„Kolejna osoba, którą spotkamy w niebie”. Mitch Albom.

 Wydana w Wydawnictwie Zysk i S-ka. Poznań (2019). Ebook. 

Przełożył Jakub Jedliński. 
Tytuł oryginalny The Next Person You Meet in Heaven.

Po bardzo dobrej pierwszej części dylogii noszącej tytuł „Pięć osób, które spotykamy w niebie”, o której pisałam chwilę temu sięgnęłam po tę i ponownie jestem zadowolona z lektury.
W tej części poznajemy losy Annie, którą to dziewczynkę „poznaliśmy” w pierwszej części. Annie została uratowana w czasie dramatycznych wydarzeń mających miejsce w parku rozrywki Rubyland a uratował ją wówczas nikt inny jak Eddie. 

Eddie po swojej śmierci każdą z pięciu osób napotkanych w niebie pytał o to czy udało się przeżyć tej małej dziewczynce ale nikt nie udzielił mu wówczas na to odpowiedzi. Lub może udzielił ale już po tym jak zakończyliśmy lekturę książki abyśmy nie wiedzieli o tym i mieli przyjemność z czytania dalszego ciągu tej niezwykłej opowieści.

Ponownie poznajemy losy bohaterki, która trafia do nieba i również ona, jak Eddie, spotyka tam pięć ważnych dla niej osób, które w ten lub inny sposób miały wpływ na jej życie. 
„Kolejna osoba, którą spotykamy w niebie” ma konstrukcję podobną do pierwszej części czyli poznając pięć osób napotkanych przez Annie w niebie również poznajemy pięć momentów granicznych jej życia. Również lekcje, jakie udzielają jej napotkane osoby, mogą wydawać się podobne do tych, jakie poznaliśmy w opowieści o Eddim. Miłość, rodzina, wybaczenie, nie chowanie w sobie urazy, to wszystko pozwala nam czuć się spokojnie i szczęśliwie. 

Spodobała mi się proza tego autora. Sięgnę na pewno po coś więcej co wyszło spod jego pióra. Mam chęć na coś, co jest krzepiące i dodające otuchy. 

Moja ocena ponownie 6 / 6. 

„Pięć osób, które spotykamy w niebie”. Mitch Albom.

 Wydana w Wydawnictwie Zysk i S-ka. Poznań (2019).  Ebook.

Przełożyła Joanna Puchalska. 

Tytuł oryginaly The Five People You Meet in Heaven.

Jest to książka, po którą sięgnęłam z polecenia. Tak, tak. Ja bardzo chętnie słucham czyichś polecanek książkowych a tę poleciła mi Autorka blogu nie tylko o książkach https://maniaczytania.home.blog/

„Pięć osób, które spotykamy w niebie” to książka, po której nie wiedziałam, czego dokładnie się spodziewać ale zauroczył mnie jej tytuł.

Ta niewielka ( i chwała jej za to) w sumie objętościowo książka niesie ze sobą wystarczająco dużo wartościowej treści aby nie rozwlekać jej niepotrzebnie na ogromną ilość stron. Jest to ciepła, spokojna opowieść, która podejrzewam, że nie wszystkim czytelnikom spodobałaby się za jej spokojny klimat i raczej refleksyjną aurę. Mnie za to urzekła i swoim klimatem, niosącym spokój i pokrzepienie i całościowym wydźwiękiem mówiącym po pierwsze, że miłość jako ogólne pojęcie, zwycięża wszystko ale również to, że możliwe jest odkupienie naszych win. 

Jak we wstępie do książki napisał sam autor, każdy z nas ma swoją wizję nieba a na pewno ma ją każda z religii i , cytuję, „(…) wszystkie one zasługują na szacunek”. 
Sądzę, że „Pięć osób, które spotykamy w niebie” najbardziej trafi jednak do osób, które są wierzące. Nie skupiam się teraz jaką religię wyznają ale chodzi o sam fakt. Albowiem, co prawdziwie stwierdza Mitch Albom, każdy kto jest wierzący ma jakąś swoją wizję nieba i zapewne jednak, nadzieję,że kiedyś dane mu będzie przekonać się na ile ta wizja czy oczekiwania są trafione. 
Ja na przykład od dawna zapowiedziałam, że chcę iść tylko do takiego Nieba, w którym oprócz kochanych dla mnie osób spotkam też wszystkie zwierzaki, które kochałam podczas ziemskiego życia. 

