„Siostry z Broniszewic. Czuły Kościół odważnych kobiet”.

Z S. Elizą Myk i S. Tymoteuszą Gil rozmawiają Łukasz Wojtusik i Piotr Żyłka.

Wydana w Wydawnictwie WAM. Kraków (2021). Ebook.

Facebook’ową stronę Domu Chłopaków w Broniszewicach mam polubioną od 2019 roku. Codziennie tam zaglądam, znam radości i bolączki tego DPS prowadzonego od ponad siedemdziesięciu lat przez Dominikanki. 

Podziwiam siostry prowadzące ten Dom i osoby tam zatrudnione, wolontariuszki i wolontariuszy za ich mądrość, umiejętność odnalezienia się w dzisiejszym świecie i za czułość jaką otaczają osoby z niepełnosprawnościami. 

Jest to miejsce, które odwiedzam aby przypomnieć sobie, że w zalewie złych nowin, zła jakie dociera codziennie z wiadomości, które chcąc niechcąc do człowieka docierają, jest jakaś inna, lepsza strona świata. 

Dlatego chętnie sięgam po książki o Domu i o tym co się tam dzieje. Poprzednio czytałam książkę dołączoną do wylicytowanego na aukcji pomocowej dla Domu przedmiotu, teraz sięgnęłam po rozmowy z dwiema pracującymi tam siostrami. 

No, nie jest to lekka lektura i dlatego czytałam ją na raty. Nie ze względu na to, że te kobiety opisują realia pracy z osobami z niepełnosprawnością. Smutek i nawet zgorzknienie przebija w sytuacji gdy dochodzi do próby uzyskania pomocy ze strony kościoła, ludzi, którzy chętnie krzyczą o prawie do życia ale zapominają, że to życie, o które tak walczą, trwa po urodzeniu a wtedy często wymaga zdwojonych sił i pomocy. 

Siostry z Broniszewic to wspaniałe, silne kobiety, mądre, często wykształcone w kilku kierunkach studiów. A mimo tego i one padają ofiarą hejtu i niezrozumienia. Mowa jest więc też i o depresji, która je dotyka i o właśnie, hejcie. 

Musiałam sobie tę książkę dawkować, o czym już wspomniałam. Generalnie opisująca świetnych ludzi działających w broniszewickim Domu, jednak powodowała wielokrotnie u mnie smutek i właśnie takie poczucie zgorzknienia. Że niektórym bardzo łatwo głosi się polityczne hasła o obronie życia. Gorzej, gdy przychodzi do realnej, prawdziwej pomocy temu życiu. Kiedy to, jak się okazuje, Broniszewicom pomagają najwięcej osoby często poza jakimikolwiek kościelnymi strukturami czy wręcz niewierzące. A jednak widzące, ile tam się dzieje dobra. 

Marzy mi się taka rzeczywistość, w której jest jak tam, w Domu, gdzie ludzie darzą się po prostu szacunkiem, miłością, wsparciem, zrozumieniem. Nawet jeśli ktoś się z kimś nie zgadza, jest w stanie z nim współpracować a nie dokucza czy dzieli. Stara się łączyć, mimo różnic.
No ale takie miejsca są zapewne nieliczne, szkoda. Chociaż, co krzepi, dobrze, że są.

Moja ocena tej książki to 6 / 6. 

„Arystokratka pod ostrzałem miłości”. Evzen Bocek.

Wydana w Wydawnictwie Stara Szkoła. Wołów (2023). Ebook.

Przełożył Mirosław Śmigielski. 
Tytuł oryginalny Aristokratka pod palbou lasky.

Naczekałam się na tę ostatnią część cyklu o Ostatniej Arystokratce, oj naczekałam. 
Nie mam pojęcia czemu ale książka została podzielona na części.  Ile ma być tych części? Szczerze mówiąc, mam nadzieję, że jednak jedynie dwie.

Maria Kostka wraz z matką i panią Cichą wracają z Holandii, gdzie zwłaszcza Maria, odniosły sukces. Maria Kostka zarówno wizerunkowy jak i osobisty gdyż wróciła mając w sercu nie jednego jak przed podróżą chłopaka, lecz już dwóch. Oto bowiem Maks, stały adorator z Czech, ma konkurenta, w postaci przystojnego i elokwentnego chłopaka, Marka, Holendra. 

Maria zatem wraca do zamku, gdzie czeka na trzy podróżniczki męska i wygłodniała część obsady zamku (i ojciec Marii). Wygłodniałość tłumaczyć można tym, że pani Cicha po latach opuściła na chwilę zamek a gotowaniem zajęla się Deniska. Nie wyszło to najlepiej. 
Jednak nie głód mężczyzn z Zamku Kostka zajmuje głowę młodej kobiety. Ona duma głównie nad tym, którego z adoratorów wybrać.
Niestety, nie ma ku temu dumaniu zbyt dużo możliwości bo na zamku znienacka zjawia się  dwuosobowa żeńska grupka mająca kręcić na Zamku Kostka reality show. Holendrzy oszaleli podobno na punkcie młodej arystokratki i chce wiedzieć więcej jak jej się żyje, zwłaszcza, że jest otoczona gromadką oryginałów. Tak więc dwie młode kobiety przybywają z królestwa tulipanów i wiatraków aby zaprezentować życie Marii i spółki. A to jak wiadomo, zapewnia moc radości. Nie zawsze filmowanym 😉

No i jest jak to w tej serii jest czyli dużo śmiechu podczas lektury. Która jednak niepotrzebnie według mnie została podzielona na dwie części. Domyślam się, że moja opinia nie jest specjalnie miarodajna ale postanowiłam jednak napisać to, że wydaje mi się ,że ten zabieg nie jest potrzebny. 

No ale w takim razie VOL 1 „Arystokratki pod ostrzałem miłości” oceniam na  6 / 6.

„Kochankowie z Auschwitz”. Magdalena Adaszewska.

