19 lat !!!

 19 lat mojego blogowania! 

Ha. Odnotowuję. 
Niestety, odkąd Blox zamknął swoje podwoje odnotowałam spadek komentarzy itd ale w sumie ostatnio stwierdzam, że chyba nie powinnam winić tylko tego ruchu ze strony tamtej platformy blogowej. Wszyscy przenieśli się na Fb i inne tego typu miejsca. Tradycyjne blogi czy fora nie są chyba już czytane. 
Tak czy siak, ja widać chyba po prostu lubię zostawić w formie pisanej wrażenia po przeczytanej książce czy filmie itd więc na pewno blogu zamykać nie zamierzam.

Sto Lat dla Blogu !!! 

„Porodzina”. Natalia Fiedorczuk.

 Wydana w Wydawnictwie Słowne. Warszawa (2022).
Książkę nabyłam niedawno wraz z pismem „Glamour”.

Pamiętam, że ta książka od razu gdy została wydana na polskim rynku wpadła mi w oko. Po pierwsze, zaciekawiła mnie niezwykle intrygującym tytułem. Po drugie, okładką zaprojektowaną przez Martę Różę Żak. I faktem, że domyślałam się jaka sprawa true crime (jedno z najsłynniejszych zaginięć pięcioosobowej rodziny w Polsce) mogła zainspirować autorkę. W ogóle, po przeczytaniu posłowia autorstwa Natalii Fiedorczuk, zaczęłam się zastanawiać czy nie „mijamy się” gdzieś podczas odsłuchu podcastów true crime. Ale to stwierdzenie na marginesie.

Książka mnie zaintrygowała ale też nie ukrywam, z jakiegoś powodu w końcu jej nie przeczytałam. I oto dwa dni temu w Empiku zobaczyłam ją w korzystnej cenie jako dodaną do pisma „Glamour”. Pomyślałam „Czemu nie?” i kupiłam a następnie po prostu zamierzałam ją przekartkować ale gdy już zaczęłam, wciągnęła mnie. 

Ok, przyznaję, zajrzałam poczytać opinie o niej i jakichś specjalnych zachwytów nie było ale mnie się ta książka podobała, o ile można tak w ogóle stwierdzić w odniesieniu do książki o takiej jednak jakby nie było, ciężkiej tematyce. Tak, autorka stworzyła taki nieco może miszmasz gatunkowy bo to i kryminał i zagadka i książka obyczajowa po trochu. Ale wbrew opiniom, mnie się ją czytało wciągająco i byłam ciekawa co ostatecznie się okaże.

Czteroosobowa rodzina. Ona, położna od dawna nie pracująca w zawodzi,  wychowująca w domu dwójkę przedszkolaków. On dyrektor finansowy spółki Sodex. Natalia i Marcin Waszczyńscy i ich dzieci, Marianna i Karol. Piękny dom, uśmiechnięte dzieci, wakacje za granicą i ogólnie dobrobyt. I początek września, kiedy to okazuje się, że rodzina zniknęła. Wyparowała. Nie ma jej. Dom pozostawiony tak jakby właściwie nikt nie planował dłuższej niebecności. Żadnych śladów przemocy, żadnych śladów pospiesznego pakowania się. Jakby cztery osoby nagle niemal dosłownie wyparowały z własnego pięknego domu. 
Co się jednak za tym zniknięciem kryje? Zagadkę chętnie rozwiązałby Policjant po przejściach, podinspektor Krystian Gruszecki. To znaczy właściwie chętnie by ją rozwiązał. bo kto to widział, żeby czwórka ludzi, w tym dwoje nieletnich, zniknęło bez śladu ale dziwnym trafem sprawa ta zostaje mu odebrana. Czyżby ktoś nie chciał aby zajmował się on tą historią? I co się za tym może kryć?

Jednak sprawa się rozwiąże i poznamy prawdę stojącą za zniknięciem rodziny Waszczyńskich. Ale droga do odkrycia prawdy będzie wyboista a autorka wplecie nam tu sporo rozmaitych postaci i wątków. Bo pojawi się terapeutka Krystiana, doktor Zenona Kubiak i sąsiedzi Waszczyńskich, Biedronia i Pająk i ich trójka dzieci i dawna znajoma Gruszeckiego, dziennikarka, Ida i jeszcze osoby z przeszłości bohaterów. 
Czytałam zarzuty dotyczące tego, że ktoś nie do końca rozróżniał co czytał. Kryminał czy obyczaj. A ja stwierdzę, kto interesuje się tematyką kryminalną wie, że często to właśnie warstwa obyczajowa staje się kanwą zbrodni. Niestety. 
Ja osobiście cieszę się i to zalecam osobom, które też jeszcze są przed lekturą książki, nie zaglądać w oceny na popularnym serwisie o książkach bo według mnie wyczytają tam chyba zbyt dużo. Nie wiem, ja bym chyba wyczytała i nie miała tak udanej lektury jaką miałam. A tak, podeszłam do niej z brakiem nie wiedzieć jak wielkich oczekiwań i otrzymałam dobry kawałek kryminału domestic noir. 

Moja ocena tej książki to 5 / 6. 

„Nawiedzony dom”. Joanna Chmielewska.

Wydana w Młodzieżowej Agencji Wydawniczej. Warszawa (1979).

Pisałam już kiedyś (i mam wrażenie, że parę nawet razy) o tym, że osiedlowa Książkodzielnia przynosi mi wiele radości i książkowych odkryć. Regularnie ją odwiedzamy zanosząc przeczytane już książki bądź zabierając do domu tytuły pozostawione przez kogoś. Zdarzają się tam prawdziwe skarby i oto niedawno taki skarb udało mi się upolować a okazała się nim książka, którą bardzo w dzieciństwie lubiłam, czyli pierwsza z cyklu opowieści o Janeczce, Pawełku i psie Chabrze, książka nosząca tytuł „Nawiedzony dom”.

