„Ostatnie fado”. Iwona Słabuszewska-Krauze.

Ostatnie fado

 

Wydana w Wydawnictwie Otwarte. Kraków (2011).

Książkę tę zakupiłam właściwie „w ciemno” kiedy polecił mi ją ktoś, kto wie, jak fascynuje mnie Lizbona. Zaczęłam czytać w maju, ale to był straszny czas i książka została rzucona w kąt bardzo szybko po czym nastąpiła przerwa od książek w ogóle na dłuższy czas. Potem do książek wróciłam, ale ta wciąż leżała i czekała na swoją kolej. Nie ukrywam, nawet trochę pożałowałam, że ją kupiłam, jako, że zaczęłam się obawiac, że będzie to książka o miłości jak to sugerowano na okładce. Nie chcę tu krytykować tych, którzy lubią taką literaturę, ja akurat nie przepadam i jak się tak zastanawiam, to o wielkich miłościach potrafię czytać jedynie w wybranym towarzystwie latynoskim, czyli Marqueza lub Llosy. A tak, to sami wiecie, że książek o romansach czy wielkich miłościach nie czytam bo mnie na ogół nużą. Nie lubię jednak tego uczucia, kiedy książka leży zaczęta na półce i niemal patrzy na mnie w wyrzutem.

Dałam jej więc drugą szansę i okazało się to bardzo dobrym pomysłem.Owszem, jest w tej książce wątek miłości, ale…nie tylko tej między ludźmi a przede wszystkim, co mnie właśnie zachwyciło, jest miłość do miasta i do fado właśnie. 

Owo tytułowe „Ostatnie fado” to podsumowanie czyjegoś życia, jakby ostatnie fado wyśpiewane na scenie w świetle reflektorów, kiedy ponownie można zrzucić z siebie maskę , którą nosi się na co dzień i wyrzucić z siebie emocje, namiętności, wręcz porywczość drzemiącą w człowieku.
Nie tak dawno właśnie kiedy pisałam o tym, że fado zostało wpisane na listę niematerialnego dziedzictwa ludzkości ktoś z Was spytał mnie czym tak naprawdę jest fado. Pomimo, że odkąd byłam w Lizbonie pokochałam ten gatunek muzyki, nie umiem jasno zdefiniować, czym jest ten gatunek muzyki. W „Ostatnim fado” autorce udaje się w piękny sposób sformułować definicję tegoż. Padną w niej między innymi słowa „Kto nie zna fado, nie zna życia!” i muszę powiedzieć, że właściwie mogę się pod tymi słowami podpisać.
Trudno jest mi tak naprawdę określić, kto tak naprawdę jest głównym bohaterem tej książki. Czy Alicja, która wybiera się do Lizbony pod wpływem impulsu aby osobiscie oddać list od swego kuzyna, który prosił ją o wysyłkę tegoż do tajemniczej kobiety Rosy mieszkającej w Lizbonie właśnie? Czy może tajemnicza Rosa? A może Teresa, którą szukając Rosę Alicja w Lizbonie pozna? Może dla odmiany głównym bohaterem jest fado, gatunek muzyki przepełniony namiętnością, emocjami jak mało który? A może sama Lizbona? Może Fernando Pessoa, którego fragmenty życia również poznajemy w książce? A może nie ma tam jednego głównego bohatera, może i ludzie i muzyka i miasto są równorzędnymi postaciami, o których snuje się opowieść…

Alicja trafia do miasta niemal na krańcu Europy i poznaje je dopiero na miejscu, tak więc stanowi ono dla niej jedną wielką tajemnicę. Zaopatrzona w niezwykły przewodnik sprzed osiemdziesięciu niemal lat, którym są zapiski Fernando Pessoa na temat Lizbony jego czasów wędruje po mieście, patrzy na nie jego oczami, odwiedza miejsca, które odwiedzał on sam ale również te, które zostają jej polecone w czasie pobytu w stolicy Portugalii. Oczywiście nie zapomina o swoim głównym celu czyli odszukaniu Rosy, o której dość szybko dowiaduje się, że była ona znaną swego czasu fadistą, jednak nie jest to takie łatwe, jak początkowo mogło by się jej wydawać. Po drodze Alicja przestaje odczuwać presję odnalezienia Rosy, poddaje się natomiast rytmowi miasta, jego życiu, wtapia się w nie i odkrywa tajemnice nie tylko samego miasta jak i również napotkanych po drodze osób, w tym również swojego własnego kuzyna. Dużo tak, jak wspomniałam na temat samego fado, jego siły i mocy ale także o tym, jak można fado utracić. 

Podoba mi się opis tego gatunku muzyki poprzez opinie osób, o których jest książka, przez to, co same czują na jego temat, z przyjamnością czytałam to, co sama jakoś intuicyjnie do tej pory na temat fado odczuwałam. Na przykład czytać tam możemy, że „Senhora na pewno nie wie, że fado, jakim go wyśpiewasz, takim wraca do ciebie”.
Albo też „Fado jest piękne. Tęskne jak saudade, namiętne jak uczucie, smętne jak…życie. To muzyka ulicy. Prawdziwa, bo zrodzona z wrażliwych serc.(…) Ach, fado nie da się wytłumaczyć ani opisać, fado się czuje.”
I, co się sprawdziło w moim przypadku w stu procentach „Kto usłyszy fado, już zawsze będzie je kochał. (…) Głębokie uczucia, fatalizm, tajemniczość ubrane w słowa poruszały serca”.
I jeszcze „Ten, kto śpiewa fado, całym sobą musi oddać się tej muzyce. Całą swoją tęsknotę, wszystkie swoje uczucia i myśli, wszystkie wspomnienia…Musi podzielić się z fado tym wszystkim, co go boli, co cieszy lub smuci, co go do głębi porusza. Tak jak dzieli się życie z ukochaną osobą. Fado jest jak zaborczy kochanek”.

