„Anne z Redmondu”. Lucy Maud Montgomery.

 Wydana w Wydawnictwie Marginesy. Warszawa (2022).

Przełożyła Anna Bańkowska.
Tytuł oryginalny Anne of the Island. 

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

„Anne z Redmondu” to trzecia z serii oraz w nowym tłumaczeniu pani Anny Bańkowskiej książka opowiadająca o Anne z Zielonych Szczytów.
Nie ukrywam, sięgnęłam po nią przeczytawszy na świetnym blogu, który Wam polecam a mianowicie tu o, https://siekierka.home.blog/  dość krytyczną recenzję „Anne z Redmondu”. I sięgałam po nią z pewnymi obawami ale i nadzieją, że może ja zachwycę się nią bardziej. W końcu pierwsza część historii Anne mnie zachwyciła, druga również (a już przy drugiej czytałam krytykę nie tłumaczenia bynajmniej bo to jest rewelacyjne a samej postaci Anne, która się jakoś zmienia na niekorzyść) a tu? 
No i powiem tak, że ogólnie to różnie. Faktycznie przyznaję, postać Anne zmienia się. Nie dziwne. Gdy ją „poznaliśmy” była jedenastolatką. Teraz to dorosła kobieta rozpoczynająca i kończąca pod koniec książki, studia na Redmond College. Ale dlaczego ta Anne, która miała w sobie tyle empatii, czułości, cierpliwości i spokoju, zdaje się zmieniać w jakąś zupełnie odmienną osobę?

Najciekawiej dostrzegłam to w opisie i sytuacji nieuleczalnej w tamtych czasach chorobie koleżanki z dzieciństwa Anne. Jeśli ktoś nie chce spoilerów , uprzedzam, mogą być w tym momencie więc jeśli ktoś nie chce wiedzieć, kto zmarł, a nie pamięta z książki, niech nie czyta dalej.

Otóż to właśnie koleżanka szkolna Anne, Ruby Gillis, zapada na galopujące suchoty i w dość szybkim czasie, umiera. Refleksje, jakie snuje wokół tej śmierci Anne są, cóż, ogólnie mówiąc, paskudne. Wcale , powtarzam, wcale nie dziwię się, że niespełna dwudziestoletnia dziewczyna tak naprawdę, ledwo co stająca się kobietą, żałuje tego, że umiera, że nie przeżyje miłości, zauroczeń, śmiechu, zabawy, tańców i rozrywki. Owszem, wiem, książka pisana jest przez osobę wychowaną w kościele protestanckim i postaci do takowego należą ale hipokryzją ze strony Anne jest snucie tych rozważań (szczęśliwie jedynie względem siebie a nie głoszeniu tych myśli innym). Anne bowiem w tym samym czasie mimo wzniosłych refleksji i rozważań doskonale korzysta z życia i chociażby to, że zdobywa wykształcenie, wcale nie oczywiste dla sporej części kobiet tamtych czasów, powinno uświadomić jej, że ona żyjąc ma przynajmniej szansę na weryfikację i stwierdzenie, co jest w jej życiu priorytetem a co nie. I, nie oszukujmy się, ta sama Anne, która stwierdza, że drobne życiowe przyjemności nie powinny stanowić w życiu celu, świetnie z owych drobnych przyjemności korzysta. A jednocześnie jakby dziwiło ją, że Ruby boi się śmierci, nawet będąc osobą wierzącą i przekonaną o tym, że istnieje jakieś życie poza tym doczesnym. 

Ten moment i te refleksje młodej dziewczyny sprawiły, że spojrzałam na nią zupełnie innym okiem. Jakimś chyba surowszym. Gdzie Anne, która znajdowała czułe słowo wsparcia dla każdego. Owszem, samej umierającej przyjaciółki nie przygnębiła ale nie ukrywam, straciłam do Anne sporo ze swej pierwotnej sympatii. 

