„Piaskowa Góra”. Joanna Bator.

Wydana w Wydawnictwie W.A.B. Warszawa (2009).

No, panie i panowie, rzuciło mnie. Bynajmniej o ścianę (na szczęście) ale prawie na kolana. Prawie, bo za stara jestem na spektakularne wygłupy ale mówiąc już całkiem serio…ogromnie się cieszę, że nabyłam sobie drogą kupna w ramach Świątecznego prezentu od Mamy tę książkę i jej kontynuację czyli „Chmurlandię”.

Opowieści, opowieści i opowieści. Historie nasze. Historie cudze. Takie, które opowiada się raz jeden w życiu z poczuciem wstydu czy zhańbienia. Lub takie, które opowiada się raz po raz w gronie znajomych czy rodziny, które nam wydają się być oryginalne a reszta towarzystwa zna już od lat na pamięć pointę. Opowieści grają w „Piaskowej Górze” główną rolę. 
To historia pewnej rodziny, której losy poplątane są jak to zapewne niejednej rodziny, niezwykle. Poznajemy historię tej rodziny poprzez opowieści właśnie, które czyta się z wypiekami na twarzy bądź nie raz uśmiechając pod nosem.
Znów autorce udało się skonstruować postaci jak ja to nazywam, z krwi i kości a nie papierowe wydmuszki czy ideały nie mające się nigdy zdarzyć.

 Jadwiga i jej córka Dominika. A wraz z nimi poczet dzielnych kobiet polskich w postaci obu babek. I nie tylko. Fakt, że mężczyźni w książce Bator są nie tyle zmarginalizowani co raczej zupełnie umniejszeni. Fakt, że ich rola polega głównie na byciu dzieciorobami, alkoholikami, żeby nie napisać dosadniej, pijakami i nie radzącymi sobie z niczym pantoflarzami. To mnie akurat mocno w tej książce uwierało, nie lubię takiego mocnego kontrastowania białe czarne. Życie aż tak nie wygląda, są odcienie szarości i nie tylko…Niemniej jednak tę jedyną rzecz, która mnie uwierała a może i irytowała po części, spokojnie wybaczyć mogę na rzecz całokształtu książki, która wciąga jak pierwsze pocałunki, których nigdy dość…

Rzecz dzieje się w Wałbrzychu, na osiedlu Piaskowa Góra ale i w Zalesiu, skąd pochodzi Jadwiga. Tak naprawdę rzecz dziać mogłaby się wszędzie. Wałbrzych jakiejś wielkiej roli nie spełnia, ot jest miejscem, w którym dzieje się akcja książki. A dzieje się na przestrzeni kilkudziesięciu lat,  kiedy to poznajemy młodziutką Jadzię, która przybywa z rodzinnej wioseczki do wielkiego miasta Wałbrzycha aby tam na samym początku wpaść w ręce miłości. Której owocem będzie Dominika. Jednak poznajemy też historie z IIWŚ w tle, więc tak naprawdę na kartach powieści oddany jest kawał czasu.

Lubię język literacki, którym posługuje się autorka. Jest on często metaforyczny jednak metafory te w sam raz trafione, nie przesadzone w żadną stronę, akurat takie jak trzeba. Lubię książki, w których każde zdanie jest ważne, coś znaczy, coś niesie ze sobą. Tu to otrzymałam i zadowolona z tego jestem przeogromnie. 

Lubię książki, o których mogę powiedzieć, że w głowie zostaną i które polecać będę. Które na swój sposób intrygują a tak stało się właśnie z „Piaskową Górą”.

Oczywiście, jestem mocno spóźniona w tej lekturze, pewnie większość gości mojego blogu już dawno tę książkę ma za sobą. Ale tym, którzy jej nie znają, ogromnie ją polecam jako interesujące spojrzenie na nas, Polaków, na przestrzeni lat kilkudziesięciu. Z naszymi przywarami i zaletami (chociaż znów muszę przyznać, że raczej wady autorka podkreśla, tak przynajmniej ja to odbieram w jej książkach). Z wszystkimi tymi grzeszkami i grzechami, tymi, które wybaczyć można a nawet trzeba i tymi, których się nie da. 

