„Zamęt”. Vincent V. Severski.

Wydana w Wydawnictwie Czarna Owca. Warszawa (2018). Ebook.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa. 

Vincent V. Severski jest jednym z ulubionych autorów P.. W domu mamy poprzednie książki autora ale do tej pory jakoś się za nie nie wzięłam. Mając możliwość przeczytania egzemplarza recenzenckiego stwierdziłam, że tak, że bardzo chętnie (mam też powód trochę osobisty, o tym później).

„Zamęt” to kolejna książka sensacyjna i cóż, nie będę się bała tego określenia, szpiegowska. Czyli , przystępując do lektury, wiedziałam mniej więcej czego się spodziewać. Muszę powiedzieć, że ogromnie podoba mi się zarówno sam tytuł książki jak i pasująca do tytułu i co ważniejsze, treści książki okładka. Została ona zaprojektowana przez panią Krystynę Pieńkos. Oddaje to, o czym będzie się czytać w książce, nie powiela stereotypów. Już ona sama przyciągnęła wcześniej moją uwagę gdy rozmawiałam z P. o tym, że ma ukazać się w kwietniu (bodajże osiemnastego) najnowsza książka jednego z jego ulubionych autorów. 

Jak to w bardzo dobrej książce sensacyjnej powinno mieć miejsce, akcja książki rozwija się dynamicznie. Pomimo, że bohaterowie posługują się głównie szarymi komórkami, nie siedzą jednak w fotelach sącząc alkohol a działają. Te działania są dynamiczne i akcja często zmienia się jak w kalejdoskopie. To dobrze, nie ma nic gorszego niż książka sensacyjna, której akcja wlecze się czy niepotrzebnie rozdrabnia na szczegóły. Tu szczegółów jest owszem , również sporo ale mam wrażenie, że nie ma niepotrzebnego ich natłoku. Niemniej jednak, ha, przygotowałam się jak prawie 😛 szpieg i oto co prawda nie miałam czarnego notesu jak Roman Leski, jeden z głównych bohaterów, ale czerwony notes, w którym podczas lektury czyniłam niezbędne notatki. W pewnym momencie czułam się po trochu jakbym wraz z Sekcją brała udział w ich zadaniu. Ale do rzeczy.

Akcja książki rozpoczyna się w chwili gdy w jednym z pakistańskich hoteli, raczej luksusowym niż typu „hostel” dochodzi do ataku terrorystycznego. Ginie wiele osób a czterech gości zostaje porwanych. Są to Anglik, Japończyk, Niemiec i Polak, Henryk Olewski. Atak przeprowadziła grupa pod dowództwem niejakiego Tygrysa, poszukiwanego w Pakistanie terrorysty.

W Polsce rozpoczyna się gorączkowe działanie mające pomóc w wyswobodzeniu polskiego inżyniera, szybko jednak możemy się przekonać , że służby i ministerstwo MSZ są raczej przekonane, że nic dobrego się nie zdarzy i że Polak raczej poniesie tam okrutnie zadaną mu śmierć. 

W tym momencie do akcji włącza się Sekcja.

W Agencji Wywiadu pracuje pułkownik Roman Leski, dowodzący Sekcją. Jest to grupa licząca sobie wraz z Leskim pięć osób. Monika Arent, Dimitrios Calderon, nazywany przez pozostałych Dimą, Ela i Witek. Ta piątka to sekcja powołana w 1991 roku,  która działa wtedy gdy zawiodą wszystkie inne , legalne metody. Cóż, powiedzmy sobie szczerze, nie wszystkie użyte przez Sekcję metody są zgodne z prawem. 

Jak pisałam, akcja książki dzieje się właściwie zgodnie z jej tytułem. Przez większość czasu odczuwamy wielki zamęt. W którym wydaje się, że wszyscy są zagubieni. Agencja wywiadu, premier, ministerstwo. Z czasem jednak powoli zaczyna się nam wyłaniać obraz prawdy, której dowiemy się na końcu. Aby jednak do tego doszło będziemy wraz z bohaterami w Pakistanie, Warszawie, Kapsztadzie, Atenach, Moskwie, Oslo. Silna i zwarta Sekcja powoli ale skutecznie będzie dowiadywała się wciąż nowych szczegółów. A działanie grupy z całych sił będą utrudniali im tajemniczy przeciwnicy. Wysłani w niekoniecznie pokojowych zamiarach i w celu wyeliminowania członków Sekcji. 
Do tego wszystkiego zaczną się ujawniać (oczywiście widoczne nie dla wszystkich) rozgrywki wewnętrzne w samej agencji i na wyższych szczeblach władzy. Mam nadzieję (naiwna?), że tak to nie wygląda w rzeczywistości ale…

Co mi się podobało? To, że akcja książki działa się szybko, że zmieniała się jak w kalejdoskopie, że wraz z pracownikami Sekcji nie wiedziałam kto jest wrogiem a kogo można uznać jeśli nie za przyjaciela to przynajmniej nie traktować jako wroga. To, że idealnie pokazano to prace analityczne i wywiadowcze wywiadowców.  Severski jest byłym pracownikiem wywiadu tak więc to o czym pisze, zna z autopsji i nie sposób znaleźć tu coś co wynika z wyobraźni autora. To dobrze bo ta wiedza i doświadczenia autora tylko uwiarygodnia treść książki. Życie i praca w wywiadzie to częste balansowanie na granicy życia i śmierci, niepewność o to komu można zaufać a komu nie. Jedynie w podkoloryzowanych filmach życie agenta wywiadu to niekończące się sączenie drinków z palemką w miłych okolicznościach przyrody. W rzeczywistości to praca umysłowa jak również niebezpieczne działania „w terenie”.