Tak, po tym wszystkim, co napisałam coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że bohaterem tej książki tak naprawdę jest własnie fado, ta niezwykła poruszająca serca muzyka, wyrywająca z głębi serca to wszystko, co wydawało nam się, że już dawno zostało tam pogrzebane, aby nigdy nie ujrzeć światła dziennego. 
I tak, jak fadista wychodzi na przyciemnioną scenę aby ubrana w czarną suknię, z czarnym szalem narzuconym na ramiona, przystrojona w piękną biżuterię i śpiewa nam opowieść o życiu, o tym, co się w nim zyskuje ale i co często traci, o tym, co się kocha i za czym się tęskni, co mamy a czego nam brak, tak w tej książce opowieść pewnej kobiety zdaje się być takim właśnie ostatnim wyśpiewanym przez nią fado. 
Muszę powiedzieć, że bardzo mi się ta książka podobała i w rezultacie bardzo dobrze się stało, że do niej powróciłam po pół roku.

Moja ocena książki to 5 / 6.

„Christmas”, Michael Buble.

Buble

 

Postanowiłam napisać parę słów na temat płyty „Christmas” Michaela Buble, którą się zachwyciłam. Muszę powiedzieć, że na ogół nie zwracam uwagi na te świąteczne płyty pojawiające się na rynku, aczkolwiek nie zawsze, czasem któraś mnie skusi a już na pewno kiedy usłyszałam, że Buble wyśpiewał swoje świąteczne piosenki z pewnością dość sugestywnie to okazałam, skoro Mikołaj podrzucił mi ją jako prezent. Słucham jej sobie od 6 grudnia, doszłam bowiem do wniosku, że kiedy mam jej słuchać jak nie teraz? I muszę przyznać, że po raz kolejny Michael Buble zachwycił mnie. Jest to jak się zastanowię, praktycznie jedyny mężczyzna, którego lubię słuchać.

Płyta mnie ogromnie zachwyciła i naprawdę bardzo się z niej cieszę. Nie chcę bawić się w krytyka muzycznego, bo nim nie jestem, więc napiszę po prostu parę słów na jej temat. Oto więc Michael Buble postanowił przedstawić nam swoje wersje najbardziej popularnych i co tu dużo kryć lubianych anglojęzycznych piosenek okołoświątecznych, jak ja to nazywam. Mamy i „Jingle Bells” wyśpiewane fantastycznie wraz z chórkiem Puppini Sisters (ach, KONIECZNIE wyszukajcie sobie ich zdjęcia w internecie;), mamy duet „White Christmas” wyśpiewany z Shanią Twain, mamy też duet z Thalią, meksykańską piosenkarką, z którą Buble śpiewa „Feliz Navidad” (po jej słuchaniu umiem już złożyć życzenia Świąteczne i Noworoczne tym, których rodzimym językiem jest język hiszpański;). 
Jest też także „Silent Night” wraz z dziecięcym chórem, przy której niestety, cały czas łzawią mi oczy i bardzo podniosła „Ave Maria”…
Jest zupełnie nowa i bardzo przyjemna interpretacja „All I want for Christmas is you” (przyzwyczaiłam się do wykonania Mariah Carey a tu coś nowego, świeżego i bardzo ładnego).

Cała płyta utrzymana jest w klimatach jazzowych (swingowych) i naprawdę wprowadza w miły relaksujący nastrój a mnie z pewnością pomaga w moich ostatnich niefajnych nastrojach. 
Szczerze napiszę, jestem nią dosłownie zachwycona. Praktycznie każdy utwór mi się podoba, ale jeśli już musiałabym napisać, które podobają się tak naj naj to jest to „Have yourself a Merry little Christmas”, „Santa Claus is coming to town”, „Baby please come home” i „Cold december night”.

Moja ocena to 6 / 6. 

„Zajazd „Jerozolima” „. Martha Grimes.

zajazd Jerozolima

 

Wydana w Wydawnictwie W.A.B. Warszawa (2011).
Przełożył Grzegorz Sowula.
Tytuł oryginału Jerusalem Inn.

„Zajazd „Jerozolima” ” to kolejna opowieść o inspektorze Jury i jego pomocniku, Melrose Plancie, który to zrzekł się tytułu szlacheckiego czym wpędził w nerwicę swoją arcydenerwującą cioteczkę Agathę. Drogi Jury i Planta kolejny już raz splotą się przy okazji zbrodni popełnionej na angielskiej prowincji. 

