„Miłość musi być!”. Sylwia Kubik.

 Wydana w Wydawnictwie Skarpa Warszawska. Warszawa (2022).

Książkę wygrałam w konkursie na stronie Autorki na Fb.

Nie ukrywam, że kiedy pierwszy raz przeczytałam zapowiedź książki, zastrzygłam uchem bo w treści książki pojawia się, a jakże, Grecja. Miałam ochotę na coś letniego, właśnie chętnie z jakimś mocno z wakacjami kojarzącym się, kierunkiem i dlatego wzięłam udział w konkursie, w którym można było wygrać właśnie „Miłość musi być!”.

Jak się domyślałam, książka okazała się być właśnie dość lekką obyczajówką. Nie znam wcześniej wydanych w Polsce książek Autorki więc trudno jest mi porównać i stwierdzać czy jest podobna do wcześniejszych czy nie, powiem, że tę czytało mi się dobrze.

Nie sądzę abym była osobą, do której jest adresowana ta książka. Dwadzieścia lat miałam dawno temu ale nie jest też tak, że zapomniałam jak to jest mieć tyle lat i jakie się ma wówczas marzenia, pragnienia, problemy itd.

Bohaterką książki jest dwudziestodwuletnia Bernadetta, zwana raczej Berni lub przez rodziców, Bernasia. Ma ona młodszego o dwa lata brata, Krystiana i mieszka w Kwidzynie. 
Ma też greckie korzenie gdyż jej mama, Larysa, pochodzi z Grecji a także niezwykłą pasję jaką jest jazda na motocrossie. 
Na co dzień pracuje tłumacząc greckie teksty na język polski a w ramach hobby z wielkim przekonaniem ćwiczy na torze motocrossowym. Kwidzyn dysponuje świetnym torem i dziewczyna bywa tam aby doskonalić swoje umiejętności.
Nie jest jej łatwo. Motocross jest raczej męskim sportem a niektórzy koledzy z toru wykazują się dość skostniałymi przekonaniami by nie rzec, że wręcz dyskryminują to, że na torze ściga się z nimi kobieta. 
Jednym słowem, Berni czuje się często przytłoczona tym, że usiłuje przebić się przez uprzedzenia. Ma jednak dobrego nauczyciela, jakim jest Patryk. Jest to mężczyzna mocno zdystansowany i wydaje się być dość oschły w kontaktach z Berni ale nauczycielem jest świetnym i Berni naprawdę zaczyna być coraz lepsza na torze.

Niemniej jednak, nie samym sportem Berni żyje. 
Na torze spotyka przystojnego i niezwykle miłego Huberta. 
I mimo, że jest przed nim ostrzegana, cóż, serce nie sługa…Z tym, że szybko okaże się co tak naprawdę stało za ostrzeżeniami ze strony znajomych ale o tym przeczytajcie już sami.

„Miłość musi być!” nie jest najbardziej oryginalną książką jaką czytałam. Ba, szczerze mówiąc, wszystko to już „znam”, pewne wątki przewidziałam na samym początku. 
Niemniej jednak skłamałabym gdybym powiedziała, że czytało mi się ją źle. Nie. Jest w niej wszystko to, czego można oczekiwać od wakacyjnej lektury na plażę na przykład. Jest więc budząca sympatię bohaterka, w pewnym momencie jest trochę ciepłej, wakacyjnej Grecji, w której życie płynie zdecydowanie wolniej niż w Polsce ale też ludzie często wydają się mieć z niego (czyli z życia) więcej radości mając czas i możliwość smakowania go, wreszcie są uczucia, o których wiele osób tak lubi czytać.

Niemniej jednak to, co na pewno mi się w niej podobało, to pewnego rodzaju przesłanie płynące z tej książki. A mianowicie, warto w życiu mieć swoje zainteresowanie, hobby, pasję. Jak zwał tak zwał. Chodzi w każdym razie o to, że warto jest mieć coś, co nas cieszy, w czym jesteśmy dobrzy, co robimy poza życiem zawodowym i co możemy rozwijać. 
Warto jest mieć w życiu coś, co dodaje mu kolorytu i radości, po prostu. 

Moja ocena tej książki to 4.5 / 6. 

„Wszystko będzie dobrze”. Renata Kosin.

 Wydana w Wydawnictwie FILIA. Poznań (2022).

Książka „Wszystko będzie dobrze” zauroczyła mnie swoim pozytywnym tytułem do tego stopnia, że kiedy znajoma spytała się mnie o to jakie tytuły winszowałabym sobie na niedawno mające miejsce Imieniny, bez wahania podrzuciłam i ten tytuł.
Bo tak, znam książki Autorki, lubię je, ostatnia świąteczna nosząca tytuł „Dzwonki, gwiazdki i słomki” ogromnie mi się podobała i to wcale nie ze względu na świąteczną tematykę a tu , z przykrością to napiszę, nie zachwyciła mnie aż tak. 