Moje pierwsze spotkanie z prozą Vincenta V. Severskiego uważam za bardzo udane. I myślę, że sięgnę po wcześniejsze książki autora. 

Na koniec, powód osobisty, o którym chcę napisać (nie wpłynął on na moją ocenę książki ale nie ukrywam, że był powodem, dla którego również sięgnęłam po możliwość przeczytania książki przed jej premierą). Otóż, kiedy w początku grudnia w przedszkolu Jasia organizowano kiermasz charytatywny, Autor zgodził się przeznaczyć na aukcję charytatywną aż dwa egzemplarze swoich książek. Nie tylko jednak zgodził się oddać dwa egzemplarze bo to nie jest niczym nadzwyczajnym. Mnie ujęło, że zainteresował się zarówno samą imprezą jak i fundacją, która wspierała w tym roku nasz kiermasz. Ale przede wszystkim ujął mnie tym jaką w obu książkach napisał dedykację. Nie po prostu autograf, machnięty na kolanie, nie, serdeczną i długą dedykację. Skąd o tym wiem ? Ano stąd, że jedną z książek wylicytował mój Mąż. Autor nie musi mi opowiadać szczegółowo swojego życia, na stronie autorskiej nie muszę wiedzieć, co robi, z kim się przyjaźni i książki jakich innych autorów poleca. Natomiast fajnie jest kiedy autor potrafi pokazać, że blichtr sławy i popularności a tak o sobie na pewno może powiedzieć Severski, nie przyćmiewa w nim zwykłych, dobrych uczuć i reakcji.

Moja ocena książki to 5.5 / 6 . (Te 5.5 to , przyczepię się, a co? za to, że czytając książkę miałam wrażenie, że Warszawa to parę ulic w centrum i Kabaty i chociaż jest to od wielu lat moja „lokalna ojczyzna” to to mnie trochę, przyznaję, rozbawiło ). 

 

„”Dziewczyna we mgle”. Donato Carrisi.



Wydana w Wydawnictwie Albatros. Warszawa (2018). Ebook.

Przełożył Jan Jackowicz.
Tytuł oryginalny La ragazza nella nebbia. 

Nie znam tego autora, nie czytałam żadnej z jego dotychczas wydanych książek a pomimo to w chwili, gdy zobaczyłam przypadkiem zapowiedź filmu na podstawie tej książki, wiedziałam, że chcę ją przeczytać. Tak zwane pierwsze wrażenie, przeczucie książkowej miłośniczki czy jak zwał tak zwał, okazało się nadzwyczaj trafione. Niedawno wyczytałam o innej książce opinię kogoś na okładce tejże, że jest to książka „nieodkładalna”. Do lektury „Dziewczyny we mgle” nie wiedziałam kompletnie o co chodzi, ostatnio nie mogłam się oderwać tak od „W dół” Tima Johnstona. I tak, „Dziewczyna we mgle” pomimo dość ostatnio spopularyzowanej w tytułach najrozmaitszych książek „dziewczyny” jest warta tego aby po tę książkę sięgnąć. Oczywiście, jeśli czytuje się kryminały czy thrillery, ale to raczej dość oczywiste.

Od razu napiszę, że wiele o niej napisać nie mogę, z racji tego , że wiadomo, nie chce się zdradzić czytelnikom treści, co jest istotne zwłaszcza w przypadku kryminału, prawda? Tym bardziej, że autor zostawił tajemnice i sekrety do ostatniej strony. Ostatnio zachwycałam się tym w kontekście sensacji „Miejsce i imię” Macieja Siembiedy. Tu podobnie, autor zostawił dla nas małą „niespodziankę” i wspaniale, bo właśnie dzięki temu tę książkę czyta się tak dobrze i nie można się od niej oderwać.

Akcja kryminału dzieje się nielinearnie, poznajemy dzień obecny ale i sięgamy parę tygodni wstecz do dnia, w którym dzieje się coś co zniszczy na zawsze pewną rodzinę. I nie tylko ją.

Tło akcji książki rozgrywa się w zapomnianej nieco osadzie alpejskiej, Avechot. Ongiś była to wioska żyjąca głównie z turystyki. Teraz jest zapomniana, co nie znaczy, że źle się w niej dzieje. Odkąd bowiem odkryto w niej złoża fluorytu, wielu mieszkańców wzbogaciło się znacznie, sprzedając kopalni ziemie.  Osada jest jednak niewielka, ma mało mieszkańców, około trzech tysięcy. Ma też specyficzną wspólnotę religijną, która izoluje część mieszkańców od świata w mniejszym bądź większym stopniu. Tak czy inaczej, dzieje się w niej życie, chociaż nie dotyczy licznego grona mieszkańców. Niemniej jednak wśród stałych mieszkańców znajduje swoje nowe miejsce na ziemi kilkoro osób z zewnątrz, jak chociażby samotna matka wychowująca mocno problematycznego syna czy nauczyciel literatury, który przybywa do osady wraz z żoną i dorastającą córką. Wydaje się, że część nowych mieszkańców przed czymś się chroni, ktoś inny zaś przed czymś ucieka.

Niemniej jednak Avechot to raczej spokojne miejsce, z rodzaju tych, w których generalnie jedni mają oko na drugich a także,  co wykazuje pewien test, najmniejszy hałas potrafi przywołać do okna obserwatorów. 

Tym bardziej dziwi fakt, że w Avechot dochodzi do zaginięcia szesnastoletniej dziewczyny. Anna Lou, należąca do religijnego bractwa, wyrusza 23 grudnia do kościoła znajdującego się kilkaset metrów od jej domu by nigdy do niego nie dotrzeć.