 Wydana w Wydawnictwie Harde. Warszawa (2023).

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Powiem tak. Nie sięgam po tytuły z nazwami obozów w tytułach. Nie mam takiego zamiaru, jest we mnie ogromny sprzeciw na posługiwanie się nazwą jakiegokolwiek obozu zagłady w kontekście literatury innej niż non fiction. Spytacie się więc może, czemu w ogóle sięgnęłam po taką książkę, w której niestety, taki a nie inny tytuł, skoro jestem taką przeciwniczką tejże praktyki?
Ano powód jest taki, że książkę tę (wraz z innym tytułem) otrzymałam z Wydawnictwa. Nie mam zielonego pojęcia, o co chodzi. Naprawdę, nie brałam udziału w żadnym konkursie, nie umawiałam się z nikim na wysyłkę a dodatkowo pierwszy termin kurierski miał miejsce gdy ja spędzałam cudowny czas w Chorwacji.

Podeszłam do niej więc jak pies do jeża. Jakiś czas temu czytałam inną książkę Autorki („Tatuś”) ale nie wzbudziła ona we mnie jakiegoś entuzjazmu a wręcz nie spodobała mi się ale tu stwierdziłam, że skoro książka jak możnaby powiedzieć, sama weszła w moje ręce, zacznę przynajmniej ją czytać. 
I jak zaczęłam, tak w nią wsiąkłam i nie mogłam się od niej oderwać.

Szkoda, po raz kolejny ponarzekam, że taki a nie inny tytuł, bo w mojej opinii (przypominam, nie trzeba się ze mną zgadzać), to wręcz nieco krzywdzi tę książkę bo myślę, że wbrew pozorom nie ja jedna nie sięgam po tego typu tytuły. 
A szkoda, szkoda, bo ta książka okazała się bardzo dobrą książką obyczajową z faktycznie, mocnym wątkiem obowozym w niej zawartym ale też nie stanowiącym wyłączności akcji. 

Poznajemy Lenę Rey, trzydziestoczteroletnią kobietę. Pochodzi z Polski, do siedemnastego roku życia wraz z dziadkami, Klarą i Albertem i rodzicami, Laurą i Robertem mieszkała w domu rodzinnym rodziny Klary w Starej Skale, relatywnie nieopodal stolicy. Obecnie Lena mieszka z mężem, Louisem w Paryżu ale do Polski przyjeżdża w trybie pilnym bo sąsiadka dziadka, która mu pomaga, informuje Lenę, że według niej starszy pan nie powinien mieszkać sam a ma to miejsce po śmierci żony.

Lena to kobieta z masą doświadczeń życiowych. W wieku siedemnastu lat wyniosła się z mamą do Warszawy po rozstaniu rodziców, które to rozstanie nastolatka przeżyła wyjątkowo silnie jako, że do tej pory była przekonana, że jej rodzina jest wyjątkowo silna i niezniszczalna. 
Za nią też utrata pierwszej miłości ale i inne dramaty życiowe. Jednym słowem, jest to kobieta po różnych przejściach. Nie ukrywam, dla mnie pewne wydarzenia z życia bohaterki były wjątkowo trudne do czytania o nich z powodów osobistych ale mimo tego z wielką uwagą czytałam tę powieść. 

Podczas porządkowania zostawionych przez dziadka rzeczy Lena znajduje bowiem niezwykłe listy do trzech najważniejszych kobiet w życiu Alberta Wrońskiego i teczkę, w której znajduje się niezwykły tekst, opis wczesnych losów jej dziadka. Poznanie tajemnicy z przeszłości starszego pana jest dla kobiety i jej matki ogromnym przeżyciem, bowiem dowiadują się o nim rzeczy naprawdę niezwykłych.

Ale to nie tylko opis poznawania nieznanych dotąd wydarzeń z życia kogoś, o kim do tej pory było się przekonanym, że się go doskonale zna a raczej historia życia samej Leny i tego jak odnajdowała się po paru bardzo trudnych czy wręcz dramatycznych wydarzeniach w jej życiu. I ten wątek chyba mnie osobiście zainteresował bardziej niż historia nazwijmy to, sięgająca obozu koncentracyjnego. Budowanie siły, pokonywanie przeszłości, dochodzenie do tego, kim Lena się czuje, kim chce być i jak żyć, to stanowiło ogromny plus historii. 
Oraz ciekawe i otwarte jej zakończenie stanowiące, mam nadzieję, możliwość kontynuacji opowieści. 

Gdybym miała ocenić książkę całościowo (a więc z nadanym jej tytułem) dałabym mniejszą ocenę ale mam świadomość, że tytuł często nie jest zbyt możliwy do wyboru przez autora a sugerowany więc przyjmę tu taką opcję i dam notę za treść a jest nią ocena  6 / 6. 

„Dziennik pustki”. Emi Yagi.

Wydana w Bo.wiem . Kraków (2023).
Seria z Żurawiem.
Przełożył Dariusz Latoś. 

Tytuł oryginalny Kushin Techo.

Premiera książki będzie miała miejsce 25 września 2023.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

No, powiem tak, daaaawno nie czytałam książki, która aż tak mnie wciągnęła, pochłonęła ale po skończeniu lektury jej miałam w głowie mętlik co do tego, co o niej napisać. A gdyby pobawić się w grę słów, zaraz po jej skończeniu miałam przez chwilę lekkie uczucie pustki gdy zaczęłam zastanawiać się co właściwie i jak napisać o niej aby po pierwsze, nie zepsuć Wam wrażeń z lektury a po drugie, aby nie zaspoilerować całości. 
Zacznę jednak od początku czyli od tego, że książka ta wydana została jako kolejna w serii z Żurawiem, co według mnie, z góry zapowiada interesującą książkę. Nie zawiodłam się i w tym przypadku. A o książce usłyszałam dość dawno temu, kiedy to wrześniowa premiera wydawała mi się ogromnie odległą abstrakcją. A tymczasem, hop, mamy już wrzesień i nieubłagalnie zbliżającą się jesień. A tak się składa, że o ile dobrze wyliczam, to bohaterka książki, pani Shibata „zaszła” w ciążę właśnie w podobnym do obecnego, okresie roku. Tak więc jakby co, jeśli ktoś zacznie lekturę książki niebawem, będzie mógł towarzyszyć bohaterce i jej nienarodzonemu dziecku zgodnie z rozwojem jej ciąży.

