„Jeszcze jedno kłamstwo”. Kathryn Croft.

 Wydana w Burda. Warszawa (2016). Ebook.

Przełożyła Aga Zano. 
Tytuł oryginalny While You Were Sleeping.

Niedawno, przeszukując przepastne zasoby czytnika (taki odpowiednik tradycyjnych książkowych stosów wstydu) znalazłam dwie książki Kathryn Croft.
Nie wiedząc w sumie, czego się spodziewać, stwierdziłam, że po książkach, które niedawno czytałam mam ochotę na coś właśnie takiego. Kryminał albo thriller, nie jakiś też wymyślny psychologiczny twór. Po prostu czytadło. Opinie jakie znalazłam w internecie były różne. Albo się podobało albo nie ale stwierdziłam, że co tam, mam na czytniku to zobaczę. I o dziwo, jak zaczęłam czytać, tak się wciągnęłam i czytałam z zainteresowaniem, kto zabił. 

Co prawda w sumie przez większość książi irytowała mnie nieco główna bohaterka (wszak każdy kto budzi się po nocy, z której nic nie pamięta, obok martwego sąsiada, z którym to sąsiadem i jego żoną przyjaźnił się, nawiewa i tajniaczy przed najbliższymi, że w ogóle tamtej nocy widział sąsiada) ale rychło mleko się wylało i od tej pory już przynajmniej nie zżymałam się na kobietę, że postępuje jakoś totalnie bez sensu i nielogicznie. 

Narratorka, Tara to matka dwójki dzieci, Rosie, niemal osiemnastolatki i jedenastolatka, Spencera. Ma też męża, Noah, z którym chwilowo jest w relacji niezbyt stabilnej ale też oboje pracują nad powrotem do dawnych, lepszych relacji. 

No i właśnie, pewnego dnia kiedy to Noah wyjeżdża służbowo do Nowego Jorku, syn zostaje „sprzedany”  dziadkom a córka nocuje u przyjaciółki ze szkoły, Tara zamiast pracować nad obrazem, który chce wysłać na wystawę, wybiera się na chwilę do domu sąsiada. Resztę już pisałam, rano budzi się koło Lee, sąsiada, który to jednak okazuje się, że padł ofiarą morderstwa. 
Tara wie ,że tego nie zrobiła. Niby z nocy nie pamięta nic, totalna mgła czy nawet po prostu, ciemność ale wie, skąd wie, tego nie wiemy ale wie, że nie zabiła. Natomiast to, co dzieje się w najbliższym otoczeniu kobiety, to jak dziwnie zachowują się jej bliscy a nawet to jak zwyczajnie ją okłamują (nie to, żeby ona sama była wobec nich szczera i uczciwa) każe jej zacząć się obawiać czy morderca Lee nie jest jednak w bliższym otoczeniu niż pierwotnie jej się wydawało. 
Nawarstwiające się kłamstwa i niejasności, brak możliwości zaufania komukolwiek, to właśnie zaczęło mocno w pewnej chwili przygnębiać Tarę. Kobieta postanawia więc wziąć sprawy we własne ręce i dowiedzieć się, kto zabił jej znajomego.

Jak pisałam, potrzebowałam czegoś, co będzie raczej rozrywką niż wielką rozkminą i w sumie to dostałam. Również, co dobre, w rezultacie nie wytypowałam prawidłowo sprawcy więc to na plus. 

Mnie się czytało dobrze i jestem zadowolona, że po nią sięgnęłam. 
Zaczęłam też, na fali, następną książkę Croft o tytule „Nie ufaj nikomu”.

Moja ocena to 5 / 6.

„Pani March”. Virginia Feito.

 Wydana w Echa. Warszawa (2023). Ebook.

Przełożył Tomasz Wyżyński. 
Tytuł oryginalny MRS.MARCH.

Mam wrażenie, że o „Pani March” czytałam jedynie bardzo dobre opinie i to właśnie ten fakt sprawił, że nabrałam ochoty na jej lekturę. No i nie żałowałam tej decyzji ani przez moment! Jest to jeden z lepszych debiutów literackich, jakie czytałam.
Chyba ostatnio „Dziennik pustki” sprawił, że miałam po książce tak wiele różnych przemyśleń i refleksji. 

„Pani March” to mężatka, której imię, co jest według mnie celowo zastosowanym w książce zabiegiem, poznajemy dopiero w ostatnim zdaniu książki. 
Jej mężem jest znany i ceniony autor książek, George March. To drugie małżeństwo autora, ma dorosłą już córkę. Natomiast z panią March mają ośmioletniego syna, Jonathana. 
Akcję książki poznajemy przez narratora trzecioosobowego. Poznajemy panią March w momencie, który dla niej zmienia dosłownie wszystko. Całe jej dotychczasowe życie. Czy myślicie, że jest ona w chwili otrzymania wstrząsającej diagnozy dotyczącej zdrowia jej samej lub kogoś z jej bliskich? Czy myślicie, że może pada ofiarą przestępstwa, które nieodwracalnie zmieni jej życie? Czy może jest ofiarą wypadku, katastrofy lub innej tragedii? Otóż, nie. Pani March słyszy z ust właścicielki piekarni, w której od zawsze nabywa pieczywo, że najprawdopodobniej główna bohaterka najnowszej książki jej męża, Johanna, jest wzrowana na jej, pani March, postaci. To niewinne, wtrącone zapewne dla potrzymania konwersacji przez sprzedawczynię zdanie wywraca życie głównej bohaterki raz na zawsze. Już nic nie będzie takie samo jak wcześniej. A będzie nawet gorzej.

