„Ciernista róża”. Charlotte Link.

Wydana w Wydawnictwie Sonia Draga. Katowice (2014). Ebook.
Przełożyła Ewa Spirydowicz.
Tytuł oryginału Die Rosenzuchterin.

Kolejny raz skorzystałam z promocji. Tym razem na jednej z ulubionych ebookowych księgarni czaiłam się na promocje książek z Wydawnictwa Sonia Draga bo wiedziałam, że wtedy będzie okazja upolować taniej książki jednej z ulubionych autorek i miałam rację:). 

Opis na stronie wydawnictwa niestety nie oddaje tego, co niesie ze sobą książka. A szkoda. Bo czytając opis wydawniczy ma się wrażenie, że w książce będzie więcej o kobiecej przyjaźni i dużo, dużo więcej kryminału. A otrzymujemy bardzo interesującą opowieść z historią w tle, trochę relacji między kobietami, które wzajemnie się sobie zwierzają i mało wątku kryminalnego. Który co prawda jest ale kompletnie nie stanowi istoty rzeczy tej książki. I bardzo dobrze.
Trochę mi się klimatem ta książka kojarzy z pierwszą książką Charlotte Link, którą czytałam czyli jej „Domem sióstr” ( o tyle, o ile pamiętam tamtą książkę, bo czytałam ją dość dawno temu).

Tu rzecz dzieje się współcześnie i w przeszłości podczas niemieckiej okupacji Wyspy Guernsey. Opowieść stanowiąca trzon książki czyli życie Beatrice, jednej z kilku bohaterek, podczas niemieckiej okupacji stanowiła dla mnie interesującą opowieść jako, że o okupacji niemieckiej tamtej części świata wiem niewiele a trzeba przyznać, że Link dobrze przygotowała się do opisania tematu. Co zapewne nie było dla niej łatwe z racji oczywistej, czyli, jest przecież Niemką. A mimo to nie uciekała od tematu, nie wybielała.
Bohaterek książki jest kilka, ale trzy kobiety są najbardziej istotne dla opowieści. Beatrice, Karin i Helene.

Mająca nieco ponad trzydzieści lat Karin do domu Beatrice trafia zupełnie przypadkiem gdy jedzie na wyspę załatwić nie do końca czyste interesy finansowe męża. Ponieważ pokój w hotelu przepada zbiegiem okoliczności otrzymuje możliwość zatrzymania się u Beatrice, która wynajmuje pokoje. Starsza pani, mająca około siedemdziesięciu lat Beatrice, co interesujące, mieszka z Helene. Niemką, którą mieszka na wyspie od czasów niemieckiej inwazji i okupacji. Ma koło osiemdziesiątki i wydaje się być miłą starszą panią. 
Jak się potem okaże, nie wszystko zawsze jest do końca takie jakie wydaje się na samym początku.

Karin (jak to typowe dla powieści Charlotte Link) ma problemy zarówno osobiste jak i w swoim małżeństwie. Po powrocie do Niemiec nawiązuje z Beatrice kontakt listowny i już tą drogą poznaje interesującą opowieść o życiu swojej wyspiarskiej gospodyni podczas IIWŚ.
Potem zaś trafia znów do domu Beatrice i tam już historie poznaje bezpośrednio z ust gospodyni.

Jak to u Link bywa, sporo tu historii, jak zwykle interesująco opisanej, dużo emocji i niemożności pogodzenia się z pewnymi sprawami. Jest też trochę wątków miłosnych bo to i opowieści o uczuciach podczas wojny i współczesnych zawirowań sercowych, które przypadły w udziale synowi Beatrice, Alanowi. W tym wszystkim pojawia się typowy dla autorki wątek tajemnic z przeszłości, które to tajemnice stopniowo jako czytelnik poznajemy wraz z bohaterami opowieści. No i wątek kryminalny, który jednak tym razem jest nie tak rozwinięty jak w klasycznych kryminalnych książkach Link.

Chociaż opis na stronie wydawnictwa mimo wszystko sugerował mi coś zupełnie innego niż przeczytałam, to właśnie ucieszyłam się, że nie był to kryminał. Otrzymałam za to interesującą opowieść, z gatunku tych, które dobrze poznawać siedząc wtulonym w ciepły koc i sącząc czy to ciepłą herbatę czy to kieliszek dobrego czerwonego wina. 