A tak poza tym, to Anne w tej części studiuje. I jak każda studentka, ma czas nie tylko na rozwój i zdobywanie wiedzy ale również na zawieranie nowych znajomości, zabawę, spacery, flirty, a nawet nieustające odrzucanie nietrafionych oświadczyn (w pewnej chwili w ogóle pomyślałam, że ta książka powinna się nazywać „Odrzucone oświadczyny”), czyli wszystko to, czego nie mogła doświadczyć umierająca koleżanka.

Nie do końca, przyznaję teraz, kiedy czytam na nowo opowieść o Anne, jest dla mnie jako czytelniczki, jasne to, dlaczego tak a nie inaczej, Anne traktuje Gilberta. To, co nie dziwi w przypadku dziewczynki, nie ma dla mnie logicznego przełożenia na traktowanie jej i odczucia w przypadku dorosłej już przecież Anne. Która z jednej strony rzekomo taka mądra, rozsądna i refleksyjna (nie daruję jej tej Ruby) a z drugiej zachowania naprawdę dziecinne i niepoważne a nadto, raniące uczucia drugiego człowieka. 

Co ewidentnie jednak mi się w tej części wciąż podobało, to nowe tłumaczenie Pani Anny Bańkowskiej. Z wielką, naprawdę wielką przyjemnością czyta się taką jakby nie było, klasykę odświeżoną i z takim przyjemnym współczesnym ale nie nachalnym, klimatem. Anne jest typową młodą osobą, która próbuje wynieść z życia jak najwięcej i najciekawiej a przy tym po prostu chce się nim cieszyć. 

Nie wiem czy ktoś poczuje się zaskoczony czy nie ale tym razem moja ocena tej części nie jest aż tak entuzjastyczna jak dwóch poprzednich części a jest nią 4.5 / 6.

Dzień blogów

Dzisiaj obchodzimy Dzień Blogów. 
A więc, czuję się w swoistego rodzaju obowiązku, odnotować ten fakt. 
I po prostu, po raz kolejny napiszę, że cieszę się, że piszę mój blog, pomimo tego, że niestety ale zmiana platformy blogowej nie poprawiła mojej blogowej sytuacji. Niemniej jednak, o czym pisałam parę razy, zdecydowanie piszę dla siebie przede wszystkim ale oczywiście, skłamałabym gdybym nie powiedziała, że jedynie dla siebie. Zawsze cieszy mnie gdy ktoś daje mi znać, że dzięki mojemu wpisowi na temat danej książki, sam po nią sięgnął. A jeszcze bardziej, gdy możemy o książkach napisać. 

Dziękuję, że odwiedzacie mój blog i serdecznie Was pozdrawiam !

Sto Lat !

 Dzisiaj 10 lat kończy nasz Syn, Jaś.

Nie chce się wierzyć, że czas tak szybko biegnie bo dopiero co trzymałam Go w ramionach po nocnym przyjściu na świat a teraz proszę, od jutra rozpoczyna naukę w klasie czwartej. 
A my  Jego rodzice, wciąż piękni i młodzi. Tak się to robi 😉 

Czego życzę Jankowi w Dniu Jego Urodzin ?
Zdrowia dla Niego i jego Bliskich. Spokoju, Pokoju, tylko życzliwych i dobrych ludzi wokół Niego. Szczęścia i tego aby nigdy nie zwątpił w to, że Jego rodzice, cokolwiek by się nie działo, zawsze są obok Niego.

Kochamy Cię, Synku !!!

Andrea Camilleri i kryminały jego autorstwa.

 Znacie? Czytacie?
Ja dawno temu, naprawdę spokojnie z ponad jedenaście lat wstecz, czytałam jakiś kryminał Camilleriego ale nie mogę powiedzieć aby wówczas zachwyciła mnie jego książka na tyle bym miała kontynuować znajomość z tym autorem. 
Niemniej jednak, korzystałam z tego, gdy pojawiały się jego kryminały w promocjach i okazało się, że mam ich na czytniku parę więc tego lata postanowiłam przenieść się do fikcyjnej sycylijskiej miejscowości o nazwie Vigata i czytać kryminały opowiadające o śledztwach komisarza Salvo Montalbano. I tym razem-coś zaskoczyło i oto zaczynam czytać trzeci już z cyklu kryminał. 
Poprzednie to „Kształt wody” i „Pies z terakoty” a obecnie czytam „Złodzieja kanapek”.

