„W ciemnym, mrocznym lesie”. Ruth Ware.

Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Warszawa (2017). Ebook.

Przełożyła Ewa Kleszcz.
Tytuł oryginalny In a Dark, Dark Wood”. 

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa.

Od lutego jest już na naszym rynku kolejna książka Ruth Ware, nosząca tytuł „Dziewczyna z kabiny nr 10” więc poczułam się zmotywowana aby przeczytać debiut autorki. Starając się nie sugerować ocenami,które nie były może bardzo wysokie, sięgnęłam i …mnie się bardzo podobało i ta książka mnie wciągnęła. Owszem, od razu to napiszę, widzę wtórności, widzę to, co czytałam już tyle razy w innych thrillerach i kryminałach. No ale powiedzmy sobie szczerze, baza pod coś takiego jest dość ograniczona. Nie wiem, być może potrzebowałam właśnie takiej książki w danym momencie, że nie czuję się nią zawiedziona, w każdym razie miałam to, czego oczekuję po dobrym thrillerze, czyli wartką akcję, niepokój, narastającą atmosferę grozy, wreszcie to, co przewidujemy od samego początku lektury czyli śmierć, a właściwie morderstwo. 

Zapewne każdy z nas widział czy to w rzeczywistości czy na fotografii dom w lesie mający szklane powierzchnie. Wygląda to spektakularnie i w komentarzach pod takim zdjęciem czyta się na ogół głosy zachwytu zarówno nad pomysłowością architekta jak i nad możliwością wspaniałych widoków, jakie mają co dzień mieszkańcy takiego domu. Ja prawdę mówiąc nie jestem wielką zwolenniczką tego typu architektonicznych rozwiązań. Chyba nie mam potrzeby aż takiego wystawiania się na widok publiczny (nawet jeśli taki dom położony jest na odludziu) a ponadto zawsze zastanawia mnie kwestia ptaków. Czy nie są zwiedzione szklaną taflą, czy nie tłuką się lub wręcz czy nie giną uderzone w masywne szkło. Nie wiem, ciekawa byłaby tu odpowiedź architekta.

A cały ten wstęp architektoniczny był ku temu aby wyjaśnić, że taki właśnie „szklany” dom, położony na pustkowiu w prowincji daleko od Londynu, stanie się miejscem wydarzeń, o których czytałam w tej książce.

Bohaterką i narratorką jest Nora, Leonora,która chce aby mówić do niej Nora, której losy poznajemy częściowo współcześnie a częściowo cofając się parę dni wstecz gdy Nora przybywa do szklanego domu wraz z koleżanką ze szkoły, Niną. Nina została zaproszona na ślub wspólnej koleżanki jej i Nory, Clare. Nora zaś zaproszona została jedynie na wieczór panieński Clare. Dziwna sytuacja i dziwne rozwiązanie. Po co Clare, z którą Nora nie widziała się aż dziesięć lat i z którą nie utrzymywała żadnego kontaktu, miałaby zapraszać ją akurat teraz na swój wieczór panieński? Nora nie ma ochoty jechać na to dziwnie zaaranżowane spotkanie po latach ale Nina namawia ją i w rezultacie zjawiają się w piątek w szklanym domu położonym daleko w lesie, z dala od głównej szosy. Osób zostających na weekend w domu będzie niewiele, grono kameralne, składające się z sześciu osób. Flo, organizatorka imprezy to największa obecnie przyjaciółka Clare. Nora i Nina to znajome Clare ze szkoły. Dochodzą jeszcze Melanie, znajoma ze studiów i Tom, znajomy z teatru, w którym pracuje Clare. 

Od samego początku atmosfera będzie dziwna. Szóstka ludzi wzajemnie zna się częściowo, że się tak może nieelegancko wyrażę. Nigdy nie tworzyli jednej zgranej paczki czy przynajmniej grona znajomych więc trudno jest im znaleźć wspólne tematy do rozmowy. Melanie jest matką, która pierwszy raz zostawiła z ojcem swojego półrocznego synka i więcej skupia się na tym, że w domu nie ma zasięgu dla żadnej sieci telefonii komórkowej niż nad zabawą. Działa telefon stacjonarny ale i on od pewnego momentu zawiedzie. Dom jest urządzony w stylu minimalistycznym, wydaje się być chłodny i nieprzyjemny, na pewno nie sprawia miejsca gościnnego i takiego, w którym miło spędza się czas. Dom odpycha jakby chciał ostrzec szóstkę ludzi przebywających w nim, że stanie się dla nich miejscem niebezpiecznym jeśli nie pułapką. Na pewno uczucie grozy i nieprzyjemną atmosferę wzmaga wisząca na ścianie strzelba. I chociaż nie jest podobno nabita a ciotka używa jej do strzelania ślepakami aby przegonić zwierzynę, nie nadaje atmosferze i nastrojowi ciepła. 

Flo , ogarnięta niemal obsesją urządzenia najlepszego na świecie wieczoru panieńskiego dla najlepszej na świecie przyjaciółki, jakby tego nie zauważała, że zabawa się nie klei. Organizuje a to zagadki a to popijawę, w czasie której korzysta się nie tylko z alkoholu ( i to w nadmiarze) a to wypad na strzelnicę, gdzie towarzystwo po odpowiednim przeszkoleniu ma strzelać  do rzutków. Nic się nie klei, Flo zachowuje się dziwnie gdy ktokolwiek z towarzystwa ośmiela się zakwestionować jej pomysły na „najlepszy wieczór panieński” i ogólnie my jako czytelnicy nic tylko czekamy, co złego się wydarzy. Bo, że nic dobrego, tego jesteśmy pewni. 

I staje się zło, a potem jest już tylko tocząca się lawina i następstwa zła. 