Mimo, że Link nie wnikała zbytnio w analizę psychologiczną swoich postaci, udało jej się stworzyć interesujący związek dwóch kobiet, ongiś wtłoczonych na siłę w ramy wspólnej relacji, kontaktów. Kobiet, które chcąc nie chcąc musiały stać się dla siebie kimś więcej niż tylko okupantem i okupowanym a poniekąd stały się dla siebie rodziną. Taką, którą jak to rodzina, nie wybieramy, z którą często mamy zupełnie inne zdanie na dany temat, ba, nawet się kłócimy ale która jest koło nas w różnych momentach naszego życia i której brak w chwili odejścia.  

Książkę czytało mi się bardzo dobrze, moja ocena to 5 / 6.

 

 

rzeczy, których uczysz się…

…będąc rodzicem.
Czas jakiś temu (dość dawno w sumie) pisałam tu o tym, że odkąd mamy w domu Janeczka zyskaliśmy szereg umiejętności, o których posiadanie byśmy się nigdy nie podejrzewali. I tak oto wzrosły nam talenty artystyczne wszelkiego rodzaju (w tym wokalne, rzecz jasna).
Jednakowoż wczoraj pokonała mnie żaba.
Żaba z origami, konkretnie rzecz ujmując. Fakt faktem, że wzorzec jaki dołączyli do książeczki o żabach, którą nabyliśmy dla Janeczka, nie był chyba idealny (myślę, że gdybym zobaczyła jak ktoś robi origamową żabę i mnie nauczył, to po prostu łatwo bym załapała) ale wynik był jeden. Częściowo zrobiona żaba, bez nadziei na lepsze jutro.

Tym, którzy zwątpili w optymistyczne zakończenie tej historii spieszę donieść, że się mylili:) Albowiem opowiastka ta posiada jak najbardziej pozytywny wydźwięk. Otóż, kiedy powróciłam z pokoju, do którego wynosiłam papier, z którego usiłowałam zmajstrować żabę, zastałam w rękach mojego Syna skotłowaną nieco papierową formę, tę samą, w którą ja z wysiłkiem próbowałam tchnąć może nie tyle ducha, co kształt żaby właśnie.
Kształt, który trzymał w rękach mój Syn był nieco nieostry, zwichrowany, można powiedzieć, była to figurka po przejściach, taka Picassowska rzec można. Ale Janeczek z dumą oznajmił mi, iż rzeczone dzieło jest ni mniej ni więcej ale żabą. Dla podkreślenia wagi sytuacji zakumkał nieco refleksyjnie.
Pomalowałam żabę kredką zieloną, namalowałam żabie oczy i żabie usta (czy żaba ma usta?:)). I zrozumiałam, że na szczęście, daleko jeszcze przed nami etap elektronicznych, drogich zabawek, o wyśrubowanych cenach, które „Mamo, ale ja to muszę mieć!”.
I że teraz liczy się najbardziej wspólnie spędzony czas i masa wyobraźni.
Czego sobie i Państwu życzę.

 

ps. Ta historia ma swój ciąg dalszy. Albowiem wczesnym przedpołudniem widziałam rozpłaszczone coś, co wczoraj stanowiło żabę, jak zostało cichaczem wciśnięte między oparcie kanapy a jej siedziszcze.  

Najlepszego raz jeszcze…

…na ten Nowy Rok 2015 dla mnie i dla Was życzę,  jako, że to mój pierwszy wpis w tym roku  na blogu.

