Wydana w Wydawnictwie Videograf. Chorzów (2008). Ebook.
No, no, ale to dobra książka !Powiem tak, swego czasu nabyłam ją w jakiejś promocji (być może „okołotargoksiążkowej”) i trochę się jak to się mówi, na czytniku, przeleżała.
Sięgnęłam teraz po nią mając chęć na coś właśnie z klimatu grozy i… było na tyle dobrze, że teraz sięgnęłam po drugą część „Wyrębiańskiej trylogii”.
Marek Leśniewski to świeży rozwodnik. Kilkunastoletnie małżeństwo przeszło do historii a on sam z Wrocławia wraca w swoje rodzinne strony, pod Lublin. W Lublinie studiował, tam ma największego przyjaciela, Huberta Kosmalę, który wraz z żoną i synami, bliźniakami, stanowią dla Leśniewskiego namiastkę rodziny, której w sumie nie ma.
„Rzucę to wszystko i jadę na wieś!”, niejednokrotnie słyszałam takie hasła z ust osób zmęczonych życiem miejskim, które wciąż odbywa się w jakimś nakręconym tempie. Można by pomyśleć, że bohater odczuł coś podobnego ale myślał realnie biorąc pod uwagę to, że w jakiś sposób musi się utrzymać. Jako pracownik akademicki udaje mu się podjąć pracę na lubelskiej uczelni, tej samej, w której pracuje Hubert.
Dom, który nabywa jest drewniany, dość solidny, tak, że wymagając pewnego remontu daje się w sumie zamieszkać niemal od razu. Stoi na odludziu ale Leśniewski ma jednego sąsiada, którego nie udaje się mu poznać. Natomiast prędzej niż samą osobę, pozna plotki krążące o Antonim Jaszczuku. Podobno był kiedyś aresztowany pod zarzutem morderstwa byłej ukochanej, jednak najwyraźniej niczego nie udało się mu udowodnić skoro z Podlasia przeniósł się na drugi koniec Polski. Korzystając z tego, że dom nadaje się do zamieszkania Marek zwozi do niego pierwsze rzeczy w pudłach i rusza do Lublina załatwić sprawy na uczelni. Po powrocie zastaje rzeczy ułożone pod ścianą w jakimś komuś tylko wiadomym porządku. Komu jednak, skoro dom jest jedynie jego a w dodatku zamki nie noszą śladów włamania?
Kiedy Leśniewski udaje się do sąsiada, Jaszczuka, z zapytaniem, co ten może wiedzieć o tej sprawie, zostaje bardzo niemiło potraktowany.
Co do „Domu na Wyrębach” spotkałam się z paroma zarzutami. Jednym z nich było to, że tempo akcji nie rozwija się nie wiadomo jak szybko. No, nie rozwija się i to jest według mnie plus.
Jest to bowiem ni mniej ni więcej a powieść grozy, w której świetnie zostało skontrastowane zwykłe życie, prozaiczne czynności, jakie wykonuje urządzając się w nowym, wymarzonym miejscu bohater z tym, co zaczyna wokół siebie odczuwać.
Bohater jest miłośnikiem ptaków i w wyniku pewnych zdarzeń ma okazję obserwować je wraz z sąsiadem, Antonim, z którym zmienią się z czasem jego relacje. Umie też odróżnić odgłosy ptaków, zwłaszcza pewnego złowrogiego puszczyka, który staje się zapowiedzią wizyty kogoś? czegoś?
Początek mieszkania w Wyrębach jest taki, jak zdaje się wymarzył sobie Marek. Otacza go cisza, spokój a co najważniejsze, natura. Ponieważ do rozpoczęcia pracy na uczelni ma jeszcze czas, może aktywnie działać nad realizacją swoich marzeń i planów. Z czasem jednak zaczyna się dziać coraz bardziej tajemniczo, mrocznie. Zwłaszcza okolice pełni przynoszą ze sobą nieprzyjemne wydarzenia.
Akcję książki poznajemy z zapisków, czegoś w rodzaju pamiętnika Leśniewskiego. Poznając je dowiadujemy się jak powoli w życie głównego bohatera wkraczało zło i jak bardzo zaciskała się wokół niego samego pętla, prowadząca do …Ale o tym przekonacie się wy, którzy podobnie jak ja parę dni temu, wciąż macie lekturę „Domy na Wyrębach” przed sobą.
Wielkim plusem, o czym chcę napisać na koniec, jest wykorzystanie naszych słowiańskich wierzeń i wykorzystanie motywu z nich właśnie. Jest z czego czerpać i widać, że można to świetnie opisać w książce z akcją dziejącą się współcześnie (chociaż dość dawno bo w rou 1995). Plusem jest też powolne wplatanie elementów grozy i strachu do treści a nie zbędne epatowanie nie wiadomo jaką ilością krwi czy brutalnych zdarzeń.