Owszem, mogę się „przyczepić” do tego i owego. Że te motywy już znam, że znów młoda kobieta, która budzi się w szpitalu z zanikiem pamięci (odnoszę wrażenie, że w Wielkiej Brytanii wybudowano specjalny oddział ratunkowy dla ofiar thrillerów brytyjskich autorów:) ) ale nic nie poradzę na to, że mnie ta książka ogromnie wciągnęła i że z chęcią sięgnę po kolejną książkę tej autorki, o której wspominałam na początku tej recenzji. Podobała mi się klaustrofobiczna atmosfera książki, zamknięty dom, ścisły i kameralny krąg podejrzanych. To tworzyło atmosferę tej książki. 

Moja ocena to 5 / 6.

„Moje wielkie ruskie wesele”. Anna Mandes-Tarasov.

Wydana w Wydawnictwie Edipresse. Warszawa (2017). Ebook.

Za co kocham książki? Za to, że przenoszą mnie w inny świat? Że dzięki nim podróżuję niemal fizycznie zwiedzając opisywane miejsca ale również poznaję innych ludzi z ich innymi poglądami, stanowiskami, zaletami i wadami. Za to, że czasem czytam jakąś książkę i „klik!” po prostu „zaskakuje”, tak, że myślę sobie „O, z tą babeczką to wybrałabym się na kawę bez dwóch zdań”. Tak właśnie było podczas tej lektury z nieco przewrotnym ( i wiem, że niektórych nieco odstraszającym ) tytułem. 

Jak się stało, że w ogóle sięgnęłam po tę książkę? Przyznaję się, że zupełnie przypadkiem. W zeszłym roku przeczytałam na „Książka zamiast Kwiatka” interesującą recenzję tej książki autorstwa Grażyny Strumiłowskiej i to właśnie ta recenzja spowodowała, że nabyłam ebook. Zaczęłam czytać ale…coś wtedy nie zaskoczyło a może nagle pojawiła się jakaś inna książka, która wciągnęła. Szczerze, zupełnie nie pamiętam. Ale teraz, kiedy Indridason zaczęty („Czarne powietrza”, które zaczęłam, nie szły i porzuciłam)  nie poszedł mi zupełnie i szukałam czegoś do czytania, spytałam na stronie mojego blogu na Fb o radę, podając kilka tytułów. I dwie osoby głosowały za tym tytułem więc do niego wróciłam i…to był niesamowicie udany powrót. 

Książka napisana jest z wielkim poczuciem humoru. Wiele razy naprawdę bardzo się śmiałam. Podobało mi się, że pomimo, że niektóre dane autorka zmieniła, to widać, że faktycznie „Moje wielkie ruskie wesele” jest oparte na własnych doświadczeniach autorki. Jesteśmy w podobnym zdaje się wieku i świetnie czytało mi się najwcześniejsze części książki z opisem rzeczywistości po przełomie ustrojowym gdy runął świat komunizmu a świat kapitalizmu z dnia na dzień stanął przed nami otworem. Tak się interesująco zdarzyło, że akurat w pierwszą podróż zagraniczną wybrałam się do Francji. Nie do samego Paryża ale wyprawa do Paryża wtedy owszem, była. 

Anna w okresie transformacji ustrojowej zyskuje szansę wyjazdu na zagraniczny staż. Trafia do Paryża. Tam poznaje innych rówieśników z krajów byłych Demoludów. Z którymi dziwnym trafem jest jakiś lepszy kontakt niż z rówieśnikami z Francji. 

Na wyjeździe poznaje szerokie grono młodzieży, w tym osoby z byłego ZSSR. Misza to jedna z tych osób, którego to Anna pozna zresztą w dość niezwykłych okolicznościach. 

Ich związek jednak jakby nie dość z góry naznaczony historycznymi traumami, zostanie po raz kolejny wystawiony na próbę gdy Anna wróci do Polski po tym jak po zamachach na WTC o powrót do Polki poprosi ją mama. 

No ale już sam tytuł szczęśliwie zapowiada, że gdzie w grę wchodzi miłość , tam szczęśliwie nie takie rzucane kłody pod nogi nie mają szansy zostać zniszczone. I do wesela Polki i Rosjanina dojdzie. Do samego czasu wesela jednak będzie i trudno i śmiesznie, i skomplikowanie i zabawnie. Szykowanie się do ślubu z obcokrajowcem to wyzwanie a dodatkowo wiadomo, że każdy chce aby ten dzień był jednak ładny i niezapomniany. 

Co mi się podobało w tej książce to styl autorki, który przypomniał mi pierwsze lata po upadku komunizmu w Polsce, przywołał trochę wspomnień z mojej pierwszej wyprawy do Francji. Niesamowicie przyjemne też jest w niej to, że Paryż i Moskwa (głównie jednak Paryż) są równorzędnymi bohaterami książki. Ja na przykład pomagając sobie internetem popodróżowałam sobie Paryżem śladami Anny i Miszy. I nawet podczas tej podróży chyba znalazłam ładny i zadrzewiony skwerek, który pamiętam z naszej wyprawy do Paryża chyba już dziesięć lat temu. 

Z kolei opisy krótkiego i intensywnego pobytu Anny w Moskwie umilał mi chichot bowiem opis i perturbacji wszelakich ale nadto „złośliwych ciotek” zostanie w mej pamięci na długo. Zwłaszcza opis zakupu sera holenderskiego kiedy się chciało ser szwajcarski (bądź na odwrót).

Tak, ta książka jest po prostu fajna. Obyczajówka z elementami biograficznymi, bezsprzecznie. Z opisanymi miłymi ludźmi, którzy się wspierają i pomagają sobie kiedy potrzeba. Z poczuciem humoru, takim jakie lubię. Jest też szczęśliwa miłość mająca urocze zakończenie. No i nawet dla takiej biżuteryjnej sroki jak ja znalazł się malutki bonusik w postaci opisywanego pewnego starego i ważnego pierścionka ze szmaragdem. 