Miałam ochotę na coś właśnie z tamtego rejonu Europy a Donna Leon calutka (no dobrze, oprócz jednej części cyklu) przeczytana. A tu? Mała miejscowość na Sycylii, słońce, ciepło, oczywiście opis różnych rozmaitości i dobrze wymyślone intrygi kryminalne. Nie są to przygnębiające opisy skandynawskie i rozkminianie ludzkich charaterów. Jak na razie mimo tego, że tak, to kryminały, nie mogę powiedzieć, że są to książki przybijające. Sama postać komisarza budzi we mnie jak na razie mieszane uczucia. Muszę jeszcze poczytać kolejne książki aby przekonać się co o nim myślę. Nie żywię jak na razie do niego jakiejś wielkiej sympatii ale też nie mogę powiedzieć, że Salvo Montalbano drażni mnie w jakiś specjalny sposób. 

Kryminały te są według mnie doskonałe na czas gdy po pierwsze, jest się jak ja, miłośniczką, miłośnikiem kryminałów, ma się chęć na coś niezobowiązującego, coś co przy okazji rozrywki przeniesie czytelnika w jakąś cieplejszą stronę, w której szanuje się zacne jedzenie i dobre wino i jednocześnie, nie jest to przygnębiająca, mimo tego, że to jednak wciąż kryminały, rzeczywistość. Plus jak na razie, nie epatuje się mafią, zbrodnie zdarzają się jeszcze poza tym kręgiem. 

Dla porządku moje oceny :

„Kształt wody” 5 /6

„Pies z terakoty” 5 / 6.

Sto Lat !

Jestem padnięta, bo dzisiaj akurat wróciliśmy z dwutygodniowego urlopu w Gdańsku ale muszę odnotować fakt, doniosły nawet, powiedziałabym, że mój blog od dzisiaj jest pełnoletni.
Osiemnaście lat pisania. O podróżach, życiu, książkach. A z czasem głównie o książkach i czasami, o filmach.
Blog największe sukcesy odnosił na platformie Blox, na której stworzyła się niezwykła blogosfera i mimo, że niektórzy nie widzą różnicy, ja ją widzę, miałam o wiele więcej odwiedzających a w komentarzach działy się świetne dyskusje.
Tym bardziej dziękuję tym, którzy wciąż odwiedzają mnie na blogu, zostawiają komentarze i po prostu-są!

„Miłość musi być!”. Sylwia Kubik.

 Wydana w Wydawnictwie Skarpa Warszawska. Warszawa (2022).

Książkę wygrałam w konkursie na stronie Autorki na Fb.

Nie ukrywam, że kiedy pierwszy raz przeczytałam zapowiedź książki, zastrzygłam uchem bo w treści książki pojawia się, a jakże, Grecja. Miałam ochotę na coś letniego, właśnie chętnie z jakimś mocno z wakacjami kojarzącym się, kierunkiem i dlatego wzięłam udział w konkursie, w którym można było wygrać właśnie „Miłość musi być!”.

Jak się domyślałam, książka okazała się być właśnie dość lekką obyczajówką. Nie znam wcześniej wydanych w Polsce książek Autorki więc trudno jest mi porównać i stwierdzać czy jest podobna do wcześniejszych czy nie, powiem, że tę czytało mi się dobrze.

Nie sądzę abym była osobą, do której jest adresowana ta książka. Dwadzieścia lat miałam dawno temu ale nie jest też tak, że zapomniałam jak to jest mieć tyle lat i jakie się ma wówczas marzenia, pragnienia, problemy itd.