Tym razem akcja rozpoczyna się parę dni przed Świętami Bożego Narodzenia gdy Jury poznaje podczas odwiedzin na miejscowym cmentarzu pewną sympatyczną kobietę, Helen Minton. Niby niedługa rozmowa, uzupełniona odwiedzinami u kobiety a jednak Jury żegna się z nią z cieniem nadziei, że jeszcze się spotkają. Nie jest im to dane, następnego dnia bowiem dowiaduje się o śmierci nowej znajomej. Śmierci, która jak się szybko okaże słusznie, wydaje się inspektorowi dość podejrzana.

Spytacie kiedy splotą się po raz kolejny ścieżki Jury i Melrose Planta? Niebawem gdyż Plant wraz ze znajomą Vivian i swoją denerwującą ciotką Agathą ma spędzać Święta w dawnym opactwie, przerobionym na posiadłość angielskiej arystokracji. Szybko dowiadujemy się, iż jednym z gości zaproszonych do celebrowania Świąt Bożego Narodzenia w tejże posiadłości jest malarz, kuzyn zamordowanej Helen, z którym to inspektor chce się spotkać.

Dalej jest bardzo w stylu i klimacie kryminałów Agathy Christie, bowiem w owej wielkiej wiejskiej posiadłości zostaje niejako odciętych od świata przez padający i zasypujący wszystko śnieg kilkanaście osób, zupełnie różnych.

Jest więc stara posiadłość, smakowite jedzenie, sporo alkoholu, zbyt dużo sekretów, co nie zaskakuje specjalnie, wiele namiętności, co również nie jest zbytnio nowe, ale mimo to całość jak najbardziej przyjemna do czytania i akurat jako lektura przed Świętami dla tych, którzy lubią kryminały Marthy Grimes. 
Atmosfera przedświąteczna sprzyja wymyślaniu kolejnych atrakcji (w końcu ile można siedzieć przy kominku sącząc kolejnego drinka i prowadzić nic nie znaczące rozmowy?) i oto pewnego wieczoru pada z czyjejś strony uwaga, że brakuje jedynie morderstwa. Można by powiedzieć, że jakiś tajemniczy chochlik wysłuchuje owego życzenia, bowiem zbrodnia zdarzy się dość szybko od jego wypowiedzenia. 

Dalej, jak się domyślamy, nastąpi właśnie ponowne spotkanie inspektora Jury i Melrose Planta, które oczywiście zaowocuje rozwiązaniem zbrodni, tym razem z pewnym zaskoczeniem, ale nie chcę nic więcej pisać.

Moja ocena to 5 / 6.

 

pierwsza kartka świąteczna…

…dotarła do mnie wczoraj, od tej samej co zawsze Osoby. Stało się tradycją, że pierwsza kartka na każde Święta nadciąga z Gdańska, dziękuję;) czas się zabrać za wypisywanie naszych…

Dostałam też pocztówkę od Czary, która spędziła właśnie ekscytujący czas daleko, daleko na innym kontynencie, a mianowicie z Kuala Lumpur. Na kartce jest zdjęcie jednej z hinduistycznych świątyń w Malezji. Widać głównie kłębiące się stado gołębi (ptak, który jest wszędzie;), które poderwały się do lotu za sprawą zdążającego do świątyni wiernego. Dziękuję za pamięć i pocztówkę, która jak widzę, doszła bardzo szybko (no i dla mnie powód do radości, że doszła w ogóle). Znaczek też fajny bo z żółwiem, o tym. Bardzo lubię żółwie. Mają charakter odmienny od mojego cechują się spokojem, którego nigdy nie uświadczę, tak mi się przynajmniej wydaje, i o tym charakterze i o spokoju;)

Dziś Mikołajki, mój Mikołaj podarował mi muzyczny upominek, świąteczną płytę Michael’a Buble’a. Widzę, że stara się jak może, aby choć trochę poprawić mój nieciekawy teraz szczególnie nastrój związany z nadchodzącymi trudnymi dniami roku…Bardzo mi się płyta podoba…Ale ja w ogóle lubię tego wykonawcę, tak mi się kojarzy, pewnie przez to, że głównie śpiewa standardy, ze starym dobrym stylem, nawet wygląd ma według mnie nie do końca współczesny, nie bardzo mogę go sobie wyobrazić w dżinsach czy t-shircie…;) elegancki, przystojny mężczyzna. No, ale miało być o Mikołajkach. 

Jako, że jestem kolekcjonerem wspomnień dziś jedno takie. Wspomagane w pamięci na pewno zdjęciem z tej imprezy. Impreza raczej była noworoczna, bo rzecz działa się w czasach mojego dzieciństwa, kiedy zakłady pracy organizowały raczej imprezy noworoczne, nie Mikołajkowe chyba (chociaż kto wie? może? jakiegoś Mikołaja w przedszkolu pamiętam jak przez mgłę). Tamta impreza raczej nie była jednak Mikołajkowa, rzecz miała miejsce w zakładzie pracy Ojca, na ogół chodziłam na te w maminym, ale tym razem poszliśmy tam. I oto widzę małą Chiarkę, w sztruksowej sukieneczce, w kieszonce obowiązkowo malutki wytarty od ściskania małymi dziecięcymi łapami misiek, włoski krótkie (moja biedna Mama naprawdę chyba myślała, że podcinanie na krótko wzmocni moje włosy, nie stało się tak jednak, włos jednak nie trawa). Chiarka dzierży w rękach paczkę, nagrodę, za dzielne wyrecytowanie wierszyka o Nowym Roczku. (Wiecie, że do dziś dnia go prawie całego pamiętam?:). Chwilę przedtem bowiem miała w rękach najprawdziwszy mikrofon do którego się produkowała. Kilkanaście lat potem perspektywa wystąpienia przed obcym tłumem napawa ją już raczej uczuciem paniki, co zostało jej do dziś, występy publiczne to dla mnie prawdziwa zmora, aczkolwiek odnoszę wrażenie, że osoby postronne tego nie wiedzą i …niech tak zostanie. W ściskanej paczce oczywiście jakaś czekolada (myślę, że prawdziwa, jeszcze nie było to jakieś czekoladopodobne świństewko), pomarańcza, jakieś cukierki, coś może jeszcze…nie pamiętam…Fajne były te imprezy z zakładów pracy rodziców;) sporo wtedy imprezowałam, można powiedzieć…