Bardzo mi się podobała ta książka i cieszę się, że wróciłam do jej lektury. Polecam. 

Moja ocena to 6 / 6.

Światowy Dzień Książki…

…i Praw Autorskich dziś obchodzimy. Dla miłośników książek żadna to nowina 🙂 ale na pewno warto jest wypatrywać promocji i zachęt książkowych w księgarniach czy to stacjonarnych czy ebookowych. Ja w każdym razie zamierzam trzymać rękę na pulsie, o ile czas mi na to pozwoli 🙂

Czego życzę sobie i Wam w tym dniu? Życzę samych dobrych książek. Takich, które coś nam dadzą/ I to „coś” szeroko rozumianego. Czasem wiedzę, czasem zwykłą rozrywkę i śmiech. Czasem rumieniec , czasem zadumę, czasem strach, czasem możliwość pogłówkowania nad tym kto jest sprawcą. Czasem zaś lirykę i wzruszenie.  Czasem przeniosą czy to w regiony, w których byliśmy  i do których taki książkowy powrót jest miły naszemu sercu, czasem zaś w miejsca całkowicie nowe, ba! w takie, w które wiemy, że raczej nigdy nie uda się nam dojechać, dolecieć, po prostu, nie trafimy tam. Książki są cudowne, zauważcie, prezentują nam i darują całkowicie same siebie (nie chcąc nic w zamian!) i wachlarz najrozmaitszych doznań.

Kochane Książki, dziękuję, że jesteście. 

W tym dniu dziękuję też wszystkim autorkom i autorom , i tym, których znam (osobiście, ha!) i tym, których nigdy nie poznam. Pisząc książki ubogacacie niewymiernie mój świat, moje życie.

Dziękuję też tłumaczom. Tak tak. To często Wy tworzycie książkę wręcz na nowo. A na pewno tłumaczka czy tłumacz są współautorami książek. 

Osobne życzenia składam zaprzyjaźnionym Wydawczyniom, Wydawcom, Wydawnictwom i właścicielom księgarni czy sieci wydawniczych. Udanej współpracy i samych dobrych książek do wydawania.

Jeszcze inne życzenia kieruję do blogerów książkowych. Życzę Wam udanych lektur, kierowania się podczas wyborów własnym zdaniem a nie tym, co wypada, co trzeba, bo modne. Czytajcie to, co Wam sprawia przyjemność, nie miejcie oporów przed porzuceniem książki, która Wam nie idzie. Szkoda życia i czasu na nieudane lektury. Zatem życzę jedynie samych wspaniałych książek. 

No dobrze, a teraz pytanie, które jest dziś w tak wielu miejscach ale będzie i tu. W jaki sposób uczcicie ten dzień? Ja zaczęłam od wyboru książek (jeszcze poszukam ale teraz na początek ) do akcji, w której przedszkole Jasia bierze udział kolejny rok z rzędu czyli akcji „Zaczytani” (znajdźcie w necie hasło Zaczytani.org ) . 

A sama poczytam dziś i mam nadzieję, że uda mi się skończyć książkę, którą czytałam w czasie weekendu czyli „Moje wielkie ruskie wesele” Anny Mandes-Tarasov. Którą to nawiasem mówiąc, polecam 😉 Jeśli nie przeszkodzi mi burza, zamierzam odwiedzić zaprzyjaźnioną kameralną księgarnię na lokalnym bazarku i kto wie, może skorzystam z jakiejś promocji. 

Miłego dnia i udanego świętowania.  

 

„Monsieur Jean szuka szczęścia”. Thomas Montasser.

Wydana w Wydawnictwie Świat Książki. Warszawa (2017). Ebook.

Przełożyła z niemieckiego Magdalena Jatowska.

Tytuł oryginalny Monsieur Jean und sein Gespür für Glück.

O poprzedniej książce tego nieznanego chyba raczej w Polsce autora (czy jakaś dobra dusza mogłaby mi napisać czy autor jest Niemcem czy Szwajcarem? ) pisałam w tym tu oto wpisie.

Wtedy podsumowałam jego książkę mianem „bajki dla dorosłych”. Nie zmieniam zdania w odniesieniu do tej książki , którą teraz czytałam. 

„Monsieur Jean szuka szczęścia” od pierwszych stron skojarzył mi się z jednym z moich ulubionych filmów, czyli „Amelią”. Tylko w książce młodziutką , stojącą dopiero na progu życia Amelię zastępuje emerytowany hotelowy konsjerż, który kilkadziesiąt lat pełnił wytrwałą i solidną służbę w jednym z najbardziej ekskluzywnych hoteli w Zurychu. 

Monsieur Jeana poznajemy w chwili, gdy zostaje odesłany na emeryturę. Z dnia na dzień musi on przestawić się z nocnego trybu życia na dzienny gdyż do tej pory miał stałe, nocne zmiany. Odkrywa na nowo świat, miasto, w którym spędzał tyle czasu, i życie kamienicy, w której mieszka. Poznaje nowych sąsiadów i jeszcze lepiej poznaje starych, dobrych znajomych. A że monsieur jest życzliwym i dobrym , serdecznym człowiekiem, nie dziwi nas, że otoczony jest dobrymi ludźmi. Którzy kiedy zwróci się do nich o pomoc, nie zawahają się mu pomóc.

