„Na obcej ziemi”. Izrael Joszua Singer.

Wydana w Wydawnictwie Fame Art. Lublin (2020).
Przełożył Krzysztof Modelski.
Jakiś czas temu udało mi się wygrać tę książkę na fejsbukowej stronie Książka zamiast Kwiatka i muszę powiedzieć, że „Na obcej ziemi”, wydana po raz pierwszy w Wilnie w roku 1925 jest jedną z najlepszych książek czytanych przeze mnie ostatnio.Na samym początku chciałabym po raz kolejny zachwycić się samym wydaniem tej książki. Mimo, że nie lubię książek w twardych okładkach, ta bardzo mi się podoba. Ma na sobie tłoczenia, złocenia a dodana wszyta wstążeczka pełniąca funkcję zakładki, jedynie dodaje jej piękności. 
Ten napisany przez brata Isaaca Bashevisa Singera, Izraela Joszuę Singera zbiór jedenastu opowiadań jest bowiem nie dość, że dobrze napisany to na dodatek, mimo upływu niemal stu lat od jego wydania, zbiór ten jest zaskakująco aktualny. Opowiadania napisane są w dobrym stylu, takim plastycznym, mięsistym językiem. Ich akcja dzieje się w Polsce i w Rosji lat dwudziestych ale mimo tego, że akcja opowiada na przykład o dojściu do władzy rewolucjonistów radzieckich, treść można odnieść do bardzo współczesnych nam czasów i okoliczności. Żądza władzy, ludzkie namiętności, pragnienia, pożądanie, realizacja swoich pragnień. Izrael Joszua Singer w przeciwieństwie do brata, przynajmniej w tych opowiadaniach, czyniąc bohaterami Żydów nie skupia się na ich tradycji, zwyczajach i kulturze. Równie dobrze bohaterami mogą być to Polacy. W opowiadaniach ważny jest bowiem człowiek jako człowiek, z podkreśloną bardzo często, mroczną stroną swojej osobowości i z grzechami, które popełnia. 
To nie są łatwe i lekkie opowiadania. Dużo tu walki, przemocy, brutalności. A przy tym wszystkim wcale nie odnoszę wrażenia, że autor cechował się jakimś ogromnym pesymizmem. Raczej zwracał uwagę na mroczną stronę człowieka i to jak zachowuje się w skrajnych dla niego sytuacjach.Lata dwudzieste to lata zarówno rozwoju II Rzeczpospolitej, wielu szans danych na rozwój kraju po odzyskaniu niepodległości ale również lata ogromnej biedy, skrajności i rozwarstwienia społeczno socjalnego. O tym także czyta się między wierszami w tych opowiadaniach. Opowiadania cechuje ów dobry styl, o którym pisałam wcześniej, jak również niezwykły realizm i jakiegoś rodzaju konkret pomimo plastyczności opisów. 
Na mnie wrażenie zrobiła większość opowiadań ale najbardziej opowiadanie „Mama”, o ludzkiej biedzie i rozpaczy do jakiejś ona prowadzi, „Krew”, przejmujące studium samotności wśród ludzi jak również o dojściu do głosu najgorszych instynktów i „Stare Miasto” o pewnym właścicielu antykwariatu na Starym Mieście w Warszawie. Ale tak naprawdę każde z tych opowiadań jest warte poznania i jest na swój sposób interesujące, niesie ze sobą jakąś prawdę. 
Moja ocena to 6 / 6. 

„Błękitny Zamek”. Lucy Maud Montgomery.

Wydana w Wydawnictwie Egmont Polska. Warszawa (2013). Ebook.
Przełożyła Joanna Kazimierczyk
Tytuł oryginalny The Blue Castle.
Wróciłam po raz kolejny do tej książki, tym razem za sprawą wyzwania książkowego, w którym biorę udział. Niestety, tłumaczenie pani Kazimierczyk nie należy do najzręczniejszych. Wybrałam to, bo moja wersja z Naszej Księgarni (z okładką Joanny w kapelusiku, zielonej sukni i w różanym naszyjniku , bo tamto tłumaczenie ma Joannę a nie Valancy , jako bohaterkę) jest niestety, dla odmiany bardzo okrojona (bardzo, naprawdę). Tak czy inaczej, powtórzyłam sobie jedną z ulubionych książek i wciąż, mimo tego tłumaczenia, zachwyca mnie ona. 
L.M.Montgomery kojarzona jest w pierwszej kolejności z rudą adoptowaną dziewczynką ale kiedy ja myślę o tej autorce, od razu właśnie „Błękitny Zamek” do głowy mi przychodzi. 
Valancy Stirling poznajemy w przeddzień jej dwudziestych dziewiątych urodzin. To kobieta młoda ale po pierwsze, wychowana w czasach gdy jej równolatki nierzadko cieszyły się już gromadką dzieci a po drugie, wychowana w okropnie surowej , nieprzyjemnej rodzinie. 
Valancy jest zahukana i pozbawiona możliwości rozwoju. W domu. Natomiast odżywa w wyobraźni. I podczas czytania książek przyrodniczych niejakiego Fostera. W wyobraźni Valancy prowadzi odmienne życie w wyimaginowanym Błękitnym Zamku, w którym niepodzielnie rządzi u boku mężczyzny (wraz z dorastaniem bohaterki zmienia się jej wyobrażanie o męskim ideale). A przyrodnicze książki pozwalają jej odkryć to, co sama chętnie by odczuła, gdyby tylko jej toksyczna rodzinka pozwoliła jej żyć pełną piersią. 
I być może Valancy (napisałam Joanna, tak jak to jest w książce znanej mi z dzieciństwa, cóż, przyzwyczaiłam się do tego, że bohaterka to Joanna vel Buba a nie Valancy zwana przez bliskich Doss) trwałaby w takim letargu, odczuwając się po części jak martwa za życia, gdyby nie pewno wydarzenie. A właściwie wizyta Valancy u lekarza. Od pewnego czasu kobieta odczuwa bóle w klatce piersiowej, jakiś rodzaj duszności. Niepokoi ją to na tyle, że pragnie zasięgnąć porady lekarza. Nie jednak tego, do którego z przykazania udają się wszyscy członkowie klanu Stirlingów, a do kogoś zupełnie innego. Wizyta zostaje przerwana nagłym telefonem, który wytrąca lekarza z równowagi do tego stopnia, że wybiega z gabinetu. 
A jakiś czas potem Valancy otrzymuje od niego list z informacją o swoim stanie zdrowia. 
I ten właśnie list spowoduje, że Valancy zapragnie podjąć walkę o to aby zacząć nareszcie żyć. Żyć pełnią życia. Nie ma bowiem właściwie już nic do stracenia. I to właśnie od tego momentu, momentu wyzwolenia Valancy , zaczyna się najlepsza część książki. 
Po raz kolejny zachwycam się „Błękitnym Zamkiem”. Czasem aż trudno jest mi wierzyć, że to książka z roku 1926. Według mnie jest zaskakująco współczesna i porusza temat aktualny wbrew pozorom i w naszych wyzwolonych czasach dwudziestego pierwszego wieku. Temat poświęcenia się innym, poświęcenia swoich marzeń w imię jakichś bardziej lub mniej zasadnych oczekiwań. To wreszcie powieść o wyzwalaniu się , o wybieraniu własnej wolności, o realizacji siebie samej i swoich marzeń. 
Moja ocena tradycyjnie niezmienna , czyli 6 / 6. 