bardziej…

…osobiście miało być po książce „Japoński codziennik. Część pierwsza” Aleksandry Watanuki i będzie tu właśnie. Po pierwsze, dopiero w druku jakoś odczułam, że autorka najprawdopodobniej ma wiele ze mną wspólnego. Postrzegania świata, ludzi, podejścia do niego. Pewnie gdyby tak nie było, nie czytałabym Jej blogu aczkolwiek wcale nie jest to takie oczywiste bowiem na liście blogów mam wiele takich, które opisują życie zupełnie inne niż moje, postawy skrajnie różne od moich itd itp a mimo to chętnie je czytam czy zaglądam do autorów piszących. 

Widzę jednak, że polponka ma bardzo podobne podejście do blogowania, jak ja. Na wiele spraw patrzy podobnie. 

Podczas lektury tej książki odczułam ogromne emocje, naprawdę…Dawno coś tak mnie osobiście nie poruszyło. Czy to jakaś warstwa tej książki czy tak się po prostu stało, że ta książka trafiła na dany czas i emocje, w każdym razie poruszyła jakieś dawno nie ruszane struny w duszy…Myślę, że jednak poniekąd wyszło to przypadkiem. 

Jestem człowiekiem wspomnień. Jak niektórzy sięgają do szkatułki z biżuterią aby wyjąć jakiś szczególnie piękny klejnot, tak ja sięgam do pamięci, z której wyjmuję jakieś wspomnienia. Nie zawsze są one, niestety piękne, ale to już inna sprawa, staram się jednak dbać i pielęgnować właśnie te dobre, piękne. 

Czytając książkę przypomniałam sobie blog, czasy, kiedy czytałam blog autorki codziennie i właśnie Jej oczami poznawałam japońską codzienność. Nie tak dawno to przecież się działo a jednak pomiędzy początkiem zapisków (wraz z komentarzami w tym moimi) w moim życiu zdarzyło się tyle, że czytałam to niemal jak zapiski nie sprzed lat dwóch ale co najmniej pięciu, jeśli nie więcej……..

Aleksandra Watanuki pisze w swojej książce „W każdym języku są słowa, które idealnie oddają istotę jakiegoś stanu. Słowa, które bardzo trudno jest przetłumaczyć, ale kiedy się je pozna, nie można uwierzyć, że dotychczas udało się jakoś bez nich obyć”. To prawda! Dla mnie takim słowem jest portugalskie „saudade”, ja jestem saudade…Podczas lektury tej książki cały czas miałam właśnie takie swoje prywatne saudade. Nostalgia targała mną silnie. Ogromnie mnie poruszyły te strony… Niby to tylko dwa lata a wydawało mi się, że tak dawno…Pamiętałam dokładnie, czego dotyczyły moje wpisy u autorki, które zostały wykorzystane w książce, co wtedy działo się w moim życiu, co mnie cieszyło bądź co akurat wtedy smuciło. Wiele wpisów jakże aktualnych, na przykład ten o zmianie płci czy o narastającej agresji w internecie, a raczej agresji uczestników rozmaitych form aktywności internetowej czy to na forach czy to na blogach.

Przypomniałam więc sobie dzięki tej książce i samo czytanie bloga Aleksandry i tamtych współczytaczy jak to nazywam sobie na użytek własny. Przypomniały się tamtejsze emocje i pojawił się żal za tym co przeszło, nie wróci, co nie było takie złe (chociaż czy wtedy o tym się wiedziało? ano nie zapewne)…

Autorka blogu pisze zarówno o kraju, w którym żyje, jak i o otaczających ją ludziach ciepło i niejako z czułością, to też przypomniało miłą atmosferę panującą na Jej blogu, atmosferę miejsca, gdzie jak w przytulnym gościnnym domu zawsze zostało się przywitanym, poczęstowanym dobrą herbatą i ciepłym słowem…..

Właściwie na swój sposób blog jak i książka stanowi nie tylko o Japonii, a o życiu. To taki przepis na dobre , szczęśliwe życie. Jak sama się domyślam, autorka wciąż sama szuka na to recepty, jak kilka razy sama pisała w odniesieniu do innych spraw, ale poniekąd sama wystawia swoim czytelnikom receptę na bycie lepszym  po prostu bycie lepszym człowiekiem, na cieszenie się życiem. Nie ma tam zbędnego intelektualizowania, żadnej wyolbrzymionej filozofii. Ale jest to „coś” za czym ogromnie zatęskniłam i do czego bardzo chciałabym wrócić, mam nadzieję, że polponka wróci do nas ze swoim blogowaniem.  Przy okazji wiele wspomnień dotyczących również blogujących u Niej osób, znajome nicki, które gdzieś tam po drodze poznikały…jak zwykle, trochę za wiele melancholii  i tęsknoty. 