Moja ocena tej książki to 6 /6.
„Wyszczekana miłość”. Joanna Szarańska.
Wydana w Wydawnictwie Czwarta Strona. Poznań (2020). Ebook.
„Wyszczekana miłość” to lekka i z pozytywnym klimatem, opowieść w sam raz na letni czas.
Joanna Szarańska przyzwyczaiła nas do opowieści z poczuciem humoru, w których większość wydarzeń dobrze się kończy (i bardzo dobrze:) ) i w których ważną rolę odgrywają zwierzęta.
Nie inaczej jest w „Wyszczekanej miłości”. Poznajemy dwie osoby i psa. A właściwie, suczkę o imieniu Terpentyna.
Alicja Miłoszewska (niespokrewniona z autorem kryminałów i sensacji) i Piotr Cielesz to dwójka, która pozna się bardziej za sprawą małej suczki. Suczki, którą opiekuje się Cioteczka Bez Kota.
Pedro trafia do domu cioteczki gdy chwilowo staje się osobą bez pracy i bez domu. Cioteczka udaje się na zasłużony turnus sanatoryjny do Ciechocinka a Piotr ma w tym czasie zajmować się mieszkaniem i Terpentynką, sunią w typie szpica.
Niestety, pewne wydarzenie sprawi, że sunia się zgubi.
A następnie trafi pod opiekę Alicji i jej rodziny. Alicja również jest chwilowo bez nadziei na sukces zawodowy. Pomimo ukończonych studiów, swoją przyszłość widzi w rozwijaniu pasji. Wykonuje własnoręcznie biżuterię i torebki.
Dwoje osób w Krakowie i mała, zagubiona sunia. Akcja poszukiwawcza Terpentyny w Krakowie a przy okazji próba poznania bardziej Alicji. Plus sporo humoru, barwna galeria zabawnych i sympatycznych postaci (prababcia Alicji też jest oryginalna), sympatyczna Terpentyna, zabawne sytuacje w akuratnych proporcjach, to wszystko składa się na udaną , jak już pisałam, lekturę.
Dla miłośniczek słynnej Kaliny z malinowego cyklu również jest bonusik, bowiem Kalina odegra w tej książce pewną rolę.
Moja ocena to 5 / 6.
„Szepty z wyspy samotności”. Magda Knedler.
Wydana w Mando (Wydawnictwo WAM). Kraków (2020).
Trudno jest zmierzyć się z tematem wyspy Spinalonga, na którą zsyłano osoby chore na trąd i uniknąć skojarzeń z „Wyspą” Victorii Hislop. Magdzie Knedler zdecydowanie się to udało i już za samo to zmierzenie się z tematem, który z pewnością miłośnikom Grecji może kojarzyć się do tej pory z praktycznie jedną książką (mówię tu o książkach obyczajowych, rzecz jasna), daję plus.
„Szepty z wyspy samotności” to książka o powrotach. Już samo nielinearne prowadzenie akcji (poznajemy ją na bieżąco , w 2019 roku ale i z dwóch dzienników z roku 1936 i z lat po IIWŚ ) powoduje, że nie ma tu mowy o porządku. Ale ten lekki chaos, to rozedrganie ma na celu swoiste oddanie klimatu tej książki i dochodzenia do kilku prawd.
Jedną będzie odkrywał podczas pobytu na Krecie Mirek, nauczyciel akademicki. Na Krecie znajdzie się niejako pod przymusem wewnętrznym po tym jak ściągnie go tam była dziewczyna, od siedemnastu lat mieszkająca na Krecie właśnie.
Mirek będzie czytał dziennik autora, o którym nic nie wie a potem dostanie też do rąk listy, długoletnią korespondencję prowadzoną pomiędzy dwiema kobietami, z których to listów otrzyma listy jedynie jednej z ich autorek.
Rozszyfruje przy tym tajemnicę z dalekiej przeszłości jak również i tej nieco mu samej bliższej. Dowie się też przy tym czegoś więcej o kimś, kto kiedyś był mu tak bliski a kto porzucił go nagle i bez słowa.
W książce dobrze opisana jest rzeczywistość żyjących na Spinalondze osób dotkniętych jeszcze do niedawna w sumie, nieuleczalną chorobą. Wiele tych danych znałam właśnie z książki Angielki, o której wspomniałam na początku ale sądzę, że z tej dowiedziałam się właśnie wbrew pozorom więcej na temat samej wyspy, rzeczywistości ludzi tam żyjących, co również mi się podobało. Owszem, w treść wplecione są losy bohaterów, jest nawet tajemnica i sporo ludzkich dramatów i namiętności ale w centrum faktycznie pozostają oni. Cisi bohaterowie, wyrzuceni poza nawias społeczności, którzy często zmuszeni byli zakończyć swoje życie właśnie na Wyspie Samotności.