Zapewne zauważyliście cudzysłów, którego użyłam pisząc o zajściu w ciążę bohaterki. Już wyjaśniam o co chodzi. Otóż ta ponadtrzydziestoletnia niezamężna kobieta pracuje w wydawałoby się dość spokojnej i nudnej firmie produkującej tuleje papierowe. Pewnego dnia ze zdwojoną siłą dociera do niej fakt, że w firmie, w której może nie liczyła na spektakularny awans ale jednak na jakąś pracę i dobre traktowanie, odnoszą się do niej najczęściej tak jakby poza swoim stanowiskiem pracy dzierżyła jeszcze inne. Pani „przynieś, wynieś, pozamiataj”. Wylała się kawa na blat w kuchennej kanciapie? wołamy panią Shibatę. Dzwoni telefon, którego nie chce odebrać żadnemu z mężczyzn pracujących w firmie? Czekamy aż pani Shibata zrozumie, że ma odebrać słuchawkę. Zapraszamy na spotkanie kogoś z zewnątrz i musimy przygotować takie wyzwanie logistyczne, jak zaparzenie kawy (rozpuszczalnej) oraz posprzątanie po spotkaniu? Pani Shibata powinna wiedzieć, że to należy do niej. Nieważne, że ma swoje stanowisko pracy i własne obowiązki, które przecież sumiennie wykonuje. Jest jedyną kobietą w zespole i to chyba oczywiste (nie dla mnie, żeby była jasność a dla pracowników owej firmy), że ma się tym zająć. Koniec, kropka. I oto pewnego dnia gdy następuje u kobiety jakiś nagły przesyt takiego traktowania jej osoby, pani Shibata oznajmia menadżerowi, że obecnie nie jest w stanie sprostać niektórym obowiązkom bo właśnie zaszła w ciążę i na przykład nie bardzo służy jej dym papierosowy. I niby w całej firmie panuje zakaz palenia a każdy właściwie bez problemu pali w pomieszczeniach. 
I że od dzisiaj chciałaby wracać do domu w czasie ustawowym czyli po ośmiu godzinach pracy.
Raz powiedziane kłamstwo teoretycznie według polskiego przysłowia powinno mieć krótkie nogi, u pani Shibaty ma je zaskakująco długie i zwinne bo raz puszczone w przestrzeń zaczyna żyć własnym życiem.

A pani Shibata wraz z jego powiedzeniem wprowadza w swoje dotychczas mocno rutynowe życie, nowe jego elementy. Takie jak nabycie breloczków informujących o odmiennym stanie, które przypnie do torebki (przydaje się w metrze gdyby ktoś chciał ustąpić miejsca ciężarnej), założenie sobie aplikacji dziennika matki i dziecka, która ma na celu prowadzenie sobie we własnym zakresie ciąży jak również prowadzenie dziennika ciąży. Każdy bowiem rozdział „Dziennika pustki” to kolejny tydzień ciąży bohaterki. 
Dowiadujemy się z niego jak pilną ciężarną szybko staje się kobieta, czytając o objawach ciąży, o tym jak duże na każdym etapie ciąży jest rosnące w niej dziecko. Jak czuje się kobieta będąca w odmiennym stanie bądź jak powinna zadbać o siebie i swoje nienarodzone maleństwo. A ponieważ pani Shibata do wszystkich swoich obowiązków podchodzi sumiennie i poważnie to i ciążę stara się wykonywać najlepiej jak tylko potrafi. 
Chętnie więc przyjmuje na przykład od pani z innego działu firmy zestaw kserówek z ćwiczeniami rozciągającymi specjalnie dla ciężarnych. Albo chce zapisać się na zajęcia yogi dla kobiet w ciąży. Ostatecznie jednak, jako, że są one bardzo popularne, zapisuje się na aerobik i poznaje na nim inne kobiety w ciąży, z którymi z czasem nawet nawiąże może nie przyjaźń ale nić porozumienia. Wreszcie bowiem pani Shibata nie musi czuć się jak obserwowane dziwowisko, które przestało wysiadywać nadgodziny w firmie i sprzątać po kolegach bo śmiało zajść w ciążę (w dodatku, skandal! bez ślubu) ale jak jedna z wielu innych kobiet spodziewających się potomka. 
Na zajęciach aerobiku pilnie ćwiczy (zwłaszcza partie mięśni potrzebnych do porodu) a po zajęciach spotyka się z nowymi znajomymi i może nareszcie porozmawiać z kimś, kto doskonale wie jak czuje się osoba ze zgagą, mdłościami, z nagłymi napadami apetytu na coś konkretnego i wszystkim tym, co może dręczyć, niepokoić ale też radować ciężarną. 
Brzmi abstrakcyjnie, prawda? Bo przecież pani Shibata tylko rzuciła w irytacji zdanie o ciąży a tu tymczasem właściwie wszystko toczy się (łącznie z zachowaniem jej własnego ciała), jakby faktycznie była w ciąży. 

I teraz mam ogromny problem z pisaniem o tej książce. Jeśli bowiem chciałabym napisać to co chcę, ktoś może uznać to za spoilery chociaż uwierzcie, nie zdradzę zakończenia ale jednak. Umówmy się więc, że uprzedzam. Jeśli chcesz czytać dalej, robisz to na własną odpowiedzialność bowiem nie chcę potem słyszeć fochów :), że coś zdradziłam. To co? Już Wiesz czy chcesz czytać dalej czy sama/ sam sięgniesz po „Dziennik pustki”?