Jak pisałam, to po trochu tez i o samym blogowaniu, o zaskoczeniach, jak pisanie blogu niesie ze sobą i te miłe elementy i te bardzo nieprzyjemne. Ja wiem, wiem każdy z nas pisząc blog ma obrazy w oczach innych. Ci inni je sobie tworzą, pewnie tak samo, jak ja tworzę sobie te obrazy innych. I zdaję sobie sprawę,że te obrazy są najczęściej mijające się albo dość dalekie od prawdy. Nie dlatego, że pisząc blog kłamiemy, chociaż oczywiście, że są osoby tworzące urojone fikcyjne rzeczywistości, jednak mówię tu o normalnych jednostkach, które piszą po prostu dla siebie , chcąc się wypisać. Po prostu pisząc nie mamy ani obowiązku ani chęci pisać o wszystkim i wykładać przysłowiową kawę na ławę. I pewnie stąd i różne oczekiwania i tak różne zdania na nasz temat różnych osób, które tak naprawdę nas nie znają przecież…Ja sama w przeciągu paru zaledwie dni przeczytałam o sobie dwie tak zupełnie skrajne, wykluczające zdawało by się opinie a przecież dwie różne osoby myślą tak o jednej. Kiedyś być może bardziej bym to przeżywała, teraz wiem, że taka to kolej rzeczy, kiedy w jakiś sposób utrzymujemy kontakty chociażby tylko te na piśmie…

Wokół autorki zdaje się być dużo ludzi, życzliwych Jej. Tak mi się przynajmniej wydaje po lekturze zarówno blogu jak i książki. 

Na koniec cytaty, który ogromnie mnie poruszyły:

„W świecie rozbitym na kilka kawałków da się żyć. Trzeba tylko uważać aby przeskakując z jednego na drugi, nie poranić się o ostre krawędzie. I aby nie przechylić się za mocno i nie wpaść w przepaść między nimi”. 

 

„Żeby tak można było łyknąć tabletkę od tęsknienia, tak jak się łyka proszek od bólu głowy”.

I ostatni, poruszający ogromnie, który sprawia, że chciałabym sama móc coś takiego kiedyś o sobie napisać, jak również wszystkim życzliwym duszom stanu takiego życzyć bym życzyła:

„Więc jestem niektórym potrzebna. Więc niektórym podoba się to, co robię. Więc niektórzy akceptują mnie taką, jaką jestem, nawet jeżeli ja sama mam co do siebie spore wątpliwości…Więc nie zostanę kiedyś całkiem sama, nawet jeśli uparcie będę sobą…”.

„Japoński codziennik. Część pierwsza”. Aleksandra Watanuki.

japoński codziennik

 

Wydana w Wydawnictwie Waneko. Warszawa (2011).

Mam dobrą wiadomość dla miłośników i współczytelników blogu http://www.japoniacodzienna.blox.pl który jakiś czas temu został zamknięty. Na rynku pojawiła się książka powstała na podstawie tego właśnie blogu.

Kiedy na blogu polponki wyczytałam wiadomość, że coś takiego będzie miało miejsce, że książka, która powstanie będzie drukiem blogu, wtedy, no cóż,  nie ukrywam, że początkowo gdzieś w duchu nie wzbudziło to do końca mojego entuzjazmu. No bo jak to pomyślałam blog to „żywe” pisanie, żywy kontakt z czytelnikiem. Jak więc to ma wyglądać na papierze? 
Ale już pierwsze chwile, które spędziłam z „Japońskim codziennikiem” (jego pierwszą częścią) dowiodły tego, że rację mieli mądrzy ludzie w wydawnictwie, którzy się na to pokusili i wyszło świetnie według mnie. Tak w ogóle to moich wpisów na temat książki będą dwa. Ten jest pierwszy i stanowić będzie recenzję książki. W drugim będzie bardziej „osobiście”, ale domyślam się, że dla szukających informacji o samej książce osobiste wynurzenia chiary niekoniecznie muszą zdać się tym, o czym marzą. 

Według mnie świetnym pomysłem okazało się właśnie pozostanie w konwencji blogu. Wybrane wpisy są bowiem okraszone naszymi, czytelników tegoż, komentarzami. Nie ukrywam, że bardzo przyjemnie jest zobaczyć swój komentarz w druku, trochę poczułam się, jakbym miała malusieńki, ale jednak wkład w powstanie książki. 
Pierwsza część obejmuje czas mniej więcej roku, od końca października 2008 do października 2009 roku. Poznajemy początki blogowania autorki, która opisuje swoje życie w Japonii. Kraju tyleż dla nas ciekawym i tajemniczym co jawiącym się jako chyba nigdy do końca nie poznanym. A może tylko ja mam takie wrażenie? Być może, mam do tego prawo.
Nie jest to jednak, siłą rzeczy i dobrze, typowa książka opisująca życie obcokrajowca w Japonii. Piszę bardzo dobrze, bo to właśnie dodaje tej książce autentyzmu. Widać bowiem, że autorka zaczynając prowadzić blog nie nastawiała się na pewno na fakt wydania go kiedyś. Powstało więc coś ciekawego dla tych, którzy interesują się Japonią niekoniecznie tylko pod kątem kolejnej atrakcji turystycznej. Aleksandra Watanuki bowiem w swoim blogu pisała o zwykłym życiu w Kraju Kwitnącej Wiśni, zawierając najrozmaitsze przemyślenia i obserwacje na temat Japonii.