Wizyta w piekarni, jakże brzemienna w późniejsze wydarzenia, rozpoczyna nasze czytelnicze poznanie tej postaci. Pani March jak już wiemy, jest mężatką. Dowiadujemy się też, że wraz z zawarciem małżeństwa rozpoczyna się jej życie jako statecznej, kulturalnej osoby, zamieszkującej duży apartament w prestiżowej dzielnicy Nowego Jorku. Osoby, którą stać na dobrą szkołę dla syna, osobę, którą stać na to aby nie pracować i mieć panią dochodzącą, zajmującą się kuchnią i domem. 
Jednym słowem, pani March może mieć dla siebie bardzo dużo czasu i postrzegać się wraz z mężem jako elitę kulturalną Nowego Jorku. To w sumie w ich mieszkaniu odbywają się przecież ciekawe przyjęcia, to w końcu jej mąż jest słynnym autorem, którego zapraszają telewizje również z innych krajów aby przeprowadzić z nim wywiad. 
I całe to ustabilizowane życie, jakie do tej pory wiodła bohaterka, jednego dnia, za sprawą niewinnie rzuconego stwierdzenia, runie. Runie jednak nie natychmiast a stopniowo. Trochę mi się ta książka wydawała przegadana ale rozumiem też dlaczego tak było. Powoli, powolutku wraz z rozwojem akcji i obserwowaniem działań pani March widzieliśmy też ów malutki kamyczek, który rozpędzając się pomału uruchamiał lawinę prowadzącą do nieuchronnej tragedii. 
Tym bardziej, że jest tu też motyw zbrodni, która wydarzyła się niby daleko od bezpiecznego i ustabilizowanego świata kobiety a jednocześniej wywrze na jej życie ogromny wpływ. 

To, po wspomnianym już przeze mnie wcześniej „Dzienniku pustki” kolejna książka, o której trudno coś więcej pisać aby nie zdradzić czytelnikom zbyt wiele z treści. A jednocześniej jest taka pokusa aby pisać o niej coś więcej niż jedynie przybliżyć to co się ostatecznie wydarzy i co, wiemy to właściwie od pierwszych stron książki, wydarzyć się właściwie musiało. 
Jednocześnie też to kolejna książka, która według mnie może mieć parę rozmaitych interpretacji. 

W tym momencie chciałabym dać znać osobom to czytającym, że teraz mogę już spoilerować więc osoby, przed którymi ta książka dopiero jest, niech nie czytają dalej albo jeśli, to niech to biorą na własną odpowiedzialność i nie mają potem pretensji, że coś zdradziłam z treści powieści.

Przez całą lekturę zastanawiałam się, co z tego co czuje, wspomina, widzi pani March jest prawdą a co urojeniem. Wydaje się bowiem, że cała książka to zapis stopniowego wpadania w coraz to poważniejsze stadium choroby psychicznej kobiety. Czy jednak ta choroba gnębi ją od lat? Czy też, kiedy czyta się jej wspomnienia z dzieciństwa i młodości, na pewno wydarzyły się one w jej życiu? A może to jedynie jakaś faza silnych urojeń? Co z tego, o czym stopniowo się dowiadujemy, jest prawdą a co wymysłem? Na koniec, co ze zbrodnią, która też gnębi panią March i powoduje nawet jej prywatne śledztwo w tej sprawie. Czy wydarzyła się ona naprawdę. A jeśli, to czy na pewno sprawca jest nieznany?

Tyle pytań i tyle możliwych odpowiedzi. 
Na samym końcu książki zaczęłam się zastanawiać czy w ogóle pani March istnieje czy też jest to po prostu powieść, jaką zaserwował nam George. 

Uważam „Panią March” za jedną z lepszych książek jakie przeczytałam w tym roku i również jedną z najlepszych w ogóle przeze mnie czytanych.

Moja ocena to 6 / 6. 

„Całując ul”. Jonathan Carroll.

 Wydana w Wydawnictwie Domu Wydawniczym REBIS. Poznań (2019). Ebook.

Przełożył Piotr Taufelmann.

Tytuł oryginalny Kissing the Beehive.

Na fali osobistego powrotu do książek Jonathana Carrolla sięgnęłam po pierwszą z trylogii Crane’s View („Całując ul”, „Zaślubiny patyków”, „Drewniane morze”). 
To trochę inna niż na ogół ludzie się spodziewają, książka Carrolla, ze względu na to, że jest to kryminał bez żadnej tej charakterystycznej dla niego tajemniczości czy wręcz jakichś paranormalnych wydarzeń i zjawisk. No i niesamowicie mnie wciągnęła. Nawet bardziej od czytanej przeze mnie przed chwilą książki „Kraina Chichów”.

Po pierwsze, tak, lubię ten (wyświechtany?) motyw powrotu bohatera do rodzinnego miasteczka i odkrywania w nim jakiejś tajemnicy z przeszłości. Po drugie, oprócz intrygi kryminalnej, znalazłam w tej książce masę bardzo ciekawych dla mnie i mądrych stwierdzeń, przemyśleń, zdań po prostu.
Na przykład taka fraza, cytuję „(…) A kim niby oni wszyscy są, że tak zmieniają krajobraz, który kiedyś był mój? Jakaś część nas sądzi, że jest właścicielem obszaru swoich wspomnień: powinno istnieć prawo nakazujące zachować wszystko w niezmienionym kształcie”. 

Znów motyw pisarza, tym razem pisarza faktycznego a nie chcącego nim się stać wykładowcy jak w poprzedniej omawianej przeze mnie, książce. Pisarza, Samuela Bayera, którego dotyka coś dla autora strasznego a mianowicie – brak weny twórczej. 
W zbliżonym do tego stanu w jego twórczym procesie momencie poznaje on niejaką Veronicę Lake, z którą wdaje się w bardzo niespokojny romans. A aby zapobiec posusze literackiej wyprawia się do rodzinnego miasteczka, gdzie ma pomysł na najnowszą książkę. Otóż Sam jako piętnastolatek znalazł z kolegami ciało jednej z najbardziej znanych w miasteczku dziewczyny, Pauline Ostrovy. Pauline padła ofiarą zbrodni. I niby wydaje się, że wykryto wtedy sprawcę, którego ukarano ale coś się zaczyna nie zgadzać w tej układance zarówno Samowi, jak i, co szybko się okazuje, jego licealnemu przyjacielowi. Frannie McCabe to obecnie policjant, czego z pewnością ani on sam ani Sam w wieku nastoletnim nie spodziewaliby się. I jak szybko się Sam dowiaduje, Frannie też nie wierzy w to, kto trzydzieści lat wstecz zamordował Pauline .
Rozpoczynają swoje śledztwo, które będzie toczyć się szybko i z mnóstwem niespodzianek. A efektem tego prywatnego śledztwa ma być właśnie napisana przez Sama książka. 