Ta cała ciążą bohaterki nie dawała mi oczywiście spokoju przez całą lekturę a książka nie jest niby gruba, ponad 150 stron ale jednak. Cały czas dumałam nad tym czy tak naprawdę autorka chce jedynie stworzyć surrealistyczną opowieść o wymyślonej ciąży, która po części się dzieje a następnie nawet finalizuje. Czy też na przykład kobieta padła ofiarą przemocy i zaszła w niechcianą ciążę a następnie (nie wiem czy byłoby to możliwe) wyparła traumatyczne zdarzenie z pamięci ostatecznie jednak w ciąży będąc? Czy też jest to jedna wielka mistyfikacja współczesnego świata, światka, w którym tak naprawdę sporo osób kłamie, zwłaszcza na temat własnej rzeczywistości i kreuje ją jak tylko jej się to spodoba? I które to kłamstwo jest przez niektóre jednostki tylko silniej budowane? Czy to zdecydowany bunt przeciwko przedmiotowemu traktowaniu kobiety czy wręcz po prostu kobiet dał pretekst do kłamstwa niosącego wszak ze sobą korzystne dla bohaterki rozwiązania?

Co jest świetne w „Dzienniku pustki” to właśnie ta mnogość możliwości interpretacji zarówno całej ciąży bohaterki jak i liczne możliwe interpretacje samego zakończenia książki. Niechętnie osobiście wpychałabym ją jedynie jako możliwość zbuntowania się pani Shibaty przed wtłaczaniem jej w role kulturowe, matki, córki, pracownicy, kobiety (bez męża) ciężarnej. Myślę, że co fascynujące, każdy z nas zrozumieć może tę książkę na inny sposób, wynosząc z niej swoje własne refleksje i przemyślenia. 
Po raz kolejny chylę też czoła przed autorkami z Japonii, które są w stanie nie mnożąc niepotrzebnie stron i opisów, stosując może nawet swojego rodzaju minimalizm stylistyczny, oddać ważną treść zmuszającą nas do zastanowienia się nad czytaną książką. Zdecydowanie sprawdza się tu zasada „Im mniej, tym lepiej”.

Osobiście mam mętlik w głowie i nie jestem pewna, czy nie odkładając pióra piszącego tę recenzję (dobra, kończąc klepanie w klawiaturę ale przyznajcie, tekst z piórem był lepszy) nie zacznę czytać „Dziennika pustki” od początku. Czuję bowiem, że wciąż wiele z niej wyczytam, coś może podczas lektury mi umknęło a chcę się nią nacieszyć ponownie. 

Moja ocena to 6 / 6. 

„Krzyk ciszy”. Jolanta Bartoś.

 Wydana w Wydawnictwie Zysk i S-ka. 
Poznań (2023).

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Wiedziałam, że będę chciała przeczytać najnowszą książkę Jolanty Bartoś kiedy tylko usłyszałam o tym, że ma się ukazać. Poprzednia książka autorki, nosząca tytuł „Śpij, dziecinko, śpij…” bardzo mi się podobała. Czytałam wcześniej inną książkę autorki „Niepokorną” ale to był zupełnie inny gatunek a „Śpij, dziecinko, śpij…” to horror i ta właśnie zmiana gatunku zainteresowała mnie bardzo. Wtedy na lekturze się nie zawiodła a więc gdy tylko poznałam opis „Krzyku ciszy” stwierdziłam, że i tę książkę chcę przeczytać.

Muszę powiedzieć, że dawno nie zdarzyło mi się abym książkę dosłownie pochłonęła w dwa dni a tak się stało właśnie z „Krzykiem ciszy”.
Wciągnęła mnie ogromnie jej akcja i czytałam szybko aby poznać jej rozwiązanie. 

Bohaterkami książek Jolanty Bartoś są kobiety, to nie jest jakieś zaskoczenie ale wydaje mi się,że cecha łącząca bohateriki Jej książek to to, że kobiety te, nawet jeśli z kimś są związane, są właściwie jakby same. Silne i niezależne. Nie inaczej jest w tym przypadku. Główną bohaterką jest lekarka, kardiolog i transplantolog światowej sławy, doktor Barbara Trzebińska. 
Przybywa ona do małej miejscowości, Jaraczewo, gdzie po wielu latach udaje jej się odzyskać rodzinną posiadłość, dworek. Jej rodzice nie dożyli tej chwili, jej się nareszcie udało. 
Początkowo niepewna co do losu majątku, ostatecznie Barbara decyduje się na renowację dworku i korzystania z niego na zasadzie letniska bowiem na co dzień pracuje ona w szpitalu w Warszawie.
Zatrudnia Tomasza Mamczura aby pełnił on funkcję opiekuna dworu i jego zarządcy a sam również mieszkał w posiadłości podczas nieobecności właścicielki.
Barbara zaczyna poznawać mieszkańców i najbliższych sąsiadów, w tym rodzinę Jaczyńskich. Andżelika i Rafał mają dwójkę dzieci, ośmioletniego Marka i jego młodszą siostrę. 
Marek to bystry, ciekawy świata i ludzi chłopiec i szybko zjawia się w dworku i zaprzyjaźnia się z Barbarą. Kobieta widząc, że rodzina chłopca nie opływa w luksusy, chce w jakiś sposób pomóc chłopcu więc na przykład kupuje mu nowy plecak do rozpoczynanej przez chłopca we wrześniu, drugiej klasy. 
Chłopiec spędza z kobietą wiele czasu i być może budzi to u jego mamy zazdrość. 
Bowiem gdy pewnego dnia chłopiec mający zresztą po południu odwiedzić lekarkę we dworze, nie przybywa do niej i ginie, Andżelika szybko podejrzewa, nie mając zresztą ku temu żadnych podstaw, że Barbara uprowadziła jej syna. Czemu znana i ceniona lekarka, która wydaje się być spełniona w wielu aspektach życia miałaby porywać  i przetrzymywać ośmiolatka, tego nikt nie wie ale raz rzucone słowa zaczynają się toczyć jak kamienie lawiny. Co zostało raz powiedziane, zaczyna często żyć własnym życiem i być zupełnie bez kontroli. 
Jednak wygląda na to, że kobieta nie miała z zagnięciem dziecka nic wspólnego a Marek jakby zapadł się pod ziemię i nawet przysłany aspirant Dominik Grześkowiak, który zastępuje w śledztwie lokalnego policjanta, nie sprawia, że chłopiec zostaje odnaleziony. 
Zarzutowi uprowadzenia przez Barbarę Mareczka z pewnością nie pomaga fakt, że kobieta właściwie chwilę po zaginieciu opuszcza posiadłość. Zostaje wezwana na pilną operację do szpitala ale nie zmienia to faktu, że w oczach niektórych „ucieka”.