Nie wiem, może dlatego, że nigdzie nie doczytałam gdy sięgałam po to co o niej pisano, że akcja książki rozpoczyna się niemal idealnie wraz z wybuchem wiadomej nam i trwającej od marca 2020 roku pandemii. I niestety ale poczułam się z tym jakoś wyjątkowo niekomfortowo. Przyznaję, że sytuację pandemiczną znosiłam i znoszę nienajlepiej, z przeróżnych względów. Trochę nauczyłam się z nią „żyć” (ale co to za życie, kiedy z tyłu głowy jest myśl o nadchodzącej jesieni z jej dotychczas typowymi infekcjami sezonowymi i perspektywą jeszcze większego rozwoju niż obecnie samej choroby wiadomej).

Nie ukrywam, sięgałam po książkę z chęcią totalnego relaksu i odstresowania się od tego co doskwiera mi na co dzień a dostałam wspomnienia tego jak fatalnie czuliśmy się wszyscy (bądź może po prostu te osoby, które wiedzą, że choroba istnieje i jej nie kwestionują) w początku jej wybuchu. Przypomniały mi się wszystkie tamte lęki, zachowania się moje i innych, różne sprawy, o których pamiętać w ogóle już nie chcę i które wspomnieniami dobrymi nie są absolutnie. 
Nie wiem więc, być może ktoś o innej konstrukcji psychicznej , wrażliwości itd mniej by się tym przejął a może nawet wręcz uśmiał w kontekście przypomnienia sobie jak się może na wyrost kiedyś bał, przejmował itd. Na mnie niestety, niezbyt pozytywnie to podziałało. 

A przechodząc do treści, to akcja książki rozgrywa się właśnie w początkach pandemii w Polsce, na jednym z osiedli jakich wiele. W dwóch domach wielorodzinnych, położonych dość blisko, mieszka Idalia zwana Idą, trzydziestodziewięciolatka wychowująca sama nastoletniego syna, Kacpra i jej starsze ciotki, siostry bliźniaczki Wanda i Ofelia zwana Felutką. 
Ida i Kacper od niedawna mają w domu nowego mieszkańca, jakim jest sympatyczny psiak Lolek. 
Jak wspomniałam, wraz z wybuchem pandemii wiele się zmieniło. Ciotki Idy nie chcą dać sobie pomóc, a pierwotnie nawet izolują od niej i jej syna, co jeszcze tylko bardziej martwi kobietę. 
Niemniej jednak z czasem sytuacja się wyjaśni. 
Ciotki nie są kłopotliwe, mimo wieku zdecydowanie samodzielne ale Ida po prostu bardzo je lubi, zastępowały jej rodzinę, które wyemigrowała za granicę i chciałaby mieć z nimi kontakt jak do tej pory, mimo, że ograniczony przez pandemiczne wymogi.
Nie wie jednak, że nawet pandemia nie stanie na przeszkodzie dwóm starszym niewiastom, gdy wymyślą, że wyswatają nareszcie pewną młodą i bliską im kobietę. 
O tym jak stopniowo zmienia się sytuacja pandemiczna, jak ciotki knują swoją intrygę a także o paru innych sytuacjach, które można rzec, wykluły się całkowicie niezależnie od początkowych planów Wandy i Felutki opowiada „Wszystko będzie dobrze”.

Można potraktować tę książkę jako jeszcze jeden swoisty dziennik pandemii wraz z akcją po trochu opowiadającą o nas, zwykłych ludziach i naszym otoczeniu ale nie do końca wiem czy taki był zamysł autorki. 
Być może jednak komuś innemu spodoba się ta książka w większym stopniu niż mnie, czego oczywiście, życzę każdemu czytelnikowi.

Moja ocena to 4.5 / 6.

„To miłość!”. Erin McKean.

 „To miłość!Język miłości dla miłośników języka i nie tylko”

Wydana w Wydawnictwie  Świat Książki. Warszawa (2009).

Książka wpadła w moje ręce zupełnie przypadkowo, a to za sprawą naszej lokalnej książkodzielni, która kolejny raz pokazuje, że nie wszyscy traktują to miejsce jako skład starych, nie nadających się już do niczego, papierów.

„To miłość!” to napisana na wesoło opowieść o miłości (cóż za niespodzianka:) ) w rozmaitych językach. A raczej o tym jak w różmych językach mówi się o tym, że się kocha, jak się kocha, jak się opisuje danie komuś kosza, jak można nazwać kogoś pieszczotliwie, jak można zasugerować pożądanie, jak określić, że usycha się z miłości itd.
Jednym słowem, zabawa lingwistyczna. 
Nie wiem niestety czy wszystkie zaprezentowane w książce zwroty są naprawdę znane i w użyciu czy jedynie „kiedyś tak mawiano”, bo spytałam się z ciekawości znajomej od lat mieszkającej w Grecji o jedno takowe wyrażenie i ona nawet o nim nie słyszała a jej mąż, Grek, podobno może i słyszał ale stwierdził, że raczej tak się nie mówi. I bądź tu mądry człowieku.
Niemniej jednak co najmniej jedno wyrażenie użyte w książce wiem, że tak, jest używane (chodzi o hiszpańskie gordito/gordita) więc raczej podchodzę do tego, że ogólnie autorka postanowiła pobawić się językami obcymi właśnie w kontekście tego konkretnego uczucia.

Niemniej jednak część tych wyrażeń jest faktycznie w uźyciu, sprawdziłam w necie więc ogólnie podsumuję tę lekturę tak : Jeśli chcesz mieć rozrywkę językoznawczą a jednocześnie po prostu czegoś się dowiedzieć, śmiało sięgaj po „To miłość!”.