Autorka spędziła w tym kraju ponad 20 lat i jest wspaniałym (według mnie) mieszkańcem kraju, o jakim to każdy kraj marzyć powinien rozpatrując gości napływowych, którzy z czasem wtapiają się w japońską codzienność. Aleksandra Watanuki bowiem właśnie wtapia się doskonale w życie w tym dla wielu tak obcym kraju, z łatwością, na którą jednak ma receptę. Receptę, o którą niełatwo niejednemu a mianowicie, ma otwartą głowę, jest tolerancyjna, co nie znaczy, że nie widzi problemów czy nawet nazwijmy to „różnic” (chociaż wiem, że wyrażenie „różnice kulturowe” zapewne rozdrażniły by autorkę). Ale (co właściwie można potraktować jako niezłą receptę na życie po prostu) przyjmuje to, co zastaje z szacunkiem, wychodząc zapewne z założenia, że dopóki jej tu nie było, świat, w który wkracza istniał i miał się dobrze, co zatem idzie nie ma potrzeb rewolucji akurat z jej strony. Ja przynajmniej tak to właśnie postrzegam. 

Blog wspominam z wielkim rozrzewnieniem, jako, że osobiście znalazłam na nim to, czego szukałam chcąc poznać Japonię tę nie z folderów turystycznych czy nawet mądrych kompendiów na temat a Japonię codzienną, zwykłego człowieka zamieszkującego jakieś swoje własne miejsce w tym kraju. Sporo dowiedziałam się o zwyczajach, obyczajach, mentalności mieszkańców tego kraju. Wiele rzeczy już wcześniej wiedziałam, niektóre nie i z wielkim zainteresowaniem czytałam wtedy o tym na bieżąco na blogu autorki. Muszę jednak przyznać, że coś tam zawsze umknie i tym większa radość była, gdy przypominałam sobie te wpisy podczas lektury książki. Zresztą -nie ja jedna. Blog polponki był bardzo popularny i chętnie odwiedzany, pamiętam liczbę komentarzy pod każdym z wpisów. Z czasem wytworzyła się grupa „stałych” czytelników, z sentymentem przypomniałam sobie niektóre nicki, które i u mnie na blogu swego czasu bywały (pozdrawiam e-katkę, annę_w_japonii, siamsoleils, tak tak, Twoje komentarze też są w tej książce;).

Dla mnie, nie wielkiego tam znawcy, ale po prostu sympatyka Japonii, i blog i wydana książka stanowiły wielką frajdę i atrakcję i na pewno sięgnę po mającą się ukazać (jak wyczytałam na stronie Wydawnictwa Waneko) w przyszłym roku część drugą tym bardziej, że jest trochę zdjęć (kolorowych i czarno białych) jak również linków do filmów w internecie dotyczących wydarzeń opisywanych w książce. 
Myślę, że nie zawiedzie nikogo kto interesuje się Japonią. 

Ja się nią zachwyciłam i moja ocena to 6 / 6. (Z rozmaitych powodów, o których niebawem).

Acha i jeszcze, cytując z okładki książki „15% dochodów ze sprzedaży pierwszego wydania książki zostanie przekazane na pomoc ofiarom trzęsienia ziemi w Japonii z 11.03.2011”.

„Drugie życie pana Roosa”. Hakan Nesser.

Drugie życie pana Roosa.

Wydana w Wydawnictwie Czarna Owca. Warszawa. (2011).
Przełożyła Patrycja Włóczyk
Tytuł oryginału Berattelse om Herr Roos.

Pisałam o tym w poprzedniej recenzji niedawno przecież czytanej książki Hakana Nessera, czyli „Całkiem innej historii”, że autor myślę już teraz, że celowo stosując taki zabieg, czyni ze swoich postaci osoby poddane jakiejś bliżej nieznanej nam sile. Bohaterowie jego książek zdają się nam być bezwolni, nie mają wpływu na swoje życie, często są wręcz bezradni. Najczęściej wydają się być na siłę wmanewrowani w sytuację bez wyjścia, w historie, które siłą rzeczy dzieją się bez możliwości wpłynięcia na ich bieg. Tak, jakby ktoś bawił się nimi jak marionetkami (tak powtarzam się sama) i kierował nimi zacierając ręce i śmiejąc się w kułak…Na pewno nie napawa to optymizmem i obala jakże chętnie przez niektórych cytowane powiedzonko o byciu kowalem własnego losu. 