Co mi się najbardziej podobało w tej książce? To, o czym już napisałam czyli powrót do rodzinnego miasteczka, w którym niby wiele się nie zmieniło a jednak zmieniło się wszystko. Tajemnica, która jest do rozwiązania. I jakaś taka ogólnie według mnie dobrze skreślona aura książki, taka mocno gęsta, niejasna, tajemnicza, trochę duszna. 
Sama intryga też była interesująca, zwłaszcza, że w sumie autorowi udało się mnie ostatecznie jednak „oszukać” czy może łagodniej, zwieść i zaprowadzić moje przypuszczenia w zupełnie inne strony niż te prawdziwe.

Ogólnie to wiem, że po drodze, odkąd „Całując ul” się ukazała pojawiło się masę książek opowiadających w mniej lub bardziej podobny sposób o takich powrotów ale tę czytało mi się jakoś wyjątkowo dobrze. 

Moja ocena to 5.5 / 6. 

„Kraina Chichów”. Jonathan Carroll.

Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Warszawa (1998). 

Przełożyła Jolanta Kozak.
Tytuł oryginalny „The Land of Laughs”. 

Nie pamiętam kiedy pierwszy raz czytałam tę książkę, ale według mnie spokojnie mogło minąć około trzydziestu lat. Pamiętam, w liceum była swoista „moda” na niektórych autorów, na pewno na Carrolla wtedy była. No, z pewnością Carroll był wówczas oryginalny i inny od tego, co czytało się wcześniej.

Teraz byłam ciekawa powrotu do książki, która mi się wtedy co pamiętam, bardzo podobała. Jaki okazał się powrót? Ciekawy bo jednak okazuje się, że jestem sprzężona z wspomnieniami około lekturowymi czyli podczas czytania naprawdę dużo wspomnień mi się wróciło, ludzi wspominałam i ogólnie taki trochę wspomnieniowy kącik mi się zrobił. Ale to chyba dobrze. 

Sama lektura? W porządku ale (pewnie jest to uwarunkowane tym, że sporo od tego czasu przeczytałam) nie odkryłam w niej na nowo czegoś, co rzuciło mnie na kolana. 

Plus za psiaki, które są jednymi z bohaterów książek Carrolla a bulteriery to już szczególnie (czy dobrze pamiętam z tamtego czasu pierwszych lektur, że sam autor lubi tę rasę ?).

W „Krainie Chichów” wykładowca szkolny bierze urlop i wraz z poznaną niedawno kobietą wybywa do miasteczka, w którym życie spędził ulubiony jego autor. Tomasza i Saxony łączy z pewnością jedno, miłość do książek autora Marshalla France’a i chęć napisania jego biografii. Trafiają do miasteczka Galen, gdzie ów autor spędził gros życia. 
No i tu zaczyna się właściwa przygoda. 

Cóż, poznanie szczegółów z życia kogoś, kogo twórczość się do tej pory bezkrytycznie uwielbiało może prowadzić albo do zwiększenia natężenia owego uwielbienia albo wręcz przeciwnie…

Ogólnie podsumuję to tak, podobało mi się, cieszę się, że wróciłam do czegoś z przeszłości, zwłaszcza, że nic z treści nie pamiętałam. Powrót co prawda nie rzucił mnie na kolana ale spowodował, że poszukałam innych książek Carrolla w ebooku i zakupiłam (niestety, widać, że moda na niego minęła i niewiele jest w tym formacie). 

Tak czy inaczej, mam chęć na powrót do jego książek, widać , że wzięta z osiedlowej książkodzielni, sprawiła chęć powrotu do tego typu książek ( a może, co bardziej prawdopodobne, do wspomnień jakie z nimi przybyły?).

Moja ocena to 5 / 6.

„Polka w Korei”. Agnieszka Klessa-Shin.

Podtytuł: „Jak się żyje w kraju K-popu, kimchi i Samsunga.
Wydana w Wydawnictwie Znak. Litera Nova. Kraków (2023).

Zacznijmy od tego, że kanał na YT noszący zabawną nazwę „Pyra w Korei” poznałam dzięki temu, że Pyra nagrała też podcasty true crime właśnie z Korei Południowej. W ten sposób trafiłam do tego miejsca i kiedyś stwierdziłam, że zobaczę o czym jeszcze Agnieszka u siebie opowiada czy opowiada i prezentuje podcas swoich filmów i …przepadłam. Wsiąkłam, wessało mnie, jak zwał tak zwał, w każdym razie, jestem wierną oglądającą kanał i oczekuję na każdy nowy filmik jak kania dżdżu.

Wiem, że Agnieszka wydała już wcześniej książkę, a konkretnie ebook kulinarny (daję znać tym, którzy mają chęć pogotować coś z kuchni tego właśnie kraju) ale kiedy usłyszałam, że ma zamiar ukazać się książka autorstwa Pyry dotycząca Jej życia w Korei, wiedziałam, że będę chciała ją przeczytać.

Autorka podzieliła książkę na sześć części, pięć opowiadających o realiach życia w Kraju Spokojnego Poranka i jedną- przewodnik.