Ten cykl bardzo jako dziecko lubiłam, a „Skarby”, jedną z części, tę której akcja działa się w Algierii o ile dobrze pamiętam, miałam nawet w domu.

„Nawiedzonego domu” nie pamiętałam zupełnie więc z chęcią postanowiłam sobie przypomnieć to, co mnie kiedyś cieszyło. Ciekawa też byłam swojego wrażenia po latach. Jaka okaże się ta książka, bądź co bądź dla dzieci? Okazała się lepsza niż się spodziewałam a przede wszystkim ogromnie śmieszna. I niby to kryminał dla młodszego czytelnika ale te dodatkowe warstwy właśnie z charakterystycznym dla autorki poczuciem humoru, sprawiły, że podczas lektury miałam głównie solidny masaż brzucha.

Janeczka i Pawełek to rodzeństwo, które w tej pierwszej części przenosi się z rodziną (rodzicami, dziadkami i siostrą taty z synem i partnerem ciotki) do odziedziczonego przez tatę rodzeństwa, Romana Chabrowicza, domu. Dom mieści się na Mokotowie, w zacisznej okolicy i generalnie brzmi to niemal jak marzenie o wygranej. Dom w spadku, w bardzo dobrej okolicy. Gdyby jednak nie mały, malutki fakt a mianowicie taki, że zapis spadkowy każe spadkobiercy przekazać mieszkania zastępcze dotychczasowym lokatorom domu.
Właściwie wszystkim udało się znaleźć mieszkania z jednym wyjątkiem. Pewna starsza pani zamieszkująca dom wraz z synem i rodziną nie chce wyprowadzić się z domu na Mokotowie pomimo tego, że rodzina Chabrowiczów oferuje jej jak na tamte realia prawdziwe luksusy w zamian za opuszczenie domu. Dom na Mokotowie bowiem takowych na razie nie zapewnia, wymaga remontu, zwłaszcza instalacja wodno kanalizacyjna, która w części jest jeszcze sprzed IIWŚ.
Zmora, bo tak w swojej nomenklaturze nazywają starszą panią dzieci, w ogóle zachowuje się jakoś podejrzanie. Odbiera jakieś paczki od podejrzanego listonosza, znika na strychu i szura dziwnie.
A Janeczka i Pawełek nie byliby sobą, gdyby nie spróbowali się dowiedzieć co tak naprawdę stoi za takim zachowaniem kobiety.
Pomaga im w tym Chaber, pies znaleziony na klatce schodowej jeszcze w ich starym mieszkaniu, z którego wynieśli się na Mokotów. Chaber okazuje się być istnym psim geniuszem, który łatwo się uczy, nie sprawia problemów a ponadto szybko staje się bieniaminkiem całej rodziny.

Tak więc Janeczka i Pawełek mają masę spraw na głowie. Dowiedzenie się, co stoi za zachowaniem lokatorki z domu, odkryciem czemu właściwie nie chce się wyprowadzić ale również co takiego otrzymuje ona w paczkach przynoszonych jej przez jakiegoś dodatkowego w rejonie, listonosza.

Jak wcześniej pisałam, czytając tę książkę zaśmiewałam się co chwila i był to śmiech szczery a nie wymuszony.
Niektóre książki z przeszłości nie zestarzały się dobrze, jednak „Nawiedzony dom” Joanny Chmielewskiej z pewnością do takowych nie należy. Czyta się ją i po latach równie dobrze! I wcale nie trzeba być w wieku głównych bohaterów aby mieć udaną lekturę.

Moja ocena to 6 / 6.

„Wymarzony dom Anne”. Lucy Maud Montgomery.

 Wydana w Wydawnictwie Marginesy. Warszawa (2023). 

Przełożyła Anna Bańkowska. 
Tytuł oryginalny Anne’s House of Drems.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

„Anne i zmiany”, taki alternatywny tytuł mogłabym zaproponować tej książce. Bo w tej części bohaterka i staje się mężatką i przestaje być Anne Shirley a staje się Anne Blythe a właściwie doktorową Blythe. I definitywnie żegna się z rodzinnym domem i przenosi do uroczego, chociaż małego domku w Four Winds. Dużo zmian jak na młodziutką wciąż przecież Anne ale nie z takimi dawała sobie radę. 
A poza tym, Anne nie byłaby Anne ( zmiana nazwiska na to nie wpływa:) ) gdyby nie potrafiła dogadywać się z niemal każdym. Ta młoda osoba posiada niezwykły dar zjednywania sobie ludzi i w nowym miejscu położonym w bardzo ładnym miejscu w domku, z którego okien roztacza się spektakularny widok na Zatokę Four Winds nie będzie inaczej. 
Piękna przyroda, która wciąż zachwyca Anne, kochający mąż obok, nowe, przyjazne miejsce i nowi, życzliwi ludzie, z którymi się zaprzyjaźnia. Czego chcieć więcej?
Anne zawiera więc znajomość z uroczym starszym panem, byłym marynarzem, którego wszyscy nazywają kapitanem Jimem. Ten sympatyczny mężczyzna opiekuje się obecnie latarnią morską, którą ze swych okien widzą młodzi małżonkowie. Stanwi też źródło arcyciekawych opowieści nie tylko o swoich morskich podróżach i przygodach ale też o najbliższej okolicy. 
Ponadto młoda kobieta zaprzyjaźnia się z panną Cornelią. Konkretną osobą, która pomstuje często na męską część świata a tej żeńskiej przychyliłaby nieba. Wreszcie, Anne udaje się zaprzyjaźnić z początkowo dość długo nieznajomą Leslie Moore. Tę znajomość Anne nawiąże najpóźniej i będzie to znajomość najtrudniejsza ze wszystkich chyba dotąd zawartych przez Anne przyjaźni. Pełna trudów, ciężkich emocji ale też oczyszczających wyznań. Chociaż, jak to odczuwałam zawsze przez lekturę dotychczasowych tomów opowieści o Anne, mam wrażenie jakby Anne „dawała się ludziom lubić”. Nie wiem czy to moje jednostkowe wrażenia ale Anne, zwłaszcza w książkach po pierwszym tomie, wydaje mi się być osobą, która daje zgodę na to aby się z nią zaprzyjaźnić. Być może, tak to trochę odczuwam, Leslie jest pierwszą osobą, która wcale nie wydaje się być zainteresowana, przynajmniej na początku znajomości, wejściem w jakąś głębszą relację z nową sąsiadką. 
Tak czy inaczej, młodzi zagnieżdżają się w nowym miejscu, Gilbert dobrze sobie radzi zamiast starego doktora, pacjenci go cenią. Anne prowadzi dom i nie tęskni ani do nauczania, w którym przecież radziła sobie świetnie ani do pisania. Jeśli o pisaniu mowa, to Anne staje się w tej części raczej kimś w rodzaju agentki literackiej, która jednak skupia się na pomocy przy książkach ale pisanych przez inne osoby. Jej pisanie zostaje w przeszłości, nad czym zresztą nie wydaje się zbytnio ubolewać co mnie osobiście dziwi i trochę się nad tym zżymam.