Bohaterką książki jest dwudziestodwuletnia Bernadetta, zwana raczej Berni lub przez rodziców, Bernasia. Ma ona młodszego o dwa lata brata, Krystiana i mieszka w Kwidzynie. 
Ma też greckie korzenie gdyż jej mama, Larysa, pochodzi z Grecji a także niezwykłą pasję jaką jest jazda na motocrossie. 
Na co dzień pracuje tłumacząc greckie teksty na język polski a w ramach hobby z wielkim przekonaniem ćwiczy na torze motocrossowym. Kwidzyn dysponuje świetnym torem i dziewczyna bywa tam aby doskonalić swoje umiejętności.
Nie jest jej łatwo. Motocross jest raczej męskim sportem a niektórzy koledzy z toru wykazują się dość skostniałymi przekonaniami by nie rzec, że wręcz dyskryminują to, że na torze ściga się z nimi kobieta. 
Jednym słowem, Berni czuje się często przytłoczona tym, że usiłuje przebić się przez uprzedzenia. Ma jednak dobrego nauczyciela, jakim jest Patryk. Jest to mężczyzna mocno zdystansowany i wydaje się być dość oschły w kontaktach z Berni ale nauczycielem jest świetnym i Berni naprawdę zaczyna być coraz lepsza na torze.

Niemniej jednak, nie samym sportem Berni żyje. 
Na torze spotyka przystojnego i niezwykle miłego Huberta. 
I mimo, że jest przed nim ostrzegana, cóż, serce nie sługa…Z tym, że szybko okaże się co tak naprawdę stało za ostrzeżeniami ze strony znajomych ale o tym przeczytajcie już sami.

„Miłość musi być!” nie jest najbardziej oryginalną książką jaką czytałam. Ba, szczerze mówiąc, wszystko to już „znam”, pewne wątki przewidziałam na samym początku. 
Niemniej jednak skłamałabym gdybym powiedziała, że czytało mi się ją źle. Nie. Jest w niej wszystko to, czego można oczekiwać od wakacyjnej lektury na plażę na przykład. Jest więc budząca sympatię bohaterka, w pewnym momencie jest trochę ciepłej, wakacyjnej Grecji, w której życie płynie zdecydowanie wolniej niż w Polsce ale też ludzie często wydają się mieć z niego (czyli z życia) więcej radości mając czas i możliwość smakowania go, wreszcie są uczucia, o których wiele osób tak lubi czytać.

Niemniej jednak to, co na pewno mi się w niej podobało, to pewnego rodzaju przesłanie płynące z tej książki. A mianowicie, warto w życiu mieć swoje zainteresowanie, hobby, pasję. Jak zwał tak zwał. Chodzi w każdym razie o to, że warto jest mieć coś, co nas cieszy, w czym jesteśmy dobrzy, co robimy poza życiem zawodowym i co możemy rozwijać. 
Warto jest mieć w życiu coś, co dodaje mu kolorytu i radości, po prostu. 

Moja ocena tej książki to 4.5 / 6. 

„Wszystko będzie dobrze”. Renata Kosin.

 Wydana w Wydawnictwie FILIA. Poznań (2022).

Książka „Wszystko będzie dobrze” zauroczyła mnie swoim pozytywnym tytułem do tego stopnia, że kiedy znajoma spytała się mnie o to jakie tytuły winszowałabym sobie na niedawno mające miejsce Imieniny, bez wahania podrzuciłam i ten tytuł.
Bo tak, znam książki Autorki, lubię je, ostatnia świąteczna nosząca tytuł „Dzwonki, gwiazdki i słomki” ogromnie mi się podobała i to wcale nie ze względu na świąteczną tematykę a tu , z przykrością to napiszę, nie zachwyciła mnie aż tak. 