W mieścinie szybko zjawia się charyzmatyczny , elegancki śledczy , Vogel. Ma on na koncie ogromną ilość sukcesów w wykryciu sprawców zbrodni i jedną porażkę, która wydaje się determinować jego działania. Z czasem dowiemy się dlaczego sprawa Derga, zwanego „Obcinaczem palców” tak bardzo wpłynęła na życie i karierę śledczego, jak również oddziaływać będzie na śledztwo w sprawie zaginięcia Anny Lou.

Wraz z nim przybywa młodszy ale pełen zapału policjant Borghi. Ten młody człowiek niebawem zostanie ojcem dziewczynki i dla niego ta sprawa na swój sposób zapewne nie jest przyjemna w sposób podwójny.

Tak czy inaczej, rozpoczyna się gorączkowe śledztwo mające na celu wykazać , co tak naprawdę stało się z Anną Lou. Po początkowych nadziejach, że być może porwana wciąż żyje, stopniowo zaczynamy orientować się, że od pewnego momentu praktycznie szuka się jedynie ciała aby był dowód zbrodni. 

„Dziewczyna we mgle” w świetny sposób ukazuje medialną histerię przy tego typu „łatwo sprzedających się historiach”. Media w ogóle zostały przedstawione w tej książce w sposób ogromnie negatywny, jako mające wielki wpływ na wydawanie wyroków przez tak zwany bezimienny tłum i sterujące najbardziej wydumanymi teoriami nie mającymi w pewnym momencie żadnych pokryć w dostarczonych dowodach.

Właściwie wiele osób na tej sprawie chce sobie coś „ugrać”, że się tak kolokwialnie wyrażę. Vogel chce odzyskać utracone dobre imię i sławę (tym bardziej, że trzeba przyznać, że do tej pory cechował się naprawdę dobrą intuicją) , Borghi chyba dość nieświadomie ale chciałby ogrzać się przy sławie Vogel’a i przy tej okazji zyskać wiedzę i ociupinkę sławy dla siebie samego, reporterzy i dziennikarze mają za cel zrobienie jak największego szumu wokół całej sprawy i wciąż podsycają niezdrową atmosferę co w pewnym momencie staje się nieco zbyt za mocne i na granicy linczu.

W całym tym zamieszaniu w pewnej chwili postać zaginionej szesnastolatki staje się najmniej ważna a zaczynają się liczyć inne , ludzkie interesy. Do osady zwalają się dosłownie tłumy żądnych sensacji turystów, niby to ze współczucia ale wiadomo, że część z nich chce się napatrzeć na to spokojne miejsce, które stało się tłem do niezwykłego zaginięcia. „Horrorowi turyści” myśli o nich w pewnej chwili Vogel i jest to bardzo trafnie obrazujące określenie tego co dzieje się parę dni po zaginięciu dziewczyny w Avechot. 

Vogel, ten szalenie elegancko prezentujący się mężczyzna, jeżdżący na śledztwa z ogromną garderobą, ma w ogóle kilka innych trafnych myśli i refleksji jak chociażby ta, że „Mała społeczność, wielkie tajemnice” czy „Ponieważ cenę, jaką trzeba zapłacić za możliwość kontynuowania własnego życia, jest obojętność”. 

Śledztwo prowadzone przez Vogel’a jest niespójne, szybko orientujemy się w jego interesach dotyczących tej kwestii i co tak naprawdę chce on przy tym osiągnąć. Nie można jednak odmówić mu tego , że próbuje. Jednak część jego pomysłów torpeduje prokurator Mayer, która żąda twardych dowodów a nie jedynie przypuszczeń bądź przeczuć.

Ta książka podobała mi się pomimo smutnego tematu przewodniego z dwóch powodów. Pokazała jak łatwo dajemy się manipulować z zewnątrz i nie mam tu na myśli jedynie mediów. Jak łatwo opinie innych przyjmujemy za własne. I również jak bardzo nieważne potrafią się stać naprawdę ważne osoby, rzeczy, sprawy w chwili , gdy ruszy maszyna partykularnych interesów. O Annie Lou z książki nie dowiadujemy się bowiem praktycznie niczego ale sądzę, że jest to celowy zabieg autora. Każdy z nas bowiem domyśla się, że nawet najbardziej wydawałoby się idealna osoba, a tak przedstawiana jest Anna Lou , musi mieć jakiekolwiek wady. Tymczasem poznajemy ją oczami innych jako niemal anioła bez skazy. Trudno wtedy jest znaleźć jakikolwiek punkt zaczepienia. O tym, jak trafnie autorowi udało się oddać to, jaki , nazwę to kolokwialnie, cyrk zaczyna się dziać w tego typu sytuacjach, już wspomniałam. Mieliśmy w kraju niedawno kilka dziwnych zaginięć, przypadków śmierci, to co działo się chociażby w internecie, pozwala przypuszczać w jak o wiele większej skali i natężeniu dzieje się to w samym miejscu tego typu zbrodni.

Jak pisałam, „Dziewczyna we mgle” okazała się dla mnie książką z rodzaju tych, których nie byłam w stanie wypuścić z rąk zanim nie dowiedziałam się całej historii. 

Ogromnie ją polecam. Moja ocena to 6 / 6.

„Kiedyś na pewno”. Ewa Nowak.

Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Warszawa (2018). Ebook.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa. 

To kolejna książka tej autorki, którą przeczytałam i która bardzo mi się podoba. Ewa Nowak pisze książki, które teoretycznie kierowane dla młodzieży, jak dla mnie śmiało mogą być czytane przez wszystkich.