Tak więc dowiadujemy się z książki o zwykłym życiu i jego realiach. Mnie to pasuje, lubię takie opowieści o tym jak się gdzieś mieszka, jak się tam pracuje, odpoczywa, relaksuje, podróżuje, co jest ciekawostką, co może szokować lub co jest tam co raduje. Szósta, ostatnia część to, jak już wspomniałam, przewodnik dla osób chcących odwiedzić Koreę Południową.

Nie wiem jak odbiera książkę ktoś, kto nie zna kanału Pyry. Ja o wielu sprawach już słyszałam u Niej podczas oglądania filmów, niemniej jednak z wielką przyjemnością sięgnęłam po papierową wersję tej książki i można powiedzieć, że poczytałam o tym, co dotąd oglądałam, w jakiś sposób porządkując sobie informacje.

Która część była dla mnie najciekawsza? Trudno powiedzieć bo interesowały mnie wszystkie ale chyba najbardziej piąta, nosząca tytuł „Co w koreańskiej duszy gra”.

Szczerze mówiąc, Korea Południowa nigdy nie stanowiła mojej pasji czy wręcz nie była na liście zainteresowań jako kierunek podróży i mimo wszystko wciąż na owej liście nie znajduje się ale odkąd oglądam „Pyrę w Korei”, naprawdę dużo się dowiedziałam o tym kraju i z chęcią nie tyle fizycznie, co za pośrednictwem Agnieszki, podróżuję sobie po nim i po części też go mogę poznać.
A ponieważ książka napisana jest w bardzo Pyrowym 🙂 stylu czyli tak ciepło i sympatycznie, uważam, że warto jest po nią sięgnąć nawet jeśli się uważa, że już wszystko się o tym kraju wie.

Moja ocena to 6 / 6.

„Siostry z Broniszewic. Czuły Kościół odważnych kobiet”.

Z S. Elizą Myk i S. Tymoteuszą Gil rozmawiają Łukasz Wojtusik i Piotr Żyłka.

Wydana w Wydawnictwie WAM. Kraków (2021). Ebook.

Facebook’ową stronę Domu Chłopaków w Broniszewicach mam polubioną od 2019 roku. Codziennie tam zaglądam, znam radości i bolączki tego DPS prowadzonego od ponad siedemdziesięciu lat przez Dominikanki. 

Podziwiam siostry prowadzące ten Dom i osoby tam zatrudnione, wolontariuszki i wolontariuszy za ich mądrość, umiejętność odnalezienia się w dzisiejszym świecie i za czułość jaką otaczają osoby z niepełnosprawnościami. 

Jest to miejsce, które odwiedzam aby przypomnieć sobie, że w zalewie złych nowin, zła jakie dociera codziennie z wiadomości, które chcąc niechcąc do człowieka docierają, jest jakaś inna, lepsza strona świata. 

Dlatego chętnie sięgam po książki o Domu i o tym co się tam dzieje. Poprzednio czytałam książkę dołączoną do wylicytowanego na aukcji pomocowej dla Domu przedmiotu, teraz sięgnęłam po rozmowy z dwiema pracującymi tam siostrami. 

No, nie jest to lekka lektura i dlatego czytałam ją na raty. Nie ze względu na to, że te kobiety opisują realia pracy z osobami z niepełnosprawnością. Smutek i nawet zgorzknienie przebija w sytuacji gdy dochodzi do próby uzyskania pomocy ze strony kościoła, ludzi, którzy chętnie krzyczą o prawie do życia ale zapominają, że to życie, o które tak walczą, trwa po urodzeniu a wtedy często wymaga zdwojonych sił i pomocy. 

Siostry z Broniszewic to wspaniałe, silne kobiety, mądre, często wykształcone w kilku kierunkach studiów. A mimo tego i one padają ofiarą hejtu i niezrozumienia. Mowa jest więc też i o depresji, która je dotyka i o właśnie, hejcie. 

Musiałam sobie tę książkę dawkować, o czym już wspomniałam. Generalnie opisująca świetnych ludzi działających w broniszewickim Domu, jednak powodowała wielokrotnie u mnie smutek i właśnie takie poczucie zgorzknienia. Że niektórym bardzo łatwo głosi się polityczne hasła o obronie życia. Gorzej, gdy przychodzi do realnej, prawdziwej pomocy temu życiu. Kiedy to, jak się okazuje, Broniszewicom pomagają najwięcej osoby często poza jakimikolwiek kościelnymi strukturami czy wręcz niewierzące. A jednak widzące, ile tam się dzieje dobra. 

Marzy mi się taka rzeczywistość, w której jest jak tam, w Domu, gdzie ludzie darzą się po prostu szacunkiem, miłością, wsparciem, zrozumieniem. Nawet jeśli ktoś się z kimś nie zgadza, jest w stanie z nim współpracować a nie dokucza czy dzieli. Stara się łączyć, mimo różnic.
No ale takie miejsca są zapewne nieliczne, szkoda. Chociaż, co krzepi, dobrze, że są.

Moja ocena tej książki to 6 / 6. 

„Arystokratka pod ostrzałem miłości”. Evzen Bocek.

Wydana w Wydawnictwie Stara Szkoła. Wołów (2023). Ebook.

Przełożył Mirosław Śmigielski. 
Tytuł oryginalny Aristokratka pod palbou lasky.

Naczekałam się na tę ostatnią część cyklu o Ostatniej Arystokratce, oj naczekałam. 
Nie mam pojęcia czemu ale książka została podzielona na części.  Ile ma być tych części? Szczerze mówiąc, mam nadzieję, że jednak jedynie dwie.

Maria Kostka wraz z matką i panią Cichą wracają z Holandii, gdzie zwłaszcza Maria, odniosły sukces. Maria Kostka zarówno wizerunkowy jak i osobisty gdyż wróciła mając w sercu nie jednego jak przed podróżą chłopaka, lecz już dwóch. Oto bowiem Maks, stały adorator z Czech, ma konkurenta, w postaci przystojnego i elokwentnego chłopaka, Marka, Holendra. 