W rezultacie możesz wzbogacić swoje słownictwo o parę ciekawych fraz. Jak również zamyślić się nad tym, że niektóre z nich powtarzają się w różnych językach jak chociażby to gdy określamy swój stan zakochania jako ten, w którym wręcz szalejemy z miłości, tracimy rozum pod wpływem zakochania się.

Bardzo dobrze mi się czytało tę książkę i polecam ją Wam jeśli oczywiście. lubicie takie klimaty.


Moja ocena to 6/ 6.

„Adopcja”. Donna Leon.

 Wydana w Oficynie Literackiej Noir Sur Blanc. Warszawa (2022). Ebook.

Przełożył Marek Fedyszak.

Tytuł oryginaly Unto Us a Son Is Given.

Cieszę się, że Noir Sur Blanc trzyma się swojej niepisanej tradycji i wydaje w czasie lata nowe kryminały jednej z mich ulubionych autorek, którą jest Donna Leon.

I mimo, że czytam je mimo kryminalnego tła, jak relaksującą opowieść (w jakim innym kryminale śledczy może prowadząc sprawy kryminalne mieć czas na uczty kulinarne z żoną i z dziećmi, na podziwianie miasta, w którym mieszka i pracuje a także na niekończące się, spokojne rozmowy z żoną? Tymczasem komisarzowi Brunettiemu to właśnie się udaje i ma on czas zarówno na pracę jak i na wymienione przeze mnie czynności. Niemniej jednak, przymykam oko na te nie do końca możliwe do zaistnienia realia pracy śledczego i wraz z Brunettim przechadzam się po Wenecji, snuję refleksje dotyczące natury człowieka i zmieniającego się świata. 

Ale w „Adopcji” oczywiście będą też działy się sprawy wymagające prowadzenia śledztwa natury kryminalnej a nie tylko refleksyjnej.

Otóż do Brunettiego zwraca się stroskany losem przyjaciela i pewną podjętą przez tegoż, decyzją, teść Brunettiego. Komisarz rozmawia z teściem i szybko dowiaduje się, że sprawa dotyczy osoby, którą znają z Paolą i dziećmi osobiście. Chodzi o będącego już na emeryturze, byłego marszanda sztuki, ojca chrzestnego Paoli, Gonzalo Rodrigueza de Tajeda. 
Gonzalo, o czym hrabia Orazio Falier dowiedział się nieoficjalnie, chce dokonać pewnej wciąż rzadkiej czynności prawnej, jaką jest adopcja osoby dorosłej. Rzecz tyczy się zaś młodego mężczyzny, którym jest Attilio Circetti, markiz. 
Hrabia zwraca się do Brunettiego z nadzieją, że ten wymyśli coś aby zapobiec katastrofie. 
Ich rozmowa uświadamia im obu, że tak naprawdę obaj chyba oddalili się od Gonzalo, nie mają do końca wiedzy o tym, co się dzieje w jego życiu. Rodzą się jednak obawy, że ktoś wykorzystując starość tego człowieka, a również pragnienie bycia kochanym, perfidnie go wykorzysta. 

Tak naprawdę, to w „Adopcji” intryga kryminalna nie jest specjalnie skomplikowana i może i dobrze, że pojawia się dość poźno w książce. 
Nie jest to też może jeden z najlepszych kryminałów Donny Leon, miałam wrażenie pewego chaotyzmu, pojawiły się wątki, które mnie zainteresowały a które w sumie nie doczekały się konkretniejszego rozwiązania jak ten z sąsiadem Patty ale ogólnie dla osób, które lubią książki Donny Leon i które mają ochotę na niezobowiązującą lekturę w czasie urlopu, nie jest to wcale zła propozycja. Natomiast jak mówię, dla mnie ciut za mało kryminału, a jak już się pojawił, nie był zbyt dla mnie odkrywczy.

Moja ocena to 4.5 / 6. 

„Nieznajomy na tratwie”. Mitch Albom.

 Wydana w Wydawnictwie Zysk i S-ka. Poznań (2022). 

Przełożył Robert Filipowski. 
Tytuł oryginalny The Stranger in the Lifeboat.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

„(…) – Jak tego dokonałeś (…) ? Jak przetrwałeś taką drogę sam? 
– Nigdy nie byłem sam – odparł mężczyzna. 

To powinno być motto tej niezwykłej książki. Sięgnęłam po nią z premedytacją i wielkimi oczekiwaniami. I , szczęśliwie, nie zawiodłam się na niej ! 
Książki Mitcha Alboma znam od niedawna, z polecenia koleżanki (za które to polecenie jestem Jej ogromnie wdzięczna). Niedawno, co pamiętają zapewne stali czytelnicy mojego blogu, przeczytałam jego autorstwa „Pięć osób, które spotykamy w niebie” i kontynuację tejże, „Kolejna osoba, którą spotkamy w niebie” i byłam nimi zachwycona. 

O tej nie do końca wiedziałam, czego się po niej mogę spodziewać. 
Na pewno domyślałam się jednego, i tym razem książka skierowana jest do osób wierzących. Wiem, że nie wszystkim może to pasować, daję znać, bo po co ktoś ma sięgnąć po książkę i tylko się irytować?