Monsieur Jean prowadził dzienniczki, w których „coś” zapisywał. Podejrzewam, po lekturze, że spisywał sprawy i konflikty, nieporozumienia, które chce wyprostować. Albowiem po przejściu na emeryturę Jean Picard zajmie się pomaganiem innym. Galeria postaci, która przewija się koło niego jest ciekawa i barwna. Są tam i osoby ongiś sławne a których obecnie sława mocno jest przyćmiona ale również zaczynające dopiero pracę osoby. Moją ulubioną postacią jest Ana, młoda kobieta , która chce zrealizować swoje dawne marzenie. Czyli otworzyć kafejkę, coś na kształt francuskiego bistra. I to jej się i udaje i nie udaje jednocześnie. Ale w odpowiednim momencie do akcji wkroczy monsieur Jean. 

Troszeczkę jednak zbyt bajkowa jest ta książka, trochę zbyt wszystko układa się całkowicie idealnie. Jak dobrze Wiecie, sama bardzo ale to bardzo lubię opowieści ze szczęśliwymi zakończeniami i do tej nic specjalnie nie mam , czytało mi się ją bardzo dobrze i lepiej niż poprzednią książkę autora. Ale jednak zabrakło mi czegoś, jakiegoś wyróżnika, który sprawiłby, że ta akurat książka wśród innych w jakiś specjalny sposób jednak by się wyróżniała i dała zapamiętać bardziej niż jedynie „książka o dobrym i serdecznym starszym panu, który postanowił pomagać innym i mu się to udało”. Za brak owego wyróżnika moja ocena jest jaka jest a jest nią 4.5 / 5.

 

„Charlie i fabryka czekolady”. Roald Dahl.

Wydana w Wydawnictwie Znak. Kraków (2016). Ebook.

Przełożyła Magda Heydel. Współpraca Wanda Heydel.

Tytuł oryginalny Charlie and the Chocolate Factory.

Lektura czytana rodzinnie, czyli na głos Jasiowi ale przyznam, że była ciekawa dla nas wszystkich. Jednym słowem, wciągnęliśmy się i zaczęliśmy drugą część, co świadczy o tym jak bardzo nam się podobała ta książka. 
„Charlie i fabryka czekolady” to opowieść, w której poznajemy małego Charliego Bucket, który mieszka wraz z rodzicami i czwórką dziadków nie opuszczających łóżka w skromniutkim dwuizbowym domu. Jest to rodzina uboga , z tych jednak, dla których liczą się w życiu inne niż materialne wartości. Dlatego Charlie nie narzeka, że nie może sobie pozwolić na czekoladę tak często jak jego koledzy. A docenia to, że otrzymuje ją raz w roku z okazji swoich urodzin. A najlepsza jest czekolada produkowana w fabryce pana Willy’ego Wonki, który był nie tylko producentem czekolady co jej twórcą, mistrzem, artystą w tej słodkiej dziedzinie. 
Charlie mieszka nieopodal fabryki i każdego dnia idąc do szkoły i wracając z niej może przynajmniej powąchać wspaniały zapach słodkości dobiegający z fabryki. Ale nawet w najśmielszych marzeniach nie sądzi, że uda się mu odwiedzić czekoladowy przybytek.

Pewnego dnia media ogłaszają elektryzującą wiadomość, oto w ramach promocji i reklamy Willy Wonka oznajmił, iż do tabliczek czekolady produkowanych w jego fabryce zostały dodłożone złote kupony. Konkretnie jest ich pięć. Znalazcy kuponów będą tymi szczęściarzami, którzy będą mogli odwiedzić fabrykę.

Jak się domyślamy, w końcu nie byłoby książki gdyby nie ten fakt, Charlie będzie jednym z pięciorga dzieci, które mogą odwiedzić fabrykę wraz z opiekunami. Charlie idzie tam z jednym z dziadków. I wraz z czwórką innych szczęściarzy, Augustusem Gloopem, Verucą Salt, Violet Beauregarde i Mike’m Teavee zwiedzi niezwykłą i pełną niesamowitych sprzętów i zakamarków oraz niezwykłych pracowników fabrykę. 

Będzie się podczas tej wycieczki działo, oj będzie. Mnie akurat średnio podobało się, że wśród dzieci oczywiście jedynie Charlie był miły i sympatyczny, a pozostałe dzieci zostały sportretowane jako niewdzięczne i rozwydrzone dzieciaki 😦 Nie przepadam za takim czarno białym przedstawieniem świata, w książkach dla dzieci tak, bo skąd potem jako dorośli mają wiedzieć, że właśnie świat nie jest naprawdę czarno-biały? No ale tu odpuszczam. Wiem, że chodziło o podkreślenie wad i zaznaczenie, że tak naprawdę w życiu liczy się miłość rodziny, ciepło domu a także, jak ważną rolę w życiu dzieci mają odegrać i mam nadzieję że w życiu mojego Syna tak jest, odgrywają książki.

Nie sięgnęłabym po nią pewnie akurat teraz, ale Jaś zażyczył sobie tę książkę bo w przedszkolu słuchają audiobooku i jest nim zachwycony. Ale sięgnęłam i jestem zadowolona.
No i co miłe, oczywiście jest szczęśliwe zakończenie całej historii. Polecam. 

Moja ocena to 5 / 6.

 

„Tu i teraz”. Aneta Grabowska.

Wydana w Wydawnictwie WasPos.  Warszawa (2018). Ebook.

„Tu i teraz” to książka obyczajowa, która rozpoczyna się w chwili gdy kobieta , na razie bez imienia, bez dokumentów, bez torebki, bez obrączki na palcu,  orientuje się, że nie wiedząc co się stało, znalazła się na jakiejś podmiejskiej drodze. Obolała, z guzem na głowie. Wsiada do pierwszego lepszego autobusu i odjeżdża. Nie w siną dal ale w Bieszczady. Gdzie korzysta z pomocy nieznajomego młodego mężczyzny, Łukasza jak się potem okaże. Łukasz mieszka z babcią Anielą, która go wychowała i nie dowierza kobiecie, której pomógł. Nie dowierza jej bowiem kobieta twierdzi, że …nic nie pamięta. Mimo tego, że wnuk nie wierzy młodej kobiecie, babcia daje jej schronienie. Biorąc ją pod skrzydła nadaje też imię, Majka, wierząc, że amnezja jednak prędzej czy później ustąpi. 