Nie wiem, może dlatego, że nigdzie nie doczytałam gdy sięgałam po to co o niej pisano, że akcja książki rozpoczyna się niemal idealnie wraz z wybuchem wiadomej nam i trwającej od marca 2020 roku pandemii. I niestety ale poczułam się z tym jakoś wyjątkowo niekomfortowo. Przyznaję, że sytuację pandemiczną znosiłam i znoszę nienajlepiej, z przeróżnych względów. Trochę nauczyłam się z nią „żyć” (ale co to za życie, kiedy z tyłu głowy jest myśl o nadchodzącej jesieni z jej dotychczas typowymi infekcjami sezonowymi i perspektywą jeszcze większego rozwoju niż obecnie samej choroby wiadomej).

Nie ukrywam, sięgałam po książkę z chęcią totalnego relaksu i odstresowania się od tego co doskwiera mi na co dzień a dostałam wspomnienia tego jak fatalnie czuliśmy się wszyscy (bądź może po prostu te osoby, które wiedzą, że choroba istnieje i jej nie kwestionują) w początku jej wybuchu. Przypomniały mi się wszystkie tamte lęki, zachowania się moje i innych, różne sprawy, o których pamiętać w ogóle już nie chcę i które wspomnieniami dobrymi nie są absolutnie. 
Nie wiem więc, być może ktoś o innej konstrukcji psychicznej , wrażliwości itd mniej by się tym przejął a może nawet wręcz uśmiał w kontekście przypomnienia sobie jak się może na wyrost kiedyś bał, przejmował itd. Na mnie niestety, niezbyt pozytywnie to podziałało. 

A przechodząc do treści, to akcja książki rozgrywa się właśnie w początkach pandemii w Polsce, na jednym z osiedli jakich wiele. W dwóch domach wielorodzinnych, położonych dość blisko, mieszka Idalia zwana Idą, trzydziestodziewięciolatka wychowująca sama nastoletniego syna, Kacpra i jej starsze ciotki, siostry bliźniaczki Wanda i Ofelia zwana Felutką. 
Ida i Kacper od niedawna mają w domu nowego mieszkańca, jakim jest sympatyczny psiak Lolek. 
Jak wspomniałam, wraz z wybuchem pandemii wiele się zmieniło. Ciotki Idy nie chcą dać sobie pomóc, a pierwotnie nawet izolują od niej i jej syna, co jeszcze tylko bardziej martwi kobietę. 
Niemniej jednak z czasem sytuacja się wyjaśni. 
Ciotki nie są kłopotliwe, mimo wieku zdecydowanie samodzielne ale Ida po prostu bardzo je lubi, zastępowały jej rodzinę, które wyemigrowała za granicę i chciałaby mieć z nimi kontakt jak do tej pory, mimo, że ograniczony przez pandemiczne wymogi.
Nie wie jednak, że nawet pandemia nie stanie na przeszkodzie dwóm starszym niewiastom, gdy wymyślą, że wyswatają nareszcie pewną młodą i bliską im kobietę. 
O tym jak stopniowo zmienia się sytuacja pandemiczna, jak ciotki knują swoją intrygę a także o paru innych sytuacjach, które można rzec, wykluły się całkowicie niezależnie od początkowych planów Wandy i Felutki opowiada „Wszystko będzie dobrze”.

Można potraktować tę książkę jako jeszcze jeden swoisty dziennik pandemii wraz z akcją po trochu opowiadającą o nas, zwykłych ludziach i naszym otoczeniu ale nie do końca wiem czy taki był zamysł autorki. 
Być może jednak komuś innemu spodoba się ta książka w większym stopniu niż mnie, czego oczywiście, życzę każdemu czytelnikowi.

Moja ocena to 4.5 / 6.

„To miłość!”. Erin McKean.

 „To miłość!Język miłości dla miłośników języka i nie tylko”

Wydana w Wydawnictwie  Świat Książki. Warszawa (2009).

Książka wpadła w moje ręce zupełnie przypadkowo, a to za sprawą naszej lokalnej książkodzielni, która kolejny raz pokazuje, że nie wszyscy traktują to miejsce jako skład starych, nie nadających się już do niczego, papierów.