W którymś z komentarzy na temat tej książki przeczytałam, że powinni przeczytać ją przede wszystkim rodzice. Po początkowej zgodzie, teraz stwierdzam, że nie. Niestety, podejrzewam, że na niektórych podziałało by to adekwatnie jak akcje dotyczące bezpieczeństwa na drogach itd. To znaczy, osoby, które mądre i czujące i tak znają prawdy w tego typu akcjach głoszone. Do drugiego typu ludzi i tak tego typu apele nie dotrą. Natomiast uważam,że „Kiedyś na pewno” to po prostu bardzo dobra książka, którą zdecydowanie warto jest przeczytać.

„(…) Woźna w szkole wie o mnie więcej niż oni”. Myśli jedna z bohaterek , Dorota i oddaje to główny problem przedstawiony w książce. Dom. Rodzina. I jakość tejże. A także to, jak wygląda dom i rodzina, w której brakuje przede wszystkim obecności rodziców. 

Bohaterki książki to Kamila i Dorota. Kamila od dziecka ćwiczy taniec, odnosi spektakularne sukcesy. Poznajemy je w wakacje przed maturalnym rokiem, kiedy Kamila wybywa na obóz sportowy gdzie dochodzi do pewnego przełomu. 
Dorota to z kolei świetna lingwistka, w przyszłości chce studiować anglistykę i jak najszybciej opuścić dom. Kamila to jedynaczka, Dorota ma dwunastoletnią siostrę.

Obie dziewczyny w tej przyjaźni oprócz zapewne czystej sympatii połączyło to, jak dziwne mają domy rodzinne. Dorota i jej siostra Maja rodziców w domu praktycznie nie mają. Wychowywane przez jedną z babć, podczas gdy do drugich dziadków regularnie jeżdżą jak chociażby w wakacje przed maturą. Rodzice to słynni scenografowie, zapraszani do przedsięwzięć na całym świecie. Realizują swoją karierę, pną się na szczyty kosztem relacji z własnymi córkami. Maja jeszcze darzy ich jakąś sympatią. Dorota rodziców nie lubi, właściwie trudno jest się jej dziwić bo zwyczajnie ich nie zna. Z własnej bowiem woli nie chcą oni dać się poznać swoim własnym dzieciom.

Dom Kamili wydaje się przy tym idealny, oboje rodzice są w domu, znają własną córkę, Jednak zajęci problemami we własnym małżeństwie również nie poświęcają osiemnastolatce tyle czasu ile zapewne powinni a na pewno nie tyle ile córka sama by od nich oczekiwała. 

Kamila to ta ładniejsza , Dorota niekoniecznie ale wiele z jej problemów wynika z zaniedbania co jest z kolei efektem tego, że pewnych spraw dziecko samo nie dopilnuje a z kolei przy nieobecności rodziców zapewne trudno jest wszystko składać na ręce babci. 

Kamila do tej pory zajmowała się tańcem, który jest jej pasją. Nie przeszkadzało jej to w związku z Arturem. Jednak w wakacje przed maturą następuje przełom. Kamila zdaje sobie sprawę z tego, że zajęcie, które dotychczas tak kochała, zwyczajnie nie daje jej radości i satysfakcji. 

Dużo w „Kiedyś na pewno” pisze się o zdradzie i to w najrozmaitszym ujęciu. Bo i zarówno zdradzie między kobietą a mężczyzną ale również o tym co możemy odczuwać wobec przyjaciół lub z ich strony w różnych sytuacjach życiowych. Kiedy to co nam wydaje się ochroną przyjaciela jest zdradą tej przyjaźni? Czy prawdę musimy powiedzieć zawsze?
Jest to też książka o podejmowaniu pod wpływem impulsu najczęściej złych decyzji, których następstwa najczęściej są zaskakująco trudne do naprawienia i wyprostowania. 

Mnie w tej książce najbardziej smucił wątek złego domu Doroty, który to dom był nim po części praktycznie jedynie ze względu na obecność i działania babci Doroty i Mai. Rodzice, którzy bywali tam okazjonalnie, stanowili coś w rodzaju z czasem niechcianej atrakcji a po ich wyjeździe jak to sama określała Dorota, „Babcia (…) zacierała po nich ślady”. Z domów, w których dzieje się wiele pustki i jest brak relacji pomiędzy zdawałoby się najbliższymi osobami, wyrastają ludzie z szeregiem problemów. 

To również książka o tym jak łatwo jest zawieść kogoś bliskiego ale zapewne najłatwiej jest zawieść samego siebie. I jak potem trudno się jest wyplątać ze skomplikowanej sytuacji, w jakiej się znaleźliśmy.

„Kiedyś na pewno” to niewesoła książka ale bardzo dobra i uważam, że warta jest zdecydowanie przeczytania. 
Moja jej ocena natomiast to 5 / 6.

 

„Miejsce i imię”. Maciej Siembieda.

Wydana w Wydawnictwie Wielka Litera. Warszawa. (2018). Ebook.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Ostatnie kilka dni czytałam powieść sensacyjną polskiego autora i śmiało mogę stwierdzić, że podobała mi się . Cieszy mnie zatem fakt, że aby przeczytać dobrą sensację z elementami kryminału mogę sięgnąć po książkę polskiego autora. „Miejsce i imię” to kolejna książka, w której bohaterem jest Jakub Kania. Poprzedniej książki Macieja Siembiedy , pod tytułem „444” jednak nie czytałam więc trudno jest mi się do niej w jakikolwiek sposób odnieść.