Łukasz nie jest takim optymistą jak babcia, nie wie dlaczego Majka uciekała a tak właściwie to wyglądało, jakby przed kimś czy przed czymś uciekała. Najchętniej jednak udałby się na policję i wyjaśnił sprawę, jednak babcia Aniela namawia go aby dali jej czas i aby sprawy ułożyły się bardziej spokojnie. 

Majka mieszka wiec z Anielą i Łukaszem, z czasem pomagając im prowadzić rodzinny interes, jakim jest bar w turystycznej bieszczadzkiej miejscowości. I z czasem zakochuje się w Łukaszu, z wzajemnością. Ponieważ chce aby ten związek miał silne podstawy, musi jednak wreszcie wyjaśnić kim jest co robiła na skraju drogi. No i w tym momencie okazuje się, że los nie jest taki łaskawy dla tych dwojga. Czy ta miłość będzie miała siłę aby pokonać przeciwności i czy Majka i Łukasz będą razem? Nie zdradzę.

Niestety, mnie ta książka nie zaskoczyła, dla mnie była przewidywalna ale być może to po prostu moje odczucie i komuś spodoba się bardziej. 

Moja ocena to 4 / 6.

„Ktoś ci się przygląda”. Katarzyna Misiołek.

Wydana w Wydawnictwie MUZA. Warszawa (2018).

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Uprzedzam, będę chwalić ! 🙂 Uprzedzam bo może to kogoś irytować, że tym razem będę właściwie całkowicie na „tak”. Wiem, jakie to modne ponarzekać , poprzypinać się , ja też czasem do czegoś się przyczepiam, nie mówię, że nie. Ale w tym przypadku tak nie będzie. Bowiem książka „Ktoś ci się przygląda” okazała się książką, od której naprawdę i bez przesady , nie mogłam się oderwać ! Niesamowicie mnie wciągnęła. 

Po pierwsze, okładka, projekt Izabelli Marcinowskiej. Zdjęcie fragmentu kobiecej twarzy, w okularach przeciwsłonecznych, w których jednego szkle odbija się fragment jakiegoś rynku z niskimi kamienicami. Zdjęcie twarzy jest czarno białe a litery tytułu (ale tylko tytułu bo imię i nazwisko autorki jest w kolorze czarnym ) są w barwie pomarańczowej. Nie ukrywajmy, ten kontrast pomaga zwrócić swoją uwagę w księgarni kiedy przechadzamy się wodząc wzrokiem po półkach i licząc, że coś dobrego wpadnie nam w oko. Poza tym, co lubię, według mnie, oczywiście, ta okładka niezwykle pasuje do treści książki i do klimatu w niej opisanego. A klimat jest taki, nie przesadzę, że podczas całej lektury miałam dosłownie ciarki podczas czytania książki. A efekt był taki, że gdy wyszłam z domu podejrzliwie oblukałam wszystkie kąty korytarza i po wyjściu na dwór zerkałam przez chwilę podejrzliwie na przechodniów. 
Po raz kolejny też zachwycam się tym, że autorka nie musi pisać książek „grubasów” jak ja to nazywam aby było ciekawie i aby książka nas wciągnęła. Tu jest 319 stron i jest tyle ile potrzeba.

To pierwszy zachwyt a drugi, proszę, niech ktoś z tej książki stworzy scenariusz i niech powstanie film. BEZ znanych twarzy, najchętniej z mało znanymi a dobrymi aktorami. Toż to się aż prosi o ekranizację, naprawdę.

Anna Iwańska to samotnie wychowująca pięcioletniego syna, Dominika, mama. Pracuje na uczelni, jako, że jest specjalistką od szeroko pojętego PRu. Na uczelni wykłada , pisze książki branżowe , a w każdy piątek ma nocną audycję w jednej ze znanych krakowskich audycji radiowych jako, że mieszka w Krakowie. Audycja nosi tytuł „Randka w ciemno” i polega na tym, że do Anny dzwonią osoby opowiadające o swoich randkach w ciemno, które a to wyszły a to się nie powiodły. I jak to bywa w takich przypadkach , różni ludzie dzwonią, zwłaszcza, że to audycja nocna, różni są też miłośnicy audycji na profilu audycji prowadzonej w pewnym miejscu społecznościowym. Co wyjdzie na jaw niebawem. 

Annę poznajemy w trudnym dla niej momencie. Od czterech lat rozwiedziona, nie potrafi do końca uporać się ze swoją po rozwodową traumą. Stara się jednak jak może, tym bardziej, że na niej spoczywa wychowanie pięcioletniego przedszkolaka. Anna ma oparcie w swoich znajomych, w tym w przyjaciółce Majce, również rozwódce. Która pomaga jej w trudnych chwilach, zwłaszcza gdy synek Anny jeździ co drugi weekend do ojca, który założył nową rodzinę. 
Tata Dominika, były mąż Anny, ożenił się ponownie z Natalią i mały Dominik chętnie spędza czas w nowym domu ojca i jego żony.

Tak czy inaczej, Anna niby dopiero? już? cztery lata po rozwodzie a wciąż nie bardzo dała sobie z tym radę. Bywają lepsze dni ale trudne są zwłaszcza noce, których Anna nie jest w stanie przespać dobrze. Nocami śnią się jej koszmary a nie pomaga fakt, że w Krakowie grasuje zboczeniec, nazywany przez media „Krwawym Romeem”, który wdziera się do domów kobiet, które daną nocą są w domach same. 