„To miłość!” to napisana na wesoło opowieść o miłości (cóż za niespodzianka:) ) w rozmaitych językach. A raczej o tym jak w różmych językach mówi się o tym, że się kocha, jak się kocha, jak się opisuje danie komuś kosza, jak można nazwać kogoś pieszczotliwie, jak można zasugerować pożądanie, jak określić, że usycha się z miłości itd.
Jednym słowem, zabawa lingwistyczna. 
Nie wiem niestety czy wszystkie zaprezentowane w książce zwroty są naprawdę znane i w użyciu czy jedynie „kiedyś tak mawiano”, bo spytałam się z ciekawości znajomej od lat mieszkającej w Grecji o jedno takowe wyrażenie i ona nawet o nim nie słyszała a jej mąż, Grek, podobno może i słyszał ale stwierdził, że raczej tak się nie mówi. I bądź tu mądry człowieku.
Niemniej jednak co najmniej jedno wyrażenie użyte w książce wiem, że tak, jest używane (chodzi o hiszpańskie gordito/gordita) więc raczej podchodzę do tego, że ogólnie autorka postanowiła pobawić się językami obcymi właśnie w kontekście tego konkretnego uczucia.

Niemniej jednak część tych wyrażeń jest faktycznie w uźyciu, sprawdziłam w necie więc ogólnie podsumuję tę lekturę tak : Jeśli chcesz mieć rozrywkę językoznawczą a jednocześnie po prostu czegoś się dowiedzieć, śmiało sięgaj po „To miłość!”.

W rezultacie możesz wzbogacić swoje słownictwo o parę ciekawych fraz. Jak również zamyślić się nad tym, że niektóre z nich powtarzają się w różnych językach jak chociażby to gdy określamy swój stan zakochania jako ten, w którym wręcz szalejemy z miłości, tracimy rozum pod wpływem zakochania się.

Bardzo dobrze mi się czytało tę książkę i polecam ją Wam jeśli oczywiście. lubicie takie klimaty.


Moja ocena to 6/ 6.

„Adopcja”. Donna Leon.

 Wydana w Oficynie Literackiej Noir Sur Blanc. Warszawa (2022). Ebook.

Przełożył Marek Fedyszak.

Tytuł oryginaly Unto Us a Son Is Given.

Cieszę się, że Noir Sur Blanc trzyma się swojej niepisanej tradycji i wydaje w czasie lata nowe kryminały jednej z mich ulubionych autorek, którą jest Donna Leon.

I mimo, że czytam je mimo kryminalnego tła, jak relaksującą opowieść (w jakim innym kryminale śledczy może prowadząc sprawy kryminalne mieć czas na uczty kulinarne z żoną i z dziećmi, na podziwianie miasta, w którym mieszka i pracuje a także na niekończące się, spokojne rozmowy z żoną? Tymczasem komisarzowi Brunettiemu to właśnie się udaje i ma on czas zarówno na pracę jak i na wymienione przeze mnie czynności. Niemniej jednak, przymykam oko na te nie do końca możliwe do zaistnienia realia pracy śledczego i wraz z Brunettim przechadzam się po Wenecji, snuję refleksje dotyczące natury człowieka i zmieniającego się świata. 

Ale w „Adopcji” oczywiście będą też działy się sprawy wymagające prowadzenia śledztwa natury kryminalnej a nie tylko refleksyjnej.

Otóż do Brunettiego zwraca się stroskany losem przyjaciela i pewną podjętą przez tegoż, decyzją, teść Brunettiego. Komisarz rozmawia z teściem i szybko dowiaduje się, że sprawa dotyczy osoby, którą znają z Paolą i dziećmi osobiście. Chodzi o będącego już na emeryturze, byłego marszanda sztuki, ojca chrzestnego Paoli, Gonzalo Rodrigueza de Tajeda. 
Gonzalo, o czym hrabia Orazio Falier dowiedział się nieoficjalnie, chce dokonać pewnej wciąż rzadkiej czynności prawnej, jaką jest adopcja osoby dorosłej. Rzecz tyczy się zaś młodego mężczyzny, którym jest Attilio Circetti, markiz. 
Hrabia zwraca się do Brunettiego z nadzieją, że ten wymyśli coś aby zapobiec katastrofie. 
Ich rozmowa uświadamia im obu, że tak naprawdę obaj chyba oddalili się od Gonzalo, nie mają do końca wiedzy o tym, co się dzieje w jego życiu. Rodzą się jednak obawy, że ktoś wykorzystując starość tego człowieka, a również pragnienie bycia kochanym, perfidnie go wykorzysta. 

