dziś policzyłam…

…że do Wigilii dziewięć dni. A do ostatniego dnia roku raptem…siedemnaście (licząc sam dzień Sylwestra). Zleciało? Tak. Wiem, truizm. 
Po Świętach siądę i przepiszę wszystkie ważne daty do nowego papierowego kalendarza. Tak, jestem chyba jedną z niewielu osób, które wciąż takowe używają.


Zawiesiliśmy naszą gwiazdkę, ozdobę Bożonarodzeniową, jaką otrzymaliśmy od Mamowego Mikołaja. Uruchomiliśmy też lampki, które rok temu P. zawiesił na górze , pod sufitem i na żaluzjach balkonowych. Świeciły się prawie do wakacji 🙂 Chyba w maju się znudziły Janeczkowi. A potem to już my stwierdziliśmy, że teraz to poczekają do Świąt. I w Mikołajki zostały uroczyście „odpalone”.
W budynku nieopodal co roku mam miłą niespodziankę. Ktoś wiesza na balkonie wspinającego się Mikołaja. Co roku wiesza, ja co roku się miło dziwię i cieszę jak dziecko, potem Mikołaj wspina się do lutego, kiedy go zdejmują i ponownie wkracza na balkon w Mikołajki, kiedy to ja znów się cieszę bo zdążyłam do tej pory zapomnieć, że spodziewać tam się go trzeba. Miło mieć taki mały, prywatny constans 😉 W tym roku Mikołajem ucieszył się też Janeczek więc tym bardziej miło, że mam towarzysza w tej radości. 
Na patio też już powiesili lampki na jednej z trzech choinek, które rosną. Jak się wprowadzaliśmy dwanaście lat temu to choinki były choinkowymi maluchami. Teraz są drzewa jak się patrzy;) I też co roku cieszę się gdy po zmroku na jednej z nich rozbłyskuje tyle kolorowych światełek.

Życzę sobie i Wam dobrego, spokojnego tygodnia.  

włączyli…

…nam tu niedaleko sygnalizację świetlną. Pewnie nie musiało by jej być ale kierowcy nie bardzo przejmowali się pieszymi, a wiem co mówię, przejście tam z wózkiem swego czasu traktowałam jako sport ekstremalny co skutkowało przechodzeniem po innych pasach po prostu. Też bez sygnalizacji ale za to mniej niebezpiecznym. W pobliżu jednak jest szkoła, dochodziło do niebezpiecznych sytuacji i najwyraźniej udało się uzyskać sygnalizację. Światła działają od kilku czy kilkunastu już dni ale „zielone” trwa zdecydowanie za krótko. Osoba starsza czy małe dziecko niestety według mnie wciąż na pasach będzie kiedy zapali się już „czerwone”.
Wczoraj przechodzimy po pasach i ja komentuję tę sytuację. Mówię do P. „Oni chyba mierzą czas zielonego dla pieszych? Może puszczają kogoś, kto to testuje. Nie wiem kogo puścili tym razem , chyba zdrowego szesnastolatka, który dodatkowo czuje, że spóźni się do szkoły”. 
A P. na to jak zwykle konkretnie „Puścili Korzeniowskiego”.

Kurtyna.

Miłej, spokojnej niedzieli dla Was 🙂 

i tradycji …

…stało się zadość bo pierwsza kartka świąteczna oczywiście od Finetki nadeszła 🙂 Niemniej jednak tym razem podium zajmuje wraz z kartką świąteczną od kuzynki P. ze Stanów, tak więc mogę powiedzieć, że te dwa tygodnie do Świąt w nastroju około świątecznym jeszcze bardziej będą właśnie za sprawą kartek świątecznych, które zaczną powoli nadchodzić. I które zawsze sprawiają mi wiele, wiele radości.