„Miejsce i imię” to lektura , która jest na swój sposób jednak ciężka. Ze względu na tematykę w niej poruszoną. Oto bowiem były prokurator i dawniej pracownik IPN, a obecnie „wolny strzelec” pracujący dla Instytutu Jad Waszem jako konsultant otrzymuje kolejne zadanie. Oto do Jad Waszem zwróciło się o pomoc pewne żydowskie stowarzyszenie z prośbą o znalezienie grobów Żydów, którzy zostali pochowani gdzieś na terenie przynależącym do obozu koncentracyjnego na Górze Świętej Anny. W czasach IIWŚ nazwę nosił on Annaberg. 
Akcję książki, dziejącą się nielinearnie, w latach dwudziestych ubiegłego wieku, w roku 1942 i 1943 i obecnych (2011 i 2012) poznajemy bez zbędnych wydłużeń i niepotrzebnych opisów. Jest jak to powinno być w dobrej sensacji szybko i konkretnie. Jednak jak wspomniałam, tematyka dotycząca rzeczywistości IIWŚ i obozów koncentracyjnych sprawia, że nie jest to lektura lekka i łatwa, przynajmniej dla osób obdarzonych większą niż przeciętna, wrażliwością. Pomimo tego, co twierdzi autor, że akurat fragment o szlifierni diamentów mającej mieć miejsce w obozie, trudno jest poczuć się przecież uspokojonym, że fikcja literacka niweluje zło dziejące się w obozowej rzeczywistości mającej faktycznie miejsce w dziesiątkach obozów jakie były zakładane w okresie IIWŚ. 

Jakub Kania przekonany jest, że szuka wyłącznie miejsca pochówków pomordowanych Żydów. My, jako czytelnicy, szybko orientujemy się, że na swój sposób jego poszukiwania są sterowane. W akcję książki wmieszanych będzie wiele wysoko postawionych osób a na pewno w grę wchodzić będą wielkie pieniądze, żądza władzy, nieposkromiona chęć zdobycia prawa do decydowania o jednej jedynej i słusznej według kogoś prawdzie. 
Będzie więc się działo bo wraz z upływem akcji książki do gry włączą się nowi gracze. Część z nich sprzyjać będzie Jakubowi Kani i stanie się jego pomocnikami (chociaż jak się okazuje niektórzy rozgrywać będą przy tym swoje własne partykularne interesy). Część natomiast stanie w opozycji do byłego prokuratora, który znajdzie się nawet w niebezpiecznej sytuacji. 

Nie od dzisiaj bowiem wiadomo, że tam, gdzie w grę wchodzą grzechy, za które nie odprawiono pokuty i zadośćuczynienia , tam niewiele dobrego może się dziać. Jeśli do tego dochodzą urażone ambicje, pretensje hodowane w czyichś głowach, bardziej bądź mniej uzasadnione roszczenia a do tego wchodzą wielkie, przeogromne pieniądze, pragnienie władzy i sławy, tam może stać się dużo, dużo zła. I tak się właśnie dzieje w tej książce. 
Do koszmarnego tła rzeczywistości IIWŚ z wycinkiem dotyczącym obozu na Górze Świętej Anny dochodzą współczesne żale i pretensje. Puszczają też przy okazji hamulce, jeśli w ogóle jakiekolwiek w ogóle istniały. Nagle wychodzi na jaw jak bardzo można „grać” prawdą, jak można ją przerabiać na własny użytek. 

Diamenty, które są jednymi z bohaterów (chociaż przedmioty martwe ale dziwnie wyposażone w siłę niszczycielską) to diamenty kojarzące się jedynie ze złem, ze śmiercią. Nie dotyczy to jedynie diamentów , które w obozie podlegały obróbce. Jak świat światem ktoś jest naiwny, a ktoś sprytny, ktoś dobry a ktoś zły, ktoś wreszcie kto z każdej sytuacji „ugra” coś dla siebie i własnej korzyści. 

Jak pisałam, akcja książki toczy się szybko i sprawnie. Autor, co dla czytelnika według mnie, cenne, zostawia nam niespodzianki do niemal ostatnich stron więc tu duży plus. Lubię, kiedy wydaje mi się, że już coś wiem, już znam całość a pojawia się jeszcze jeden mały element układanki, który, o dziwo, pasuje jak ulał do poprzednich.

Moja ocena to 5 / 6.

„Zanim zawisły psy”. Jens Henrik Jensen.

Wydana w Wydawnictwie Editio. Grupa Wydawnicza Helion SA. Gliwice (2018). Ebook.

Przełożyła Edyta Stępkowska.
Tytuł oryginalny De haengte hunde.

Po przeczytaniu pierwszej z należących do trylogii o Nielsie Oxenie książki stwierdzam, że Dania na swój sposób „dorobiła się” literackiego odpowiednika Jacka Reachera. Nie bierzcie mojego stwierdzenia zbyt dosłownie. Po pierwsze, Jack Reacher jest tylko jeden i nikt nie może mu „zagrozić”. Po drugie sporo ich jednak różni. Niemniej jednak, wiele ich także łączy. Wojskowa przeszłość, brak posiadania stałego miejsca zamieszkania, nieustępliwość w dochodzeniu do prawdy. I niechęć do zamazywania rzeczywistości a także chęć do tego aby zwyciężyła sprawiedliwość. No i jak to u Reachera bywa, Niels Oxen w sprawę zostaje wplątany zupełnie przypadkiem. 