A Anna mieszka sama. Cóż, jej przyjaciółka mieszka w kamienicy dość blisko, a druga znajoma w połowie bliźniaka po drugiej stronie ulicy, gdzie sąsiaduje z uczynnym i bardzo chętnym do pomocy przy dzieciach, sąsiadem Arturem ale jednak nie zmienia to faktu, że większość dnia i nocy Anna w domu jest sama lub z pięcioletnim synem. 

I właśnie w takim momencie, gdy dziecko jest na weekendzie u taty, a Anna postanawia wziąć relaksującą kąpiel , do jej domu ktoś wchodzi. Nie, nie włamuje się. Wchodzi używając dobrze dopasowanego kompletu kluczy. Spanikowana Anna płoszy intruza , wzywa oczywiście policję i zaczyna się w jej życiu koszmarny okres oczekiwania na następny krok kogoś, kto najwyraźniej ma ją na oku. Jest rozdygotana i przestaje trzeźwo myśleć. Policja spisuje zeznania, zostawia radę o zmianie zamków i przede wszystkim założeniem krat w starych i niezbyt dobrych już oknach i opuszcza Annę. A u niej zaczyna się gonitwa myśli a przede wszystkim „kto wszedł do jej domu?”. A wraz z upływem czasu i kolejnymi wydarzeniami, krystalizuje się pytanie „kto ją prześladuje?”.

„Kandydatów” na prześladowcę jest dość sporo kiedy Anna na spokojnie zaczyna się nad tym zastanawiać. Czy jest to wypisujący obsceniczne emaile „fan” prowadzonej przez nią audycji radiowej? Czy jest to student, z którym miała niepotrzebny ale jednak, romans i który rozstanie zniósł wyjątkowo źle? Czy może jest to ktoś jeszcze inny? Może osoba z dawno niewspominanej przeszłości, syn dawnej znajomej, który zrobił coś niewybaczalnego podczas spotkania na grillu w domu owych znajomych? A może jest to niesympatyczny i kłócący się z matką syn Tamar, gruzińskiej gospodyni, która przychodzi do Anny w piątki, gdy ta musi udać się do radia?
Tymczasem pojawia się coraz więcej znaków , że Anna jest obserwowana. Przepiękne kwiaty z karteczką „Lubię na ciebie patrzeć, kiedy śpisz” , karteczka z wulgarnym rysunkiem znaleziona na katedrze uczelni, na której wykłada bohaterka, tajemnicze telefony z nieznanego numeru, w czasie których słychać jedynie oddech, pojedynczy kwiat z karteczką z dziwnym tekstem wciśnięty za wycieraczkę.  

Katarzyna Misiołek fantastycznie oddała stan ducha i emocji osoby prześladowanej. Początkowo i w sumie potem też, Anna mnie irytowała swoją nie tyle biernością co może faktem, że zamiast zwrócić się do Policji o wsparcie, prowadziła śledztwo na własną rękę. A przecież, co podkreślała wielokrotnie, bała się nie tylko o siebie a może przede wszystkim o najważniejszą osobę w jej życiu, syna Dominika. Z którym zresztą też zaczęły dziać się niedobre rzeczy, o czym informowała ją wychowawczyni w przedszkolu syna. 

Tak więc czytając tę książkę towarzyszymy Annie w jej śledztwie, w analizowaniu jej podejrzeń co do tego, kto może być jej prześladowcą. Nie pomaga fakt zboczeńca włamującego się do domów samotnych bądź w danej chwili samych kobiet bo kobieta nie wie do końca czy nie jest kolejną upatrzoną „ofiarą” tego przestępcy.

Ale Anna irytowała mnie właśnie tym, że poszła zbyt późno na policję, gdzie zresztą spotkała bardzo mądrą i oddaną podkomisarz, która wcale nie zlekceważyła Anny i nie potraktowała jej jako „rozhisteryzowanej paniusi”. Jednak potrafię zrozumieć zachowanie Anny o tyle, że myślę, że idealnie wpasowało się w obraz osoby dość bezwolnej, może zmęczonej swoją dotychczasową sytuacją życiową, w tym po prostu czującej się jednak dość samotnie aby trzeźwo i zdecydowanie umieć działać w takiej sytuacji. 

Rewelacyjnie opisany jest stan, w którym powoli zanurza się bohaterka. Strach, lęk, obawa, narastające poczucie zagrożenia, to wszystko prowadzi już do tego, że zaczyna się ona zastanawiać czy nie zaczyna wariować. Każdy wydaje jej się podejrzany. I ślusarz wezwany do wymiany zamków (wszak ulotkę o jego zakładzie znalazła w swojej własnej skrzynce pocztowej), i mężczyzna stojący przed przedszkolem, i chłopak w sklepie, który niezdarnie ją podrywa. Nic już nie jest pewne i każdy , z czasem nie tylko mężczyzna, staje się dla Anny podejrzany. Czytamy o tym co się dzieje w życiu bohaterki a atmosfera grozy narasta, zagęszcza się. To się naprawdę czuje aż do spektakularnego finału. Dodatkowo ze swoimi problemami Anna jest całkowicie sama. Swoją samotność odczuwa w takich chwilach o wiele bardziej. Najwyraźniej ktoś, kto obrał ją za cel , doskonale zna jej sytuację i o tym wie. Ale kto to jest? I czy Annie uda się obronić siebie, syna a przede wszystkim czy nie stanie się coś najgorszego?

Bardzo polecam tę książkę, uprzedzam jedynie, że naprawdę podczas lektury można odczuć emocje Anny, nie jest lekko, zwłaszcza gdy jej niepokój potęguje się a wraz z tym kobieta traci właściwą ocenę sytuacji. 

Moja ocena to 6 / 6.

„Nocna runda”. Lee Child.