odkryciem kosmetycznym roku…

…2014 moim własnym, osobistym, bez wątpienia okazało się migdałowe masło do ciała z The Body Shop.
Dostałam je w prezencie już dość dawno temu (naprawdę dawno), przeleżało się w szufladzie.
Wyjęłam gdy zużyłam te najulubieńsze do tej pory czyli Brasil Nut i potem dość fajne z masła shea. Posmarowałam i ojej, ale zapach, no migdał w czystej postaci. Hmmm, nie dla mnie… Pokręciłam nosem, że drażniący, że to nie to, i chwilę potem oniemiałam. Otóż ten klasyczny migdał przemienił się w coś pięknego. Zapach tak piękny, że nie do opisania. A i samo masło spełniło moje oczekiwania. Po pierwsze, konsystencja jest nieco inna niż pozostałe masła, które do tej pory używałam. I taką nieco bardziej lejącą się a nie stałą, nawet wolę mimo, że nie jest to mleczko do ciała, więc nie ma się wrażenia wyciekania przez palce. Wspaniale działa na moją biedną skórę. 
Jestem zachwycona!!!
Pokonał ukochane do tej pory masło Brasil Nut.
Jeśli Mikołaj się nie domyśli (a ten sam no, nie Mikołaj bo chyba okołourodzinowy prezentodawca zakupił mi to masło), a zachwycam się w domu głośno i kilka razy na dzień:) to po Świętach sama pędzę nabyć drogą kupna. Może się ulitują i jakieś promocje będą, teraz niedawno nabyłam w naprawdę korzystnej cenie krem do rąk.

Życzę Wam dobrego, spokojnego tygodnia.

„Perełka”. Patrick Modiano.

Wydana w Wydawnictwie Sonia Draga. Katowice (2014). Ebook.
Przełożyła Bożena Sęk.
Tytuł oryginału La Petite Bijou.

Hmmmm…cóż mogę powiedzieć a raczej napisać po moim pierwszym spotkaniu z tegorocznym literackim Noblistą? Na razie moje wrażenia są dość niejasne ALE…Nauczona pierwszym dziwnym, jak to z perspektywy oceniam, spotkaniem z Alice Munro, która to z czasem stała się jedną z moich ulubionych autorek (a zauważyłam, że obecnie czytuję głównie autorów nie autorki) myślę, że muszę te wrażenia po lekturze „Perełki” jeszcze na spokojnie „przetrawić”. 
Znakiem,że lektura nie do końca mnie porwała był ten, że gdy trafiła się inna lektura (była nią „Energia kobiet”) bez żalu porzuciłam „Perełkę” na jej rzecz. Ale…mimo to chciałam do niej wrócić i właściwie to dopiero po jej skończeniu mogę powiedzieć, że nie oceniam książki źle i że chyba skuszę się (pewnie gdy będzie podobna sytuacja do tej teraz czyli skorzystam z promocji cenowej na ebook) na kontynuację poznawania książek autorstwa Patricka Modiano.

No i jakby nie było, poprawiam sobie samopoczucie na swój własny temat, skoro ja już znam książkę Noblisty a francuska minister kultury nie 😉 Tak wiem, to było nieładne i niegrzeczne ale co ja na to poradzę, że tak właśnie jest?

Wracając do „Perełki”. Chcę wyraźnie napisać, że moje odczucia czy wrażenia nie mogą, bo i niby jak? dotyczyć czegoś więcej a więc nie chcę generalizować. Podobno autorzy jednak piszą „jedną i tą samą książkę” i na ten sam temat w czasie całej swej twórczości niemniej jednak nie znając innych pozycji książkowych Modiano odniosę się tylko do tego, jakie wrażenie wywarła na mnie ta konkretna lektura. 

„Perełka” to przedziwna książka. Ma nieco oniryczny klimat i na pewno jest z gatunku tych książek, o których możemy powiedzieć, że ich klimat jest nie do końca jasny, jakby rozmyty. Na pewno nie ma mowy o brawurowej i szybko zmieniającej się akcji.