Bardzo dobra książka, nie jest niepotrzebnie rozwleczona (to też na plus oceniam, nie lubię niepotrzebnego bicia piany ).
Myślę, że jest to ciekawa lektura nie tylko dla jak ja, miłośników Krety.
Moja ocena to 5.5 / 6.
„Śmierć Komandora”. Haruki Murakami.
Tom 1. „Pojawia się idea”.
Tom 2 „Metafora się zmienia”.
Wydana w Wydawnictwie MUZA SA. Warszawa (2018). Ebook.
Przełożyła Anna Zielińska-Elliott.
Siadłam aby napisać parę słów o „Śmierci Komandora”, o której to książce kompletnie zapomniałam i która to przeleżała się na czytniku dwa lata niemal, kiedy to dowiedziałam się o śmierci jednego z moich ulubionych autorów czyli Carlosa Ruiza Zafona. Pamiętam mój zachwyt nad „Cieniem wiatru”. Być może ta książka miała jakieś gorsze momenty, szczerze mówiąc , nie pamiętam teraz obecnie nic poza tym, że wówczas, gdy ją czytałam, zachwyciła mnie. Czytałam potem jeszcze parę innych książek tego autora ale to właśnie „Cień wiatru” zostawił we mnie największy ślad. Wielki żal po śmierci autora, tym bardziej, że był młodym człowiekiem, który wciąż miał masę życia do przeżycia.
Wracając jednak do tematu, „Śmierć Komandora” teoretycznie brzmi bardzo znajomo dla miłośników książek tego autora. Narratorem jest porzucony przez żonę artysta. To malarz, który zarabia głównie na malowaniu rozchwytywanych portretów. Dzięki temu ma możliwość zajmowania się domem. Pewnego jednak dnia okazuje się, że to najwyraźniej nie wystarczyło jego żonie.
Po rozstaniu wędruje on jakiś czas po Japonii, po czym osiada w domu ojca swojego kolegi ze studiów. Domek położony jest w górach i stanowi przyjemne odizolowanie od ludzi i zmartwień. Mężczyzna uczy w miasteczku na kursach malarstwa dla dorosłych i dzieci i wiedzie całkiem spokojny żywot. Ponieważ ojciec kolegi, w domu którego obecnie mieszka, również był malarzem, ma doskonałe warunki do malowania. Czasem na kolację wpada ów kolega ze studiów, w domu którego mieszka. Do Tokio i byłej żony jest daleko a górski domek zapewnia idealne leczenie ran po rozstaniu.
Pewnego dnia do mężczyzny odzywa się jego agent z prośbą aby namalował portret mężczyzny mieszkającego nieopodal. Chociaż narrator postanowił chwilowo nie zajmować się portretowaniem, to cena, jaką proponuje za portret nieznajomy, jest kusząca. I w ten sposób poznaje Menshikiego, którego portret faktycznie maluje.
„Śmierć Komandora” oferuje nam właściwie wiele motywów znanych nam z poprzednich książek autora. Samotny, porzucony przez kobietę mężczyzna, bardzo dużo magii i niedopowiedzeń. Przy tym wszystkim charakterystyczny dla Murakamiego niespiesznie przekazujący treść i akcję książki, styl.
Nie wiem czy każdemu taki styl i forma pasuje. Ja , jako wierna miłośniczka prozy autora, nie narzekam a wręcz muszę przyznać, że to jedna z lepszych książek autora.
Moja ocena to 6 / 6.
rower…
Osoby, które odkryły stronę blogu na Fb (wystarczy w wyszukiwarce wpisać „Chiara76” i wyskakuje) wiedzą, że obecnie nic o książkach nie pojawia się z dwóch powodów. Pierwszym jest ten, że czytam teraz drugą część „Śmierci Komandora” Haruki Murakamiego. A że ten rok do najbardziej zaczytanych u mnie nie należy, więc smakuję lekturę, czytam sobie w swoim tempie, powolutku. I jest dobrze.
A drugim powodem jest ten, że po ponad dwudziestu latach, odkąd jechałam na rowerze (a na Pelikanie poprzestałam posiadanie własnego w ogóle) , jeżdżę na rowerze. I sama się sobie dziwię, jak to się stało, że tak zwlekałam z tym pomysłem ! A mam nawet kartę rowerową, ha !
Jest cudownie !