Tak naprawdę, to w „Adopcji” intryga kryminalna nie jest specjalnie skomplikowana i może i dobrze, że pojawia się dość poźno w książce. 
Nie jest to też może jeden z najlepszych kryminałów Donny Leon, miałam wrażenie pewego chaotyzmu, pojawiły się wątki, które mnie zainteresowały a które w sumie nie doczekały się konkretniejszego rozwiązania jak ten z sąsiadem Patty ale ogólnie dla osób, które lubią książki Donny Leon i które mają ochotę na niezobowiązującą lekturę w czasie urlopu, nie jest to wcale zła propozycja. Natomiast jak mówię, dla mnie ciut za mało kryminału, a jak już się pojawił, nie był zbyt dla mnie odkrywczy.

Moja ocena to 4.5 / 6. 

„Nieznajomy na tratwie”. Mitch Albom.

 Wydana w Wydawnictwie Zysk i S-ka. Poznań (2022). 

Przełożył Robert Filipowski. 
Tytuł oryginalny The Stranger in the Lifeboat.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

„(…) – Jak tego dokonałeś (…) ? Jak przetrwałeś taką drogę sam? 
– Nigdy nie byłem sam – odparł mężczyzna. 

To powinno być motto tej niezwykłej książki. Sięgnęłam po nią z premedytacją i wielkimi oczekiwaniami. I , szczęśliwie, nie zawiodłam się na niej ! 
Książki Mitcha Alboma znam od niedawna, z polecenia koleżanki (za które to polecenie jestem Jej ogromnie wdzięczna). Niedawno, co pamiętają zapewne stali czytelnicy mojego blogu, przeczytałam jego autorstwa „Pięć osób, które spotykamy w niebie” i kontynuację tejże, „Kolejna osoba, którą spotkamy w niebie” i byłam nimi zachwycona. 

O tej nie do końca wiedziałam, czego się po niej mogę spodziewać. 
Na pewno domyślałam się jednego, i tym razem książka skierowana jest do osób wierzących. Wiem, że nie wszystkim może to pasować, daję znać, bo po co ktoś ma sięgnąć po książkę i tylko się irytować?

Akcja książki znana jest nam z trzech rodzajów relacji. Pierwsza to, zatytułowana „Na morzu” relacja poznawana z pamiętnika jednego z rozbitków , Benji’ego. Pisze on w notesie relację z tego co się dzieje kierując ją do dawnej miłości, niejakiej Annabelle. Druga relacja to „Na lądzie” , tu poznajemy inspektora Jarty’ego LeFleura, który dostaje wiadomość na temat tego, że została znaleziona tratwa ratunkowa z jachtu Galaxy i który odnajduje zapiski Benji’ego i czyta owe notatki bez powiadomienia o tym kogokolwiek.
Trzecia zaś relacja to Wiadomości, z których głównie poznajemy bohaterów książki. 
Sama akcja rozpoczyna się w chwili gdy poznajemy dziesięcioro rozbitków ocalałych z katastrofy jachtu Galaxy. Grupa ta składająca się z dziewięciorga dorosłych i jednej dziewczynki nazywanej przez wszystkich Alice dryfuje od pewnego czasu po Atlantyku. 
Piękny jacht odbywał rejs noszący szumną nazwę „Wielka Idea”. Pokład zapełniony był i politykami i liderami technologii, biznesu. Również osoby znane ze świata sztuki i rozrywki. Wszyscy oni mieli podczas rejsu inspirować się do stworzenia idei potrzebnych do zmiany świata, oczywiście, na lepsze.
Niemniej jednak ów rejs w ostatnim jego dniu zostaje nagle przerwany gdyż zdarza się spektakularna katastrofa i jednostka niemal momentalnie tonie. 
Z jej pokładu ocalało dziesięć osób, zarówno zaproszonych na rejs gości jak i członków załogi. A są to narrator i autor notatek do Annabelle, Benji, Jason Lambert, który to jest właścicielem Galaxy, Nevin, , Geri, Yannis, pani Laghari, kucharz pochodzący z Haiti Jean Philippe i jego żona Bernadette, Nina i milcząca od samego początku dziewczynka, którą rozbitkowie nazwali Alice. 