Akcja książki znana jest nam z trzech rodzajów relacji. Pierwsza to, zatytułowana „Na morzu” relacja poznawana z pamiętnika jednego z rozbitków , Benji’ego. Pisze on w notesie relację z tego co się dzieje kierując ją do dawnej miłości, niejakiej Annabelle. Druga relacja to „Na lądzie” , tu poznajemy inspektora Jarty’ego LeFleura, który dostaje wiadomość na temat tego, że została znaleziona tratwa ratunkowa z jachtu Galaxy i który odnajduje zapiski Benji’ego i czyta owe notatki bez powiadomienia o tym kogokolwiek.
Trzecia zaś relacja to Wiadomości, z których głównie poznajemy bohaterów książki. 
Sama akcja rozpoczyna się w chwili gdy poznajemy dziesięcioro rozbitków ocalałych z katastrofy jachtu Galaxy. Grupa ta składająca się z dziewięciorga dorosłych i jednej dziewczynki nazywanej przez wszystkich Alice dryfuje od pewnego czasu po Atlantyku. 
Piękny jacht odbywał rejs noszący szumną nazwę „Wielka Idea”. Pokład zapełniony był i politykami i liderami technologii, biznesu. Również osoby znane ze świata sztuki i rozrywki. Wszyscy oni mieli podczas rejsu inspirować się do stworzenia idei potrzebnych do zmiany świata, oczywiście, na lepsze.
Niemniej jednak ów rejs w ostatnim jego dniu zostaje nagle przerwany gdyż zdarza się spektakularna katastrofa i jednostka niemal momentalnie tonie. 
Z jej pokładu ocalało dziesięć osób, zarówno zaproszonych na rejs gości jak i członków załogi. A są to narrator i autor notatek do Annabelle, Benji, Jason Lambert, który to jest właścicielem Galaxy, Nevin, , Geri, Yannis, pani Laghari, kucharz pochodzący z Haiti Jean Philippe i jego żona Bernadette, Nina i milcząca od samego początku dziewczynka, którą rozbitkowie nazwali Alice. 

I oto nagle okazuje się, że na falach dryfuje ktoś jeszcze. Rozbitkowie postanawiają oczywiście uratować owego mężczyznę, który to zaraz po dostaniu się na pokład tratwy oznajmia, iż …jest Bogiem. 
I tak oto, ocalali z katastrofy rozpoczynają nowy rozdział ich dryfowania po Atlantyku. Mało kto bowiem ma okazję płynąć z samym Bogiem, prawda?
Oczywiście, że nikt nie wierzy mężczyźnie, przynajmniej – początkowo. 
Z czasem jednak zaczynają dziać się przedziwne rzeczy, które śmiało można określić cudami. 
Mężczyzna na chwilę przynajmniej uzdrawia ciężko ranną (można rzec, umierającą Bernadette), powoduje ,że wzburzone morze uspokaja się. Z drugiej jednak strony, nie spełnia tak oczekiwanego przez resztę towarzyszy tej dziwnej podróży, spektakularnego cudu i nie zostają oni nagle uratowani. Rzekomo chodzi o to aby wszyscy uwierzyli w to, że mówi on prawdę ale tak naprawdę każdy z nich zapewne ma na ten temat własną teorię. 

I tak powoli, powoli poznajemy prawdę o tym jak doszło do tego, że takie towarzystwo znalazło się na tratwie, kim są poszczególni rozbitkowie. 

Gdybym miała powiedzieć, o czym tak naprawdę jest ta książka, stwierdziłabym, że o wierze. Wierze w Boga, która nie jest nam dana raz na zawsze. O wierze, która potrafi się załamać pod wpływem trudnych i ciężkich doświadczeń niektórych osób. O wierze, która innym osobom w trudnościach pomaga i stanowi dla nich swoistego rodzaju drogowskaz. 
O tym, że , cytuję „(…) Uczucie utraty to część powodu, dla którego jesteś na ziemi. Dzięki niemu doceniasz przelotny dar ludzkiej egzystencji i uczysz się miłować świat, jaki dla ciebie stworzyłem”. 
O tym, że Bóg zawsze jest przy nas, nawet jeśli wpadnięci w otchłań rozpaczy nie widzimy tego w ten sposób i że zawsze nam Pomaga.
Wreszcie o tym, że , znowu cytat, „(…) Czasami trzeba porzucić to, kim się było, żeby być tym, kim się jest”.
O tym, że nasza wiara potrafi być płynna, łatwo jest nam ją utracić ale jeśli jednak damy jej szansę, potrafi ona stać się na tyle silną by zdarzyły się w naszym życiu cuda.

Mój egzemplarz wygląda jak podręcznik do matury, kolorowy od karteczek indeksujących z zaznaczonymi ważnymi dla mnie i pięknymi cytatami, które mnie poruszyły. 
Nie oddam go nikomu 🙂  
Jak wspomniałam na początku wpisu, wiem, że „Nieznajomy na tratwie” to książka nie dla każdego. Ale dla tych, którzy zdecydują się po nią sięgnąć, jestem pewna, że okaże się cudownym literackim ale nie tylko, bo również duchowym, przeżyciem. 
To piękna i pokrzepiająca książka.