Jak powiedziałam, ta książka to niedługa opowieść o Eddiem. Eddie to starszy już mocno pan, wdowiec, który niemal całe swoje życie spędził pracując w Rubylandzie, wesołym miastezku położonym nad brzegiem oceanu.

Eddie sprawował tam rolę konserwatora urządzeń w parku rozrywki i co za tym idzie, pełnił rolę osoby, na barkach której spoczywała odpowiedzialność za bezpieczeństwo uczestników zabawy w Rubylandzie. 
Książka zaczyna się w momencie przełomowym w życiu bohatera albowiem dosłownie na chwilę przed tym jak umrze. 
Pewnego dnia, na skutek nieszczęśliwego zbiegu okoliczności, dochodzi do wypadku i Eddie , usiłując ratować małą dziewczynkę, umiera i trafia do nieba. 

Tam spotyka tytułowe pięć osób, które pozwolą Eddiemu nie dość, że zrozumieć, że nikt z nas nie jest bezwartościowy , to jeszcze to, że on sam jest bardzo ważny i istotny. Eddie dowie się też, że możemy liczyć na to, że możemy odpokutować za nasze winy. 
Nie mogę stwierdzić, że „Pięć osób, które spotykamy w niebie” jest jakąś innowacją niosącą prawdy objawione. W żadnym wypadku. Jednak Mitch Albom w nienachalny sposób stosując ciekawy zabieg przypomina nam o tym, co powinno być w naszym życiu ważne jeśli nie najważniejsze. 
Rodzina, bliscy, przyjaciele. Odpuszczenie komuś tego, co nam zrobił i nie duszenie w sobie poczucia złości i pretensji. Jak usłyszy w niebie od trzeciej spotkanej osoby, jaką była Ruby, żona założyciela wesołego miasteczka, cytuję, „(…) Duszenie gniewu w sobie zatruwa. Zżera od środka”. Niby znamy, niby wiemy o co chodzi, prawda? Ale tak często o tym zapominami i dajemy się ponieść jeśli nie pretensjom to wręcz często złości do kogoś za wyrządzone winy. 

Co mnie ujęło w tej książce? Jej spokój. Tak. Mimo tego, że dzieje się tu coś smutnego , bo i wypadek i śmierć i wszystkie wydarzenia opisane w książce (Eddie spotyka Niebieskiego Człowieka, swojego kapitana z wojska, panią Ruby, nieżyjącą od dawna żonę, Marguerite i małą dziewczynkę a wszyscy oni mają dla niego opowieści o tym jak się przecięły ich losy i jaki miał wpływ Eddie na nie ale i jaki miały wpływ te osoby na życie Eddiego) to ta opowieść tchnie jakimś takim spokojem, ukojeniem, pokrzepieniem. 
Pisałam to niedawno przy zupełnie innej książce a mianowicie opisując książkę „Ona i jej kot”, że obecnie, tak mi się przynajmniej wydaje, potrzebujemy książek niosących ze sobą pokrzepienie i optymizm. Przekonanie, że wszystko będzie dobrze, że jakoś się nam sprawy ostatecznie poukładają. 
Ale najpiękniejsza „lekcja” jaka płynie z książki „Pięć osób, które spotykamy w niebie” to ta, że żebyśmy nie wiem jak się umniejszali, żebyśmy nie wiem jak źle o sobie myśleli, to jesteśmy niezwykle ważni i dla innych Osób i dla świata. A przede wszystkim jesteśmy ważni dla Boga.

Moja ocena to 6 / 6.