Wydaje się więc, że nowe małżeńskie życie usłane jest samymi różami (bez kolców). Niestety, nie do końca tak jest. Anne i Gilbert przeżywają w tej części osobistą tragedię i muszę przyznać, że z powodów osobistych ciężko mi było czytać to, co wydarzyło się w życiu Blythe’ów. 

Lucy Maud Montgomery stworzyła postać, która z czasem chyba stała się jej ciężarem. Mogę to zroumieć bo zapewne autorka chciałaby być kojarzona nie tylko z osobą rudowłosej Anne ale też nie zgodzę się z czymś, co czytałam a propos tej części a mianowicie, że wydaje się być ona taką trochę „zapchajdziurą” pomiędzy kolejnymi częściami. 
Ja osobiście uważam tę część za przyjemną ze względu na niezwykle malownicze opisy okolicy, w której mieszkali Anne i Gilbert, na opisy przyrody i natury. Aż chce się wszystko rzucić i polecieć do Kanady, naprawdę. Ta surowa, nie dająca się łatwo ujarzmić natura jest jednak zachwycająca a krótka wiosna i lato z pewnością mogą dać zapas sił i optymizmu przed nadchodzącą jesienią i zimą, które z pewnością potrafią znużyć, nawet taką optymistkę jaką jest Anne.

Tak więc mnie się bardzo dobrze czytało tę część. Barwne i jak najbardziej możliwe do zaistnienia postaci, zwłaszcza te drugoplanowe, pokazują jak baczną obserwatorką ludzi i świata była autorka. 
Anne, nawet nadmiernie optymistyczna i często niestety, zbyt bujająca w obłokach, nie poddaje się pesymizmowi nawet po przejściu osobistej tragedii i nie daje się zepchnąć w otchłań czarnych myśli i rozpaczy. 

Z wielką niecierpliwością oczekuję kolejnej części opowieści o Anne Blythe i jej bliskich.

A tymczasem daję ocenę 6 / 6.

„Blizny”. Marek Stelar.

 Wydana w Wydawnictwie FILIA. (Poznań, 2020). Ebook.

Tak bardzo spodobał mi się kryminał Marka Stelara, „Krzywda”, że od razu postanowiłam przeczytać coś jego autorstwa.
Sięgnęłam trochę na chybił trafił po „Blizny” i to okazał się świetny czytelniczy strzał. 
Jak zaczęłam czytać, to tak naprawdę trudno było mi się od tej książki oderwać a po raz kolejny stwierdzę, że autor napisał świetny kryminał, po prostu. Bez jakichś piętrowych dodatków. Ot wydarzenie, które zmieni coś nieodwracalnie. Pojawi się zbrodnia ale i po latach kara. 