Jeśli potraktować pierwszą przeczytaną przeze mnie książkę jako wróżbę mówiącą o tym jaki będzie ten rok pod kątem książek, będzie dobrze. Skończyłam niedawno „Sprawę Ewy Moreno” Hakana Nessera. I jedynym zastrzeżeniem co do lektury jest to, że odwykłam od czytania papierowych książek, a ta taką była, jako, że to jedyna z tego cyklu Nessera, która z jakichś tam przyczyn bliżej mi nieznanych, nie ukazała się jako ebook. 
No więc tak, przyznaję, uzależniłam się od czytnika 🙂
Sam kryminał bardzo dobry, ja mam wielką słabość do tego autora, wynalazłam go sobie sama, jak jeszcze nie był jednym z bardziej znanych i kiedy jego książki wydawały jakieś zupełnie inne niż Czarna Owca wydawnictwa. Wydawały jego książki trochę od Sasa do Lasa, dlatego mimo, że zarówno „Karambol” czytany przeze mnie wcześniej tak i tę książkę, którą również kiedyś czytałam, z przyjemnością przeczytałam ponownie.  
Znów mam wrażenie, o którym pisałam nie tak dawno, pisząc o jego książce „Jaskółka, kot, róża, śmierć”, że Nesser pisząc „rozlicza się” z mężczyznami krzywdzącymi kobiety. Piórem wymierza im własną sprawiedliwość. Albo to ja mam takie wrażenie. „Sprawa Ewy Moreno” podobała mi się i oceniłam ją jako 5 na 6.

Sylwester…

…a przed nami Nowy Rok 2015.

Ostatni dzień roku, dla mnie od 2009 naznaczony specyficzną rocznicą (dziś mija pięć lat od śmierci Taty).

My tradycyjnie spędzimy ten wieczór przełomu w domu, we trójkę i jak zwykle absolutnie sobie z tego powodu nie krzywdujemy, gdyby ktoś miał wątpliwości. Dla nas to jedna z najlepszych form spędzenia tego wieczoru ale oczywiście tym, którzy mają inne plany, życzymy udanej zabawy w innej formie 😉

Nie będziemy petardować bo to nie nasz styl płoszyć i straszyć innych.

Na nadchodzący Nowy Rok życzę odwiedzającym mój blog przede wszystkim Wiele Zdrowia dla Was i Waszych Bliskich, Wiele Szczęścia i Radości, tych dużych i tych małych, wiele dobra i spełnienia Waszych Marzeń (pamiętacie, że uwalniam własne?:). 

Szczęśliwego Nowego Roku 2015!!!

 

 

 

 

 

uwolnię marzenia !

Przed Świętami w konkursie na fejsie wygrałam srebrną bransoletkę jednej z moich ulubionych biżuteryjnych firm, jaką jest Minty Dot. Jako, że ta bransoletka ma na małym przyczepionym do niej dysku napis „uwolnij marzenia:)” poproszono aby napisać o swoich marzeniach. Najwyraźniej moja wypowiedź się spodobała i oto od dnia przed Wigilią bransoletka jest moja.
Postanowiłam, że potraktuję to jako znak a może raczej, sugestię od losu i w nadchodzącym Nowym Roku 2015…uwolnię swoje marzenia! Niektóre z nich , to wiem, nigdy się nie spełnią (o tym między innymi napisałam w swojej wypowiedzi) ale jest przecież kilka innych pielęgnowanych na dnie serca, które spełnić się mogą. 
A tu link do bransoletki, jakby ktoś chciał zobaczyć, jak wygląda. 

To był w ogóle dobry rok pod kątem wygranych bo udało mi się w czerwcu również na fejsie , wygrać książkę z Grecją w tle. Której niestety, na razie nie przeczytałam, bo papier czyta mi się niestety, średnio , z przeróżnych powodów, również wygodnickich. Co tu kryć, UZALEŻNIŁAM SIĘ od czytnika:)

A więc, w przyszłym roku postanawiam, uwolnię swoje marzenia! Pozwolę im opuścić dotychczasowe schronienie i zrealizować się im. Nie będę się bać marzyć!

Czego i Wam życzę 🙂

podsumowanie książkowe…

…mijającego roku wypada nieźle. Po pierwsze, jak dotąd, przeczytałam aż siedemdziesiąt jeden książek. (Rok temu 49). 
Po drugie, generalnie nie było za dużo zawodów (chociaż zaliczyłam „wpadkę” kusząc się na promocyjną cenę). Ową „wpadką” okazała się nie skończony przeze mnie kryminał „Pożegnaj się” Lisy Gardner i może nie tyle wpadka, co duży zawód książkowy czyli „Colin Firth. Zostać królem” Sandro Monettiego.
A tak -zupełnie nieźle.

Oczywiście był pewniak, czyli kryminały Hakana Nessera,”Sprawa Munstera”, „Karambol”,  „Jaskółka, kot, róża, śmierć”. 