Jedenaście lat bez…

 …Emilki z nami. 
Nie ukrywam, że moje drugie życie zaczęło się, o czym wielokrotnie pisałam, 3 maja, wraz z przyjściem Jej na świat ale ta dzisiejsza cezura również coś zakończyła definitywnie i coś rozpoczęła. 
Wszyscy wiemy, że Dzieci, które odeszły są ze swoimi rodzicami i tak każdego dnia w myślach i w sercach tychże ale takie dni jak dziś, nieco silniej przywołują wspomnienia, refleksje i zwyczajnie, jest trochę trudniej. Dobrze, że jest tak zwane zwykłe życie z jego pośpiechem i rutyną. Rutyną, która jednych zabija a innym, paradoksalnie , potrafi to życie uratować. 
Najważniejsze, że jest Jaś. To On daje nam siłę.

Pomyślcie dziś, proszę o naszej Małej Wojowniczce, która spędziła z nami tylko czternaście dni ale na zawsze pozostanie w naszych sercach. 

„Śpij, dziecinko, śpij…”. Jolanta Bartoś.

 Wydana w Wydawnictwie Zysk i S-ka. Poznań (2022).

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Nie ukrywam, że książkę chciałam przeczytać najpierw dlatego, że okładka zaprojektowana przez Pawła Panczakiewicza wpadła mi w oko. Widok porcelanowej główki lalki z wyrazistymi niebieskimi oczami okolonymi czarnymi rzęsami, z kontrowersyjną czerwoną plamą, ciemne tło z liśćmi i białymi kwiatami (chociaż nie różami, które odgrywają wielką rolę w książce więc trochę szkoda, że jednak nie), robiła wrażenie i powodowała ciekawość co kryje się w treści tego jakby nie było, horroru.

Do tej pory czytałam jedną książkę autorki, „Niepokorną”, oceniłam jak widzę, całkiem dobrze a po tę sięgnęłam bo cóż, miałam chęć na horror właśnie. 
Początkowo „Śpij, dziecinko, śpij…” rozpoczyna się tak, że trochę obawiałam się klonu „Dziecka Rosemary”. Z drugiej strony, sądziłam, że raczej autorka nie miałaby ochoty na aż takie kalki, skoro dysponuje własną wyobraźnią i nie myliłam się, było to coś innego. 

Ponieważ Autorka zgłosiła swoją uwagę, że według niej zdradzam zbyt wiele z treści, dalsza lektura wpisu jest na Waszą odpowiedzialność. Mnie wydaje się, że nie zdradzam kluczowych tajemnic a chciałam zachęcić do lektury a nie poprzestać na opisach z okładki.

Akcja książki rozpoczyna się w pięknym i ważnym dla młodych małżonków momencie a mianowicie w chwili gdy nareszcie , po dwumiesięcznym remoncie, Natalia i Marek stają w drzwiach własnego, ogromnego mieszkania na parterze starej kamienicy przy rynku Krotoszyna. Do pracy będą mieli co prawda bardzo daleko bo dojeżdżać muszą do kancelarii prawnej prowadzonej przez ojca Marka w Poznaniu (oboje małżonków jak i teściowie kobiety są prawnikami) ale trudy dojazdu rekompensuje zarówno większy metraż mieszkania jak i samo położenie. Mieszkanie jest na własność jedynie Natalii. Jej sytuacja rodzinna jest dość skomplikowana, bowiem kobieta wcześniej została bez rodziców. Ona i jej starsza siostra Monika i starszy brat Maks zostali wówczas pod opieką kochanej babci. Babci, która zapewniła zarówno miłość jak i silne wsparcie materialne a własny dom pod koniec życia przepisała w testamencie wyłącznie Natalii, która po jego sprzedaży miała gotówkę na mieszkanie. Natalia jest więc w tej kwestii niezależna od męża, co jest dla niej ważne. 

Młodych ludzi cieszy jednak jeszcze coś o wiele bardziej ważnego niż nowe mieszkanie a mianowicie fakt, że za parę tygodni na świat przyjdzie ich pierwsze dziecko. 