Stefan Darda

„Nowy dom na Wyrębach”. Wydana w Wydawnictwie Videograf. Chorzów (2017). Ebook.
„Nowy dom na Wyrębach II”. Wydana w Wydawnictwie Videograf. Chorzów (2018). Ebook.

Połączę recenzję tych dwóch części trylogii „Dom na Wyrębach” albowiem w sumie druga płynnie przechodzi w trzecią.
Uprzedzam też, że jeśli przed kimś jest całość, tu mogą paść stwierdzenia, które zdradzą komuś treść tomu pierwszego a więc być może jeśli ktoś chce czytać całkiem „na świeżo”, niech może nie czyta dalej.

Strzyga, którą „poznaliśmy” w „Domu na Wyrębach” jednak zdołała pokonać Marka Leśniewskiego.
Po jego pogrzebie, który odbył się w podlubelskim Firleju, z którego nawiasem mówiąc, pochodzi Ewa Firlej znana nam z pierwszej części, okazuje się, że dom i nieruchomości dziedziczy po Marku jego najlepszy przyjaciel, Hubert Kosmala.

Hubert nie daje sobie po części rady psychicznie z tym, co stało się z Markiem. Przeczytał jego zapiski, w duchy i mary nie wierzy ale ma do siebie samego pretensje, że nie zareagował w porę i nie pomógł przyjacielowi. Być może stan psychiczny Marka pogarszał się zbyt szybko ale gdyby Hubert nalegał bardziej na rozmowę, gdyby Marka do niej „przymusił”, być może wtedy sytuacja potoczyłaby się zupełnie inaczej.

Tak się też składa, że sprawami koło domu wciąż zajmuje się on sam. Danka wraz z ich bliźniakami, Michałem i Tomkiem, wciąż nie gościli w Wyrębach. Zresztą, jakoś też i sama żona Huberta na tę wizytę nie nalega. Przykro odwiedzać miejsce, w którym zmarł przyjaciel, który był nawet Ojcem Chrzestnym jednego z synów Kosmalów.

W drugiej części „Domu na Wyrębach” poznajemy nowe postaci, w tym byłą studentkę Huberta , Martę, a z kolei Ewa Firlej, która chyba polubiła Marka Leśniewskiego, poznaje odwiedzając grób Marka, niejakiego Mikołaja.

W drugiej części widzimy też jak zło wraca a może raczej nigdy nie dało się do końca pokonać. I jak zaczyna się powoli rozlewać i zagrażać bezpieczeństwu zarówno Huberta i jego bliskim, jak również i innym osobom z kręgu znajomych Marka Leśniewskiego.

W ostatniej, trzeciej części wciąż odbywa się walka bohatera o to aby pokonać złe duchy, które najwyraźniej za cel obrały sobie tamte rejony i osoby zamieszkujące je. Czy to efekt tego, co działo się na Wyrębach w nie tak znowu odległej przeszłości? Przemawia do mnie taka koncepcja, sama wierzę w to, że istnieją miejsca, czasem nie takie małe obszarowo, w których dzieje się więcej rzeczy złych czy mrocznych. Niekoniecznie natomiast z powodu duchów.

Trylogia „Dom na Wyrębach” bardzo mnie wciągnęła. Praktycznie każda z książek okazała się „nieodkładalna”. Podobał mi się klimat, pomysł na zło, które się niejako „dziedziczy”. Na umiejscowienie go nie w ponurej rzeczywistości a w teoretycznie pięknym i spokojnym miejscu.

Z pewnością jest to seria warta poznania, jeśli ktoś oczywiście, nie zna tych książek.

Moja ocena „Nowego domu na Wyrębach” to 5 / 6
a „Nowego domu na Wyrębach II” to 5.5 / 6