Nie wiem czy to tradycja u tego autora ale znowu , podobnie jak w „Krzywdzie” akcja książki toczy się nielinearnie. 
Wydarzenia, które zdeterminują życie wszystkich bohaterów zdarzyły się bowiem w roku 1994 a rozwiązanie całej historii zdarzy się w początkach pandemii koronawirusa, w 2020 roku. Przynam, pisałam zresztą o tym przy okazji zupełnie innej książki, że nie lubię książek, których akcja dzieje się właśnie w tamtym czasie. Zbyt dobrze pamiętam panującą wówczas atmosferę, własne lęki i obawy, to co się działo. Jednak jest to pewnie niezbędne do akcji książki bo pozwala na przykład wysłać żonę i dzieci nadokomisarza Tomasza Rędzię do rodziców żony, w celu uniknięcia styku z ludźmi. 
Rędzia pozostaje w mieście i rozpoczyna nowe śledztwo. Na budowie węzła Łękno znaleziono bowiem zwłoki. Szybko okazuje się, że chociaż nie przypuszczałby tego nadkomisarz zapewne nigdy, nie są to takie anonimowe zwłoki. Portret, który zostaje sporządzony sprawia, że kolega z dawnej licealnej klasy zgłasza się do Tomasza Rędzi i mówi, że według niego to ich dawny kolega z klasy o hm, kontrowersyjnej ksywie Adolf. 
I faktycznie, szybko okazuje się,że jest to najprawdopodobniej Adolf. 
Adolf, który na szkolnej wycieczce w 1994 roku stał się prawdziwym bohaterem i uratował kolegów z klasy zostaje zidentyfikowany na podstawie badań DNA ale też, co szokuje najbardziej, wychodzi na to, że padł on ofiarą przestępstwa. 
Ale kto tak naprawdę mógł chcieć zamordować mężczyznę ongiś uznanego za bohatera właśnie?
Tego będzie chciał się dowiedzieć Tomasz Rędzia, który z jakiegoś niewyjaśnionego bliżej powodu czuje, że śmierć dawnego kolegi z klasy (czy raczej osoby, z którą Rędzia był w klasie, bowiem nadkomisarz był klasowym outsiderem) ma jakiś związek z tamtą tragiczną w skutkach wycieczką szkolną. 
Rozpoczyna śledzctwo, żmudne zarówno na sytuację pandemiczną towarzyszącą jego codziennej pracy jak również na konieczność wrócenia do demonów przeszłości i ponowne spotkania z ludźmi z klasy, o których Rędzia wolałby już raczej nigdy nie wspominać. Do tego, ciekawy zbieg okoliczności, prokuratorem prowadzącym sprawę znalezionego ciała kolegi jest wspólna koleżanka z klasy Tomasza i Adolfa, Agnieszka Rybarczyk. Niezwykły doprawdy zbieg okoliczności, który tylko bardziej motywuje Rędziego do pracy nad sprawą. 
Każdy z nas nosi w sobie jakieś blizny z przeszłości. Tomasz Rędzia nosi ich zaskakująco wiele ale też stara się za bardzo ich nie rozdrapywać. Co jednak wtedy gdy ktoś inny zacznie te blizny drażnić? 

Bardzo dobry kryminał, taki jakiego oczekuję. Z ciekawą intrygą kryminalną, z tak potrzebnym w tego rodzaju gatunku zaskoczeniem oraz zwyczajnie, dużą dozą rozrywki, po prostu. 


A Ty? Jakie Ty nosisz blizny z przeszłości ……. ???

Moja ocena książki to 6 / 6. 

Nie wiem czy dobrze odmieniałam nazwisko bohatera, nawiasem mówiąc, zapożyczone od realnie istniejącego pana. Jeśli popełniłam błąd w deklinacji nazwiska, przepraszam i proszę o zwrócenie uwagi na błąd. 

„Krzywda”. Marek Stelar.

Wydana w Wydawnictwie FILIA. Poznań (2022). Ebook.

Nie ukrywam, skusiłam się na tę książkę po otrzymaniu przez autora za ten tytuł Nagrody Wielkiego Kalibru. Na ogół nie działa to na mnie jakoś bardzo kusząco ale w tym przypadku zadziałała chęć natychmiastowego poznania prozy autora i oto przeczytałam pierwszą jego książkę. Poprzednio coś spod jego pióra czytałam w zbiorze „Seryjni mordercy” ale przyznaję, że nie pamiętam nawet o kim pisał Stelar w tamtym zbiorze. Wiem natomiast, że „Krzywda” okazała się być bardzo dobrym kryminałem z niełatwymi elementami polskiej historii wplecionymi bardzo zgrabnie w intrygę kryminalną.
Czytałam wcześniej parę opinii na temat ale w przypadku co najmniej jednej miałam wrażenie, że czytałam zupełnie inną książkę niż osoba, która raczej krytykowała więc postanowiłam tradycyjnie zobaczyć jak będzie i zawodu nie było. Trudno natomiast określić uczucia jako „zachwyt” zważywszy na to, że nie jest to lekka książka. Natomiast mogę śmiało powiedzieć, że z radością stwierdzam, że znalazłam dla siebie nowego autora, którego kryminały chcę poznać.

„Krzywda” to druga z serii o aspirancie Dominiku Przeworskim. Druga po „Skrusze”, w której poznajemy część wydarzeń, które miały miejsce po przenosinach Przeworskiego ze szczecińskiej kryminalki do Nowego Warpna.
Tu rozpoczyna się jego nowe życie, tu wiąże się z kobietą, Natalią. Tu wreszcie chyba chce zacząć nowy rozdział, już jako dzielnicowy a nie członek zespołu dochodzeniowego. Co nie zmienia faktu, że i tak w śledztwo mniej lub bardziej oficjalnie się włączy.

Akcja „Krzywdy” dzieje się nielinearnie. Naprzemiennie poznajemy wydarzenia z historii i teraźniejszości.
Oto poznana w poprzedniej części cyklu, emerytowana nauczycielka języka polskiego, Regina Remus, zostaje zamordowana w swoim domu. Kto chciał śmierci nauczycielki? Owszem, nie cieszyła się jakąś wielką sympatią ogółu ale nie miała ona wrogów. Dodatkowo parę miesięcy wstecz przeżyła osobistą tragedię.
Czy ze śmiercią Reginy Remus mogą mieć cokolwiek wspólnego wydarzenia dziejące się w miasteczku w latach II Wojny Światowej a także te dziejące się w czasie tuż po niej a mające miejsce podczas zasiedzania się na terenach do tej pory niemieckich, polskiej ludności? Czy grzechy przodków, szumnie nazywane, naprawdę mogą determinować nasze życie kilkadziesiąt lat później?

Według mnie „Krzywda” to bardzo sprawnie napisany krymiał. Ma dokładnie to, czego po nim oczekuję. Inteligentnego śledczego, wiodącego zwyczajne życie a nie topiącego smutki w alkoholu miłośnika muzyki poważnej 😛 , interesującą intrygę kryminalną, ciekawe nawiązanie do przeszłości oraz według mnie, jak najbardziej możliwą do zaistnienia motywację do popełnienia przestępstwa.