Tak więc wszystko wydaje się być na najlepszej drodze do tego aby Natalia mogła stwierdzić, że jest naprawdę szczęśliwa a w jej życiu wszystko układa się zgodnie z jej marzeniami i oczekiwaniami. Aż do chwili gdy już pierwszej nocy w nowym mieszkaniu kobieta zostaje obudzona przez płacz dziecka. A konkretnie przez płacz noworodka. Rozpaczliwy płacz dziecka, które jedynie w taki sposób może oznajmić światu, że dzieje mu się coś złego i potrzebuje natychmiastowej pomocy.
Marek, obudzony przez żonę twierdzi, że żadnego płaczu nie słyszy. Może więc to był jedynie realistyczny sen a może jakieś przełożone na takie wrażenie płaczu obawy przyszłej mamy, która za dwa miesiące ma powitać na świecie pierwsze dziecko? Tym bardziej, że już szybko zdarza się ponownie coś bardzo dziwnego. Jakiś niezwykły sen na jawie, który przytrafia się Natalii w gabinecie, w którym kobieta chciała chwilę popracować nad materiałami z kancelarii prawnej, w której pracuje. W tym ni to śnie ni koszmarnej jawie, przyszła matka widzi jakąś okropną starszą kobietę (szybko zacznie nazywać ją Staruchą), która kołysze w kołysce malutkie dziecko śpiewając mu niepokojącą kołysankę „Śpij, dziecinko, oczka zmruż”. Niestety, szybko okaże się, że jest to tylko jeden z owych przedziwnych snów czy wizji jakie dotkną Natalię. Będzie ona miała ich znacznie więcej a co gorsza, odkrywać będą one przed nią straszną prawdę dotyczącą miejsca, w którym przyszło jej zamieszkać.

Kamienica położona jest przy rynku ale od strony sypialni młodych rosną niezwykłe róże. Niezwykłe nie tylko z powodu swojej bieli ale i przedziwnego faktu. A mianowicie takiego, że rosną w niesamowicie szybkim tempie. Wydają się też bronić się przed ludźmi, którzy chcą je ściąć. Kiedy jej teściowa, trochę na złość Natalii, chce ściąć sobie trochę tych róż, zdarza się coś dziwnego i nieprzyjemnego. Róże jakby broniąc się przed cięciem ranią dotkliwie matkę Marka.

Tak więc nowe gniazdko, w którym wszystko tak miało się układać, zaczyna jawić się całkiem inaczej niż miała na to nadzieję Natalia. 
Coraz częściej pojawiają się jej wizje ze Staruchą, róże zachowują się również przedziwnie. Marek wydaje się jej nie wierzyć, do tego stopnia lekceważąc jej obawy, że kobieta wybiera się bez jego wiedzy do gabinetu psychologa, Krzysztofa Panka aby dowiedzieć się czy może nie zaczyna po prostu tracić zmysłów i czy może to wszystko, co widzi, słyszy, w czym uczestniczy nie jest początkiem choroby psychicznej? Tym bardziej, że Marek nie tylko nie wspiera jej i nie stara się jakoś wspólnie działać, dowiedzieć się co tak naprawdę dzieje się z ciężarną żoną ale też jakby atmosfera nowego domu zaczynała mu się udzielać i to w tym negatywnym sensie. Szczęście w nieszczęściu, że najgorzej dzieje się w jednym z pomieszczeń mieszkania, w gabinecie, w którym po raz pierwszy miała straszny sen pani domu. I mimo, że obecność Staruchy Natalia wyczuwa praktycznie cały czas, jakby ten jeden pokój duch wziął sobie we władanie. 

Początkowo zastanawiałam się czy tak naprawdę Natalia faktycznie ma możliwość widzenia i słyszenia ducha i jego ofiar? Czy może faktycznie zaczyna chorować a może to ktoś inny, najbliższy, chce wpędzić kobietę w poczucie, że zaczyna się jej szaleństwo?

Duchy i ich istnienie obok nas nie są dla kobiety nowością. Są czymś, o czym opowiadała jej ukochana babcia a o istnieniu czegoś kobieta jakiś czas temu zapomniała lub może wyparła tę wiedzę z pamięci? Boleśnie przekonuje się, że można być dręczonym przez złego ducha.