Bardzo, bardzo ją polecam a moja ocena to 6 / 6. 

„Anne z Avonlea”. Lucy Maud Montgomery.

 Wydana w Wydawnictwie Marginesy. Warszawa (2022).

Przełożyła Anna Bańkowska.
Tytuł oryginalny Anne of Avonlea.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa

Nie ukrywam, że nigdy nie była w bardzo silnej drużynie Ani z Zielonego Wzgórza. Owszem, pierwszą część serii znała i to dość dobrze ale pozostałych, pomimo, że przeczytałam, nie pamiętam niemal w ogóle (o dziwo, najlepiej pamiętam fragrmenty tej, w której Anne ma już dorosłe dzieci a akcja jej trwa w czasie I WŚ). 

Z tym większą chęcią sięgnęłam po wydaną niedawno „Anne z Zielonych Szczytów” w nowym i budzącym żywe emocje (a czasem wręcz chyba zbyt żywe reakcje) , tłumaczeniu pani Anny Bańkowskiej. Tamta część ogromnie mi się podobała, ciekawa zatem byłam tej, która rozpoczyna się w chwili gdy Anne jest już starszą dziewczyną, nastolatką, mającą lat szesnaście i pół i szykującą się do swojej pierwszej poważnej pracy jako nauczycielki w szkole podstawowej w Avonlea.

Anne wkracza w nowy rozdział życia w sposób dla siebie typowy czyli pełna optymizmu i żywiołowości. Dziewczyna ma również wiele oczekiwań i przekonań co do tego jak powinna wyglądać jej droga nauczania. Jest jednak przekonana, że wszystko ułoży się dobrze, w końcu spokojem, cierpliwością i wytrwałością uda się jej przekonać do siebie nawet najbardziej niechętnych sobie uczniów, o ile oczywiście tacy w ogóle będą. 

W „Anne z Avonlea” pozostają znane nam już postaci jak oczywiście tytułowa bohaterka i Marilla, jej opiekunka , pani Rachel Lynde. Są też przyjaciele i koleżanki i koledzy jak Diana i Gilbert. 

Pojawiają się jednak nowe postaci i jest ich całkiem sporo, bo i zjawia się nowy sąsiad Marilli i Anne, pan Harrison, dwoje nowych dzieci w Zielonych Szczytach, jakimi są sześcioletnie bliźnięta Dora i Davy Keith, którymi zajmują się Marilla i Anne. Jest też tajemnicza początkowo postać Lavender Lewis, z którą jednak Anne momentalnie znajduje wspólny język i czuje, że to kolejna pokrewna dusza w jej życiu. 

Pisząc o książce w innym miejscu spotkałam się z paroma zarzutami co do książki. Że jest gorsza od pierwszej części, że zabawna w swojej rozszczebiotanej wersji jedenastoletnia Anne przybywająca do Avonlea, w kolejnej części w takiej wersji staje się nieco uciążliwa i jeszcze parę innych. Ja powiem wprost, że zupełnie tak tej części nie postrzegam. 
Muszę wręcz powiedzieć, że podobała mi się ta druga część równie jak pierwsza i podobnie jak tamta, „Anne z Avonlea” stanowiła coś w rodzaju ciepłego koca, którym mogłam się otulić od stóp do głów i poczuć się jakby ktoś opowiadał mi pokrzepiającą historię. A takich właśnie historii zdecydowanie teraz potrzebuję. I właśnie taką otrzymałam. 

Wprowadzenie między znane nam postaci osób nowych zdecydowanie jest dobrym zabiegiem. Poznajemy ich losy, czasem bardziej, czasem mniej zabawne a Anne ma w tej części okazję po raz kolejny działać na rzecz zarówno lokalnej społeczności jak również, nieść dobro i pomagać poszczególnym jednostkom. 

Na samym końcu książki zbieg okoliczności zaś sprawia, że Anne dowiaduje się od Marilli, że będzie mogła spełnić jedno ze swoich do tej pory niedościgłych marzeń a mianowicie rozpocząć od nowego roku szkolnego naukę na Uniwersytecie w Redmond. Nie udaje się zresztą na ten uniwersytet sama. Wraz z nią rozpocznie też naukę Gilbert. Gilbert, na którego Anne spojrzy pod koniec tej książki w zupełnie nowy sposób. 

Zastanawiam się nad tym, co czyni książkę taką, która powoduje falę ciepła rozchodzącą się po moim serduchu a taka właśnie była zarówno pierwsza jak i druga część opowieści o Anne. Może to, że opowiada o zwykłych ludziach ale w jakiś taki przyjemny sposób. Że mimo, że ludziom tym przydarzają się rozmaite nieszczęścia to nie jest tak, że ich życie to nieustające pasmo zła? 
Na pewno postać Anne, wcale nie postrzeganej przeze mnie jako infantylnej a raczej wesołej i tak, mocno żywiołowej gaduły, która chce dla innych dobra, wnosi do książki po raz kolejny dużo radości i powoduje, że nie raz się uśmiechnęłam. 

Dodam jeszcze, że bardzo pasuje mi to nowe, już omawiane nie raz i często krytykowane (przy czym nie znam , nie czytałam ale się wypowiem) tłumaczenie książek autorstwa Anny Bańkowskiej. Wnosi sporo ożywczego klimatu a jednocześnie nie sili się na zbytnią przesadę w stronę nowoczesności.