Mija pięć lat, które to dla Barbary Trzebińskiej okazały się być latami bardzo owocnymi jako, że została wezwana na staż do Stanów Zjednoczonych, w których mogła doskonalić swoje umiejętności orzy boku wspaniałych lekarzy. 
Dworek, którym cały czas opiekuje się Tomasz Mamczur nie podupada więc kobieta wciąż ma letnią rezydencję. I oto pewnego dnia zjawia się w niej. Ale nie, jak do tej pory, sama a z dwunastoletnim chłopcem, Karolem. 
Dla wielu ludzi jest to sporym zaskoczeniem ale dla jednej osoby szczególnie. Nie tyle zaskoczeniem, co wyjaśnieniem teorii, którą stworzyła czy może lepiej, uroiła sobie, przed laty. Oto bowiem Andżelika Jaczyńska jest przekonana, że pięć lat temu doktor Barbara ukradła jej syna, z którym teraz wróciła do Jaraczewa.
Jak przekonać oszalałą z tęsknoty za zaginionym synem matkę, że jednak się myli? Lata temu stworzyła historię, której z uporem się trzyma a najgorsze, że nie daje nikomu przekonać się do tego, że jest to przecież niemożliwe. Jakim cudem chłopiec miałby być zaginionym Mareczkiem? Jak według Jaczyńskiej udałoby się przeprowadzić taki manewr a przede wszystkim, co po latach sprowadzałoby Barbarę z dzieckiem z powrotem do dworku? 
Andżelika nie daje sobie pomóc ani się przekonać, Karol jest według jej teorii zaginionym Markiem i tej opinii nie zmieni. Atmosfera wokół zaczyna coraz bardziej gęstnieć i mętnieć. Wydarzenia zaczynają toczyć się zaskakująco szybko i coraz to bliżej jest kolejnej tragedii. Ale co, jeśli Jaczyńska miałaby się nie mylić? Wraz ze śledczymi brniemy w coraz to bardziej gęstniejącej atmosferze wydarzeń ale dojść prawdy.

I właśnie ta gęstniejąca z chwili na chwilę atmosfera, to następujące po sobie wydarzenia ale też chęć poznania prawdy i tego jak to naprawdę jest z Karolem, który co jest faktem, ogromnie przypomina Mareczka, sprawiła, że od książki nie mogłam się oderwać. Przekładałam kartkę za kartką aby jak najprędzej dowiedzieć się o co w tym wszystkim chodzi. 
Tym bardziej, że „Krzyk ciszy”, który jest kryminałem, ma w sobie elementy paranormalne. 
I nie ukrywam, naprawdę czułam podczas lektury tej książki takie drobne ciarki. Może nie jakiegoś wielkiego lęku ale napięcia związanego z tajemnicą, którą muszą rozwiązać zarówno policjanci jak i sama Barbara, jeśli chcą zapobiec dramatowi ale również dowiedzieć się całej prawdy dotyczącej tego co miało miejsce pięć lat temu.

Jeśli szukacie czegoś na urlop lub po prostu macie chęć na książkę, od której nie można się oderwać, to naprawdę polecam Wam „Krzyk ciszy”.

Moja ocena to 6 / 6. 

19 lat !!!

 19 lat mojego blogowania! 

Ha. Odnotowuję. 
Niestety, odkąd Blox zamknął swoje podwoje odnotowałam spadek komentarzy itd ale w sumie ostatnio stwierdzam, że chyba nie powinnam winić tylko tego ruchu ze strony tamtej platformy blogowej. Wszyscy przenieśli się na Fb i inne tego typu miejsca. Tradycyjne blogi czy fora nie są chyba już czytane. 
Tak czy siak, ja widać chyba po prostu lubię zostawić w formie pisanej wrażenia po przeczytanej książce czy filmie itd więc na pewno blogu zamykać nie zamierzam.

Sto Lat dla Blogu !!! 

„Porodzina”. Natalia Fiedorczuk.

 Wydana w Wydawnictwie Słowne. Warszawa (2022).
Książkę nabyłam niedawno wraz z pismem „Glamour”.

Pamiętam, że ta książka od razu gdy została wydana na polskim rynku wpadła mi w oko. Po pierwsze, zaciekawiła mnie niezwykle intrygującym tytułem. Po drugie, okładką zaprojektowaną przez Martę Różę Żak. I faktem, że domyślałam się jaka sprawa true crime (jedno z najsłynniejszych zaginięć pięcioosobowej rodziny w Polsce) mogła zainspirować autorkę. W ogóle, po przeczytaniu posłowia autorstwa Natalii Fiedorczuk, zaczęłam się zastanawiać czy nie „mijamy się” gdzieś podczas odsłuchu podcastów true crime. Ale to stwierdzenie na marginesie.

Książka mnie zaintrygowała ale też nie ukrywam, z jakiegoś powodu w końcu jej nie przeczytałam. I oto dwa dni temu w Empiku zobaczyłam ją w korzystnej cenie jako dodaną do pisma „Glamour”. Pomyślałam „Czemu nie?” i kupiłam a następnie po prostu zamierzałam ją przekartkować ale gdy już zaczęłam, wciągnęła mnie. 