Nie zamierza jednak poddawać się złej istocie pozaziemskiej. Chce chronić swoje nienarodzone dziecko, samą siebie i podejmuje rozliczne działania, z których odwiedziny psychologa, Krzysztofa, który z czasem zacznie się z nią przyjaźnić, są jedynie początkiem. 
Ogólnie, to powiem czy raczej napiszę to tak. Czego w tej książce nie ma? Bo i duch, i niezwykłe róże żyjące własnym życiem, i psycholog i muzealnik mający dowiedzieć się co mogło wydarzyć się w przeszłości w kamienicy, i ksiądz, który ma wesprzeć kobietę w jej niełatwej sytuacji. Wreszcie są też najprawdziwsi łowcy duchów, którzy w pewnej chwili zjawiają się na pomoc kobiecie z całym tym oprzydządowaniem potrzebnym do przekonania się o tym czy dom faktycznie jest nawiedzony. Ale mimo tego nadmiaru, całość nie wydaje się być nadmiernie przeładowana. 
Dobrze, że mimo, że osamotniona ze strony męża Marka, który zdaje się szybko bardzo zmieniać i to niestety, na gorsze, Natalia ma wsparcie w bracie Maksie i jego rodzinie. Nawiązuje też dobrą relację z Krzysztofem jak i z łowcami duchów, o których wspomniałam, Asią i Szymonem, którzy w istnienie ducha również zaczną wierzyć i będą chcieli pomóc kobiecie w tej wydawałoby się nierównej a na pewno ogromnie ciężkiej walce.

„Śpij, dziecinko, śpij…” to horror. Nie jest to więc literatura filozoficzno nie wiadomo jaka ale, mimo, że Jolanta Bartoś do napisania tej książki użyła „bezpiecznie znanych” składników, to potrawa wyszła jak najbardziej zjadliwa 😉 
Z ciekawością czytałam o tym, jak Natalia poznaje historię tego co zdarzyło się w domu, w którym zaczęła niedawno mieszkać, jak zgłębiała istotę ducha a raczej to, dlaczego uparł się akurat na nią. 
Muszę przyznać, że lubię horrory i ten zdecydowanie mnie wciągnął w swój mroczny świat. Może niekoniecznie podczas nocnej lektury podskakiwałam usłyszawszy jakieś skrzypnięcie czy stukot ale zdecydowanie wciągnęły mnie te klimaty, w którym przyszło walczyć głównej bohaterce i zdecydowanie kibicowałam jej podczas tej sytuacji licząc na to, że jednak uda się jej wyjść z niej obronną ręką. Ale zakończenie…aż ciarki mnie przeszły na samo wspomnienie!

Myślę, że pani Jolanta Bartoś zdecydowanie powinna rozważyć pozostanie jeszcze chwilę przy tym gatunku. Nie ukrywam, liczę nawet na to, że tak się stanie bowiem w wykonaniu tej akurat autorki można liczyć na coś więcej niż jedynie „straszenie duchem” a refleksje natury wręcz psychologicznej lub nawet duchowej. 


Moja ocena to 5 / 6 i pozostawiam Was tu z adnotacją, że jako czytelniczka mam nadzieję, że jeszcze jakiś horror tej konkretnej Autorki, będę mogła Wam polecić. 

„Ona i jej kot”. Makoto Shinkai. Naruki Nakagawa.

Wydana w Wydawnictwie Uniwersytetu Jagiellońskiego. Kraków (2022). Ebook.

Przełożył Dariusz Latoś.
Tytuł oryginału Kanojo to kanojo no neko.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

„Koty ratują ludzi” to pierwsza myśl jaka przyszła już po dwóch pierwszych z czterech opowiadań jakie są w tej książce. Tak w ogóle, to na początku była manga o tym samym tytule, ale przyznaję, że jej nie znam więc trudno mi jest porównywać mangę i beletrystykę a nawet sądzę, że dobrze, że nie znam bo właśnie nie będę na siłę porównywała obu książek.