Na początku moje zastrzeżenia. Nic na to nie poradzę, nie lubię kiedy ofiarami w książkach padają również zwierzęta. A w tej książce niestety, tak jest. Nie jest to szczęśliwie odmalowane niepotrzebnie obrazowo ale przeciętna wyobraźnia wystarczy a poza tym? Odnoszę wrażenie, że autor posłużył się tym motywem nieco zbyt „na wyrost”. Jakby, nie wiem, używając kontrowersyjnego zabiegu mógł sobie przysporzyć czytelników? Nie wiem czy kierował się naprawdę, uważam, że to nie było niezbędne. Tu więc się „przyczepię”. Do czego jeszcze? Ano do tego, że jak na sensację to „Zanim zawisły psy” jest zwyczajnie nieco zbyt przegadana. Sięgając po sensację oczekuję nie tego, że będę czytać zbyt długie opisy bądź zostanę zasypana nadmiarem informacji i bohaterów a tego , że akcja będzie działa się szybko a ja wraz z bohaterem czy bohaterami książki odczuwać będę coś w rodzaju pośpiechu w działaniach i obserwacji rozwoju akcji książki. W tym przypadku było tak, że parę razy po prostu prześlizgnęłam się po stronach (przesuwając strony na czytniku też da się „przyspieszyć” lekturę).

W książce Jens Henrik Jensen nie zaskoczy nas, czytelników niczym czego byśmy sięgając po tego typu literaturę nie znali ale jednocześnie nie jest to żaden zarzut. Ot, stwierdzenie, że w tego typu książkach mniej więcej dzieje się podobna opowieść. Autor jest dziennikarzem i w treści książki zdecydowanie widać jego zawód , to, że codzienne śledzenie doniesień ze świata i z kraju (zapewne te intensywniej) nie jest mu obce. Nie oznacza to jednak bynajmniej, że jak w przypadku chociażby Donny Leon będzie tu politykowanie na ogromną skalę. Tu publicystyki ubranej w słowa czy rozważania bohaterów raczej nie znajdziemy, prędzej gorzką refleksję nad współczesną „jakością” świata i polityki.

Ale wróćmy do Nielsa Oxena. Ten niedoszły policjant i były żołnierz sił specjalnych, zmagający się z zespołem stresu pourazowego (bardzo traumatyczne wspomnienia z pobytu podczas wojny w byłej Jugosławii), odznaczony wieloma odznaczeniami świadczącymi o jego bohaterstwie na rzecz kraju, zostaje nam zaprezentowany przez Jensena w raczej nie najlepszym momencie jego życia. 

Oxen jest bezdomny, żywi się tym, co uda mu się wygrzebać ze śmietników. Popija alkohol i nie stroni od używek. Ogólnie prezentuje się raczej bardzo kiepsko. Jest w największym momencie swojej słabości. Może to właśnie spowoduje, że stanie się łatwym celem dla władzy aby pod pretekstem dawnych zasług zostać wciągniętym w śledztwo , którego rozmiary przybiorą rozmiary na niespotykaną wręcz skalę. A Oxen zmuszony będzie nawet opuścić granice rodzinnej Danii, aby ruszyć w ślad za pewnym tropem. 

Zaczynają bowiem ginąć osoby ze świata polityki i władzy. A ich zgony zapoczątkowane zostają przez zabicie psów, których właścicielami były ofiary. 

Oxenowi , który poniekąd całkiem możliwie może stać się jedynym podejrzanym, zostaje przedstawiona pomocnica, ambitna i silna Margrethe Franck. Od tej pory na barkach tej dwójki zostanie złożona odpowiedzialność za wykrycie kto też stoi za morderstwami. A także, co łączyło wszystkie te ofiary. Bo to, że ich śmierci nie są przypadkowe, to wie nawet ktoś mało zaangażowany w sprawę.

Czytało mi się tę książkę tak, jak pisałam, nieco zbyt rozwlekle, chociaż sama intryga mnie zainteresowała. Jak widzę, autor nie ma złudzeń co do współczesnej polityki, natomiast mam nadzieję, że poziom zła i zepsucia nie jest w przeciętnym państwie wyśrubowany do aż tak wysokiego poziomu. Oby tak było. Miałam też wrażenie, że jak na jedną część, „wpakowano” tu zbyt wiele postaci , tropów i wydarzeń ale być może to jedynie moje subiektywne odczucie, do którego przecież mam prawo. 

Moja ocena to 4.5 / 6.

„Magia powrotu”. Lisa Kleypas.

Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Warszawa (2018). Ebook.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Przełożyła Agnieszka Myśliwy.
Tytuł oryginalny Again The Magic.

Poprzednią książkę tej autorki czytałam w początku grudnia, o czym pisałam w tym wpisie. 

Tym razem sięgnęłam po kolejną, spodziewając się mniej więcej czego mogę się spodziewać. No więc tak, książki Lisy Kleypas to bezsprzecznie romanse. Z silnym wątkiem erotycznym (bądź ja, która w sumie erotycznych książek nie czytuję, odniosłam takie wrażeni). W każdym razie od razu mówię, w tej książce „momenty są”. 

Lisa Kleypas część swoich książek lubi osadzić w przeszłości. Tu akcja książki rozpoczyna się w roku 1832 a potem dzieje się dwanaście lat później. 

Na początku jednak poznajemy dwójkę młodych , dojrzewających ludzi. Lady Aline Marsden , mieszkającą wraz z bratem , siostrą i rodzicami w posiadłości wiejskiej. I młodego pracownika ojca, stajennego, później awansującego na stanowisko lokaja, Johna McKennę,którego wszyscy nazywają po prostu McKenną. Ci młodzi znają się od dziecka, kiedy to McKenna został sprowadzony do dworu do pracy. Znają się jednak nie pobieżnie. Wychowywali się sporo czasu razem, pod opiekuńczym okiem gospodyni dworu, która na swój sposób matkowała zarówno arystokratce jak i stajennemu. 
Początkowo więc relacje tych dwójki były czysto niewinne, jak rodzeństwa. Czas jednak leciał a młodzi rozwijali się i nastąpiło to, co zwykle bywa w podobnych sytuacjach a mianowicie zakochali się w sobie.
Wiadomo jednak, że różnice ich dzielące były na tyle nie do pokonania, że o związku nie mogło być mowy. Niech to tylko ktoś powie tej dwójce, która nie widzi nikogo innego poza sobą ! 