Z uwagą będę oczekiwała dalszego ciągu serii o Dominiku Przeworskim a tymczasem przyjrzę się może innym tytułom autora.
A może ktoś z Was ma jakiś jego tytuł szczególnie wart polecenia? Z chęcią przyjmę Wasze sugestie.

Moja ocena to 5.5 / 6.

„Opowiadania”. Katherine Mansfield.

Wydana w Wydawnictwie Officyna. Łódź 2020. Ebook.
Wybrała, przełożyła i posłowiem opatrzyła Magda Heydel.

Hmmmm, tym razem aż takich wielkich (ku mojemu własnemu zdumieniu) zachwytów nie będzie jak chwilę wcześniej podczas lektury zbiorku ośmiu opowiadań „Jej pierwszy bal” tej samej autorki.
Czemu? Może między innymi poprzez zabieg zastosowany jak widzę przez panią Heydel wybierającą opowiadania do niniejszego zbiorku a który to polegał na rozbiciu historii pewnej rodziny, która przenosi się do domu nad zatoką na parę opowiadań, rozdzielonych pozostałymi. Nie ukrywam, nie do końca mi się spodobało i trochę przeszkadzało, chociaż po pierwszym zaskoczeniu, gdy czytając nowe opowiadanie zorientowałam się, że „już znam tych bohaterów”, jakoś „zaskoczyło”.

W tym zbiorze opowiadań jest o wiele więcej niż w poprzednim przeze mnie czytanym bo aż dwadzieścia trzy, z czego o ile dobrze pamiętam, trzy dotyczą wspomnianych już przeze mnie bohaterów przenoszących się do domu nad zatokę.

Spoglądam na własne noty, które podarowałam poszczególnym z nich i oto na te dwadzieścia trzy aż lub tylko? dziesięć otrzymało ode mnie notę 6 /6.

Są to : „Mała guwernantka”, w którym opisana jest podróż młodziutkiej dziewczyny do nowego kraju, w którym ma pełnić rolę guwernantki dzieci jakiejś damy a podczas której to podróży napotyka mocno nieciekawą postać. Następne opowiadanie to „Kiszone ogórki” i opis, flesz zaledwie ze spotkania dawnych kochanków.
„Rozkosz” czyli przejmujący opis sytuacji, w której uświadamiamy sobie, jak łatwo jest aby nasze szczęście runęło jak domek z kart.
„Panna Brill” to jedno z opowiadań, które znałam z poprzedniego zbioru, przejmujące i warte przeczytania parę nawet razy.
„Córki świętej pamięci pułkownika”, bardzo dobry a krótki relatywnie portret dwóch dorosłych córek, które zostają same po śmierci despotycznego ojca i właściwie, pomimo swojej dorosłości, muszą uczyć się życia.
„Życie Starej Parker”, smutny obraz życia osoby samotnej, w dodatku z tej nie najwyższej warstwy społecznej.
„Marriage a la mode”, to opowieść, którą już też znałam z drugiego czytanego przeze mnie, zbioru.
„Domek dla lalek”, trzecia część opowieści o rodzinie znad Zatoki, i obraz ówczesnego społeczeństwa, jego klasowości, rozwarstwienia a jednocześnie nienachalne pokazanie,że szczęśliwie, dzieci są po prostu dziećmi i póki dorośli ich nie zepsują, nie zwracają uwagi na to czy ktoś jest bogaty, wykształcony i w jak wielkiej posiadłości mieszka.
„Mucha” i „Kanarek” to opowieść o żałobie, tylko po różnych osobach.
W „Musze” to ojciec osierocony po stracie syna, który zginął na wojnie, w „Kanarku” to przejmujący obraz samotnej starszej pani, której do niedawna jedynym towarzyszem i prawdziwym przyjacielem był kanarek.

To opowiadania, które otrzymały ode mnie najwyższą notę. A dalej ocena 5 / 6, którą dałam opowiadaniom : „Baron” (refleksja po nim, w dzisiejszych czasach takich baronów zastąpili celebryci ze ścianek), „Preludium” (pierwsza część historii rodziny znad Zatoki, tu moment przeprowadzki do domku nad morzem), „Filmy”, w którym bardzo aktualnie brzmi próba znalezienia pracy w zawodzie artyski kontra rzeczywistość. Kolejne to „Mężczyzna bez temperamentu”, „Podróż”, „Jej pierwszy bal” (również już mi znane), „Garden party”. Z „Garden party” mam o tyle problem, że zdaje się, że zaliczane jest do jednych z najlepszych opowiadań autorki a szczerze, nie do końca jakoś między nami zaiskrzyło. Bywa. Chociaż nie to, że się nie spodobało ale po prostu oceniam właśnie tak jak oceniłam czyli 5 / 6.

I wreszcie opowiadania, które oceniłam na 4/ 6 lub 4.5 /6. Nie będę już wyliczać, które na ile bo nie prowadzę tu jakiejś księgowości ale dla porządku: „Niemcy przy stole”, „Jak uprowadzono Pearl Button”, „Je ne parle pas francais”, „Psychologia”, „Nad Zatoką”, „Filiżanka herbaty”.

Ogólnie to są tu według mnie opowiadania, które naprawdę zostaną w mojej pamięci na dłużej ale i takie, o których zapomniałam właściwie niemal tuż po ich lekturze.
Opowiadania Katherine Mansfield nie wszystkim mogą się spodobać. Ja pozostaję wielką miłośniczką jej prozy, podkreślam jej aktualność, prawdę, które ze sobą niosą. Możliwość rozmaitych interpretacji tychże. Wartościowym, naprawdę bardzo wartościowym dodatkiem jest posłowie od tłumaczki książki, pani Magdy Heydel. Myślę, że niektóre z nich odbieramy nieco inaczej ale nie zmienia to faktu, że Jej słowa wiele dodały do prozy Mansfield prezentowanej w tym zbiorze.