Przed sięgnięciem po książkę Modiano wyczytałam czy usłyszałam, nie pamiętam już teraz, jakoby autor zajmował się w swoich książkach zagadnieniem pamięci, wspomnień.
I tak chyba można powiedzieć, klimat „Perełki” to nieustające wyciąganie wspomnień, urwanych, często niejasnych. Nie zawsze jasnych dla głównej bohaterki jako, że będących jej wspomnieniami z dzieciństwa. Atmosfera tych wspomnień to właśnie jakby sen, który, zaznaczmy to, nie jest snem dobrym. 
Niby nie dzieje się (chyba) jakiś konkretny dramat ale mimo, że nigdy nie poznamy wielu szczegółów z życia bohaterki, zwanej przez pewien czas przez swoją matkę właśnie tytułową „Perełką”, najwyraźniej nie działo się zbyt wiele dobrego patrząc na to, co dzieje się pod sam koniec książki. Nie chcę jednak zdradzać zbyt wiele z treści.

W książce poznajemy niezbyt długi czas z życia bohaterki, która pewnego dnia jadąc w metrze doznaje szoku. Oto bowiem widzi swoją matkę. Matkę, która zmarła w Maroku kilkanaście lat temu.

To wydarzenie i fakt, że dziewczyna zaczyna śledzić matkę, powoduje lawinę jej wspomnień. Wspomnień jak już wspomniałam dość niejasnych, urwanych, z których jak z rozmaitego koloru skrawków materiału, usiłuje ona zszyć coś na kształt patchworku z przeszłości. Która to zdeterminowała jej życie na zawsze.

W książce pojawiają się postaci, które wydają się być umiejscowione jedynie na chwilę aby przywołać na kartach książki jakieś konkretne wspomnienie z życia bohaterki. Tak naprawdę zdają się być nie do końca możliwymi do zaistnienia bądź ich opis jest nacechowany konkretnym stanem psychicznym dziewczyny. Nigdy się tego do końca nie dowiadujemy.

Atmosfera opowieści jest smutna i mnie osobiście nieco przygnębiła. Nie wiem dlaczego bo mimo to jest to coś kompletnie innego ale sam klimat, to przygnębienie właśnie, odrobinę kojarzył mi się ze wspomnieniowymi właśnie książkami Aglai Veteranyi.

Samotna bohaterka, której przyszło się zmóc z demonami przeszłości……To nigdy nie jest łatwe.

Moja ocena książki to 4.5 / 6.

„Energia kobiet”. G.Borkowska, M.Chodyra, A. Kublik.

Wydana w Wydawnictwie Agora. Warszawa (2014). Ebook.

Ta książka tak naprawdę ma swoją premierę dopiero dziś ale mogłam przeczytać ją nieco wcześniej dzięki Wydawnictwu Agora. Przyznaję się, że decydując się na nią nie spodziewałam się aż tak świetnej lektury, która naprawdę, mówię to bez cienia kadzenia, (P. świadkiem:), zrobiła na mnie wielkie wrażenie! To właśnie P. namówił mnie do sięgnięcia po tę książkę i jestem Mu za to bardzo wdzięczna, bo widzę, że ominęłaby mnie dobra lektura. 

Nie słyszałam wcześniej, przyznaję się, o akcji pod patronatem „Gazety Wyborczej”, która to akcja została podjęta, cytuję za materiałami prasowymi „obalić mity umniejszające rolę kobiet w społeczeństwie”. 
Dwanaście wywiadów, które znajdziemy w książce pod tym samym, co akcja, tytułem czyli „Energia kobiet” to jedynie drobny wycinek wywiadów, reportaży, nawet pokazów filmowych mających na celu ukazanie roli kobiet w szerszym niż często się postrzega zakresie. I mającym na celu trochę zapewne obalić mity czy ukazać jak wiele jeszcze w poprawie sytuacji kobiet chociażby na rynku pracy, jest do zrobienia.

Jak napisałam, wywiadów jest dwanaście i każdy z nich zasługuje na lekturę z rozmaitych powodów. Piszę teraz, to chyba całkowicie zrozumiałe, jednak wolę to podkreślić, całkowicie subiektywną opinię na temat tychże. I oto muszę powiedzieć, że tą drogą przyszło mi się spotkać z dwunastoma zupełnie różnymi paniami (w tym z niestety, nie żyjącą już Małgorzatą Braunek), zajmującymi się zupełnie różnymi niż ja sprawami, mającymi odmienne zawody, zainteresowania, pasje. 