Wydana w Wydawnictwie Albatros. Warszawa (2018). Ebook. 

Przełożył Jan Kraśko.
Tytuł oryginalny The Midnight Line. 

Pozostawiam Jacka Reachera kierującego się autobusem w kierunku stanu Kansas, gdzie zamierza odnawiać domy po tornadzie aby stwierdzić, że może się uda mu trochę odpocząć po kolejnej akcji. W „Nocnej rundzie” bowiem znów nie próżnował. Jack Reacher, ten wielki mężczyzna, który być może nieco „oszukuje” swoim wyglądem (niektórzy zapewne sądzą, że potężny nie oznacza „szybki” a tu zaskoczenie 🙂 ) to jak nazywam nieco żartem (ale tylko nieco) „serduszko na dłoni, obrońca wdów i sierot”.

Gdzie się nie da tam bez problemu da radę Reacher. Założycie się?

W „Nocnej rundzie” Reacher przemieszcza się głównie na terenie leżącym w stanie Wyoming. Dlaczego tam w ogóle trafia? A bo to Jack Reacher musi mieć jakiś powód? No, tak, macie rację, Jack Reacher musi mieć jakiś powód. Tym razem powodem jest damski sygnet kupowany na zakończenie West Point. Który to sygnet znajduje zupełnie przypadkiem w lombardzie, w którym znalazł się na chwilę i właściwie bez powodu. Jednak jak się okazuje, najwyraźniej kroki zawiodły Reachera właśnie do owego lombardu aby kupił ów sygnet. I aby jak to on, zainteresował się dlaczego jakaś kobieta, która ukończyła tę uczelnię sprzedała taką cenną niewątpliwie dla niej pamiątkę. Rusza więc aby odnaleźć kobietę. To żadne zawodowe interesy (nawet jeśli związane z zawodem , którego Jack Reacher już nie wykonuje). To sprawa czysto osobista.

A gdy Reacher czymś się zainteresuje, to nie ma zmiłuj. A jeśli do tego Reacher odkrywa, że za ową sprzedażą idzie w parze coś zupełnie poważnego niż chęć otrzymania dodatkowych pieniędzy  to już w ogóle wszyscy źli panowie powinni poważnie rozważyć wyprawę do innego stanu. A najlepiej na Księżyc. 

Lee Child ma świadomość, że udało mu się stworzyć bohatera idealnego. Ale jest też realistą i wie, że ów bohater zwyczajnie i po ludzku się starzeje. Oto więc od pewnego czasu Child proponuje Reacherowi pomocników. Nie musi więc Reacher pokonywać praw fizyki a działa wspólnie z kimś, z kim udaje mu się stworzyć zespół bardzo sprawny. Nie inaczej jest w tym przypadku. Jack Reacher będzie współpracował z siostrą właścicielki sygnetu i prywatnym detektywem. Czy takie wspólne działanie ma szansę powodzenia w przypadku takiego indywidualisty jakim jest Reacher? Okazuje się, że jak najbardziej tak.

Dodatkowo zauważam, że wraz z upływem czasu problemy, którymi zajmuje się Reacher są coraz bardziej poważne i z silniejszym emocjonalnie kalibrem. Były już rozwiązywane sprawy związane z molestowaniem dzieci, były specyficzne filmy kręcone w sekrecie i konsekwencje tychże, teraz autor podaje swojemu bohaterowi kolejny poważny i mające szereg konsekwencji problem. To dobrze, że Reacher po trochu ewoluuje z osiłka i zabijaki do osiłka i zabijaki w coraz ważniejszych i poważniejszych intencjach. 
Widziałam opinie, że ta książka nie każdemu się podobała. Mnie odwrotnie, podobała się bardzo. Wciągnęłam się w nią niesamowicie i z niecierpliwością czekam na dalszy ciąg przygód Jacka Reachera.

Moja ocena to 6 / 6. 

Nie wiem czy Wiecie, ale 25.04 w Empiku w warszawskim Centrum Handlowym Arkadia o godzinie 18.00 odbędzie się spotkanie z Lee Childem. 

„Życie bez ciebie”. Katie Marsh.

Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Warszawa (2018). Ebook.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Przełożyła Magdalena Moltzan-Małkowska. 

Tytuł oryginalny A Life Without You.

Spłakałam się przy tej książce okrutnie. A że kończyłam ją nocą, stało się tak, że poduszka była mokra od łez , pomimo że zapobiegawczo w ręku miałam chusteczkę do otarcia łez. Dużo, dużo emocji było we mnie podczas calutkiej lektury tej książki.

Zoe Whittaker poznajemy w jednym z najważniejszych dni jej życia , w dniu jej ślubu z Jamie. Mimo, że Zoe kocha Jamiego, w dniu ślubu na chwilę przed złożeniem przysięgi małżeńskiej jest dziwnie nerwowa i niepewna. Coś nie daje jej spokoju. Zapewne nie fakt, że z własną mamą nie widziała się z dekadę i do tego stopnia kontakt z Giną nie było jej potrzebny, że nie zaprosiła jej na własny ślub. Dziwne jednak jest to, że w chwili gdy siostry Zoe, Lily, dzwoni przyjaciółka matki nic niewiedząca na temat ważnego dnia i prosi o pomoc w sprawie matki kobiet, Zoe stawia wszystko na jedną kartę. Nie składa małżeńskiej przysięgi a jedzie ubrana w suknię ślubną ratować z opresji mamę. 