Sięgajmy po klasykę, zapraszam Was do niej serdecznie. Wspaniałe autorki, autorzy zawsze się „obronią” a według mnie warto jest sięgać po wartościowe treści i mądrą literaturę.
Moja ocena tego zbioru opowiadań to 5 / 6.

„Jej pierwszy bal”. Katherine Mansfield.

Wydana przez Książka i Wiedza. Warszawa (1980).
Zbiór 8 opowiadań.

Przełożyła Bolesława Kopelówna.

Tytuł oryginału, przyznam, nie potrafię rozszyfrować ale sądzę ,że opowiadania tu zebrane pochodzą z tomu „The Garden Party” , wydanego w 1922, w Polsce po raz pierwszy w roku 1958.

Nie ukrywam,że osiedlowa książkodzielnia w lokalnym parku stanowi dla mnie nieustające źródło szczęścia. Co jakiś czas pośród nieciekawych książek, które ktoś najwyraźniej wpakował tam podczas robienia sezonowych porządków, trafia się skarb. Za takowy z pewnością uznam zbiór opowiadań Katherine Mansfield, który to trafił do mnie jak sądzę z niemal rok wstecz ale oczywiście nie tylko nowości muszą się przeleżeć na stosie wstydu, klasyka jak widać, również. No i tej decyzji akurat żałuję bo miałabym tę ucztę literacką zdecydowanie wcześniej. No ale, mądry Polak (w tym przypadku Polka) itd, prawda?
Mam wrażenie graniczące z pewnością, że jej opowiadania znam z czasów swego dorastania, kiedy to (chyba parę razy o tym wspominałam) czytałam polecane przez dwóch niezależnych miłośników literatury, książki. Nie pamiętam aby polecone mi wówczas książki mnie zawiodły, stąd zachciałam przypomnieć sobie tę autorkę.

Ten zbiór to właściwie zbiorek. I znowu, podobnie jak czytane przeze mnie opowiadania Karmelo Jaio, o których chwilkę temu pisałam, opowiadania te są króciutkie, zwięzłe ale ileż w nich świetnej treści, to tylko wie ten, który po nie sięgnie.

Czytając czyniłam notatki w notesie wraz z oceną poszczególnych opowiadań i tak oto wychodzi mi, że na te osiem aż pięciu podarowałam notę 6 / 6 a są to: „Małżeństwo a la mode”, „Panna Brill”, „Lekcja śpiewu”, „Pokojówka jaśnie pani”. Reszta a są to „Państwo Gołębiowie”, „Podlotek”, „Obcy”, „Jej pierwszy bal” oceniłam na niewiele mniej, 5.5 / 6 lub 5 / 6.

Chyba najbardziej przejmujące dla mnie było opowiadanie „Panna Brill”. To smutna opowieść o tym, jak jednym słowem, bezmyślnym, rzuconym czasem kompletnie bez sensu, to, żeby coś stwierdzić, można zranić kogoś dogłębnie i popsuć jego malutkie, prywatne, drobniutkie szczęstko bo nawet i nie szczęście.

„Małżeństwo a la mode” to z kolei opowieść o tym jak zachłystujemy się modą, nowościami, nawet jeśli te nowinki mało mają sensu a są bardziej modą właśnie, chwilowym kaprysem. I jak cieniutka jest granica pomiędzy tym, co jeszcze jest w naszym życiu a tym, co już zostało być może na zawsze, zagubione być może nawet utracone.

„Lekcja śpiewu” to z kolei opowieść o tym jak nasz nastrój, coś co przeżywamy na bieżąco może nas determinować, zdecydować o naszym sposobie zachowania, traktowania siebie i innych i jak łatwo coś, co zdawało się być dramatem, może obrócić się w jeszcze inną stronę.

„Pokojówka jaśnie pani” to kolejny tekst, który ogromnie mnie poruszył, wręcz wzruszył, podobnie jak „Panna Brill”. To kolejna opowieść o kimś, kogo życie jest bardzo skromne, bez nadmiernych oczekiwań a na pewno bez spektakularnych fajerwerków a wręcz pełne poświęcenia, rezygnacji z samej siebie.

„Jej pierwszy bal” i „Podlotek” to gloryfikacja młodości, tej pełnej przekonania, że jeszcze wszystko przed nami i że oto niech świat nas podziwia !

„Obcy” i „Państwo Gołębiowie” to z kolei opowieść o mężczyznach, którzy nie są do końca pewni uczucia, jakimi darzą ich, w kolejności, żona i potencjalna żona.

Ten zbiór to ponownie urywki, kadry, krótkie obrazy, które pokazują nam uczucia, emocje bohaterek i bohaterów. Mansfield nie potrzebuje nie wiadomo jak długiego opisu sytuacji aby pokazać nam dramatyzm, radość, szczęście, całą paletę emocji jakie wręcz buchają. Ludzkie dramaty ale i uskrzydlające szczęści, ukazane są w zaskakująco prostej codzienności.
Według mnie są to opowiadania ponadczasowe i zaskakująco mimo nieco odmiennego kostiumu czy didaskaliów, aktualne.
Polecam, oczywiście.

Moja ocena to 6 / 6.

„To nie ja”. Karmele Jaio.

 Wydana w Wydawnictwie Uniwersytetu Jagiellońskiego, marka wydawnicza Bo.wiem. 
Seria z Żurawiem. Kraków (2023).