I jak napisałam, prawie każdy wywiad z jakichś przyczyn mnie zainteresował. Powiedzmy inaczej, zainteresował mnie każdy, z tym, że nie z każdą z pań miałabym ochotę po tym wywiadzie spotkać się w cztery oczy. Ale były i takie, z którymi bardzo , bardzo chętnie wybrałabym się na kawę i rozmowę. Bo jak w życiu, ktoś mnie zachwycił, ktoś spowodował, że inaczej (chociaż przez chwilę) na tę osobę spojrzałam, ktoś inny z kolei zirytował. Ale to właśnie ludzkie.

Nie wiem, jakie było kryterium doboru tych konkretnych dwunastu wywiadów z paniami, niemniej jednak wybór był jak najbardziej trafiony i muszę powiedzieć jedno, zdecydowanie po przeczytaniu tegoż udzieliła mi się niezwykła energia i siła wszystkich pań. No, prawie wszystkich 🙂 

W ogóle muszę powiedzieć, że nieustannie mylił mi się tytuł książki (czy przypadkowo czy własnie nieprzypadkowo?) i zamiast „Energia kobiet” mówiłam „Siła kobiet”. Bo tak naprawdę po przeczytaniu rozmów z tymi konkretnymi kobietami miałam wrażenie, że przebija z nich nie tyle właśnie energia, co siła. Siła dająca czynić niemożliwe. Siła dająca dzielić dobro pomimo nieszczęścia, które na kogoś spadło. Siła czyniąca niemal cuda i siła pozwalająca na samorealizację, na realizację własnych pragnień i marzeń. Siła dająca być zadowoloną z siebie szczęśliwą, realizującą się kobietą ale również często spełnioną żoną i matką.

Każda z dwunastu pań posiada niewątpliwie silną osobowość, co powoduje, że jest tam, gdzie jest i w takim a nie innym punkcie życia. Niemniej jednak widać w niektórych z nich wiele empatii, miłości, współczucia, mądrości, spokoju,  którymi to cechami obdarzają one innych.

Wymienię teraz tak, jak występują w książce, wszystkie panie, z którymi można przeczytać wywiady. A więc są to : Małgorzata Braunek, Iwona Georgijew, Monika Pyrek, Ewa Błaszczyk, Aneta Kręglicka, siostra Małgorzata Chmielewska, Kayah, Joanna Klimas, Krystyna Janda, Magdalena Durlik, Olga Kozierowska, Maria Czubaszek.

Nie chcąc skupiać się na którymś z nich konkretnie bo jak napisałam wcześniej, każdy pod jakimś kątem wywarł na mnie wrażenie, napiszę tak. Jeśli bałam się, a tak, przyznaję się, bałam się wywiadu z panią Ewą Błaszczyk, za to, że będzie smutny, że przeora mi emocje, tak pozytywne zaskoczenie. I paradoksalnie może, najsmutniejsze wrażenie zrobił na mnie wywiad z projektantką Joanną Klimas. Chyba za to, przynajmniej ja to tak odebrałam, że miałam wrażenie, że pomimo tego jak wiele ta pani osiągnęła w swoim zawodowym życiu, to jednak nie czuje się szczęśliwa i wciąż jakby musiała sobie udowadniać, że to, co robi robi dobrze i że jest to ważne. Dla innych ale przede wszystkim dla niej samej.

Silna kobieta, która mimo drobnej postury przenosi góry to oczywiście Ewa Błaszczyk, która robi na mnie wrażenie „silnego wrażliwca” (ewentualnie, życie jak to bywa, wtłoczyło ją w tę rolę oczywiście wcześniej nie zapytawszy czy może ma na to chęć i siłę). Jak wiele pani Ewa robi, nie tylko dla jednej z córek ale dla innych, za sprawą fundacji przez nią założonej jak i samej Kliniki Budzik, to wiadomo.