Ok, przyznaję, zajrzałam poczytać opinie o niej i jakichś specjalnych zachwytów nie było ale mnie się ta książka podobała, o ile można tak w ogóle stwierdzić w odniesieniu do książki o takiej jednak jakby nie było, ciężkiej tematyce. Tak, autorka stworzyła taki nieco może miszmasz gatunkowy bo to i kryminał i zagadka i książka obyczajowa po trochu. Ale wbrew opiniom, mnie się ją czytało wciągająco i byłam ciekawa co ostatecznie się okaże.

Czteroosobowa rodzina. Ona, położna od dawna nie pracująca w zawodzi,  wychowująca w domu dwójkę przedszkolaków. On dyrektor finansowy spółki Sodex. Natalia i Marcin Waszczyńscy i ich dzieci, Marianna i Karol. Piękny dom, uśmiechnięte dzieci, wakacje za granicą i ogólnie dobrobyt. I początek września, kiedy to okazuje się, że rodzina zniknęła. Wyparowała. Nie ma jej. Dom pozostawiony tak jakby właściwie nikt nie planował dłuższej niebecności. Żadnych śladów przemocy, żadnych śladów pospiesznego pakowania się. Jakby cztery osoby nagle niemal dosłownie wyparowały z własnego pięknego domu. 
Co się jednak za tym zniknięciem kryje? Zagadkę chętnie rozwiązałby Policjant po przejściach, podinspektor Krystian Gruszecki. To znaczy właściwie chętnie by ją rozwiązał. bo kto to widział, żeby czwórka ludzi, w tym dwoje nieletnich, zniknęło bez śladu ale dziwnym trafem sprawa ta zostaje mu odebrana. Czyżby ktoś nie chciał aby zajmował się on tą historią? I co się za tym może kryć?

Jednak sprawa się rozwiąże i poznamy prawdę stojącą za zniknięciem rodziny Waszczyńskich. Ale droga do odkrycia prawdy będzie wyboista a autorka wplecie nam tu sporo rozmaitych postaci i wątków. Bo pojawi się terapeutka Krystiana, doktor Zenona Kubiak i sąsiedzi Waszczyńskich, Biedronia i Pająk i ich trójka dzieci i dawna znajoma Gruszeckiego, dziennikarka, Ida i jeszcze osoby z przeszłości bohaterów. 
Czytałam zarzuty dotyczące tego, że ktoś nie do końca rozróżniał co czytał. Kryminał czy obyczaj. A ja stwierdzę, kto interesuje się tematyką kryminalną wie, że często to właśnie warstwa obyczajowa staje się kanwą zbrodni. Niestety. 
Ja osobiście cieszę się i to zalecam osobom, które też jeszcze są przed lekturą książki, nie zaglądać w oceny na popularnym serwisie o książkach bo według mnie wyczytają tam chyba zbyt dużo. Nie wiem, ja bym chyba wyczytała i nie miała tak udanej lektury jaką miałam. A tak, podeszłam do niej z brakiem nie wiedzieć jak wielkich oczekiwań i otrzymałam dobry kawałek kryminału domestic noir. 

Moja ocena tej książki to 5 / 6. 

„Nawiedzony dom”. Joanna Chmielewska.

Wydana w Młodzieżowej Agencji Wydawniczej. Warszawa (1979).

Pisałam już kiedyś (i mam wrażenie, że parę nawet razy) o tym, że osiedlowa Książkodzielnia przynosi mi wiele radości i książkowych odkryć. Regularnie ją odwiedzamy zanosząc przeczytane już książki bądź zabierając do domu tytuły pozostawione przez kogoś. Zdarzają się tam prawdziwe skarby i oto niedawno taki skarb udało mi się upolować a okazała się nim książka, którą bardzo w dzieciństwie lubiłam, czyli pierwsza z cyklu opowieści o Janeczce, Pawełku i psie Chabrze, książka nosząca tytuł „Nawiedzony dom”.

Ten cykl bardzo jako dziecko lubiłam, a „Skarby”, jedną z części, tę której akcja działa się w Algierii o ile dobrze pamiętam, miałam nawet w domu.

„Nawiedzonego domu” nie pamiętałam zupełnie więc z chęcią postanowiłam sobie przypomnieć to, co mnie kiedyś cieszyło. Ciekawa też byłam swojego wrażenia po latach. Jaka okaże się ta książka, bądź co bądź dla dzieci? Okazała się lepsza niż się spodziewałam a przede wszystkim ogromnie śmieszna. I niby to kryminał dla młodszego czytelnika ale te dodatkowe warstwy właśnie z charakterystycznym dla autorki poczuciem humoru, sprawiły, że podczas lektury miałam głównie solidny masaż brzucha.

Janeczka i Pawełek to rodzeństwo, które w tej pierwszej części przenosi się z rodziną (rodzicami, dziadkami i siostrą taty z synem i partnerem ciotki) do odziedziczonego przez tatę rodzeństwa, Romana Chabrowicza, domu. Dom mieści się na Mokotowie, w zacisznej okolicy i generalnie brzmi to niemal jak marzenie o wygranej. Dom w spadku, w bardzo dobrej okolicy. Gdyby jednak nie mały, malutki fakt a mianowicie taki, że zapis spadkowy każe spadkobiercy przekazać mieszkania zastępcze dotychczasowym lokatorom domu.
Właściwie wszystkim udało się znaleźć mieszkania z jednym wyjątkiem. Pewna starsza pani zamieszkująca dom wraz z synem i rodziną nie chce wyprowadzić się z domu na Mokotowie pomimo tego, że rodzina Chabrowiczów oferuje jej jak na tamte realia prawdziwe luksusy w zamian za opuszczenie domu. Dom na Mokotowie bowiem takowych na razie nie zapewnia, wymaga remontu, zwłaszcza instalacja wodno kanalizacyjna, która w części jest jeszcze sprzed IIWŚ.
Zmora, bo tak w swojej nomenklaturze nazywają starszą panią dzieci, w ogóle zachowuje się jakoś podejrzanie. Odbiera jakieś paczki od podejrzanego listonosza, znika na strychu i szura dziwnie.
A Janeczka i Pawełek nie byliby sobą, gdyby nie spróbowali się dowiedzieć co tak naprawdę stoi za takim zachowaniem kobiety.
Pomaga im w tym Chaber, pies znaleziony na klatce schodowej jeszcze w ich starym mieszkaniu, z którego wynieśli się na Mokotów. Chaber okazuje się być istnym psim geniuszem, który łatwo się uczy, nie sprawia problemów a ponadto szybko staje się bieniaminkiem całej rodziny.