Maria zatem wraca do zamku, gdzie czeka na trzy podróżniczki męska i wygłodniała część obsady zamku (i ojciec Marii). Wygłodniałość tłumaczyć można tym, że pani Cicha po latach opuściła na chwilę zamek a gotowaniem zajęla się Deniska. Nie wyszło to najlepiej. 
Jednak nie głód mężczyzn z Zamku Kostka zajmuje głowę młodej kobiety. Ona duma głównie nad tym, którego z adoratorów wybrać.
Niestety, nie ma ku temu dumaniu zbyt dużo możliwości bo na zamku znienacka zjawia się  dwuosobowa żeńska grupka mająca kręcić na Zamku Kostka reality show. Holendrzy oszaleli podobno na punkcie młodej arystokratki i chce wiedzieć więcej jak jej się żyje, zwłaszcza, że jest otoczona gromadką oryginałów. Tak więc dwie młode kobiety przybywają z królestwa tulipanów i wiatraków aby zaprezentować życie Marii i spółki. A to jak wiadomo, zapewnia moc radości. Nie zawsze filmowanym 😉

No i jest jak to w tej serii jest czyli dużo śmiechu podczas lektury. Która jednak niepotrzebnie według mnie została podzielona na dwie części. Domyślam się, że moja opinia nie jest specjalnie miarodajna ale postanowiłam jednak napisać to, że wydaje mi się ,że ten zabieg nie jest potrzebny. 

No ale w takim razie VOL 1 „Arystokratki pod ostrzałem miłości” oceniam na  6 / 6.

„Kochankowie z Auschwitz”. Magdalena Adaszewska.

 Wydana w Wydawnictwie Harde. Warszawa (2023).

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Powiem tak. Nie sięgam po tytuły z nazwami obozów w tytułach. Nie mam takiego zamiaru, jest we mnie ogromny sprzeciw na posługiwanie się nazwą jakiegokolwiek obozu zagłady w kontekście literatury innej niż non fiction. Spytacie się więc może, czemu w ogóle sięgnęłam po taką książkę, w której niestety, taki a nie inny tytuł, skoro jestem taką przeciwniczką tejże praktyki?
Ano powód jest taki, że książkę tę (wraz z innym tytułem) otrzymałam z Wydawnictwa. Nie mam zielonego pojęcia, o co chodzi. Naprawdę, nie brałam udziału w żadnym konkursie, nie umawiałam się z nikim na wysyłkę a dodatkowo pierwszy termin kurierski miał miejsce gdy ja spędzałam cudowny czas w Chorwacji.

Podeszłam do niej więc jak pies do jeża. Jakiś czas temu czytałam inną książkę Autorki („Tatuś”) ale nie wzbudziła ona we mnie jakiegoś entuzjazmu a wręcz nie spodobała mi się ale tu stwierdziłam, że skoro książka jak możnaby powiedzieć, sama weszła w moje ręce, zacznę przynajmniej ją czytać. 
I jak zaczęłam, tak w nią wsiąkłam i nie mogłam się od niej oderwać.

Szkoda, po raz kolejny ponarzekam, że taki a nie inny tytuł, bo w mojej opinii (przypominam, nie trzeba się ze mną zgadzać), to wręcz nieco krzywdzi tę książkę bo myślę, że wbrew pozorom nie ja jedna nie sięgam po tego typu tytuły. 
A szkoda, szkoda, bo ta książka okazała się bardzo dobrą książką obyczajową z faktycznie, mocnym wątkiem obowozym w niej zawartym ale też nie stanowiącym wyłączności akcji. 

Poznajemy Lenę Rey, trzydziestoczteroletnią kobietę. Pochodzi z Polski, do siedemnastego roku życia wraz z dziadkami, Klarą i Albertem i rodzicami, Laurą i Robertem mieszkała w domu rodzinnym rodziny Klary w Starej Skale, relatywnie nieopodal stolicy. Obecnie Lena mieszka z mężem, Louisem w Paryżu ale do Polski przyjeżdża w trybie pilnym bo sąsiadka dziadka, która mu pomaga, informuje Lenę, że według niej starszy pan nie powinien mieszkać sam a ma to miejsce po śmierci żony.

Lena to kobieta z masą doświadczeń życiowych. W wieku siedemnastu lat wyniosła się z mamą do Warszawy po rozstaniu rodziców, które to rozstanie nastolatka przeżyła wyjątkowo silnie jako, że do tej pory była przekonana, że jej rodzina jest wyjątkowo silna i niezniszczalna. 
Za nią też utrata pierwszej miłości ale i inne dramaty życiowe. Jednym słowem, jest to kobieta po różnych przejściach. Nie ukrywam, dla mnie pewne wydarzenia z życia bohaterki były wjątkowo trudne do czytania o nich z powodów osobistych ale mimo tego z wielką uwagą czytałam tę powieść. 

Podczas porządkowania zostawionych przez dziadka rzeczy Lena znajduje bowiem niezwykłe listy do trzech najważniejszych kobiet w życiu Alberta Wrońskiego i teczkę, w której znajduje się niezwykły tekst, opis wczesnych losów jej dziadka. Poznanie tajemnicy z przeszłości starszego pana jest dla kobiety i jej matki ogromnym przeżyciem, bowiem dowiadują się o nim rzeczy naprawdę niezwykłych.

Ale to nie tylko opis poznawania nieznanych dotąd wydarzeń z życia kogoś, o kim do tej pory było się przekonanym, że się go doskonale zna a raczej historia życia samej Leny i tego jak odnajdowała się po paru bardzo trudnych czy wręcz dramatycznych wydarzeniach w jej życiu. I ten wątek chyba mnie osobiście zainteresował bardziej niż historia nazwijmy to, sięgająca obozu koncentracyjnego. Budowanie siły, pokonywanie przeszłości, dochodzenie do tego, kim Lena się czuje, kim chce być i jak żyć, to stanowiło ogromny plus historii. 
Oraz ciekawe i otwarte jej zakończenie stanowiące, mam nadzieję, możliwość kontynuacji opowieści. 