Kolejna silna kobieta, która nie patyczkuje się i mówi konkretnie co ma na myśli a przy tym działa niezwykle mądrze to siostra Małgorzata Chmielewska, osoba, którą zresztą dawno już podziwiałam. A podoba mi się sposób pomocy jaką oferuje siostra Małgorzata swoim podopiecznym. Otóż w sklepik skarbyprababuni.pl sprzedawane są wykonane przez jej podopiecznych przetwory i rękodzieło. Bardzo ładne, wczoraj tam zajrzałam. 

Spokój i coś w rodzaju klimatu ukojenia znalazłam w wywiadzie z nieżyjącą już niestety panią Małgorzatą Braunek. Myślę, że ona na pewno odeszła w spokoju i radości. Wypracowała to sobie jak sama przyznała, nie w jeden dzień ale udało się. 

Niezwykłe wrażenie zrobiła na mnie też postać pani Magdaleny Durlik, to wielka postać w świecie medycyny a ciekawie było poznać jej fragmenty życia te dotąd mniej znane, czyli z cyklu „będąc młodą lekarką”. Młodą lekarką, mieszkającą kątem u rodziców, lekarką na dorobku, szybko mającą męża i dwójkę dzieci a mimo to osiągającą to, co osiągnęła. Aczkolwiek mimo lekarskiej rodziny , dwójka jej dzieci w ślady rodziców i dziadków nie poszła. Bywa i tak. 

Tak naprawdę nie podobał mi się jedynie wywiad z panią Marią Czubaszek ale też nie ma obowiązku, żeby wszystkim podobało się wszystko (jestem teraz pewna, że Ewazdublina uśmiechnie się pod nosem bo wiem, że ostatnio na spotkaniu z tą panią była i wróciła arcyzadowolona). 

Jeśli chodzi o kobiety zajmujące się biznesem, to duże wrażenie zrobił na mnie wywiad z panią Anetą Kręglicką, chyba za to, że opisała jak trudno jej było walczyć dawniej ze stereotypem tak chętnie przez wielu podtrzymywanym czyli „głupiutkiej blondyneczki”. 

Tak czy inaczej podsumowując, książka jest świetnym zastrzykiem pozytywnej energii i wartościowych rozmów, które warto według mnie przeczytać. 
Jakbym miała powiedzieć, co można podarować swojej przyjaciółce na prezent  czy na przykład podsunąć Mikołajowi pomysł na tenże dla jakiejś bliskiej nam kobiety, z pewnością tę książkę wymieniłabym jako jeden z potencjalnych prezentów.

Nie wiem, być może dlatego, że na mnie zrobiła wielkie, pozytywne wrażenie. Że dzięki niej „spotkałam się” na chwilę z dwunastoma wartymi poznania z tej czy innej przyczyny, kobietami.
Może dlatego, że sama jestem kobietą i cieszę się czytając o sukcesach jakie odnoszą inne kobiety. Nie, nie na zasadzie „solidarności jajników” ale po prostu, bo tak, bo zawsze wolę czytać o dobrych, fajnych sprawach i przedsięwzięciach niż o tym, jak jest źle i smutno i nie ma widoku na przyszłość.

Moja ocena to 6 / 6. 

 

 

 

 

„Jaskółka, kot, róża, śmierć”. Hakan Nesser.

Wydana w Wydawnictwie Czarna Owca. Warszawa (2014). Ebook.

Przełożył Maciej Muszalski. 
Tytuł oryginału Svalan, katten, rosen, doden.

Kolejne to spotkanie z emerytowanym w specyficzny sposób komisarzem Van Veeterenem.
Specyficznym bo na swój sposób może on wciąż brać udział w śledztwach a mimo to odpoczywa sobie od brudów tego świata pracując w antykwariacie co zdecydowanie kojąco wpływa na szargane życiem nerwy komisarza. Który obecnie cieszy się życiem domowym, rodzinnym i zdecydowanie nic wspólnego nie ma ze zgorzkniałymi samotnymi komisarzami, których znamy z wielu innych kryminałów skandynawskich.