Rewelacyjnym okazało się powrócenie do książek z dzieciństwa i młodości czyli do „Błękitnego Zamku” L.M. Montgomery i „Trzech panów w łódce nie licząc psa” J.K.Jerome i cyklu o Mikołajku Goscinnego, okraszonego niezapomnianymi ilustracjami Sempe’go.

Równie udanym powrotem okazała się książka Joanny Bator o tytule „Japoński wachlarz. Powroty”. Podobnie jak jej druga japońska książka czyli „Rekin z parku Yoyogi”.

Książka opowiadająca o życiu gdzieś indziej (a przy tym nie będąca klonem opowieści o Toskaniach, Prowansjach itd) , to oczywiście świetna książka Ilony Wiśniewskiej „Białe. Zimna Wyspa Spitsbergen”.

Oczy na wiele spraw otworzyły mi dwie książki, jedna to „Grecja. Gorzkie pomarańcze” Dionisiosa Sturisa i „Samotność Portugalczyka” Izy Klementowskiej. Podobnie jak „Kontener” Wojciecha Tochmana i Katarzyny Boni.

Lee Child z jego „Nigdy nie wracaj” również nie zawiódł.

Jako autorka czytadeł, w tym roku wygrywa Mia March i jej dwie książki „Klub filmowy Meryl Streep” i „Poszukiwany Colin Firth”. 

Jako rodzic, zachwyciłam się książką autorstwa Charlesa Fernyhough’a „Dziecko w lustrze. Świat dziecka od narodzin do lat trzech”. 

Całkiem dobrze czytało mi się oba kryminały J.K. Rowling pod jej pseudonimem Robert Galbraith, z których to „Jedwabnik” podobał się nawet bardziej.

Książką, po którą sięgnęłam zupełnie przypadkiem a okazała się udaną lekturą była książka autorstwa Ruth Ozeki „W poszukiwaniu istoty czasu”. Podobnie stało się z „Domem” Toni Morrison. 

W tym roku spodobała mi się i została jedną z najbardziej ulubionych autorek Alice Munro, za sprawą jej zbioru opowiadań „Uciekinierka”. 

Dobrym pomysłem okazał się powrót do kryminałów Charlotte Link, szczególnie spodobał mi się jej „Obserwator”. 

No i oczywiście książka składająca się z dwunastu wywiadów, o której pisałam całkiem niedawno czyli „Energia kobiet” autorstwa trzech kobiet.

Tak więc stwierdzam, że pod kątem lektury mijający rok 2014 był udany. Mam nadzieję, że rok 2015 okaże się pod tym kątem jeszcze lepszy. 

A jak Wy podsumowalibyście ten rok pod tym kątem?

 

Po Świętach.

Tegoroczne Święta Bożego Narodzenia były dokładnie takie, jak chciałam, jak sobie wymarzyłam. Jeszcze miesiąc wcześniej nie wiedzieliśmy jak wyglądać będzie nasza Wigilia, była opcja, że będą z nią problemy. Na szczęście udało się ją mieć i to taką, jak trzeba, tradycyjną. 
W Święta więc udało się nam spotkać z Najbliższymi, podzielić z nimi Opłatkiem. Spędzić po prostu miły czas razem, bez niepotrzebnych napinek. Mieliśmy też dzień dla siebie po prostu, więc jest bardzo dobrze.
Nie otrzymaliśmy żadnych złych wiadomości, było dobre jedzenie, Mikołaj domyślny i nie żałujący na nikogo 😉 
Odbyłam miłą rozmowę telefoniczną z kimś, kogo „znam” internetowo. Bardzo fajna i całkiem długa pogawędka nam wyszła 🙂
Zauważyłam, że z roku na rok utwierdzam się w przekonaniu, że prawdą jest powiedzenie, (w sumie i tak zawsze tak czułam i myślałam) że nie to, jak ale z kim spędza się dany czas. I oto odkąd część rodziny P. po obrażeniu dokumentnie wszystkich pozostałych członków rodziny zabrała swoje zabawki i wyniosła się na inne podwórko, to mam wyborne Święta. Bez właśnie niepotrzebnej napinki, stresu, nawet łez, jak to było w przeszłości. Bardzo fajnie;)
A teraz ten lubiany przeze mnie czas pomiędzy Świętami a Nowym Rokiem, kiedy to (o czym wielokrotnie pisałam) czas wydaje się być zawieszony jakby czy raczej wyraźnie zwalnia.