Na skutek intryg, McKenna musiał jednak opuścić posiadłość. Lady Aline nie wyznała mu prawdy i oto młody człowiek opuszczał dwór z przekonaniem, że został przez nią zdradzony. Trafił do Ameryki, gdzie zrealizował ów amerykański sen „od pucybuta do milionera”. Powrócił do posiadłości hrabiego ale już nie na zasadzie podwładnego. A równorzędnego w prawach człowieka interesu, z którym to brat lady Aline, Marcus , zaczął robić interesy.

McKenna powodowany dawnym żalem i rozgoryczeniem powrócił do dworu z przekonaniem, że teraz będzie mógł zemścić się na dawnej miłości. Jednak nie wszystko potoczyło się zgodnie z jego planem i zamierzeniami. Gdzie w grę wchodzi bowiem miłość i namiętność, tam trudno o zdrowy rozsądek i możliwość zachowania zimnej krwi wymaganej do zemszczenia się. A jak mścić się na kimś, kogo wciąż się kocha?

Starsi o dwanaście lat ale wciąż czujący do siebie coś więcej niż tylko pociąg seksualny, staną przed niełatwym wyborem dalszej drogi. 

Książka jak już pisałam to romans z erotyką w tle. Tym bardziej, że nie tylko lady Aline będzie oddawać się wielkim namiętnościom. 

Myślę, że dla miłośniczek tego typu literatury książka ponownie spełniła swoje zadanie. 

Moja ocena to 4.5 / 6 (głównie za przewidywalność wątków i sytuacji). 

Urodzinowo…

…42 lata temu od ponad godziny na świecie była mała dziewczynka. Ja, oczywiście 🙂

Czego sobie życzę w tym dniu? Wiem, jestem tradycjonalistką bo co roku właściwie tego samego ale to mój dzień urodzin i ja sobie mogę życzyć czego pragnę. A więc zdrowia dla mnie i moich bliskich, szczęścia, pogody ducha, radości i miłości. Samych wspaniałych książek do czytania, samych dobrych filmów do oglądania. Dalej możliwości jeżdżenia w nasze ukochane miejsce na wieś warmińską sielską. Tylko życzliwych mi osób wokół mnie a także serdeczności i spokoju. Spokoju. O!

Jakby ktoś chciał mi czegoś miłego pożyczyć to częstuję wirtualnym tortem, ciastkami (co tam sobie winszujecie), winkiem, kawą , herbatą , wodą mineralną, co kto tam sobie życzy no i można się wpisywać, jak do pamiętniczka. 

„Zmowa byłych żon”. Grażyna Jeromin-Gałuszka.

Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Warszawa (2018). Ebook.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

„Zmowa byłych żon” zaskoczyła mnie bardzo. Czym? Ano tym, że nie jest zupełnie tym, za co może być wzięta. Przyznaję, że sięgnęłam po nią dlatego, że czytałam dwie książki tej autorki a jej „Legenda” czytana przeze mnie w zeszłym roku zachwyciła mnie do tego stopnia, że zdecydowałam się na tę książkę. Początkowo, przyznaję, byłam trochę pewna, że może mnie ona niewiele czym zaskoczyć. Ale okazało się, że byłam w błędzie bo autorka zafundowała mi w tej książce dużą niespodziankę. Niestety, niewiele mogę pisać aby nie zdradzić zbyt wiele. 

Małe miasteczko, oddalone od Warszawy, w którym poznajemy stałe grono spotykające się tradycyjnie w kawiarni prowadzonej przez dwóch braci, Maksa i Aleksa. W Cafe położonej na urokliwej uliczce Świętego Antoniego spotykają się piekarzowa Wanda, Manuela, właścicielka salonu sukni ślubnych, antykwariusz Arnold, któremu Manuela bardzo się podoba. Jest też nastoletnia Magda, nagle odcięta od internetu i sieci i rozładowująca swoją frustrację tym faktem podczas buszowania w antykwariacie Arnolda. Jest też Bejbi, zapomniana przez świat dawna dziecięca sława serialu , scenarzysta Maciek, autor jednego zrealizowanego scenariusza. Jest wreszcie właściciel lombardu, Stefano. To tej grupie zaprzyjaźnionych mniej bądź bardziej a przynajmniej zżytych ze sobą oryginałów pewnego popołudnia fryzjer Feliks zwierza się ze swojego strapienia. Otóż uważa on, czuje całym sobą, że to za jego namową byłe żony Mikołaja Kamińskiego, posunęły się do zbrodni. Wiktoria, Izabela i Monika. Trzy byłe żony Mikołaja. Który traktował kobiety w sposób najbardziej przedmiotowy w jaki tylko się dało i zrywał z nimi w sposób bardzo nieelegancki. Jakby wyrzucał niepotrzebny przedmiot a nie urywał kontakty z kimś, z kim miał dzieci czy dzielił dotychczasowe życie. Trzy porzucone przez niewdzięcznego mężczyznę kobiety, trzy różne typy i charaktery. Kobiety, które początkowo nie lubiły się i traktowały nawzajem wrogo. 