Gdybym miała ocenić książkę całościowo (a więc z nadanym jej tytułem) dałabym mniejszą ocenę ale mam świadomość, że tytuł często nie jest zbyt możliwy do wyboru przez autora a sugerowany więc przyjmę tu taką opcję i dam notę za treść a jest nią ocena  6 / 6. 

„Dziennik pustki”. Emi Yagi.

Wydana w Bo.wiem . Kraków (2023).
Seria z Żurawiem.
Przełożył Dariusz Latoś. 

Tytuł oryginalny Kushin Techo.

Premiera książki będzie miała miejsce 25 września 2023.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

No, powiem tak, daaaawno nie czytałam książki, która aż tak mnie wciągnęła, pochłonęła ale po skończeniu lektury jej miałam w głowie mętlik co do tego, co o niej napisać. A gdyby pobawić się w grę słów, zaraz po jej skończeniu miałam przez chwilę lekkie uczucie pustki gdy zaczęłam zastanawiać się co właściwie i jak napisać o niej aby po pierwsze, nie zepsuć Wam wrażeń z lektury a po drugie, aby nie zaspoilerować całości. 
Zacznę jednak od początku czyli od tego, że książka ta wydana została jako kolejna w serii z Żurawiem, co według mnie, z góry zapowiada interesującą książkę. Nie zawiodłam się i w tym przypadku. A o książce usłyszałam dość dawno temu, kiedy to wrześniowa premiera wydawała mi się ogromnie odległą abstrakcją. A tymczasem, hop, mamy już wrzesień i nieubłagalnie zbliżającą się jesień. A tak się składa, że o ile dobrze wyliczam, to bohaterka książki, pani Shibata „zaszła” w ciążę właśnie w podobnym do obecnego, okresie roku. Tak więc jakby co, jeśli ktoś zacznie lekturę książki niebawem, będzie mógł towarzyszyć bohaterce i jej nienarodzonemu dziecku zgodnie z rozwojem jej ciąży.

Zapewne zauważyliście cudzysłów, którego użyłam pisząc o zajściu w ciążę bohaterki. Już wyjaśniam o co chodzi. Otóż ta ponadtrzydziestoletnia niezamężna kobieta pracuje w wydawałoby się dość spokojnej i nudnej firmie produkującej tuleje papierowe. Pewnego dnia ze zdwojoną siłą dociera do niej fakt, że w firmie, w której może nie liczyła na spektakularny awans ale jednak na jakąś pracę i dobre traktowanie, odnoszą się do niej najczęściej tak jakby poza swoim stanowiskiem pracy dzierżyła jeszcze inne. Pani „przynieś, wynieś, pozamiataj”. Wylała się kawa na blat w kuchennej kanciapie? wołamy panią Shibatę. Dzwoni telefon, którego nie chce odebrać żadnemu z mężczyzn pracujących w firmie? Czekamy aż pani Shibata zrozumie, że ma odebrać słuchawkę. Zapraszamy na spotkanie kogoś z zewnątrz i musimy przygotować takie wyzwanie logistyczne, jak zaparzenie kawy (rozpuszczalnej) oraz posprzątanie po spotkaniu? Pani Shibata powinna wiedzieć, że to należy do niej. Nieważne, że ma swoje stanowisko pracy i własne obowiązki, które przecież sumiennie wykonuje. Jest jedyną kobietą w zespole i to chyba oczywiste (nie dla mnie, żeby była jasność a dla pracowników owej firmy), że ma się tym zająć. Koniec, kropka. I oto pewnego dnia gdy następuje u kobiety jakiś nagły przesyt takiego traktowania jej osoby, pani Shibata oznajmia menadżerowi, że obecnie nie jest w stanie sprostać niektórym obowiązkom bo właśnie zaszła w ciążę i na przykład nie bardzo służy jej dym papierosowy. I niby w całej firmie panuje zakaz palenia a każdy właściwie bez problemu pali w pomieszczeniach. 
I że od dzisiaj chciałaby wracać do domu w czasie ustawowym czyli po ośmiu godzinach pracy.
Raz powiedziane kłamstwo teoretycznie według polskiego przysłowia powinno mieć krótkie nogi, u pani Shibaty ma je zaskakująco długie i zwinne bo raz puszczone w przestrzeń zaczyna żyć własnym życiem.

A pani Shibata wraz z jego powiedzeniem wprowadza w swoje dotychczas mocno rutynowe życie, nowe jego elementy. Takie jak nabycie breloczków informujących o odmiennym stanie, które przypnie do torebki (przydaje się w metrze gdyby ktoś chciał ustąpić miejsca ciężarnej), założenie sobie aplikacji dziennika matki i dziecka, która ma na celu prowadzenie sobie we własnym zakresie ciąży jak również prowadzenie dziennika ciąży. Każdy bowiem rozdział „Dziennika pustki” to kolejny tydzień ciąży bohaterki. 
Dowiadujemy się z niego jak pilną ciężarną szybko staje się kobieta, czytając o objawach ciąży, o tym jak duże na każdym etapie ciąży jest rosnące w niej dziecko. Jak czuje się kobieta będąca w odmiennym stanie bądź jak powinna zadbać o siebie i swoje nienarodzone maleństwo. A ponieważ pani Shibata do wszystkich swoich obowiązków podchodzi sumiennie i poważnie to i ciążę stara się wykonywać najlepiej jak tylko potrafi. 
Chętnie więc przyjmuje na przykład od pani z innego działu firmy zestaw kserówek z ćwiczeniami rozciągającymi specjalnie dla ciężarnych. Albo chce zapisać się na zajęcia yogi dla kobiet w ciąży. Ostatecznie jednak, jako, że są one bardzo popularne, zapisuje się na aerobik i poznaje na nim inne kobiety w ciąży, z którymi z czasem nawet nawiąże może nie przyjaźń ale nić porozumienia. Wreszcie bowiem pani Shibata nie musi czuć się jak obserwowane dziwowisko, które przestało wysiadywać nadgodziny w firmie i sprzątać po kolegach bo śmiało zajść w ciążę (w dodatku, skandal! bez ślubu) ale jak jedna z wielu innych kobiet spodziewających się potomka. 
Na zajęciach aerobiku pilnie ćwiczy (zwłaszcza partie mięśni potrzebnych do porodu) a po zajęciach spotyka się z nowymi znajomymi i może nareszcie porozmawiać z kimś, kto doskonale wie jak czuje się osoba ze zgagą, mdłościami, z nagłymi napadami apetytu na coś konkretnego i wszystkim tym, co może dręczyć, niepokoić ale też radować ciężarną. 
Brzmi abstrakcyjnie, prawda? Bo przecież pani Shibata tylko rzuciła w irytacji zdanie o ciąży a tu tymczasem właściwie wszystko toczy się (łącznie z zachowaniem jej własnego ciała), jakby faktycznie była w ciąży. 