To obraz Polaka sirobiącego herbatę z nadszczerbionej szklanki i wpatrzonego w szklane pudło, w którym los szarpie biedactwiem „Niewolnicą Isaurą” ale również obraz osób, które ze schematów i ograniczającej ich szarości wyrwać się chciały i umiały, które umiały (znów są to tylko kobiety) podarować sobie możliwość przypięcia skrzydeł i wyrwania się z granic.

To w końcu portret dziwnych relacji matek i ich córek, które to relacje z rozmaitych przyczyn są niełatwe. A w relacjach tych mężczyzn nie ma. Czy to fizycznie czy raczej mentalnie.

Polecam bo warto według mnie. 
Moja ocena to 6 / 6. 

jednak coś…

…na kształt postanowienia Noworocznego u mnie wykwitło a dotyczy, a jakżeby inaczej, lektur. Postanawiam w tym roku więcej czytać polskiej prozy, może literatury ogólnie bo chętnie poznałabym współczesnych polskich poetów a nie tylko prozaików. Może ktoś mi poleci jakąś dobrą współczesną poezję? Będę wdzięczna.

Chciałabym poczytać trochę polskich reportaży i to zadanie rozpoczęłam zaczynając w Nowy Rok lekturę reportaży Witolda Szabłowskiego, ale nie tylko. To ta Bator, której teraz czytam „Piaskową Górę” a w końcówce ubiegłego roku jej „Ciemno, prawie noc” tak mi apetyt na polskich autorów zaostrzyła. Nie chcę czytać wszystkich i jak leci. ŻADNYCH romansów, ŻADNYCH „ona zrealizowana trzydziestka, singiel, w głębi duszy marzy o związku, dzieciach i meblościance z IKEI” ani ŻADNYCH „ona po rozwodzie już ma zamiar wpaść w ramiona depresji kiedy odkrywa w sobie nieznane dotąd pasje malarskie, fotograficzne, lepienia garnków i kiedy już godzi się z tym, że resztę życia spędzi sama poznaje jego, faceta ideał, który tak naprawdę, jak ten Yeti, nie istnieje;)”. 
Chcę czytać polską dobrą prozę niekoniecznie tylko te reportaże, oczywiście. No więc czeka na czytniku dalsza część autobiografii Doroty Sumińskiej, i dziś zakupiona w korzystnej dla mnie promocji „Morfina” Twardocha. Mam też oczywiście „Gottland” Szczygła i muszę się wreszcie za nią kiedyś wziąć, na razie, wygląda na to, że jej czas na razie nie nadszedł. Powolutku, będzie i na nią czas.

No i oczywiście „Chmurlandia” Joanny Bator również czeka, ale nie chcę jej czytać zaraz po „Piaskowej Górze”, żeby trochę „zmienić klimat”.

Mam ochotę na prozę Olgi Tokarczuk, czy jej miłośnicy mogliby mi polecić jakąś jej według nich najlepszą książkę? I w ogóle co warto czytać z polskiej prozy współczesnej bo wstyd przyznać, ale znam jedynie kryminały praktycznie a inne nazwiska jakoś tak omijam. A pewnie szkoda i czas nadrobić a przynajmniej trochę się w polskiej literaturze rozczytać.

WOŚP

…po raz dwudziesty pierwszy WOŚP gra i raduje. My już swoją wpłatę poczyniliśmy, w tym roku z różnych przyczyn, przelewem, ale to się nie liczy jak, ważne, żeby, tak myślę, zgadzać się ze mną nie trzeba.

Od 2011 roku WOŚP nie jest dla mnie akcją, która zawsze do mnie trafiała, przemawiała i która po prostu motywowała do wpłaty. Dla mnie od tamtego roku jest namacalnym dowodem, że to działa. Nasza Córeczka a raczej Jej kruche życie, ratowano właśnie miedzy innymi obklejoną czerwonymi serduchami aparaturą medyczną. I tak nigdy nie psioczyłam na akcję Jurka Owsiaka, ale po tamtym doświadczeniu chyba by mi jęzor przyrósł do podniebienia, jakbym coś na tę akcję gadała. 
Niech Orkiestra gra faktycznie do końca świata i jeden dzień dłużej. I niech pomaga ratować jak najwięcej małych istnień… 

Rok temu o Orkiestrze pisałam tu, o

„Zabójca z miasta moreli. Reportaże z Turcji”. Witold Szabłowski.

Wydana w Wydawnictwie Czarne. Wołowiec (2010).