Relację kobiet poznajemy nielinearnie i dwutorowo. Ze wspomnień Zoe, które nagle pod wpływem wydarzeń, zaczynają tłoczyć się w jej głowie , jak również z listów, które do swojej pierworodnej córki Zoe co roku na jej urodziny pisała do niej jej mama. 
Żona żołnierza, musiała przywyknąć, że najczęściej wraz z córką a potem z dwiema, jest sama. Nie było jej to na rękę zarówno to jak i ciągłe zmienianie miejsc zamieszkania. Ale początkowo ich rodzina była udaną, początkowo Gina sądziła, że uda się ten dobry obraz ich wraz z Zoe i Lily utrzymać na zawsze. Potem jednak stało się inaczej. Poznając Zoe i Lily nie wiemy co wydarzyło się w życiu Zoe i co stało się z początkowo bardzo dobrymi relacjami matki i córki. Co zburzyło te dobre więzi i relacje do tego stopnia, że Zoe nie chciała widzieć mamy na własnym ślubie. 

Z czasem jednak dowiemy się co tak naprawdę wydarzyło się w życiu tych kobiet i tej rodziny. Zoe rzuci swoje oskarżenia i złość w kąt jako, że szybko okazuje się, że Gina cierpi na nieuleczalną i bardzo szybko postępującą chorobę. Chorobę, która zabierze im wkrótce wszystko to, co kiedyś je kształtowało. Trzeba więc się spieszyć. 
Zoe wielokrotnie zastanawia się dlaczego w ich życiu stało się to co się stało. I z czasem obwiniać się będzie o to, że jej żal górował nad tym, co najważniejsze i o czym tak naprawdę wiedziała zawsze, że jej mama kocha ją niewyobrażalnie silnie i że zawsze będzie po jej stronie. 

Źle żyje się bez mamy, do tego wniosku dojdzie wkrótce sama Zoe, która obwiniać się będzie o to, że tak naprawdę sama w rezultacie doprowadziła do wykluczenia z własnego życia, z wydarzeń dla niej istotnych osoby, która kochała ją i zawsze będzie kochać. Dopóki się da, dopóki nie zawiedzie jej pamięć. 

Choroba Alzheimera, ta diagnoza budzi zawsze w ludziach lęk, obawę i strach przed tym, kim się staną z czasem gdy ich pamięć zacznie zawodzić na całego. Gina z czasem nie tylko zapomina o różnych rzeczach, czy nazw przedmiotów. Zaczyna mieć lęki i z chwili na chwilę z osoby, która brała życie za rogi, staje się podległą innym osobą, która dodatkowo może stanowić dla innych lub dla samej siebie zagrożenie. 

Mama Zoe pisząc do niej listy jakby przeczuła to, co się stanie w przyszłości. Jakby założyła, że w życiu zdarzają się rozmaite sytuacje i kto wie być może jedynym przekaźnikiem tego co działo się w przeszłości Zoe i Lily staną się pisane przez nią w dniu urodzin Zoe listy. 

Przeszłości nie da się całkowicie pogrzebać i o niej zapomnieć. Nie do końca wiem czy w każdym przypadku to dobrze, tu szczęśliwie uda się wyjaśnić pewne kwestie zanim pamieć mamy stanie się już bardzo słaba. 
Dlaczego ta książka tak mnie poruszyła? Jestem wyczulona na motyw książkowo filmowy matek i córek i ich relacje. Jestem też po prostu mamą. W listach Giny widziałam własne nadzieje i obawy świeżo upieczonej mamy, która na samym początku drogi pragnie z całego serca być dla dziecka najlepszą mamą na świecie i nigdy nie zboczyć z raz obranego kursu. Również wspomnienia mamy z dzieciństwa Zoe są wzruszające. Nagle okazuje się, że bez sensu było tyle lat milczeć, że chociaż być może w przeszłości zdarzyło się między nimi coś złego , to kiedyś ich relacje były o wiele lepsze i niosły nadzieję na to, że nigdy się aż tak radykalnie nie zmienią. Zoe chcąc nie chcąc zaczyna sobie przypominać to, jak wielkim oparciem dla niej była Gina, mama pełna energii, dająca sobie radę w każdej sytuacji a przede wszystkim zawsze stojąca po jej, Zoe, stronie.

Niepotrzebnie potrafimy unieść się dumą, niepotrzebnie jesteśmy w stanie zapiec się niemal w skorupie własnej złości czy pretensji do drugiej osoby, zwłaszcza gdy jest to osoba nam tak bliska. Zawsze jednak trzeba wierzyć, że uda się nam wykrzesać z siebie siłę do zmiany, do dania komuś drugiej szansy.

Bardzo ładna, wzruszająca chociaż tak, smutna ze względu na motyw choroby książka, którą ogromnie polecam. 

Moja ocena to 6 / 6. 

magnolie…

…w Ogrodzie Botanicznym w Powsinie są już w blokach startowych. Zima, która nareszcie odpuściła plus po prostu natura, robią swoje i myślę,że kto wie czy w weekend nie będzie można ich podziwiać. Byliśmy w weekend, zamówiliśmy trzy karnety na cały sezon, tym bardziej, że w tym roku sezon był wyjątkowo długi, Ogród można było odwiedzić również zimą. W Ogrodzie obecnie jest miesiąc japoński, polecam, my oglądaliśmy dwie wystawy zdjęć z Japonii, dwie różne a trzecia do obejrzenia. Plus będą się działy inne rozmaitości w ramach tego wydarzenia. 

Wczoraj w przedszkolu Jasia sfociłam magnolię w pełnej krasie, po czym wnioskuję, że te w Powsinie nie pozostają w tyle, o nie ! 🙂

No i , co mnie wzruszyło, tradycji takiej kameralnej, stało się za dość i oto otrzymałam od A. zdjęcie magnolii rosnącej na Jej łódzkim osiedlu. Wiosna nie byłaby wiosną a kwiecień mogłabym przegapić gdyby nie to, że od kilku lat A. wysyła mi fotkę kwitnącej magnolii, co już jak wspomniałam, stało się naszą prywatną i miłą bardzo tradycją.