Przełożyła (co jest odnotowane na okładce książki i co bardzo mi się podoba) Maja Gańczarczyk.
Tytuł oryginału No soy yo.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

„To nie ja” to zbiór czternastu opowiadań. Opis książki, który pojawił się na stronie wydawnictwa przed publikacją spowodował, że wiedziałam, że chcę przeczytać ten zbiór. Nawiasem mówiąc, właściwie każdą wydaną w serii „Z Żurawiem” a zdobioną zawsze ciekawą okładką projektu pani Małgorzaty Flis książkę chcę przeczytać lub już czytałam. Te dotąd czytane nigdy mnie nie zawiodły.
Nie inaczej stało się też z „To nie ja”. 

Opowiadania baskijskiej autorki są krótkie (ufff, bardzo takie lubię). To stara, dobra szkoła, która w zwięzłej formie potrafi oddać to, co najważniejsze dla treści takiego opowiadania. 
I tu Karmele Jaio nie zawodzi. Prowadzi nas przez kolejne opowieści z kobietami jako ich bohaterkami. To albo pierwszo albo trzecioosobowa narrcja albo jeszcze inny zabieg, narracja skierowana do bohaterki tak jakby osoba trzecia relacjonowała jej samej, za pomocą trybu oznajmiającego, wydarzenia, jakie mają miejsca. 

Napisałam już, że autorka nie rozwodzi się zbędnie nad opisywanymi wydarzeniami lub postaciami, co cenię. Mam wrażenie jakby czasami rzucała nam jakiś obraz, kadr, fragment a my jako czytelnicy mamy sobie coś niecoś do niego dopisać, dopowiedzieć. To takie flesze, błyski lampy zdjęciowej, które gdy robisz zdjęcie, oświetlają i podkreślają jedynie najważniejszy fragment fotografii, na którym masz się skupić.

Co mi się też podoba, Jaio lubi kobiety, nie jest im wroga a raczej pisząc konkretnie i wydawałoby się nawet oschle, wcale oschłą nie jest. Jest w niej wiele czułości i wyrozumiałości dla kobiecych bohaterek ich działań i ich wyborów. Przede wszystkim nie ocenia. Opisując poszczególne historie tworzy obraz, w którym możemy ale nie musimy, my kobiety po czterdziestce, się przejrzeć. I wyciągnąć swoje wnioski lub refleksje. Powiedzieć sobie pocieszająco, że nie my jedne z czymś się borykamy, że nie my jedne popełniłyśmy błędy lub będziemy je popełniały. Wreszcie, że nie my jedne jesteśmy nieidealne.
Jest tu dużo takiego pokrzepiającego uśmiechu skierowanego w stronę kobiet, których losy opisuje autorka ale i nas, kobiet, które to czytamy. Karmele Jaio nie ironizuje, nie stosuje obezwładniającego cynizmu. Dobrze wie, jak traktuje się kobiety i jak niepotrzebne są im dodatkowe zaczepki i intrygi ze strony innych kobiet. Natomiast pokazuje życie kobiet w pewnym wieku takim, jakie ono jest, bywa, może być, nie musi być. Podaje nam przykłady, opisy, czasem urywa sytuacje w niemal pół wydarzenia po to abyśmy my, jako czytelnicy, mogli sami sobie dopowiedzieć dalszy ciąg losów, życia opisywanych kobiet. 
Karmele Jaio zdaje się do nas mówić „Hej, nie przejmuj się, popełniasz błędy ale nie są one przecież nie do naprawienia. A może coś nie jest błędem? A może po prostu potrzebowałaś, potrzebujesz więcej czasu na to aby zrozumieć co i jak chcesz zmienić w swoim życiu?”. I jeszcze „To, co wydaje ci się, że trwa wiecznie, zmieni się szybciej niż sądzisz, nie miej poczucia, że utknęłaś bo szybko może się okazać, że tak już nie jest”.

Kobiety z opowiadań Karmele Jaio chcą zmian w swoim życiu, chcą czegoś więcej niż to, w czym żyły ich matki, w czym one same przez te matki zostały wychowane. Jednocześnie są silne i pełne możliwości. Dają sobie szansę na zmianę i poprawę. Lub na zmianę i złe decyzje. Wybór należy do nich. Są pewne siebie i absolutnie tej pewności pozbwione. Wydają się mieć świetną sytuację życiową ale i być zagubione. Chcą kochać i być kochanymi. Nie chcą być przezroczyste. Chcą jeszcze wzbudzić w kimś takie uczucie jak kiedyś gdy były o dwie dekady młodsze. Chcą kochać, pożądać, przeżywać emocje jak kiedyś. Z trudem przychodzi im spojrzeć na siebie o te dwadzieścia lat starsze. Czasami nawet fantazjowanie o czymś co mogłoby się wydarzyć (chociaż najprawdopodobniej nigdy się nie wydarzy) dodaje im sił.

Z radością mogę powiedzieć, że podobały mi się właściwie wszystkie opowiadania z tego zbioru. Chociaż jest parę, które z rozmaitych powodów zrobiły na mnie większe wrażenie. 
I tak – „Ultradźwięki” opowiadają o kobiecie, która samotnie decyduje się na adopcję etiopskiej dziewczynki. Przejmująco opisany jest tu proces stawania się matką osoby, która nie urodziwszy dziecka, matką się staje w sposób niemal fizyczny.

„Kwietniowe słońce” to opowiadanie o początkach pandemii, gdy wszyscy z dnia na dzień dosłownie utknęliśmy w naszych domach. I o tym, że nie dla wszystkich wybuch pandemii był największą katastrofą jaka im się wydarzyła. Jak stwierdza jedna z bohaterek tego opowiadania, cytuję „Mówią o katastrofie. Ale katastrof jest wiele”.

„Jakbyśmy byli dorośli” była dla mnie przejmująca za sprawą samego zakończenia opowiadania. Czasem tak jest, że całe opowiadanie, owszem, jest dobre ale to właśnie jest pointa sprawia, że zostaje we mnie na zawsze. 

