jakby chciała przed sobą udawać, obojętny. 

W jednym z komentarzy na YouTube wyczytałam coś, co sama uważam, czyli to, że zakończenie serialu „Mentalista” jest idealne. I że fani otrzymali dokładnie to, czego chcieli i potrzebowali. 
I tak właśnie jest. Co mi się ogromnie podobało, w odróżnieniu od innego serialu kryminalnego, który lubię i którego bohaterowie ostatecznie też się związali, tu podobała mi się „jakość” związku. Może dlatego, że bohaterowie są tu już dojrzali, doświadczeni przez życie, znają priorytety, którymi należy się w życiu kierować. I ich związek rozpoczyna sie od przyjaźni aby ewoluować w kierunku dobrego, stabilnego i silnego uczucia miłości. I, co doceniam, nikt w tym związku nie robi drugiej osobie łaski, że się z nią związuje (a takie miałam, nic na to nie poradzę, odczucia w odniesieniu do tego innego serialu,  o którym wspominam) i łaskawie daje obdarzać się miłością  🙂
Tu jest tak, jak miłośnicy chcieli i potrzebowali a ostatnie sceny, no cóż, wiem, że ktoś może powiedzieć, słód, cud i lukier ale szczerze? Dokładnie tego pragnęłam oglądając siedem sezonów. Takiego zakończenia. Plus jest tu swoistego rodzaju zamknięcie pewnych wydarzeń i cieszę się, że twórcy zafundowali nam happy end. Tak, oglądając serial w ciężkim czasie pandemii, z różnymi dodatkowymi troskami, właśnie takiego zakończenia potrzebowałam. Czytałam bodajże w dyskusji na Filmwebie, że podobno ostatnią scenę napisał sam Simon Baker i muszę stwierdzić, że wywiązał się ze swojego zadania rewelacyjnie. 

Cóż więcej mogę napisać poza tym, że polecam. To znaczy sądzę, że te zdania czytają już raczej jedynie osoby, które serial już znają ale i tak nie szkodzi, powtórzę po raz nie wiem już który, że „Mentalistę” ogromnie polecam. 

„Droga do Sieny”. Marek Zagańczyk.

The FBI reopens the case regarding the murder of Colonel Aaron Raymond (Wylie M. Pickett)’s wife after Jane becomes suspicious. Raymond’s alibi is that his wife drove him to work that day, but Jane suspects that it was another woman who Raymond was likely having an affair with. They suspect a woman named Denise Cortez (Jama Williamson), who Wylie and Vega learn changed into a disguise in the car while discarding her clothes at a homeless encampment. Raymond soon learns about the investigation, forcing Abbott to close the case and reconsider the team’s strategy. Jane attempts to force a confession out of the killer after luring Raymond and Denise into a single room, and threatening to open a briefcase which he claims contains incriminating evidence. They both name each other as the killer and share their respective stories of how they witnessed the murder, but Jane is unable to come to a conclusion. The briefcase simply contains a paper that reads „curiosity killed the cat”, written by Jane to Vega in response to the same words Vega told Jane earlier. The real killer is Raymond, who at the beginning washed his hands and turn on a fan located besides her body.