Początkowo ten schemat kryminałów Hakana Nessera, które są oprócz kryminałów czymś jeszcze zupełnie innym nieco mnie drażniła. Ale od „Całkiem innej historii” chyba już mnie to nie drażni. 
Stwierdzam nawet, że jest coś intrygującego w tym rozpatrywaniu po raz kolejny tej bezradności? zależności od „niewiadomego” bohaterów tworzonych na kartach książek Nessera. Być może autor w ten sposób sam po raz kolejny rozprawia się ze swoimi refleksjami, a może wręcz obawami, które zdają się z tych książek przebijać. Czy naprawdę zawsze możemy czuć się panami swojego losu, sytuacji, w której przyszło nam się znaleźć? Czy na pewno możemy czuć, że mamy nad naszym życiem i tym, co się w nim wydarza, pełną kontrolę? Czy jest to raczej przyczynek do tego aby sprowokować los do kiepskiego żartu?

Wspomniałam, że książki Hakana Nessera nie są tylko kryminałami i tak ja przynajmniej je odbieram. Według mnie to często nie są do końca kryminały a rozważania o człowieku, jego naturze, spojrzenie na współczesnego człowieka i jego kondycję przez pryzmat akcji mającej w sobie elementy kryminału. Gdyby bowiem tak nie było, nie działo by się , jak w tej książce, gdzie właściwie do połowy jej nie ma nawet wzmianki o jakimś przestępstwie. No, chyba, że za przestępstwo uznamy fakt, że pewien mężczyzna, który czuje, jak jego życie stało się beznadziejne i nudne i bez sensu tak naprawdę, zatai przed żoną ogromną wygraną na loterii. 
I z dnia na dzień postanowi póki jeszcze może a trafiły się na to środki, coś w tym beznadziejnym życiu zmienić. Proszę o wystąpienie tych państwa, którzy chociaż raz w życiu pomyśleli, że coś tam poszło nie do końca zgodnie z oczekiwaniami i chcieliby chociażby w minimalnym stopniu móc wpłynąć na to, co zdarzyło się w przeszłości w ich życiu. Ależ proszę się tak nie tłoczyć i nie przepychać…

Bohater, którym jest tytułowy pan Roos postanowił coś zmienić, a przynajmniej sprawić sobie samemu powód do tego aby myśleć, że nie wszystko jeszcze w jego życiu stracone. Los postawi mu na drodze Annę, której matka jest Polką. Anna to kolejna osoba po przejściach, do niedawna przebywała w ośrodku leczenia uzależnień. Ale również postanowiła coś zmienić w swoim życiu i zrobić coś dla siebie. Tych dwoje los zetknie ze sobą na zawsze i w nieodwracalny sposób. 

Mam wrażenie, że Hakan Nesser tworzy większość swoich postaci w sposób, który czytelników do nich zniechęca. Przynajmniej ja jak do tej pory nie umiałam współczuć tymże czy jakoś bardzo przejmować się ich losem.  Nie lubię ich po prostu. Nie wiem, czy zabieg ten autor stosuje celowo czy też wychodzi mu to zupełnie przypadkowo. Ale mimo to jesteśmy ciekawi ich losów i tego, co dalej wydarzy się w ich życiu.

W tej książce sporo jest refleksji człowieka przegranego, który chce wyrwać się z tego, w czym tkwi od lat, jest też opowieść o dwójce osamotnionych ludzi, którzy przypadkowo spotkali się pewnego dnia i których los połączył ze sobą na zawsze. 

Zwolennikom wartkiej akcji i tradycyjnego kryminału muszę powiedzieć, że mogą się na tej książce zawieść, jednak miłośnikom kryminału skandynawskiego, którzy doszukują się w tym gatunku czegoś więcej mogę powiedzieć, że według mnie nie zawiodą się na tej opowieści.

Moja ocena to 4.5 / 6.

już grudzień…

…i szczerze mówiąc, bardzo dobrze. Nie lubię listopadów, a ten przedprzedostatni i przedostatni dały mi się we znaki. Grudzień co prawda przynosi ze sobą nachalność wszędobylskich reklam krzyczących oczywiście o na pewno mającej wystąpić magii tych Świąt, ale to przynajmniej grudzień. Do najkrótszego dnia w roku już nie za długo, a zaraz potem dzień zacznie się wydłużać, po Nowym Roku. 

Kupiliśmy Kindle’a z którego jesteśmy bardzo zadowoleni. Kiedyś byłam przeciwnikiem e-booków, w sumie zapewne dlatego, że czytałam głównie z ekranu komputera i oczy szybko się męczyły. Kindle nie ma podświetlanego ekranu, tak, jak ekran komputera i oczy się nie męczą. Czyta się jak z kartki a na pewno lżej. No i zaoszczędzi się więcej miejsca w domu, bo książki aż kipią. Nikogo nie namawiam na siłę na ten gadżet, piszę jedynie, bo kilkoro z Was wiedziało o planowanym zakupie, obiecałam napisać parę zdań jak nam się użytkuje. Więcej informacji można znaleźć na chociażby tej stronie:

http://swiatczytnikow.pl/

Co jeszcze? Cieszę się, że nie ma na razie śniegu i osobiście jak dla mnie może go nie być, nawet na Święta. W końcu chyba nie chodzi o dekoracje i śnieg czy może się mylę? Dla mnie śnieg w mieście oznacza jedynie problem, a już odkąd zdążam na Grób Emilki (od października stoi już Pomnik, to też chcieliśmy załatwić jeszcze w tym okropnym dla nas roku) to śnieg oznaczać może jedynie przeszkodę, ci, którzy odwiedzali groby bliskich w zimie 2010 i 2011 wiedzą doskonale, co mam na myśli. 