Tak więc Janeczka i Pawełek mają masę spraw na głowie. Dowiedzenie się, co stoi za zachowaniem lokatorki z domu, odkryciem czemu właściwie nie chce się wyprowadzić ale również co takiego otrzymuje ona w paczkach przynoszonych jej przez jakiegoś dodatkowego w rejonie, listonosza.

Jak wcześniej pisałam, czytając tę książkę zaśmiewałam się co chwila i był to śmiech szczery a nie wymuszony.
Niektóre książki z przeszłości nie zestarzały się dobrze, jednak „Nawiedzony dom” Joanny Chmielewskiej z pewnością do takowych nie należy. Czyta się ją i po latach równie dobrze! I wcale nie trzeba być w wieku głównych bohaterów aby mieć udaną lekturę.

Moja ocena to 6 / 6.

„Wymarzony dom Anne”. Lucy Maud Montgomery.

 Wydana w Wydawnictwie Marginesy. Warszawa (2023). 

Przełożyła Anna Bańkowska. 
Tytuł oryginalny Anne’s House of Drems.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

„Anne i zmiany”, taki alternatywny tytuł mogłabym zaproponować tej książce. Bo w tej części bohaterka i staje się mężatką i przestaje być Anne Shirley a staje się Anne Blythe a właściwie doktorową Blythe. I definitywnie żegna się z rodzinnym domem i przenosi do uroczego, chociaż małego domku w Four Winds. Dużo zmian jak na młodziutką wciąż przecież Anne ale nie z takimi dawała sobie radę. 
A poza tym, Anne nie byłaby Anne ( zmiana nazwiska na to nie wpływa:) ) gdyby nie potrafiła dogadywać się z niemal każdym. Ta młoda osoba posiada niezwykły dar zjednywania sobie ludzi i w nowym miejscu położonym w bardzo ładnym miejscu w domku, z którego okien roztacza się spektakularny widok na Zatokę Four Winds nie będzie inaczej. 
Piękna przyroda, która wciąż zachwyca Anne, kochający mąż obok, nowe, przyjazne miejsce i nowi, życzliwi ludzie, z którymi się zaprzyjaźnia. Czego chcieć więcej?
Anne zawiera więc znajomość z uroczym starszym panem, byłym marynarzem, którego wszyscy nazywają kapitanem Jimem. Ten sympatyczny mężczyzna opiekuje się obecnie latarnią morską, którą ze swych okien widzą młodzi małżonkowie. Stanwi też źródło arcyciekawych opowieści nie tylko o swoich morskich podróżach i przygodach ale też o najbliższej okolicy. 
Ponadto młoda kobieta zaprzyjaźnia się z panną Cornelią. Konkretną osobą, która pomstuje często na męską część świata a tej żeńskiej przychyliłaby nieba. Wreszcie, Anne udaje się zaprzyjaźnić z początkowo dość długo nieznajomą Leslie Moore. Tę znajomość Anne nawiąże najpóźniej i będzie to znajomość najtrudniejsza ze wszystkich chyba dotąd zawartych przez Anne przyjaźni. Pełna trudów, ciężkich emocji ale też oczyszczających wyznań. Chociaż, jak to odczuwałam zawsze przez lekturę dotychczasowych tomów opowieści o Anne, mam wrażenie jakby Anne „dawała się ludziom lubić”. Nie wiem czy to moje jednostkowe wrażenia ale Anne, zwłaszcza w książkach po pierwszym tomie, wydaje mi się być osobą, która daje zgodę na to aby się z nią zaprzyjaźnić. Być może, tak to trochę odczuwam, Leslie jest pierwszą osobą, która wcale nie wydaje się być zainteresowana, przynajmniej na początku znajomości, wejściem w jakąś głębszą relację z nową sąsiadką. 
Tak czy inaczej, młodzi zagnieżdżają się w nowym miejscu, Gilbert dobrze sobie radzi zamiast starego doktora, pacjenci go cenią. Anne prowadzi dom i nie tęskni ani do nauczania, w którym przecież radziła sobie świetnie ani do pisania. Jeśli o pisaniu mowa, to Anne staje się w tej części raczej kimś w rodzaju agentki literackiej, która jednak skupia się na pomocy przy książkach ale pisanych przez inne osoby. Jej pisanie zostaje w przeszłości, nad czym zresztą nie wydaje się zbytnio ubolewać co mnie osobiście dziwi i trochę się nad tym zżymam.

Wydaje się więc, że nowe małżeńskie życie usłane jest samymi różami (bez kolców). Niestety, nie do końca tak jest. Anne i Gilbert przeżywają w tej części osobistą tragedię i muszę przyznać, że z powodów osobistych ciężko mi było czytać to, co wydarzyło się w życiu Blythe’ów. 