Jeśli dodać do tego świetne opracowanie graficzne książki , wychodzi na to, że jest to jedna z najładnie wydanych i najbardziej pasujących mi przeczytanych w tym roku książek. 

Moja ocena to 6 / 6. 

„Córka rzeźbiarza”. Tove Jansson.

 Wydana w Wydawnictwie Marginesy. Warszawa (2016). Ebook.

Przełożyła Teresa Chłapowska.

Tytuł oryginalny Bildhuggarens dotter.

„Córka rzeżbiarza” to, przyznaję, pierwsza moja książka autorki cyklu o Muminkach, po którą sięgnęłam wiedziona ciekawością jak odbiorę coś zupełnie innego od książek, które znam od dziecka. Jest to bowiem książka zdecydowanie skierowana do czytelnika innego niż Muminki. Przede wszystkim, czytelnika dorosłego. 
I , co ciekawe, o ile w przypadku Muminków uważam , że to książki uniwersalne i dla osób w każdym wieku (nawet nie wiem czy z czasem dorośli nie wynoszą z nich jeszcze więcej niż dzieci, ot, moja refleksja), to tu odnoszę wrażenie, że jednak jest to książka stricte dla osób dorosłych.

„Córka rzeźbiarza” to zbiór kilkunastu opowiadań, wspomnień, reminiscencji z czasów dzieciństwa Tove Jansson. 
I chociaż jest napisana w bardzo ładny sposób, nieco poetycki, a raczej czasem realistyczny, czasem mocno bajkowy czy wręcz oniryczny, to przez całą lekturę „uwierał” mnie jeden fakt. Otóż owe wspomnienia dzieją się w życiu dziecka ale relacjonowane są w sposób zdecydowanie należący do osoby dorosłej. Wyrażenia, zasób słownictwa, styl. To już nie jest relacja parolatki czy nawet nastolatki a zdecydowanie osoby starszej. Niemniej jednak to jedyna rzecz, do której mogę się „przyczepić”.
Tak poza tym, to całość jest bardzo ładnie napisana, niezwykle plastyczna, widać, że autorka wzrastała w domu artystów gdyż miejscami miałam wrażenie, że dziedziczy rzeźbiarski talent ojca, rzeźbiąc słowa tej książki.

Poszczególne rozdziały opowiadają o życiu w nadmorskim domu, o rzeźbach tatusia i pracy mamy (nie wiem, znów, jak w Muminkach ojciec nazywany jest „tatusiem”, matką zaś jest „mamą”. Kwestia tłumaczenia? język fiński nie przewiduje zdrobnienia słowa matka? nie wiem, taka moja refleksja). O zabawach z kuzynostwem i przyjaciółmi, o morzu, które odgrywa ważną rolę gdy się nad nim mieszka i odgrywa tę ważną rolę w najrozmaitszych aspektach, o licznych, towarzyszących rodzinie, zwierzętach. Najbardziej ujęło mnie ostatnie opowiadanie, o Bożym Narodzeniu ale właściwie przyjemność miałam z czytania każdego ze zbioru.

Myślę,że to dobra książka na letnie popołudnie w hamaku gdy dookoła rozkwita natura i słychać przyjemne brzęczenie pszczół.
Plastyczna , zmysłowa w takim nieerotycznym aspekcie, zwyczajnie, dobra lektura na przyjemnie spędzony nad książką czas.
Moja ocena to 6 / 6.

„Yurei. Niesamowite duchy w kulturze japońskiej”. Zack Davisson.

Wydana w Wydawnictwie Uniwersytetu Jagiellońskiego. Kraków (2018).

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Parę tygodni temu zerknęłam na półkę z książkami, które czekają na swoją kolejkę i przypomniałam sobie o tej, którą kiedyś otrzymałam od Wydawnictwa. Nie, nie do recenzowania, wtedy wpis pojawiłby się o wiele wcześniej ale jako prezent za udział w jakiejś dyskusji lub czymś podobnym.

Tak czy inaczej, ogromnie się wtedy z niej ucieszyłam a oto teraz nadszedł jej czas.

Dawno , dawno temu , jeszcze jako nastolatka, w kultowej i niestety, nieobecnej już na mapie kulturalnej Warszawy, księgarni „Wena” na Placu Wilsona, nabyłam sobie album „Sztuka japońska w zbiorach polskich”. Na reprodukcjach zobaczyłam wiele postaci opisanych w tej książce.
Zdradzeni małżonkowie nawiedzający po śmierci niewiernych partnerów, złośliwe istoty, które straszą wojowników, wreszcie, płaczący duch dziewczyny wynurzający się ze studni i mający ze sobą talerze, które rozpaczliwie przelicza. Rozpaczliwie, bowiem duch dziewczyny nigdy kompletu doliczyć się nie może.

O świecie duchów, ogromnie istotnym dla Japończyków zarówno tych z poprzednich wieków jak i współczesnych, opowiada właśnie książka „Yurei”.
Tym bardziej, że jak mówi na samym początku książki Davisson, sam z żoną, Japonką, zamieszkiwał stare domostwo posiadające na stanie własnego ducha. I, gdy opowiadali znajomym Japończykom o tym, co się dzieje w domu, nikt nie miał wątpliwości co zakłóca porządek i rutynę codzienności. Ani chybi dom posiadał swojego własnego yurei.

