Wydana w Wydawnictwie Znak. Kraków (2017). Ebook.
Ta książka okazała się dla mnie być jak tytułowy (nieco zmodyfikowany ) prezent. Dar świetnej prozy, wnikającej we mnie do głębi. Wiem, brzmi górnolotnie ale szczerze mówiąc, trudno, bo tak właśnie z tą książką się czułam podczas lektury.
Zaskakujący jest jej zasięg w moje emocje i nastrój jako, że napisana jest w sposób oszczędny, minimalistyczny. A jednocześnie podczas lektury dosłownie napawałam się opisami codzienności narratorki. Której nawiasem mówiąc imienia nie poznajemy podczas lektury.
Myślę, że „Purezento” dotarła do mnie w najbardziej odpowiednim momencie. Jestem po lekturze „Manufaktury codzienności” Joanny Matusiak a w tej książce również kładziono nacisk na uważność, na skupienie się na „tu i tera”.
Na okładce, idealnie zaprojektowanej przez Jaśka Krzysztofiaka, istnieje informacja, że jest to powieść w duchu zen. Nie znam się na tym ale pasuje mi ona do tego wschodniego stylu opzeżywania rzeczywistości. Istnienia tu i teraz, odczuwania tu i teraz, nie pozwalania myślom na zniszczenie aktualnej chwili.
Jest to bowiem książka niespieszna, spokojna, ascetyczna, minimalistyczna właśnie. A jednocześnie w sposób niezwykle prawdziwy i wyważony dotykająca wrażliwości , przeżyć bohaterki, którą jest narratorka o nieznanym dla nas imieniu.
Bohaterka jest nauczycielką języków polskiego i angielskiego. Poznajemy ją w trudnym momencie życia bowiem w tragiczny sposób ginie jej chłopak. Dodatkowo już chwilę po dramatycznej chwili bohaterka nie mając możliwości spokojnego przeżycia swojej żałoby, dowiaduje się, że od roku była zdradzana. Nie pomaga to w natłoku uczuć jakie na nią spadły.
Dlatego być może z chęcią przyjmuje propozycję Japonki, pani Myoko, która proponuje jej zamieszkanie w jej japońskim domu i na czas nieobecności właścicielki, która zwiedza kraje Europy, doglądanie domu i spacerowania z kotem pani Myoko. Kot o imieniu Mushin jest dość oryginalny (czy istnieją nie oryginalne koty??) , lubi gdy wozi się go na spacery ale stanowi bardz dobrego towarzysza samotności w pustym japońskim domu.
Szybko okazuje się zresztą, że narratorce nie uda się samej odpocząć i zmóc z traumą żałoby i zdrady albowiem zostanie jej zaproponowana nauka pewnej niezwykłej sztuki naprawiania porcelany i ceramiki. Mowa tu o dawnej sztuce japońskiej jaką jest Kintsugi. Nie wnikając w encyklopedyczne opisy, polega ona na łączeniu potłuczonych fragmentów ceramiki bądź porcelany za pomocą laki połączonej ze sproszkowanymi materiałami szlachetnymi. Sztuka ta, której naukę przejdzie bohaterka, pojawia się w tej konkretnej książce nieprzypadkowo. Albowiem jeśli zerkniecie do zdjęć naprawionych w ten sposób naczyń okaże się, że owe łączenia, naprawdę widać. O to właściwie w tym wszystkim chodzi. Nie o zamaskowanie szkody, nie. Owo uszkodzenie widać ale widać też, że naczynie jest ponownie całe, gotowe do użycia. To symboliczne porównanie do stłuczenia wewnętrznego jakiego doznała bohaterka i jej powolnego powracania do nowego świata, do rzeczywistości „po stracie”. Kiedy nie ma co udawać, że coś się nie wydarzyło, nosimy po takiej stracie dożywotnie blizny, znaki ale jesteśmy i żyjemy. Już sam proces naprawczy trwa i jest żmudny co odczuwa bohaterka na własnym ciele w mocno fizyczny sposób. Ale to znów symbolika dochodzenia do siebie po stracie i tego, że ów proces nie jest ani łatwy ani nie trwa krótko.
Podobał mi się język i styl w jakim jest napisana ta książka. Niby minimalistycznie ale w sposób tak plastyczny, że dosłownie widziałam całe sceny, obrazy jakbym oglądała film. Lub, co może dla niektórych będzie dość obrazoburcze, drzeworyty ale nie te stare, a właśnie sceny nowoczesne ale wykonane w dawnej technice drzeworytu.
Cieszyła mnie jako czytelniczki oryginalność poznawanych przez narratorkę postaci. Nie ma tam osoby banalnej, nudnej, każda z nich na swój sposób jest interesująca i warto się jej przyjrzeć.
Podobało mi się, że żałoba bohaterki przeżywana była właśnie w Japonii, i na swój sposób rodzi się tam nowa bohaterka. Kobieta zyskuje zupełnie nowe podejście do świata, do innych. To tam podczas żmudnej naprawy ceramiki i sklejania własnych wewnętrznych ran, uczy się ona żyć „tu i teraz”. Jak sama mówi, „Między mną i światem tworzyła się nowa więź tam, gdzie wcześniej był mur”. Innymi słowy naprawiając naczynia metodą Kintugi bohaterka uczy się naprawić własne życie. Ale robi to powoli i starannie. I odczuwa przy tym fizyczny ból. Niemniej jednak zapewne tym właśnie okupiona jest każda poważna zmiana. I aby wygonić ze swojego życia rekiny ludojady musimy w to włożyć bardzo wiele wysiłku. Sądzę, że imienia bohaterki nie poznajemy całkowicie świadomie ze strony autorki , bowiem tych zmagających się z rekinami ludojadami, jest dużo, dużo więcej. A tak naprawdę na swój sposób jesteśmy tymi walczącymi my wszyscy, i każdy na swój sposób.
Jestem zachwycona tą książką. Tak więc podczas jakichkolwiek dyskusji na jej temat będę zdecydowanie jej bronić bo uważam, że jest wspaniała. Ale z pewnością – nie dla każdego.
Polecam.
Moja ocena to 6 / 6. (Dałabym 6.5 ale Wiecie, staram się jednak i w ogóle , no 🙂 ).