„Czarna ramoneska” to opowiadanie z największym poczuciem humoru. Które pokazuje, że choćbyśmy chcieli, czasu nie cofniemy i nie uda się nam nagle stać tym, kim byliśmy. Ale jednocześnie naprawdę jest zabawne i absolutnie nie przygnębia. To raczej przyjacielski prztyczek w nos, taki delikatny, nie mający sprawić bólu.

„Zapachy, które dochodzą z patia” to opowieść o tym jak często chcemy uciec od tego, w czym zostaliśmy wychowani i co z perspektywy czasu wydaje nam się czymś czego nie chcemy powielać w swoim życiu a okazuje się, że jak najbardziej idziemy podobnym schematem. I czy akurat zawsze to musi być niewłaściwe? A może jednak nie, bo jest jakąś częścią nas samych z lat minionych.

Powiem tak, czternaście konkretnych opowiadań bez zbędnego rozwłóczania akcji i niepotrzebnych opisów a mimo to poruszających, dających do myślenia, wzruszających, rozbawiających lub po prostu pokazujących nam „Tak, takie jesteśmy, bywamy, możemy się stać”.
A wszystko to pozbawione niepotrzebnego moralizatorstwa, ot zostawione obrazy, kadry właśnie dla nas „na przyszłość”, do przemyślania, może powrotu do konkretnego, jednego opowiadania za jakiś czas.

Moja ocena to 6 / 6.

„Dzieje życia”. Guy Gaucher OCD.

 Podtytuł : 

Teresa Martin
siostra Teresa od Dzieciątka Jezus i Najświętszego Oblicza.

Wydana w Wydawnictwie Karmelitów Bosych. Kraków (2017).

Z paru rozmaitych powodów nabyłam ostatnio książkę, opowiadającą o życiu Teresy Martin, później ogłoszonej Świętą Teresą od Dzieciątka Jezus i Najświętszego Oblicza i Doktorem Kościoła (jako trzecią w historii, co pokazuje jak traktowało się i przypuszczam, że wciąż traktuje, teologię kobiet w Kościele, obecnie są cztery kobiety z tym tytułem). 
Sięgając, przyznam, nie wiedziałam do końca, czego oczekiwać po tej konkretnie książce. Czego się obawiałam? Powiem wprost, nieco bałam się, że będzie to nieco nudnawa ale za to bardzo wzniosła opowieść o Świętej. Co się okazało? Okazało się, że otrzymałam arcyciekawą opowieść biograficzną, nie koloryzowaną bo bazującą jedynie na dokumentach, opowieść nie tylko o samej Teresie Martin i jej rodzinie i bliskich ale też bardzo ciekawą opowieść o epoce, w której żyła ta młodziutka przecież dziewczyna.

Teresa Martin przyszła na świat w religijnej ale nie dewocyjnej rodzinie i w niej wzrastała wraz z czterema pozostałymi przy życiu siostrami. Szybko została półsierotą gdyż jej mama, Zelia, zmarła gdy Tereska miała niewiele ponad cztery lata. Starsze siostry podjęły się opieki nad najmłodszą latoroślą a sam ojciec Ludwik również stał się oparciem tej rodziny i wraz z córkami przeniósł się do Lisieux, gdzie jedna z jego pięciu córek osiągnąwszy starszy wiek, wstąpiła do Karmelu.
My jednak jako czytelnicy śledzimy życie tej niezwykłej dziewczyny od najmłodszych lat, przez czas szkoły i dorastania. Jak pisałam, książka opisuje rozwój drogi religijności i świętości Teresy ale stanowi też ciekawy obraz życia rodziny francuskiej, dobrze sytuowanej, w końcu dziewiętnastego wieku a na przełomie wieku nowoczesności i wieku rozwoju techniki.

To również historia życia i religijności sympatycznej, z ogromnym poczuciem humoru młodej kobiety, która w wieku piętnastu lat podjęła decyzję o wstąpieniu do klasztoru i która to tę decyzję wprowadziła w swoje życie walcząc z licznymi przeszkodami jakie rzucano dziewczynie pod nogi. 
Udało Jej się jednak wstąpić do Karmelu mimo młodego wieku a tam spędzić jedynie dziewięć lat. Jedynie dziewięć bo przerwanych Jej śmiercią w roku 1897 ale lat ogromnie intensywnych i owocnych pod kątem duchowym. Zostawiła też po sobie ogromną duchową spuściznę w postaci swoich zapisków, w tym „Dziejów duszy”, stanowiących obecnie klasykę karmelitańską, rozmaitych drogowskazów duchowo religijnych. 

Przede wszystkim jednak, według mnie, ta piękna duchem i ciałem, dziewczyna, zostawiła spuściznę miłości i miłosierdzia i właśnie podkreślenie, że to jest to, co powinno nas w życiu determinować. I że każdy z nas ma jak najpełniejszą możliwość i prawo zostania Świętą lub Świętym.

Nigdy bym nie przypuszczała, że ta książka tak mnie wciągnie a sama postać Świętej Teresy aż tak zaciekawi i zaintryguje. Nie poczułam się ani przez chwilę znużona i orientowałam sie w dość bogatym zbiorze rozmaitych nazwisk postaci. 
Nie miałam w przypadku dwóch ostatnio czytanych przeze mnie książek szczęścia do dobrej lektury. Z każdej, nawet jeśli to kryminał, chcę coś wynieść. Coś mądrego, zabawnego czy zwyczajnie rozrywkę. Sięgając po tę książkę stwierdziłam, że chcę wreszcie przeczytać coś wartościowego i oto udało mi się spełnić ten plan.

Moja ocena to 6 / 6.