W książce autor w sposób zdecydowanie przystępny i ciekawy przedstawia dokładną klasyfikację duchów japońskich. Przybliża nam zarówno dawne dzieła sztuki czy to pisane czy dzieła sztuki jak obrazy. To porządne usystematyzowanie pozwala nam rozpoznać poszczególne duchy we współczesnej czy wręcz popularnej sztuce jak chociażby filmowej, o czym zresztą autor pisze również.
I nagle , nawet dla miłośników kultury japońskiej, wiele dawno obejrzanych czy przeczytanych japońskich horrorów zaczyna jawić się jeszcze jaśniej, bo nagle rozpoznajemy w nich obecności właśnie dawnych wierzeń i przekonań. I ja jeszcze pełniej teraz mogę cieszyć się swoim ulubionym albumem „Sztuka japońska w zbiorach polskich”, bo zwyczajnie zdobyta podczas lektury wiedza , wzbogaca doznania artystyczne.

Autor ciekawie przedstawia zarówno genezę powstania wiary na temat danego ducha, jak wymienia to, gdzie możemy w sztukach wszelakich te duchy napotkać ale również odnosi się do dawnych wierzeń czy zwyczajów. Przybliża nam chociażby to jak wygląda japońskie święto Obon, czyli święto zmarłych. Święto to trwa aż trzy dni, sprasza się wtedy byty duchowe na ucztę i tańce. Towarzyszą też temu ognie rozpalane początkowo w celu by duchy mogły odnaleźć drogę do domu a potem by pokierować je z powrotem do krainy umarłych. Musi być to naprawdę spektakularny widok gdy na zboczach gór płoną ogromne ogniska wskazujące drogę a następnie rzeką, w kierunku morza, spławiane są tysiące lampionów ze świecami, które mają wskazywać drogę powrotną duchom.

Nie wiem, na ile czujecie się zainteresowani kulturą Japonii. Dla mnie ten kraj jest interesujący od bardzo, bardzo dawna (zapewne od pierwszego obejrzanego przeze mnie odcinka „Oshin”).
Dla osób, które interesują się krajem kwitnącej wiśni, lektura tej książki z pewnością będzie ogromnie ciekawa i zdecydowanie warto jest po tę okraszoną dość dużą ilością ilustracji, pozycję sięgnąć.

Bonusem są fragmenty poszczególnych opowieści o duchach i zjawach na końcu książki.

Moja ocena to 6 / 6.

„Kolejna osoba, którą spotkamy w niebie”. Mitch Albom.

 Wydana w Wydawnictwie Zysk i S-ka. Poznań (2019). Ebook. 

Przełożył Jakub Jedliński. 
Tytuł oryginalny The Next Person You Meet in Heaven.

Po bardzo dobrej pierwszej części dylogii noszącej tytuł „Pięć osób, które spotykamy w niebie”, o której pisałam chwilę temu sięgnęłam po tę i ponownie jestem zadowolona z lektury.
W tej części poznajemy losy Annie, którą to dziewczynkę „poznaliśmy” w pierwszej części. Annie została uratowana w czasie dramatycznych wydarzeń mających miejsce w parku rozrywki Rubyland a uratował ją wówczas nikt inny jak Eddie. 

Eddie po swojej śmierci każdą z pięciu osób napotkanych w niebie pytał o to czy udało się przeżyć tej małej dziewczynce ale nikt nie udzielił mu wówczas na to odpowiedzi. Lub może udzielił ale już po tym jak zakończyliśmy lekturę książki abyśmy nie wiedzieli o tym i mieli przyjemność z czytania dalszego ciągu tej niezwykłej opowieści.

Ponownie poznajemy losy bohaterki, która trafia do nieba i również ona, jak Eddie, spotyka tam pięć ważnych dla niej osób, które w ten lub inny sposób miały wpływ na jej życie. 
„Kolejna osoba, którą spotykamy w niebie” ma konstrukcję podobną do pierwszej części czyli poznając pięć osób napotkanych przez Annie w niebie również poznajemy pięć momentów granicznych jej życia. Również lekcje, jakie udzielają jej napotkane osoby, mogą wydawać się podobne do tych, jakie poznaliśmy w opowieści o Eddim. Miłość, rodzina, wybaczenie, nie chowanie w sobie urazy, to wszystko pozwala nam czuć się spokojnie i szczęśliwie. 

Spodobała mi się proza tego autora. Sięgnę na pewno po coś więcej co wyszło spod jego pióra. Mam chęć na coś, co jest krzepiące i dodające otuchy. 

Moja ocena ponownie 6 / 6. 

„Pięć osób, które spotykamy w niebie”. Mitch Albom.

 Wydana w Wydawnictwie Zysk i S-ka. Poznań (2019).  Ebook.

Przełożyła Joanna Puchalska. 

Tytuł oryginaly The Five People You Meet in Heaven.

Jest to książka, po którą sięgnęłam z polecenia. Tak, tak. Ja bardzo chętnie słucham czyichś polecanek książkowych a tę poleciła mi Autorka blogu nie tylko o książkach https://maniaczytania.home.blog/

„Pięć osób, które spotykamy w niebie” to książka, po której nie wiedziałam, czego dokładnie się spodziewać ale zauroczył mnie jej tytuł.