W tej książce dzieje się dużo zła, którego nawet komisarz by nie podjął się badać gdyby nie prosta przyczyna. Otóż pewnego dnia zjawia się u niego ktoś, kto twierdzi, że tylko komisarz jest w stanie mu pomóc. To pewien pastor, związany czymś w rodzaju tajemnicy spowiedzi a więc mogący mówić nieco oględnie. Niemniej jednak bardzo potrzebujący pomocy komisarza. Niedobrym zbiegiem okoliczności Van Veeteren nie ma dla gościa w danej chwili czasu, umawiają się na przyszłość, po powrocie z podróży komisarza i niestety okazuje się to bardzo złym pomysłem. 

Zastanawiam się, jak bardzo bliska jest Hakanowi Nesserowi skrzywdzona bardzo przez mężczyznę bądź mężczyzn kobieta. Bowiem w swoich kryminałach, przynajmniej tych ostatnio przeze mnie czytanych, praktycznie na przemocy wobec kobiet autor głównie się skupia. I nawet nie próbuje już maskować swoich opinii czy przekonań wobec mężczyzn, którzy kobiety ranią i którzy je krzywdzą.  Jakby tym sposobem rozliczał się z przestępcami wobec kobiet i wymierzał im sprawiedliwość……..
Czasem odnoszę wrażenie, że celowo „wysłał” głównego bohatera tego cyklu na emeryturę, aby teraz już Van Veeteren przynajmniej wprost mógł wyrazić swoje zdanie na temat tego typu sytuacji. I nie być zmuszonym do działań wbrew sobie czy swoim przekonaniom gdy bardziej niż o ofiarę przestępstwa musi dbać o bezpieczeństwo poszukiwanego bandyty tylko dlatego, że prawo jest takie a nie inne. 

Ta część cyklu, jak wspomniałam, nie jest na pewno optymistyczna. Policjantom i emerytowanemu komisarzowi/antykwariuszowi przyjdzie się zmagać z nie tylko ukrytymi pokładami czyjegoś zła czy wręcz szaleństwa co również dziwnym tropom literackim nie wiedzieć czy celowo czy też nie, podrzucanym przez sprawcę mordów.

Tym razem akcja książki jak w klamrze zostaje spięta epizodami dziejącymi się w słonecznej Grecji. I nie można powiedzieć, że od książki łatwo jest się oderwać.

Jak zwykle po lekturze Nessera pozostaje w czytelniku wiele pytań na temat współczesnego świata, relacji międzyludzkich i układów przyjacielsko rodzinnych. I podobnie jak Charlotte Link w „Obserwatorze”, w tej części cyklu autor dużą część poświęca temu jak bardzo ludzie potrafią zostać wyalienowani przez społeczeństwo ale i najbliższych, którzy tak naprawdę nie mają z najbliższymi zdawałoby się osobami nic wspólnego niż jedynie potwierdzone pokrewieństwo. Smutne refleksje dzisiejszych czasów. 

Moja ocena to 5.5 / 6.