Niedawno u Malej_mi przeczytałam Jej wpis na temat prezentów Świątecznych, że niby człowiek coś tam ma ochotę dostać a potem jak przyjdzie co do czego to komuś , kto by spytał nie jest łatwo napisać czy powiedzieć. Ja w tym roku jakoś o tym nie myślę, co bym chciała. To, czego bym chciała nie da się spełnić, to są sprawy nierealne, niematerialne na pewno……. Z materialnych, przydałaby się nowa portmonetka w kolorze czerwonym bądź czerwonego wina raczej wpadający w bordowy?, najchętniej z większą ilością przegródek na kart. Żadnych tam kredytowych, ale większość sklepów lubi teraz przywiązać klientów do siebie kartami stałego klienta, niektóre z nich naprawdę przydaje się mieć ze sobą na zakupach a potem nie wiadomo, gdzie to schować. Chciałabym też dostać miękki i puchaty szlafrok, taki w którym przyjemnie się zagłębić z jakąś dobrą książką (papierową bądź taką na Kindle;) w ręku).
Zawsze ucieszy mnie jakaś biżuteria (wcale nie musi być bardzo droga) albo coś do posłuchania…płyty to jest to, co lubię…

Nie jestem w nastroju świątecznym i nie sądzę abym w nim była, najchętniej to już bym chciała aby był Nowy Rok, szczerze mówiąc i bliżej wiosny.

Mimo braku nastroju zabrałam się już powoli za porządki, to zawsze dobrze robi, bo człowiek tak się w pracę zagłębi, że nie ma czasu na myśli kotłujące się w głowie. Powoli, rozdzieliłam sobie prace więc nie szaleję na dwa dni przed. Trochę prac zostanie na czas bliżej Świąt, ale część już zrobiłam. Zrobiliśmy też już trochę zakupów prezentowych, ale trochę jeszcze przed nami.

W środę dostałam od Jednej z Was wzruszający prezent, etui na komórkę ze zdjęciem Emilii i moim. Raz jeszcze dziękuję, bardzo się wzruszyłam, dobra, napiszę to, do łez. Wszystkie tapety w telefonie mam ze zdjęciem Emilki a teraz jeszcze etui do telefonu.

Przede mną zakup kartek Świątecznych, wypisywanie i wysyłka, ale na to jeszcze jest chwilka czasu. 

Miłego grudnia dla Was!

 

 

 

 

wczoraj w…

…Jedynce Radiowej była rozmowa z Jerzym Satanowskim, który opowiadał o nowej publikacji, która pojawi się na rynku wydawniczym, a mianowicie o „Białej lokomotywie” opowiadającej o jego znajomości z Edwardem Stachurą. Publikacji autorstwa zarówno nieżyjącego Stachury jak i samego Satanowskiego. Zasłuchałam się ogromnie i wspomniałam czasy licealne, w których a jakże, słuchało się piosenek na podstawie tekstów Stachury powstałych. Wśród znajomych chyba głównie przeważały interpretacje Starego Dobrego Małżeństwa, ale ja wiem, że miałam płytę (wówczas zapewne kasetę, pamiętacie taki wynalazek?:) kogoś innego, niestety, mimo, że próbowałam wyszukać w internecie, nie mogę skonkretyzować nazwiska. Być może że była to interpretacja Jacka Różańskiego, najprawdopodobniej zresztą. Ile to razy grające na gitarze znajome wyśpiewywały „ze mną można tylko pójść na wrzosowisko i zapomnień wszystko”…

Do tego stopnia audycja mnie poruszyła, że po drodze na Grób Emilii podeszliśmy do Grobu Edwarda Stachury. Spoczywa całkiem blisko. Muszę przyznać, że Grób jest bardzo spokojny, bez zbędności, taki, jak wyobrażam sobie dla poety właśnie, bardzo zadbany i widać, że odwiedzany nie tylko okazjonalnie. Sądzę, że również przez miłośników jego poezji, nie tylko rodzinę, tak sądzę…Nawet myślałam, żeby wstawić zdjęcie, które zrobiliśmy, ale stwierdziłam, że nie, nie zrobię tego.  Kto chce bez trudu znajdzie zdjęcie tegoż w internecie. Stachura chyba nie dowierzałby temu, co się teraz dzieje a pewnie niektóre sprawy jego wrażliwca drażniły i wtedy. Żył jednak w czasach, w których aż taki ekshibicjonizm jak teraz dotyczący chociażby naszych celebrytów nie byłby możliwy ( i bardzo dobrze), a nie jak dziś…Chociaż sądzę, że pisząc „Życie to nie teatr” podejrzewał już to, co nadejdzie, taka prawda. Niech więc Stachura spoczywa sobie nie niepokojony przez papparazzi a jedynie odwiedzany przez miłośników jego tekstów i podobnych mu wrażliwców…

Niezwykłe, jak te wspominki o Stachurze, oczywiście okraszone piosenkami z jego tekstami pobudziły wspomnienia. Czy ktoś w ogóle teraz słucha jeszcze Stachury? Czy odeszło to wraz z kasetami właśnie, poezją tak zwaną śpiewaną, kraciastymi koszulami, butami osiołkami, parkami itd itp…