Lucy Maud Montgomery stworzyła postać, która z czasem chyba stała się jej ciężarem. Mogę to zroumieć bo zapewne autorka chciałaby być kojarzona nie tylko z osobą rudowłosej Anne ale też nie zgodzę się z czymś, co czytałam a propos tej części a mianowicie, że wydaje się być ona taką trochę „zapchajdziurą” pomiędzy kolejnymi częściami. 
Ja osobiście uważam tę część za przyjemną ze względu na niezwykle malownicze opisy okolicy, w której mieszkali Anne i Gilbert, na opisy przyrody i natury. Aż chce się wszystko rzucić i polecieć do Kanady, naprawdę. Ta surowa, nie dająca się łatwo ujarzmić natura jest jednak zachwycająca a krótka wiosna i lato z pewnością mogą dać zapas sił i optymizmu przed nadchodzącą jesienią i zimą, które z pewnością potrafią znużyć, nawet taką optymistkę jaką jest Anne.

Tak więc mnie się bardzo dobrze czytało tę część. Barwne i jak najbardziej możliwe do zaistnienia postaci, zwłaszcza te drugoplanowe, pokazują jak baczną obserwatorką ludzi i świata była autorka. 
Anne, nawet nadmiernie optymistyczna i często niestety, zbyt bujająca w obłokach, nie poddaje się pesymizmowi nawet po przejściu osobistej tragedii i nie daje się zepchnąć w otchłań czarnych myśli i rozpaczy. 

Z wielką niecierpliwością oczekuję kolejnej części opowieści o Anne Blythe i jej bliskich.

A tymczasem daję ocenę 6 / 6.

„Blizny”. Marek Stelar.

 Wydana w Wydawnictwie FILIA. (Poznań, 2020). Ebook.

Tak bardzo spodobał mi się kryminał Marka Stelara, „Krzywda”, że od razu postanowiłam przeczytać coś jego autorstwa.
Sięgnęłam trochę na chybił trafił po „Blizny” i to okazał się świetny czytelniczy strzał. 
Jak zaczęłam czytać, to tak naprawdę trudno było mi się od tej książki oderwać a po raz kolejny stwierdzę, że autor napisał świetny kryminał, po prostu. Bez jakichś piętrowych dodatków. Ot wydarzenie, które zmieni coś nieodwracalnie. Pojawi się zbrodnia ale i po latach kara. 

Nie wiem czy to tradycja u tego autora ale znowu , podobnie jak w „Krzywdzie” akcja książki toczy się nielinearnie. 
Wydarzenia, które zdeterminują życie wszystkich bohaterów zdarzyły się bowiem w roku 1994 a rozwiązanie całej historii zdarzy się w początkach pandemii koronawirusa, w 2020 roku. Przynam, pisałam zresztą o tym przy okazji zupełnie innej książki, że nie lubię książek, których akcja dzieje się właśnie w tamtym czasie. Zbyt dobrze pamiętam panującą wówczas atmosferę, własne lęki i obawy, to co się działo. Jednak jest to pewnie niezbędne do akcji książki bo pozwala na przykład wysłać żonę i dzieci nadokomisarza Tomasza Rędzię do rodziców żony, w celu uniknięcia styku z ludźmi. 
Rędzia pozostaje w mieście i rozpoczyna nowe śledztwo. Na budowie węzła Łękno znaleziono bowiem zwłoki. Szybko okazuje się, że chociaż nie przypuszczałby tego nadkomisarz zapewne nigdy, nie są to takie anonimowe zwłoki. Portret, który zostaje sporządzony sprawia, że kolega z dawnej licealnej klasy zgłasza się do Tomasza Rędzi i mówi, że według niego to ich dawny kolega z klasy o hm, kontrowersyjnej ksywie Adolf. 
I faktycznie, szybko okazuje się,że jest to najprawdopodobniej Adolf. 
Adolf, który na szkolnej wycieczce w 1994 roku stał się prawdziwym bohaterem i uratował kolegów z klasy zostaje zidentyfikowany na podstawie badań DNA ale też, co szokuje najbardziej, wychodzi na to, że padł on ofiarą przestępstwa. 
Ale kto tak naprawdę mógł chcieć zamordować mężczyznę ongiś uznanego za bohatera właśnie?
Tego będzie chciał się dowiedzieć Tomasz Rędzia, który z jakiegoś niewyjaśnionego bliżej powodu czuje, że śmierć dawnego kolegi z klasy (czy raczej osoby, z którą Rędzia był w klasie, bowiem nadkomisarz był klasowym outsiderem) ma jakiś związek z tamtą tragiczną w skutkach wycieczką szkolną. 
Rozpoczyna śledzctwo, żmudne zarówno na sytuację pandemiczną towarzyszącą jego codziennej pracy jak również na konieczność wrócenia do demonów przeszłości i ponowne spotkania z ludźmi z klasy, o których Rędzia wolałby już raczej nigdy nie wspominać. Do tego, ciekawy zbieg okoliczności, prokuratorem prowadzącym sprawę znalezionego ciała kolegi jest wspólna koleżanka z klasy Tomasza i Adolfa, Agnieszka Rybarczyk. Niezwykły doprawdy zbieg okoliczności, który tylko bardziej motywuje Rędziego do pracy nad sprawą. 
Każdy z nas nosi w sobie jakieś blizny z przeszłości. Tomasz Rędzia nosi ich zaskakująco wiele ale też stara się za bardzo ich nie rozdrapywać. Co jednak wtedy gdy ktoś inny zacznie te blizny drażnić? 

Bardzo dobry kryminał, taki jakiego oczekuję. Z ciekawą intrygą kryminalną, z tak potrzebnym w tego rodzaju gatunku zaskoczeniem oraz zwyczajnie, dużą dozą rozrywki, po prostu. 


A Ty? Jakie Ty nosisz blizny z przeszłości ……. ???

Moja ocena książki to 6 / 6. 

Nie wiem czy dobrze odmieniałam nazwisko bohatera, nawiasem mówiąc, zapożyczone od realnie istniejącego pana. Jeśli popełniłam błąd w deklinacji nazwiska, przepraszam i proszę o zwrócenie uwagi na błąd.