Zupełnie przypadkiem dowiedziałam się o tej książce. Czyjaś znajoma na FB (Dublinia, czy to nie Twoja?) w którymś ze wpisów o niej wspomniała, a ja, raz, że ostatnio baaardzo formę reportaży polubiłam, dwa, Turcja współczesna mnie interesuje, trzy, Wydawnictwo Czarne pod tym kątem jeszcze nigdy mnie nie zawiodło i mimo na ogół wysokich cen wiem, że mogę śmiało sięgać po ich reportaże bo się nie zawiodę. 

Tak też się stało i tym razem. Nie napiszę nic odkrywczego podsumowując, że książka ta opowiada o sytuacji stania „w rozkroku” współczesnej Turcji. Pomiędzy dumą z przeszłości a chęcią wzbogacenia przyszłości o coś nowego. Pomiędzy tradycją Wschodu a dążeniem do staniem się poniekąd częścią Zachodu za sprawą wejścia do Unii Europejskiej.

Ale nie tylko o polityce pisze w swojej książce Szabłowski chociaż zajmuje ona faktycznie dość dużo miejsca, co akurat mnie nie dziwi bo Turcja obecnie faktycznie silnie dąży do przystąpienia do Unii chociaż z tego, co wyczytałam, wcale nie jest tak, że obywatele za tym wejściem głosują masowo.

Autor porusza też tematy kulturalne, ukazuje interesujące związki polsko-tureckie na przestrzeni wielu lat. Opisuje też dramatyczne losy kobiet tureckich czy też współczesne życie tureckiej młodzieży i jej dążenia i styl życia w niektórych aspektach zbliżony do zachodniego a w innym zaś jednak wciąż tradycyjne i zupełnie inne.
Dla mnie wstrząsającym ogromnie fragmentem był ten o usiłujących dostać się do Europy zachodniej mieszkańcach takich krajów jak chociażby Irak czy kraje afrykańskie, a którzy często giną u wybrzeży terytorialnych wód Turcji. Przy czym muszę przyznać, że mało ciekawie zostały przedstawione tam poczynania greckich władz w stosunku do tychże uciekających do Europy. Przyznaję, że o wielu sprawach nie wiedziałam. 

Ciekawy był też rozdział opowiadający o zamachowcu, który swego czasu usiłował dokonać zamachu na Jana Pawła II czy o słynnych już na całym świecie butach, które swego czasu poleciały w kierunku Busha.

Czy ta książka dała mi odpowiedź na pytania jakie zadaję sobie myśląc o współczesnej Turcji? Tak, na pewno. W niektórych aspektach oczekiwałabym może nawet więcej, jak współczesne życie moich równolatków i ich opinie dotyczące chociażby wejścia do UE.

Podoba mi się, że autor znajduje język z mieszkańcami tego kraju. Wyraźnie widać, że kraj ten jest w centrum jego zainteresowań i to się naprawdę czuje. 
Rozsmakowałam się w reportażach i coś czuję, że muszę poszukać na stronach Czarnego jakichś jeszcze reportaży dotyczących kraju, o którym tak naprawdę wciąż wiem za mało a może po prostu nic? Znając go jedynie z dwóch wyjazdowych wypadów w lecie. 

Nabrałam ochoty na nieco inną książkę autora, a mianowicie „Nasz mały PRL”, którą usiłowałam znaleźć na ebooku aby podobnie, jak tę przeczytać wygodnie na czytniku ale jakoś nie udało mi się znaleźć a być może za mało szukałam.

Moja ocena to 5 / 6.

„Czarne sekundy”. Karin Fossum.

Wydana w Wydawnictwie Papierowy Księżyc. Słupsk (2012).
Przełożył Marcin Kiszela.
Tytuł oryginału Svarte sekunder. 

Nareszcie doczekałam się kolejnej książki tej ciekawie piszącej kryminały z tłem psychologicznym norweskiej autorki. 

Z tego, co wiem, Fossum ma swoich wielbicieli w Polsce, ja do nich należę. Pasuje mi sposób, w którym ujmuje akcję swoich książek, w których zbrodnia zdaje się być jedynie pretekstem do opisu losu bohaterów, ich postaw.