zimno…

…wstałam, na termometrze minus siedem. Wychodziliśmy na spacer, na termometrze było coś około minus sześć, teraz za oknem -6.8… Dobrze, że z naszej trójki Janeczek wydaje się najlepiej znosić mróz i niedogodności. (Wychodzi na to, że moja teoria na temat tego kto lubi jaką porę roku się sprawdza). Tak czy inaczej po spacerze i głosowaniu z wielką przyjemnością wróciliśmy do ciepłego domu. 
Zaczęłam czas jakiś temu czytać jednak najnowszą książkę Hakana Nessera, czyli książkę o dość długim tytule „Jaskółka, kot, róża, śmierć”. Jak zwykle w przypadku tego autora, czyta się dobrze, wyśmienicie wręcz. Bardzo lubię książki Nessera, jest z pewnością jednym z moich ulubionych autorów książek kryminalnych za to, że wątek kryminalny nie jest w jego książkach najważniejszy, jest sporo przemyśleń na tematy społeczne i obyczajowe, podanych w nienamolny sposób. Bardzo , bardzo go lubię a raczej, oczywiście, jego książki.
Kolejny weekend prawie już za nami, czas leci.
W piątek P. wziął sobie wolny dzień, pojechaliśmy do galerii nabyć co nieco, wyszłam z nowym zegarkiem 🙂 To już prezent na Święta ale będę nosić już teraz. Oprócz tego, że to po prostu fajny prezent, dla mnie ma bardzo symboliczne znaczenie. Trzy lata temu musiałam kupić nowy zegarek, z datownikiem, bo zwyczajnie po tym, co się stało w naszym życiu, pogubiłam się w datach, był czas (długo to trwało, przyznaję), że tkwiłam wciąż w 3 maja……Działo się wiele spraw wtedy urzędowych, związanych ze spadkiem po Ojcu i głupio mi było po raz kolejny prosić listonosza przy podpisywaniu poleconego listu o przypomnienie mi daty. Tak więc wtedy nowy zegarek, który zaczął odmierzać nowy, dziwny czas w życiu.

Po narodzinach Janeczka miałam ochotę na nowy zegarek, który zacząłby odmierzać jeszcze inne, nowe życie i teraz go mam, ten zegarek;) Wyszło z nieco ponad dwuletnim opóźnieniem 🙂 co pokazuje, jak intensywnie się teraz nam żyje a także, jak inne, ważniejsze priorytety nas teraz zajmują. Co nie oznacza, że bardzo się z niego nie cieszę (mam wrażenie, że zachowuję się jak Mikołajek w jednym z opowiadań, gdy dostał nowy zegarek od Buni).

 

nie mogę nie odnotować…

…pierwszego śniegu, jaki się przytrafił w nocy. Co prawda swój występ miał zdecydowanie nocą, albowiem do dość wczesnych godzin rannych zdążył stopnieć ale jednak. Zima stoi za progiem i pokazuje, że jest, czeka, pamięta. 
Zrobiło się nagle jeden dzień mniej niż miesiąc do Wigilii. Trochę już spraw przygotowałam na Święta, okropnie nie lubię zostawiać tego na ostatnią chwilę.
Skończyłam „Przerwane milczenie” Charlotte Link, w ramach promocji nabyłam zaległe książki tej autorki (już mi została jedna nie nabyta, tę zostawiam na inną okazję ) i mam na czytniku jeszcze jedną kupioną ale nie wiem, kiedy się za nią wezmę bo czeka też Hakan Nesser i jego najnowszy kryminał. Nie wiem dlaczego ale kryminał Nessera „Sprawa Ewy Moreno” jako jedyny z cyklu nie ukazał się w wersji ebook i pewnie zamówię sobie go na prezent w wersji papierowej bo chcę już czytać cykl. Czytałam ten kryminał, dawno temu, ale nic nie pamiętam a poza tym, wtedy nie wiedziałam, że to cykl bo wtedy wydawnictwo, które wydało książkę, cyklu chyba nie wydało. Tak czy inaczej, chcę ją przeczytać na pewno. Nesser to jeden z moich ulubionych autorów, chociaż pisze o trudnych tematach.

Życzę Wam spokojnego, miłego tygodnia. 

 