I teraz mam ogromny problem z pisaniem o tej książce. Jeśli bowiem chciałabym napisać to co chcę, ktoś może uznać to za spoilery chociaż uwierzcie, nie zdradzę zakończenia ale jednak. Umówmy się więc, że uprzedzam. Jeśli chcesz czytać dalej, robisz to na własną odpowiedzialność bowiem nie chcę potem słyszeć fochów :), że coś zdradziłam. To co? Już Wiesz czy chcesz czytać dalej czy sama/ sam sięgniesz po „Dziennik pustki”?

Ta cała ciążą bohaterki nie dawała mi oczywiście spokoju przez całą lekturę a książka nie jest niby gruba, ponad 150 stron ale jednak. Cały czas dumałam nad tym czy tak naprawdę autorka chce jedynie stworzyć surrealistyczną opowieść o wymyślonej ciąży, która po części się dzieje a następnie nawet finalizuje. Czy też na przykład kobieta padła ofiarą przemocy i zaszła w niechcianą ciążę a następnie (nie wiem czy byłoby to możliwe) wyparła traumatyczne zdarzenie z pamięci ostatecznie jednak w ciąży będąc? Czy też jest to jedna wielka mistyfikacja współczesnego świata, światka, w którym tak naprawdę sporo osób kłamie, zwłaszcza na temat własnej rzeczywistości i kreuje ją jak tylko jej się to spodoba? I które to kłamstwo jest przez niektóre jednostki tylko silniej budowane? Czy to zdecydowany bunt przeciwko przedmiotowemu traktowaniu kobiety czy wręcz po prostu kobiet dał pretekst do kłamstwa niosącego wszak ze sobą korzystne dla bohaterki rozwiązania?

Co jest świetne w „Dzienniku pustki” to właśnie ta mnogość możliwości interpretacji zarówno całej ciąży bohaterki jak i liczne możliwe interpretacje samego zakończenia książki. Niechętnie osobiście wpychałabym ją jedynie jako możliwość zbuntowania się pani Shibaty przed wtłaczaniem jej w role kulturowe, matki, córki, pracownicy, kobiety (bez męża) ciężarnej. Myślę, że co fascynujące, każdy z nas zrozumieć może tę książkę na inny sposób, wynosząc z niej swoje własne refleksje i przemyślenia. 
Po raz kolejny chylę też czoła przed autorkami z Japonii, które są w stanie nie mnożąc niepotrzebnie stron i opisów, stosując może nawet swojego rodzaju minimalizm stylistyczny, oddać ważną treść zmuszającą nas do zastanowienia się nad czytaną książką. Zdecydowanie sprawdza się tu zasada „Im mniej, tym lepiej”.

Osobiście mam mętlik w głowie i nie jestem pewna, czy nie odkładając pióra piszącego tę recenzję (dobra, kończąc klepanie w klawiaturę ale przyznajcie, tekst z piórem był lepszy) nie zacznę czytać „Dziennika pustki” od początku. Czuję bowiem, że wciąż wiele z niej wyczytam, coś może podczas lektury mi umknęło a chcę się nią nacieszyć ponownie. 

Moja ocena to 6 / 6. 

„Krzyk ciszy”. Jolanta Bartoś.

 Wydana w Wydawnictwie Zysk i S-ka. 
Poznań (2023).

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Wiedziałam, że będę chciała przeczytać najnowszą książkę Jolanty Bartoś kiedy tylko usłyszałam o tym, że ma się ukazać. Poprzednia książka autorki, nosząca tytuł „Śpij, dziecinko, śpij…” bardzo mi się podobała. Czytałam wcześniej inną książkę autorki „Niepokorną” ale to był zupełnie inny gatunek a „Śpij, dziecinko, śpij…” to horror i ta właśnie zmiana gatunku zainteresowała mnie bardzo. Wtedy na lekturze się nie zawiodła a więc gdy tylko poznałam opis „Krzyku ciszy” stwierdziłam, że i tę książkę chcę przeczytać.

Muszę powiedzieć, że dawno nie zdarzyło mi się abym książkę dosłownie pochłonęła w dwa dni a tak się stało właśnie z „Krzykiem ciszy”.
Wciągnęła mnie ogromnie jej akcja i czytałam szybko aby poznać jej rozwiązanie. 