„Czarne sekundy” zaczynają swoją akcję od spełniającego się koszmaru obaw każdego rodzica. Czyli zaginięcia dziecka. Mała Ida wybywa na swoim żółtym rowerku do miejscowości, pod którą mieszka aby nabyć jakieś dziecięce pismo plus słodkości. Wybywa i nigdy nie dociera do kiosku i miejscowości. Jej matka, wychowująca ją praktycznie całe życie w pojedynkę, odchodzi od zmysłów bo niemal od razu uruchamia się jej matczyna intuicja, która daje jej znać, że ta historia nie będzie miała pozytywnego zakończenia.

Poznajemy kilkoro innych bohaterów tej opowieści, z których co najmniej paru ma coś do ukrycia czy też zdaje się mieć coś na sumieniu. A co, to się okazuje oczywiście pod koniec książki.
Autorka nie epatuje okrucieństwem, nie wylewa na kartach hektolitrów krwi a mimo to udaje jej się oddać niepokojącą atmosferę narastającej grozy i zapętlana się kolejnych bohaterów w akcję książki.

Ciekawe kiedy doczekamy się kolejnej książki Karin Fossum na naszym rynku. Jako, że poprzednią czytałam trzy lata temu, a pisałam o niej we wpisie „Utracona” mam nadzieję, że następna jej książka ukaże się u nas jednak szybciej. 

Moja ocena to 5 / 6.

postanowienia Noworoczne…

…podobno ludzie dzielą się na tych, którzy je robią i na tych, którzy …migają się od tego.
No więc ja z tych, którzy nigdy ich nie robili. Być może na kogoś zmiana daty działa w jakiś motywujący sposób. Dla mnie, cóż, podjęcie decyzji na jakikolwiek temat nie musi się koniecznie wiązać z kolejną datą. Na swój sposób zresztą chyba zazdroszczę ludziom, którzy doskonale wiedzą, co zdarzy się w ich życiu w następnym roku na przykład. Ja nie wiem i nie planuję. Nie sięgam daleko. Nie planuję od maja 2011 roku, kiedy okazało się, że można sobie planować a los i tak wie lepiej. No więc ja przestałam. Planować. Zakładać. Nie wiem czy to dobre czy złe. Może żadne, może obojętne. Nie planuję, nie mam grafików. Mój grafik życia sięga obecnie najpóźniej tygodnia naprzód i tyle. Owszem, są w grafiku wydarzenia, które trzeba planować, o których się pamięta, te wędrują do kalendarza i czasem zaskakują kiedy patrząc na przyszły tydzień orientuję się, że „ojej, to już w tym tygodniu”. Ja, która zawsze pamiętałam o urodzinach, rocznicach znajomych, teraz …no cóż, jeśli wyślę kartkę na czas, jest to swoisty sukces.
Tegoroczną zmianę daty przespałam. I tak zakładałam tak zrobić ale jednak w niekoniecznie takich realiach i rzeczywistości. I faktycznie, spektakularna zmiana nie nastąpiła. Stał się Nowy Rok 2013 a co przyniesie? Pozostaje mieć nadzieję, że jednak więcej tego dobrego i tego zarówno sobie jak i Wam życzę. 

 

podsumowanie książkowe roku 2012…

…w mojej subiektywnej ocenie, rzecz jasna.

W skrócie, co stanowiło zachwyt minionego roku w kontekście lektur.

I tak wielkie wrażenie zrobił na mnie zbiór opowiadań Claire Castillon, „Insekt”, niezwykle przewrotne ujęcie tematu „matka-córka”.

Spodobał się „Powrót nauczyciela tańca” Mankella. 

Odkrycie „Okruchy dnia” Kazuo Ishiguro i „Ciemno, prawie noc” Joanny Bator. Ta ostatnia znana mi już a taki urządziłam sobie do niej powrót i…zamierzam poznać dwie pierwsze jej książki.

Ogromne wrażenie zrobiła na mnie biografia Władysława Broniewskiego autorstwa Mariusza Urbanka, czyli „Broniewski: Miłość, Wódka, Polityka” i biografia Eugeniusza Bodo „Eugeniusz Bodo. „Już taki jestem zimny drań” ” Ryszarda Wolańskiego.

Wiele wspomnień przyniosła druga część „Japońskiego codziennika” Aleksandry Watanuki.

Innego rodzaju odkryciem, które przede wszystkim ogromnie poprawiło mi nastrój były książki podróżnicze Robba Maciąga, a zaczęłam od „Tysiąc szklanek herbaty”.