połasiłam się…

…na niższą cenę? Połasiłam. 
To teraz mam. Mówię o kompletnie nieudanej lekturze, jaką okazała się być książka o jednym z moich ulubionych aktorów jakim jestColin Firth. Książka jest autorstwa Sandro Monettiego i nosi tytuł „Colin Firth. Zostać królem”. Cena wcale nie była z tych najbardziej oszałamiających w owej promocji ale też na szczęście nie ta, którą sobie winszują za tę książkę bo chyba bym się wściekła. A tak, tylko popsioczę ( i żeby nie było, zmogłam ją do końca bo nic mnie bardziej nie irytuję niż to jak ktoś nie przeczytał ale „wie, że to kiepskie”. Ja muszę zmóc do końca i wtedy mam pełne prawo do narzekania. Howgh.)
Nie wiem, zamierzone to było czy nie, ale Monettiemu wyszła ni mniej ni więcej ale hagiografia Colina Firtha. Skusiłam się na nią bo lubię tego aktora i chciałam poczytać o nim coś więcej. Naprawdę nie liczyłam na bazarowe ploty, po te sięgnąć można na każdym plotkarskim serwisie (inna sprawa, że już dawno nie ogarniam, kim są płaszczące się na ściankach postacie ale to inna sprawa:) ale szczerze, to jak o kimś czytam, to lubię o człowieku z krwi i kości. Autor zaś tak opisuje życie i filmografię Firtha, że gdyby nie to, że się go lubi jako aktora w sumie niezależnie, to po takiej lekturze naprawdę łatwo byłoby go znielubić. Colin Firth w zasadzie nie ma żadnych wad, jest chodzącym po świecie Świętym więc dziwi, co tu robi 🙂 Być może jestem zbyt surowa, ale według mnie za opisywanie życia kogokolwiek nie powinny się chyba zabierać osoby znające osobiście daną osobę i dodatkowo lubiące ją. Tu tę znajomość się wyczuwa i nadmiar słodu powoduje nie dość, że zgrzyt między zębami co wręcz narastające poczucie, że czujesz, jak rozwija się od tegoż nadmiaru słodu twoja próchnica.
Można by uprzeć się, żeby tę książkę potraktować jedynie jako ogarnięcie dotychczasowego dorobku filmowego Colina Firtha ale i tam jest miód i słód, po prostu autor wszędzie, gdzie się da słodzi do …przesady (chciałam użyć takiego kolokwializmu ale może co wrażliwsi by się poczuli urażeni to niech będzie tak). Naprawdę dawno nic mnie tak nie zawiodło książkowo, nie zirytowało wręcz i sama siebie trochę żałuję, że się zawzięłam i zmogłam. 
Nie zdziwi Was zapewne moja ocena, którą jest 2 / 6. 

Dla wyrównania, bo jakiś czas temu zapomniałam o tym wspomnieć a rzecz dotyczy poezji. Tam już trafiła się promocja z prawdziwego zdarzenia, z okazji Krakowskich Targów Książki, które były i nabyłam zbiór poezji Władysława Broniewskiego pod tytułem „Wierszem przez życie. Poezje” . Wiersze tam umieszczone wybrał Mariusz Urbanek autor rewelacyjnej biografii Władysława Broniewskiego, o której pisałam dwa lata temu przeszło w tym wpisie.

Wiersze wojenne i około wojskowe, tak to ujmę, nie porwały mnie, nie moje to zdecydowanie klimaty choć na pewno czuje się ich siłę i natężenie emocji, nie zaprzeczę. Natomiast to, co powaliło mnie na kolana, to wszystkie tam umieszczone wiersze związane ze śmiercią Anki, jak również do Niej skierowane. Nie chcę nic więcej pisać, bo emocji jest zbyt wiele, jednak powiem jedno, nieważne, czy osierocony rodzic jest poetą, urzędnikiem, malarzem, czy pracownikiem sieciowej restauracji. Ból i tęsknota, niemoc pogodzenia się z tym, co się stało, bunt, żal, łzy, to wszystko jest dla tychże rodziców osieroconych zrozumiałe bo odczuwają podobne emocje. Zbiór tych wierszy zdecydowanie oceniam wysoko czyli 5 / 6.

A teraz jestem tak wymęczona tą nieudaną książką o Colinie, że sięgnęłam po sprawdzoną Charlotte Link. Tak, tommyknocker, wychodzi na to, że miałeś rację, że listopad jest u mnie miesiącem pani Link i chyba z tego, co widzę zanosi się, że dalej tak będzie 🙂 Skorzystałam oczywiście z promocji na ebook i zaczęłam jej książkę pod tytułem „Przerwane milczenie”. Oby lektura nie zawiodła mnie tym razem.