Feliks jednak czuje się winny zaistniałej sytuacji bo to w jego zakładzie fryzjerskim te trzy kobiety porzuciły wojenny topór a spotkanie tam stało się początkiem ich niezwykłej przyjaźni i nawet wspólnego interesu, który zaczęły prowadzić. A potem zdarzył się jeden wywiad, o jedno zdanie za wiele wypowiedziane przez Mikołaja i lawina zdarzeń zaczęła się toczyć.

Jak pisałam, zaczynając tę książkę miałam w wyobrażeniu zupełnie inną treść jakiej się spodziewałam. Po czym zostałam bardzo zaskoczona. Ale to wielki plus, lubię kiedy autor po trochu „bawi się” czytelnikiem i nie podaje mu rozwiązania czy treści na tacy.

Za to zaskoczenie, które mnie podczas lektury spotkało dodaję pół gwiazdki do oceny.

Moja ocena więc tej książki to 5 / 6.

„Dobra Przystań”. Anna Łajkowska.

Wydana w Wydawnictwo Prószyński i S-ka.  Warszawa (2018). Ebook.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Marianna i Hubert. Ludzie przed czterdziestką, z dwójką dzieci i tak zwaną stabilizacją. Parę lat temu zdecydowali się sprzedać dom, w którym mieszkali i wybudować nowy na obrzeżach Miasteczka. Wydaje się, że nic nie stoi na przeszkodzie aby razem spędzać wspólny, dobry czas w nowym miejscu, wyczekanym, wymarzonym, wychowywać dzieci i razem się zestarzeć. I w takim momencie Hubert oznajmia żonie, że on jest nieszczęśliwy w tym małżeństwie i że wyprowadza się z domu. Na Mariannę spada to jak grom z jasnego nieba. Oczywiście, że po nastu latach małżeństwa nie jest tak jak na samym początku ale też nie uważała ich związku za nieudany. Ba, ona sama była w nim całkowicie szczęśliwa. Szokiem jest to oczywiście również dla jej synów, nastolatka i nieco młodszego. Jednak zarówno starszy Aleks jak i Kostek przynajmniej początkowo będą próbowali odnaleźć się w nowej sytuacji. Marianna też , chociaż różnie jej to będzie wychodziło.

Dobrze, że ma pracę, odziedziczony po babci sklep. Jest więc dokąd wychodzić co rano i czym zająć umysł. Nie ma zbyt wiele czasu na analizowanie co ta naprawdę poszło nie tak, zwłaszcza, że jej rodzice również są po rozstaniu. Ojciec, lekarz, funkcjonuje dobrze i mieszka sam, matka z nowym partnerem życiowym prowadzą Siedlisko, w którym nie brak turystów. 

Na jednym ze spotkań dawnych znajomych Marianna odnawia znajomość z kimś, kto kiedyś jej się podobał. Zaczyna się powolny rozwój dawnej znajomości. Dla mnie niezbyt ciekawym ruchem ze strony bohaterki było to, że postanowiła odnowić tę znajomość nie jedynie na niewinnym poziomie znajomości chociaż sama chwilę przedtem doznała krzywdy ze strony osoby niby jej najbliższej jaką powinien być mąż, który zawiódł jej zaufanie i przysięgę złożoną ileś lat wstecz.

Niemniej jednak Marianna wplątuje się w coraz bardziej intensywny układ z Olgierdem, do tego w domu nie brak jej zmartwień i problemów. Gdzie w tym wszystkim jest możliwość spokojnego zastanowienia się nad swoimi wyborami? Chyba bohaterce zabrakło na to czasu.

Mariannę spotkało coś bardzo nieprzyjemnego, rozstanie nagłe, w dodatku została postawiona przez partnera w sytuacji be wyjścia, gdyż mąż nie dał jej nawet cienia szansy na rozwiązanie małżeńskich problemów. Jednak nie polubiłam tej bohaterki bo nie podobało mi się jej postępowanie związane z Olgierdem. Nie do końca „kupiłam” miłość nagłą i niespodziewaną tak szybko po zakończeniu długoletniego związku. Niemniej jednak ciekawe są problemy , stawiane przed Marianną, która w pewnej chwili pomaga wielu osobom. Gdzie w tym wszystkim jest miejsce na nią samą, na jej własne szczęście? Jednak, jak mówię, nie umiem darzyć bohaterki sympatią, nie kibicowałam jej związkowi, nie przekonała mnie do tego, że powinna walczyć o szczęście w nowym układzie, niszcząc inną rodzinę. 
Być może jednak jest to bardzo życiowe, nic przecież nie jest czarno-białe , pewnie faktycznie w sytuacji w jakiej była Marianna jedne osoby zareagują tak a inne inaczej. 

Nie do końca też pasowała mi narracja książki a raczej kilka „wtrętów” ze strony autorki. To też do mnie nie przemawia, wolę kiedy książka „mówi” do mnie swoją treścią, akcją.

Niemniej jednak nie oceniam tej książki źle i jest to dobra proza obyczajowa poruszająca dużo ważnych tematów jak ten, o którym pisałam czyli „czy można walczyć w każdej sytuacji o swoje szczęście”, „czy możemy zrobić komuś podobne zło jakie ktoś wyrządził nam?”. Wielki plus za przedstawienia życia takim jakie ono jest. Czyli z jego nieprzyjemnościami, zaskoczeniami, również spóźnionymi okazjami i tym, że nie da się na siłę stworzyć „szczęśliwego zakończenia” jakkolwiek bajecznie nie prezentowałoby się ono w wyciskaczu łez z „happy endem”. Życie to nie bajka, niestety. 

Moja ocena to 4.5 / 6.