Polski kryminał, który ze wszech miar zasługiwał na poznanie to Anny Fryczkowskiej „Starsza pani wnika” a zagraniczna sensacja, to oczywiście ukochany Lee Child i jego „Czasami warto umrzeć”.

„Japońszczyzna” to „Muzeum Ciszy” Yoko Ogawa i Hiromi Kawakami „Pan Nakano i kobiety”.

Zaskoczyła na plus „Droga 66” Doroty Warakomskiej .

Zapomniałam też o „Czasie Czerwonych Gór” Petry Hulovej, która to książka bardzo mnie zachwyciła.

Z innej beczki zawiodła kontrowersyjna Tracy Hogg, o czym już pisałam, prawdę mówiąc okazała się ogromnym niewypałem, za to świetna jest „Jak wychować szczęśliwe dziecko” Johna Mediny czyli spojrzeniem okiem neurologa. Jak również, bardzo polecam kobietom, które chcą karmić piersią, książkę Magdaleny Nehring-Gugulskiej „Warto karmić piersią. I co dalej?” (z jednym jedynym wyjątkiem tej książki, który potraktowałam jako dodatek comedy science fiction;).

Ogólnie, w tym roku czytałam nie tak wiele, ale i jest to zrozumiałe. Cóż, widać nie jestem matką cyborgiem, która na wszystko ma czas i ze wszystkim daje sobie radę a i egoistycznie przyznam, że zdecydowanie zamiast zarywać noce nawet nad najciekawszą lekturą wolę kropnąć się do łóżka i wyspać;).

Zdrowego Nowego Roku…

Życzę Wszystkim odwiedzającym mój blog. Miał być dłuższy specjalny wpis, ale jest krótko bo jesteśmy z Janeczkiem w szpitalu i leczymy infekcję Janeczka. Tak więc na Nowy 2013 Rok sobie i Wam życzę Zdrowia. Z resztą sobie poradzimy.

walka z wirusiskami…

…trwa u nas. Na początku katar (lekki) złapał Janeczek. Potem ja od Niego. U mnie jak zwykle siekło struny głosowe, często tak mam. W Wigilię przestałam mówić. Tani, która do mnie zadzwoniła, dobrze o tym wie, bo słyszała jak mówiłam a raczej, jak usiłowałam. W pierwszy dzień Świąt zaczęłam odzyskiwać głos ale jeszcze ciągle z otoczeniem porozumiewałam się głównie szeptem. Wczoraj miałam już głos Himilsbacha. U nas w rodzinie walka z wirusiskami trwa, niestety, bo zaraz po Wigilii rozłożyło Teściową , a dziś w nocy niestety i Janeczka ponownie:( Czekamy na panią doktor, niech osłucha Biedaka bo kaszle, niestety;( 
Tak więc, niestety, mimo, że tak sobie tego życzyłam, nasze Święta do najzdrowszych nie należały. Praktycznie była tylko Wigilia w większym gronie bo w drugi dzień jedynie Mamie mojej udało się do nas dotrzeć (która z kolei chorowała przed Świętami czas jakiś).
W dodatku P. przebąkiwa, że i On jakby nie do końca czuł się super, ale miejmy nadzieję, że nic się nie wykluje. 

Uprasza się zatem o życzenia zdrowia, bo obecnie to jedyne, czego nam naprawdę jest potrzebne!
 

Mikołaj w tym roku nie zawiódł, porozpieszczał wszystkich. Ja dostałam piękny biżuteryjny prezent od Męża, również z okazji Narodzin Syna, takie połączenie dwa w jednym, i nowy telefon. Po latach Noki’owania zdradzam tę firmę, na korzyść oczywiście jej największego obecnie konkurenta. Cóż, bywa…

Dostaliśmy masę książek, ja trochę i kryminałów i „Mamę Muminków”, i dalszy ciąg opowieści Doroty Sumińskiej na czytnik. Janeczek dostał w sumie cztery książeczki, takie stricte dla bardzo malutkich dzieci, w tym trzy takie z serii „oczami maluszka” czyli obrazki czarno białe, bo rzekomo tak widzą najlepiej dzieci na początku czyli kontrastowo, ale czy ja wiem, czy Mu się podobają? Woli zdecydowanie książeczkę od Babci H., z kolorowymi obrazkami po jednym na stronie.