Życzę Wam dobrego, spokojnego weekendu i mam nadzieję, że i Wasze Święta były przyjemne. 

„Uprowadzenie Madonny. Sztuka zagrabiona”.

Monika Kuhnke. Włodzimierz Kalicki. 

Wydana w Wydawnictwie Agora. Warszawa (2014). Ebook.

Książkę otrzymałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Agora. Ale akurat ta książka była tą, po którą na pewno sięgnęłabym z rozmaitych przyczyn (także dość osobistych).
Redaktor Kalicki i historyk sztuki, Monika Kuhnke, pani, która działa w MSZ i pomaga w odzyskiwaniu straconych polskich dzieł sztuki, popełnili książkę. Jest to niby literatura faktu ale czyta się ją miejscami niemal jak kryminał. A na pewno są rozdziały, które spokojnie mogłyby stanowić podstawę niezłego scenariusza dla filmu kryminalnego opartego na faktach.  

Szkoda tylko, że cała rzecz dotyczy polskich dzieł sztuki. Zagrabionych w czasie zawieruchy podczas IIWŚ. Szkoda, bo podczas lektury człowiek ma ochotę rwać włosy z głowy. Dlatego, że ma się świadomość ogromu wartości dzieł sztuki, jakie na terenie Polski znajdowały się przed rokiem 1939 i tego, jak wielka grabież naszych dzieł sztuki odbyła się na przełomie kilku zaledwie lat. 

Autorzy przedstawiają dwanaście spraw zaginionych dzieł sztuki, rozpoczynając od historii z happy endem, czyli od odzyskania dzieła Aleksandra Gierymskiego i jego „Żydówki z pomarańczami”. Tych happy endów czyli powrotu zaginionych dzieł sztuki do Polski jest opisanych w książce jeszcze kilka. Jest też opisane ukrycie „Bitwy pod Grunwaldem”, która Polski nigdy nie opuściła ale była solą w oku niemieckiego okupanta jak również ale są też niestety i te historie opowiedziane, które dobrego zakończenia nigdy się nie doczekały. W tym chyba najsłynniejsze zaginione dzieło z polskiej galerii czyli „Portret młodzieńca” autorstwa Rafaela Santi. O obrazie tym swego czasu krążyło wiele plotek, jedna z nitek prowadziła nawet do Australii, gdzie podobno w jednej z prywatnych kolekcji obraz miał się znajdować. Niestety, do dziś dnia nie został on odnaleziony. 

Kuhnke i Kalicki na samym początku wymieniają książkę, która stała się pozycją obowiązkową dla każdego grabieżcy sztuki w tamtym czasie, a była to książka autorstwa Edwarda Chwalewika, pod tytułem „Zbiory polskie. Archiwa-bibljoteki-gabinety-galerje-muzea i inne zbiory pamiątek przeszłości w Ojczyźnie i na obczyźnie”. Wydana w Warszawie w roku 1926 stanowiła podstawę poszukiwań mających zakończyć się oczywiście grabieżą i wywozem danego dzieła sztuki. 
Autorzy opisują działania grabieżców mających działać na zlecenie Hitlera ale też często na własny rachunek.

Wielce interesujący jest sam opis działań polskich mających na celu odzyskanie utraconych dzieł sztuki. Często dochodzenie prawdy o danym dziele sztuki można porównać do śledztwa. Ilość czasu, który zostaje włożony w to działanie i ogrom delikatnej przecież pracy mającej na celu powodzenie jest nie do przecenienia. W działaniach biorą udział zarówno historycy sztuki, jak i politycy ale i często biznesmeni jak i zwykli ludzie. 

Książka jednak, o czym uprzedzam, obfituje w ogrom dat, nazwisk. Jest napisana z niezwykłą, typową dla historyka sztuki, skrupulatnością co być może nie dla każdego jest atrakcyjne. Na pewno jest to idealny prezent dla miłośników historii sztuki ale również pasjonatów sztuki, a zwłaszcza tych, którym dobro utraconych dzieł sztuki z terenów Polski leży na sercu i którzy z ogromem strat pogodzić się nie mogą. 

Moja ocena to 5 / 6.