I oto nagle okazuje się, że na falach dryfuje ktoś jeszcze. Rozbitkowie postanawiają oczywiście uratować owego mężczyznę, który to zaraz po dostaniu się na pokład tratwy oznajmia, iż …jest Bogiem. 
I tak oto, ocalali z katastrofy rozpoczynają nowy rozdział ich dryfowania po Atlantyku. Mało kto bowiem ma okazję płynąć z samym Bogiem, prawda?
Oczywiście, że nikt nie wierzy mężczyźnie, przynajmniej – początkowo. 
Z czasem jednak zaczynają dziać się przedziwne rzeczy, które śmiało można określić cudami. 
Mężczyzna na chwilę przynajmniej uzdrawia ciężko ranną (można rzec, umierającą Bernadette), powoduje ,że wzburzone morze uspokaja się. Z drugiej jednak strony, nie spełnia tak oczekiwanego przez resztę towarzyszy tej dziwnej podróży, spektakularnego cudu i nie zostają oni nagle uratowani. Rzekomo chodzi o to aby wszyscy uwierzyli w to, że mówi on prawdę ale tak naprawdę każdy z nich zapewne ma na ten temat własną teorię. 

I tak powoli, powoli poznajemy prawdę o tym jak doszło do tego, że takie towarzystwo znalazło się na tratwie, kim są poszczególni rozbitkowie. 

Gdybym miała powiedzieć, o czym tak naprawdę jest ta książka, stwierdziłabym, że o wierze. Wierze w Boga, która nie jest nam dana raz na zawsze. O wierze, która potrafi się załamać pod wpływem trudnych i ciężkich doświadczeń niektórych osób. O wierze, która innym osobom w trudnościach pomaga i stanowi dla nich swoistego rodzaju drogowskaz. 
O tym, że , cytuję „(…) Uczucie utraty to część powodu, dla którego jesteś na ziemi. Dzięki niemu doceniasz przelotny dar ludzkiej egzystencji i uczysz się miłować świat, jaki dla ciebie stworzyłem”. 
O tym, że Bóg zawsze jest przy nas, nawet jeśli wpadnięci w otchłań rozpaczy nie widzimy tego w ten sposób i że zawsze nam Pomaga.
Wreszcie o tym, że , znowu cytat, „(…) Czasami trzeba porzucić to, kim się było, żeby być tym, kim się jest”.
O tym, że nasza wiara potrafi być płynna, łatwo jest nam ją utracić ale jeśli jednak damy jej szansę, potrafi ona stać się na tyle silną by zdarzyły się w naszym życiu cuda.

Mój egzemplarz wygląda jak podręcznik do matury, kolorowy od karteczek indeksujących z zaznaczonymi ważnymi dla mnie i pięknymi cytatami, które mnie poruszyły. 
Nie oddam go nikomu 🙂  
Jak wspomniałam na początku wpisu, wiem, że „Nieznajomy na tratwie” to książka nie dla każdego. Ale dla tych, którzy zdecydują się po nią sięgnąć, jestem pewna, że okaże się cudownym literackim ale nie tylko, bo również duchowym, przeżyciem. 
To piękna i pokrzepiająca książka.

Bardzo, bardzo ją polecam a moja ocena to 6 / 6.