Całą furę zabawek natomiast otrzymał od kuzynki P., ze Stanów, która przysłała Mu naprawdę masę rozmaitości, w tym nawet takie fajne klocki-puzzle, z których ułożyć można dinozaura. Jednym słowem, Chłopak rozpieszczony na całego.

A teraz te dni, które zawsze zdają się być zawieszone „pomiędzy” i oczekiwanie na przyjście Nowego Roku, mam nadzieję, że już w zdrowiu. 

W tym roku śmieję się, że jeśli mnie nie obudzą wybuchy petard , których szczerze nie cierpię, ale zapewne niestety, obudzą, to pewnie po raz pierwszy od baaaardzo dawnego dzieciństwa, buchnę się do łóżka przed północą:)

„Ciemno, prawie noc”. Joanna Bator.

Rewelacja. Jak nie czytam za wiele prozy współczesnej tak cieszę się, że raz na kiedy na coś się skusiłam no i oczywiście, że to takie dobre się okazało. Trzeba będzie sięgnąć po dwie wcześniejsze książki tej pani. Bo taki „Japoński wachlarz” to już zupełnie inny typ literatury i nawet nie ma sensu porównywać.

„Ciemno, prawie noc” to książka ciężka. Z takim właśnie ciemnym, prawie nocnym klimatem. Na pewno nie czytadło, które można odłożyć w każdej chwili i nie myśleć o treści. 
To też książka, po którą pewnie rok temu bym nie sięgnęła a jeśli już, to w pewnej chwili nie udało by mi się jej skończyć, tak więc dobrze, że „jej czas” przypadł akurat na teraz.

To książka wielopłaszczyznowa, z oryginalnymi bohaterami, z których każdy ma swoją opowieść do przekazania. Z historiami z przeszłości i teraźniejszości. Z których na dobrą miarę, nie wiadomo, która bardziej mroczna. Jest dużo (jeśli mogę mieć zarzut w stronę tej książki to jak dla mnie nieco zbyt spiętrzone nieprawdopodobieństwo nieszczęść, ale być może się mylę) zła, które dzieje się wokół i które, jak to zło, najbardziej dotyka najsłabszych.

Są tajemnicze i niosące spustoszenie raz na zawsze kotojady i są niosące pomoc kociary.
Są znikające dzieci i ludzie, którym ich los nie jest obojętny.

Wreszcie, jest refleksja, że czasem mimo tego, że to rani, dobrze jest raz na zawsze wrócić do wspomnień i rozprawić się z nimi, aby dać sobie samym szansę na nareszcie po latach głębszy oddech i nowy rozdział życia. 

Alicja Tabor (nazwisko bohaterki stanowi anagram nazwiska autorki, ot taki smaczek) powraca z niechęcią do przeszłości. I tej fizycznej i tej ze wspomnień. Powraca do domu, w którym się wychowała i do miasta rodzinnego, ponieważ giną tam dzieci a ona jako reporterka chce zająć się tym tematem. Wraz z powrotem do poniemieckiego domiszcza wracają wcale nie zawsze przyjemne wspomnienia. I opowieść o jej dzieciństwie z siostrą Ewą. I z wiecznie nieobecnym ojcem szukającym skarbu Zamku Książ w tajemniczych korytarzach biegnących od zamku. Jak również z nieobecną (dlaczego? to wyjaśni się na końcu książki) matką.

Autorce udało się stworzyć nastrój książki mroczny i groźny. Chwytający czytelnika za gardło i wręcz zmuszający do tego aby szerzej otworzył oczy na dziejące się wokół zło. 
Mnie ta książka porwała i nie chciała puścić, pomimo, co zaznaczam, dość smutnej tematyce, jaką porusza. Ale ważnej.

Czy Alicji uda się zmierzyć z powracającą do niej nagle przeszłością? Czy wspomnienia stanowić będą rodzaj wyzwolenia? Czy dowiemy się co stało się z zaginionymi w Wałbrzychu dziećmi? z poniemieckim skarbem z Zamku Książ? Tego dowiecie się po sięgnięciu po książkę.

Moja ocena to 5 / 6.
No i mam zamiar sięgnąć po „Piaskową Górę” i „Chmurlandię”. Obowiązkowo!