„Ona i jej kot” to cztery opowiadania, w których narratorami są na przemian i bohaterki i ich koty. A cała akcja rozpoczyna się w chwili gdy jedna z kobiet znajduje wyrzuconego przez kogoś kota i postanawia dać mu nowy dom i imię Chobi. W każdym kolejnym opowiadaniu główną rolę pełnią kobiety i koty. Między kobiecymi bohaterkami są pewne powiązania , zawodowe lub personalne ale również koty występujące w książce a więc Chobi, Mimi, Kukki i Kuro. Jak wspomniałam, koty są również narratorami opowieści, ciekawe jest więc zestawienie akcji książki i tego co wiemy od kobiet z tym, co na ten sam temat mówią koty.
Może jesteście ciekawi czemu przyszło mi do głowy hasło o tym, że koty ratują ludzi?
Otóż, w każdym z opowiadań bohaterki mają jakieś większe lub mniejsze problemy życiowe. Zajęcie się bezdomnym kotem pomaga im zmienić perspektywę spojrzenia na to co dzieje się w ich życiu, pomaga też poczuć się ważnym dla drugiej istoty, która obdarza je miłością i bezwarunkowym przywiązaniem.

Nie ukrywam, że moim ulubionym opowiadaniem jest opowiadanie trzecie noszące tytuł „Niebo i sen”, w którym poznajemy Aoi obciążoną poczuciem winy po śmierci swojej najlepszej przyjaciółki, Mari. Dziewczyna po tym jak jej przyjaciółka zmarła nagłą śmiercią nie wychodzi z domu i pogrąża się w coraz bardziej mrocznym wewnętrznym świecie. I prawdopodobnie zniknęłaby w tym mrocznym świecie całkiem, gdyby nie fakt, że jej mama przygarnęła jedno z kociąt Mimi, a konkretnie kotkę Kukki. To Kukki pomoże, całkiem nieświadomie zresztą, wyjść dziewczynie zarówno dosłownie z domu jak i symbolicznie, na życiową prostą.

„Ona i jej kot” to nie jest jakaś niewiarygodnie ambitna literatura, jednak jest to coś, co lubię. Po pierwsze, są tu opisani zwykli ludzie i ich zwyczajne ale dla nich ważne, problemy i zmartwienia. Po drugie, jednymi z bohaterów są koty, zwierzęta, które raczej rzadko są jednymi z głównych bohaterów (mam wrażenie, że tu prym wiodą psy). Koty jednak pełnią tu rolę terapeutyczną. To nie koty z rozlicznych memów, w których każą się traktować jak królowie (lub mają wyższe ambicje), wokół których służalczo skacze człowiek zastanawiając się nad tym jak jeszcze może rozpieścić swojego pupila. To koty, które pozwalają człowiekowi stanąć na nogi po jego traumie, które są dla kobiet z opowiadań wiernymi przyjaciółmi, które to koty wreszcie są wierne i kochające i pobawione wszelkich postaw roszczeniowych wobec ludzi, z którymi mieszkają a których czasem sami wybierają na swoich opiekunów.

Na pewno książka „Ona i jej kot” stanowi miły prezent dla każdego kto lubi koty. Ale również dla kogoś, kto ma ochotę na coś nie bardzo wymyślnego ale napisanego w przyjemny sposób i również, co według mnie nie jest bez znaczenia, coś co człowieka pokrzepi, przekona, że po ciemniejszych chwilach, wydarzeniach może przyjść lepszy , twórczy , dobry czas.

Moja ocena to 6/ 6.

Jedenaście lat…

…minęło od narodzin Emilki.

Nie sposób nie myśleć o Niej dzisiaj w sposób bardziej intensywny niż zawsze (nie ma dnia, żebyśmy o Niej nie myśleli).

Jaka by była? Jakby wyglądała?

Te dni „rocznicowe” są dla nas wyjątkowo niełatwe ale dzięki temu, że mamy siebie, Jasia, rodzinę, przyjaciół, są one jednak nieco łatwiejsze.

Dziękuję Wszystkim tym, którzy pamiętają o Niej w tym dniu i przesyłają swoje słowa do nas. Doceniamy każdy taki gest, każde słowo, każdy gest pamięci.