Od dwóch tygodni nie wiem czemu do tej pory dziwiłam się znajomym, którzy lubią jeździć na rowerze bo sama co wieczór męczyłam P. , że „idziemy na rowery?”.
Tak tak, wiem, że neofici brzmią zabawnie ale serio, cieszę się ogromnie z tego powrotu do dwóch kółek.
„Beskid bez kitu”. Maria Strzelecka.

Wydana w Wydawnictwie Libra PL. Rzeszów (2020).
Ilustracje w recenzji prezentuję dzięki uprzejmości Wydawnictwa.
Na tę książkę natknęłam się zupełnie przypadkiem. W miejscu mocno niespodziewanym dla tak świetnej lektury , jaką miałam. A właściwie – mieliśmy, rodzinnie.
„Beskid bez kitu” to książka napisana przez niemal moją rówieśniczkę (i, co równie miłe, imienniczkę). To zresztą malarka , która książkę zilustrowała. Ogólnie mówiąc, co dodaję z wielkim zadowoleniem czytelniczki, „Beskid bez kitu” to książkowa perełka. O ile nie przepadam za twardymi okładkami, to tu pasuje ona idealnie. A mówiąc o okładce, może ona przywoływać na myśl książki z lat pięćdziesiątych bądź sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Wtedy to rozpoczyna się akcja książki. Widzimy na nim przodem dziewczynkę na rowerze. Stylistyka i wygląd odsyła nas w lata wczesnego PRL-u, w którym dzieje się pierwsza część książki. Biała koszula, plisowana spódnica, na głowie czerwona chusteczka.
Poznajemy małą Terkę, która wraz z rodzicami, pracownikami PGR-u, mieszka w Beskidzie Niskim. Wraz z Terką poznajemy więc i okolice , w której mieszka i kulturę Łemków. Tę kulturę i język przybliża Terce i nam, babcia Tekla. Ukochana przez dziewczynkę babcia mieszka nieopodal i mała dziewczynka wręcz nie może doczekać się wakacji gdyż spędza je właśnie z babcią Teklą.

Zaczynają się wakacje podczas których wraz z Tereską cieszymy się przyrodą, naturą, zwierzętami Beskidu Niskiego. Ponadto, dzięki opowieściom babci Tekli, dowiemy się jakie zioła i rośliny są dla człowieka ważne, a jakie trujące. Cudownie jest czytać jak niewiele do szczęścia potrzeba Terce. Przyroda, natura, słońce, możliwość podgladania cierniokrętów i ich nieco upiornych spiżarni, usłyszenie darcia się jaźwca, marzenie o ujrzeniu na własne oczy wilka, zbudowanie swojej kryjówki na drzewie.
Terka nie potrzebuje wiele, wystarczy jej wolny czas, wyobraźnia i dorosły, który umie ukierunkować jej zainteresowania czy podsunąć ciekawostki.

Tył okładki to nagły przeskok w czasie. Widzimy również podróżującą na rowerze dziewczynkę w spódniczce ale bezpsrzecznie widzimy, że dzieje się to we współczesnym nam czasie.
W drugiej części książki mała Nela podróżuję z mamą. Jak się domyślamy, mama to Terka, teraz już oczywiście, dorosła. Wczesną jesienią odbywa niezwykłą podróż z kilkuletnią córką, pokazując jej Beskid , zapoznając z jego przyrodą, ziołami, geologią. Pasja i miłość zostaną przekazane, bakcyl miłości do Beskidu został zaszczpiony.
Przyznaję od razu, że w Beskidzie nigdy jeszcze nie byłam , bądź raczej, byłam tak dawno, że właściwie nic nie pamiętam. Ale ta książka sprawiła, że chętnie odwiedzę ten niezwykły region.
Cieszy mnie, że w mnogości książek dla dzieci, odkryłam też coś, co podobało się mojemy Synowi. Opowiadające o tym, co Go interesuje. O przyrodzie, naturze. Dzięki tej książce mógł powiedzieć na lekcji online, że w języku łemkowskim, borsuk to jaźwiec. Wiedzieliście to może? Tak? Super. My dowiedzieliśmy się z tej przepięknie ilustrowanej i ciekawej merytorycznie ale bez naukowych nudnych kawałków, książki.
Jeśli macie dziecko, które oprócz gier komputerowych lubi też naturę, przyrodę i przygląda się otaczającemu go światu, sądzę,że „Beskid bez kitu” to dobra propozycja na wspólną lekturę.
A ostatnie litery książki czyli Cdn, sugerujące, że za jakiś czas poznamy resztę historii Neli i mamy, powoduje, że już się wraz z Synem na nią cieszymy.
Moja ocena to 6 / 6.