Bohaterkami książek Jolanty Bartoś są kobiety, to nie jest jakieś zaskoczenie ale wydaje mi się,że cecha łącząca bohateriki Jej książek to to, że kobiety te, nawet jeśli z kimś są związane, są właściwie jakby same. Silne i niezależne. Nie inaczej jest w tym przypadku. Główną bohaterką jest lekarka, kardiolog i transplantolog światowej sławy, doktor Barbara Trzebińska. 
Przybywa ona do małej miejscowości, Jaraczewo, gdzie po wielu latach udaje jej się odzyskać rodzinną posiadłość, dworek. Jej rodzice nie dożyli tej chwili, jej się nareszcie udało. 
Początkowo niepewna co do losu majątku, ostatecznie Barbara decyduje się na renowację dworku i korzystania z niego na zasadzie letniska bowiem na co dzień pracuje ona w szpitalu w Warszawie.
Zatrudnia Tomasza Mamczura aby pełnił on funkcję opiekuna dworu i jego zarządcy a sam również mieszkał w posiadłości podczas nieobecności właścicielki.
Barbara zaczyna poznawać mieszkańców i najbliższych sąsiadów, w tym rodzinę Jaczyńskich. Andżelika i Rafał mają dwójkę dzieci, ośmioletniego Marka i jego młodszą siostrę. 
Marek to bystry, ciekawy świata i ludzi chłopiec i szybko zjawia się w dworku i zaprzyjaźnia się z Barbarą. Kobieta widząc, że rodzina chłopca nie opływa w luksusy, chce w jakiś sposób pomóc chłopcu więc na przykład kupuje mu nowy plecak do rozpoczynanej przez chłopca we wrześniu, drugiej klasy. 
Chłopiec spędza z kobietą wiele czasu i być może budzi to u jego mamy zazdrość. 
Bowiem gdy pewnego dnia chłopiec mający zresztą po południu odwiedzić lekarkę we dworze, nie przybywa do niej i ginie, Andżelika szybko podejrzewa, nie mając zresztą ku temu żadnych podstaw, że Barbara uprowadziła jej syna. Czemu znana i ceniona lekarka, która wydaje się być spełniona w wielu aspektach życia miałaby porywać  i przetrzymywać ośmiolatka, tego nikt nie wie ale raz rzucone słowa zaczynają się toczyć jak kamienie lawiny. Co zostało raz powiedziane, zaczyna często żyć własnym życiem i być zupełnie bez kontroli. 
Jednak wygląda na to, że kobieta nie miała z zagnięciem dziecka nic wspólnego a Marek jakby zapadł się pod ziemię i nawet przysłany aspirant Dominik Grześkowiak, który zastępuje w śledztwie lokalnego policjanta, nie sprawia, że chłopiec zostaje odnaleziony. 
Zarzutowi uprowadzenia przez Barbarę Mareczka z pewnością nie pomaga fakt, że kobieta właściwie chwilę po zaginieciu opuszcza posiadłość. Zostaje wezwana na pilną operację do szpitala ale nie zmienia to faktu, że w oczach niektórych „ucieka”.

Mija pięć lat, które to dla Barbary Trzebińskiej okazały się być latami bardzo owocnymi jako, że została wezwana na staż do Stanów Zjednoczonych, w których mogła doskonalić swoje umiejętności orzy boku wspaniałych lekarzy. 
Dworek, którym cały czas opiekuje się Tomasz Mamczur nie podupada więc kobieta wciąż ma letnią rezydencję. I oto pewnego dnia zjawia się w niej. Ale nie, jak do tej pory, sama a z dwunastoletnim chłopcem, Karolem. 
Dla wielu ludzi jest to sporym zaskoczeniem ale dla jednej osoby szczególnie. Nie tyle zaskoczeniem, co wyjaśnieniem teorii, którą stworzyła czy może lepiej, uroiła sobie, przed laty. Oto bowiem Andżelika Jaczyńska jest przekonana, że pięć lat temu doktor Barbara ukradła jej syna, z którym teraz wróciła do Jaraczewa.
Jak przekonać oszalałą z tęsknoty za zaginionym synem matkę, że jednak się myli? Lata temu stworzyła historię, której z uporem się trzyma a najgorsze, że nie daje nikomu przekonać się do tego, że jest to przecież niemożliwe. Jakim cudem chłopiec miałby być zaginionym Mareczkiem? Jak według Jaczyńskiej udałoby się przeprowadzić taki manewr a przede wszystkim, co po latach sprowadzałoby Barbarę z dzieckiem z powrotem do dworku? 
Andżelika nie daje sobie pomóc ani się przekonać, Karol jest według jej teorii zaginionym Markiem i tej opinii nie zmieni. Atmosfera wokół zaczyna coraz bardziej gęstnieć i mętnieć. Wydarzenia zaczynają toczyć się zaskakująco szybko i coraz to bliżej jest kolejnej tragedii. Ale co, jeśli Jaczyńska miałaby się nie mylić? Wraz ze śledczymi brniemy w coraz to bardziej gęstniejącej atmosferze wydarzeń ale dojść prawdy.

I właśnie ta gęstniejąca z chwili na chwilę atmosfera, to następujące po sobie wydarzenia ale też chęć poznania prawdy i tego jak to naprawdę jest z Karolem, który co jest faktem, ogromnie przypomina Mareczka, sprawiła, że od książki nie mogłam się oderwać. Przekładałam kartkę za kartką aby jak najprędzej dowiedzieć się o co w tym wszystkim chodzi. 
Tym bardziej, że „Krzyk ciszy”, który jest kryminałem, ma w sobie elementy paranormalne. 
I nie ukrywam, naprawdę czułam podczas lektury tej książki takie drobne ciarki. Może nie jakiegoś wielkiego lęku ale napięcia związanego z tajemnicą, którą muszą rozwiązać zarówno policjanci jak i sama Barbara, jeśli chcą zapobiec dramatowi ale również dowiedzieć się całej prawdy dotyczącej tego co miało miejsce pięć lat temu.

Jeśli szukacie czegoś na urlop lub po prostu macie chęć na książkę, od której nie można się oderwać, to naprawdę polecam Wam „Krzyk ciszy”.

Moja ocena to 6 / 6.