Ta niewielka ( i chwała jej za to) w sumie objętościowo książka niesie ze sobą wystarczająco dużo wartościowej treści aby nie rozwlekać jej niepotrzebnie na ogromną ilość stron. Jest to ciepła, spokojna opowieść, która podejrzewam, że nie wszystkim czytelnikom spodobałaby się za jej spokojny klimat i raczej refleksyjną aurę. Mnie za to urzekła i swoim klimatem, niosącym spokój i pokrzepienie i całościowym wydźwiękiem mówiącym po pierwsze, że miłość jako ogólne pojęcie, zwycięża wszystko ale również to, że możliwe jest odkupienie naszych win. 

Jak we wstępie do książki napisał sam autor, każdy z nas ma swoją wizję nieba a na pewno ma ją każda z religii i , cytuję, „(…) wszystkie one zasługują na szacunek”. 
Sądzę, że „Pięć osób, które spotykamy w niebie” najbardziej trafi jednak do osób, które są wierzące. Nie skupiam się teraz jaką religię wyznają ale chodzi o sam fakt. Albowiem, co prawdziwie stwierdza Mitch Albom, każdy kto jest wierzący ma jakąś swoją wizję nieba i zapewne jednak, nadzieję,że kiedyś dane mu będzie przekonać się na ile ta wizja czy oczekiwania są trafione. 
Ja na przykład od dawna zapowiedziałam, że chcę iść tylko do takiego Nieba, w którym oprócz kochanych dla mnie osób spotkam też wszystkie zwierzaki, które kochałam podczas ziemskiego życia. 

Jak powiedziałam, ta książka to niedługa opowieść o Eddiem. Eddie to starszy już mocno pan, wdowiec, który niemal całe swoje życie spędził pracując w Rubylandzie, wesołym miastezku położonym nad brzegiem oceanu.

Eddie sprawował tam rolę konserwatora urządzeń w parku rozrywki i co za tym idzie, pełnił rolę osoby, na barkach której spoczywała odpowiedzialność za bezpieczeństwo uczestników zabawy w Rubylandzie. 
Książka zaczyna się w momencie przełomowym w życiu bohatera albowiem dosłownie na chwilę przed tym jak umrze. 
Pewnego dnia, na skutek nieszczęśliwego zbiegu okoliczności, dochodzi do wypadku i Eddie , usiłując ratować małą dziewczynkę, umiera i trafia do nieba. 

Tam spotyka tytułowe pięć osób, które pozwolą Eddiemu nie dość, że zrozumieć, że nikt z nas nie jest bezwartościowy , to jeszcze to, że on sam jest bardzo ważny i istotny. Eddie dowie się też, że możemy liczyć na to, że możemy odpokutować za nasze winy. 
Nie mogę stwierdzić, że „Pięć osób, które spotykamy w niebie” jest jakąś innowacją niosącą prawdy objawione. W żadnym wypadku. Jednak Mitch Albom w nienachalny sposób stosując ciekawy zabieg przypomina nam o tym, co powinno być w naszym życiu ważne jeśli nie najważniejsze. 
Rodzina, bliscy, przyjaciele. Odpuszczenie komuś tego, co nam zrobił i nie duszenie w sobie poczucia złości i pretensji. Jak usłyszy w niebie od trzeciej spotkanej osoby, jaką była Ruby, żona założyciela wesołego miasteczka, cytuję, „(…) Duszenie gniewu w sobie zatruwa. Zżera od środka”. Niby znamy, niby wiemy o co chodzi, prawda? Ale tak często o tym zapominami i dajemy się ponieść jeśli nie pretensjom to wręcz często złości do kogoś za wyrządzone winy. 

Co mnie ujęło w tej książce? Jej spokój. Tak. Mimo tego, że dzieje się tu coś smutnego , bo i wypadek i śmierć i wszystkie wydarzenia opisane w książce (Eddie spotyka Niebieskiego Człowieka, swojego kapitana z wojska, panią Ruby, nieżyjącą od dawna żonę, Marguerite i małą dziewczynkę a wszyscy oni mają dla niego opowieści o tym jak się przecięły ich losy i jaki miał wpływ Eddie na nie ale i jaki miały wpływ te osoby na życie Eddiego) to ta opowieść tchnie jakimś takim spokojem, ukojeniem, pokrzepieniem. 
Pisałam to niedawno przy zupełnie innej książce a mianowicie opisując książkę „Ona i jej kot”, że obecnie, tak mi się przynajmniej wydaje, potrzebujemy książek niosących ze sobą pokrzepienie i optymizm. Przekonanie, że wszystko będzie dobrze, że jakoś się nam sprawy ostatecznie poukładają. 
Ale najpiękniejsza „lekcja” jaka płynie z książki „Pięć osób, które spotykamy w niebie” to ta, że żebyśmy nie wiem jak się umniejszali, żebyśmy nie wiem jak źle o sobie myśleli, to jesteśmy niezwykle ważni i dla innych Osób i dla świata. A przede wszystkim jesteśmy ważni dla Boga.

Moja ocena to 6 / 6.