„Książka, dzięki której której pokochasz książki.

Nawet jeśli nie lubisz czytać”. Francoize Boucher. 

Wydana w Wydawnictwie Muchomor. Warszawa (2017).

Wygrana w konkursie na stronie Wydawnictwa na Fb spowodowała, że mieliśmy z P. niezłe popołudnie gdy ja zaczęłam niby to najpierw tylko przeglądać książkę a skończyło się na tym, że przeczytałam ją Mu w całości. Oboje nieźle się przy niej zaśmiewaliśmy.

Książka nosząca przewrotny jak dla mnie, miłośniczki czytania , tytuł to książka zarówno dla dzieci starszych jak i dorosłych. Sądzę, że dorosłych, którzy lubią czytać po prostu rozbawi. Niepewnych tego czy wolą książkę czy grę komputerową dziesięciolatków czy nieco starsze dzieci, jest szansa, że „nawróci” na jedyną, słuszną drogę. 

Nie jest to książkowy grubas, książka jest raczej cieniutka. W sumie więcej w niej zabawnych rysunków, treści niewiele ale śmieszna bo pomysły, teksty mówiące o tym kim się możemy stać dzięki czytaniu albo jak będziemy wyglądać gdy książkami wzgardzimy, naprawdę rozbawiają i nie są śmieszne „na siłę”. Przy tym , od razu uprzedzę ewentualne zarzuty, to nie jest książka, która będzie twierdzić, że nieczytający pójdą do piekła. Nie. Autorka bawi się słowem, rysunkiem , treścią ale nie przekonuje na siłę do jedynie słusznej prawdy. Po prostu żartuje na tematy czytania i braku tej czynności w czyimś życiu ale nie wymyśla ani nagrody ani kary za czytanie bądź nie. I zaznaczam, sądzę, że to nie do końca rozbawi wszystkich. Mnie akurat tak i to bardzo.

Opatrzona silnym wsparciem finansowym i patronackim książeczka według mnie ma szansę spodobać się sporej ilości czytelników. Tych już od dawna przekonanych i tych, którzy jeszcze balansują na granicy „chcę czytać” z „dajcie mi spokój z tymi wszystkimi książkami”.

Moja ocena to 6 / 6.

„Za stare grzechy”. Izabella Frączyk.

Wydana w Wydawnictwie Prószyński i S-ka. Warszawa (2018). Ebook.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

„Za stare grzechy” to pierwsza część nowego cyklu autorstwa Izabelli Frączyk noszącego tytuł „Śnieżna Grań”. 

Nosi on ten wspólny tytuł od stacji narciarskiej „Śnieżna Grań” położonej niedaleko Zakopanego. Stacja ta wraz z całą szeroką infrastrukturą należy od kilkunastu lat do rodziny Stachowiaków. Jest więc i wyciąg i szkółka narciarska, restauracja czy raczej karczma, w której w zimie stołują się głównie narciarze a w lecie turyści spędzający czas na wędrówkach po górach. Jest pensjonat „Szarotka” , bary na stokach. To wielkie i wymagające przedsięwzięcie i interes, który co prawda potrafi przynieść profity ale i sprawić, że jest podczas prowadzenia go sporo nerwów.

Aniela i Antoni to rodzice Loli, Edka i Nastki. Antoni w skutek nieszczęśliwego wypadku zmarł i rodzinny interes, cała spółka jest na głowie żony i dzieci. Na szczęście zarówno Lola jak i Edek są już pełnoletni i wspierają mamę czy to pomysłami czy fizycznym działaniem. 

Lola mieszka z córką w dwóch pokojach pensjonatu, ma więc blisko siebie mamę co nie jest obojętne bo nie dość, że zwyczajnie dobrze jest mieć koło siebie kogoś bliskiego to jeszcze ma wymierną pomoc w opiece nad córką Marianną, którą Lola wychowuje sama.

„Za stare grzechy” wprowadza nas w życie bohaterów. W życiu Loli pojawi się ponownie ojciec Marianny, zresztą w pozytywnym wymiarze bo dziecku zdecydowanie taty przez te lata brakowało. Brat Loli, Edek też postanowi zrobić coś konkretniejszego ze swoim wieloletnim i dość oryginalnym związkiem 

Również Aniela będzie miała możliwość nieco zmienić swoje życie i przekonać się, że nawet w późniejszym wieku człowiek zasługuje na szczęście. 

To proza obyczajowa, nie aspirująca do nie wiedzieć jakich gatunków. Dla mnie ciekawostką, jako dla kompletnego laika w tej kwestii , było poznanie realiów prowadzenia tak wielkiego interesu jakim jest stacja narciarska wraz z przyległościami. Już samo operowanie sumami kredytów podejmowanych w celu modernizacji takiego miejsca może powodować zawrót głowy. Stachowiakowie to tacy trochę „młodzi, prężni i bogaci” (bo jakkolwiek by nie było, bohaterowie są świetnie sytuowani i nie jest dla nich problem po zniszczeniu auta nabycie kolejnego , co prawda w komisie ale niemal natychmiast po stracie pierwszego).

Jak pisałam, mnie zaciekawiły opisy prowadzenia tego typu interesu bo w pamięci miałam jeden ośrodek narciarski, który odwiedziłam w lecie zresztą ale opis mocno mi przypominał ten właśnie, jak również całokształt, więc miałam nieco treść bardziej „osadzoną w miejscu” niż tam, gdzie autorka umiejscowiła akcję swojej książki (bo tamtych terenów nie znam).

Jestem ciekawa, co wydarzy się w życiu bohaterów, którzy już widzę, trochę poplątali w swoim życiu do tej pory, czasem być może nie do końca świadomie, czasem jak to się kolokwialnie mówi, „na własne życzenie”.  Myślę, że autorka przygotowała dla nich niejedną niespodziankę a przynajmniej , jako czytelniczka, mam taką nadzieję. 

Moja ocena to 4.5 / 6.

„Kobieta w oknie”. A.J.Finn

Wydana w W.A.B. Warszawa (2018). Ebook.

Przełożył Jacek Żuławnik.

Tytuł oryginalny The Woman in the Window.

Annę Fox, terapeutkę dziecięcą , poznajemy w czarnym okresie jej życia. Od dziesięciu miesięcy ta ongiś aktywna i prężna osoba, nie opuszcza domu. Cierpi bowiem (na skutek traumatycznych wydarzeń w jej życiu) na agorafobię. Kobieta spędza całe dnie w ogromnym domu w dobrej nowojorskiej dzielnicy, w którym to domu towarzyszy jej jedynie kot. I mieszkający w suterenie jej domu (suterenie z osobnym wejściem) lokator. Mąż i córka są w innym miejscu, i chociaż Anna co wieczór z nimi rozmawia, nie ma wyjścia, trzeba podsumować, jest w obecnym momencie bardzo samotna. 
Zakupy załatwia przez internet a odwiedza ją jedynie fizykoterapeutka i jej psycholog i terapeuta. Anna spędza całe dnie sama, mimo, że bierze bardzo dużo leków, niezbyt one jej pomagają. Być może działałyby właściwiej gdyby Anna wietrzyła zatęchłe pomieszczenia domu jak również gdyby nie popijała tak silnych leków masą alkoholu. Bohaterka nieraz spędza dnie w lekkim (i jest to łagodne określenie) otumanieniu. Jej pasją są stare, czarno białe filmy. Konkretnie klasyka kryminału, thrillerów jak również fotografowanie i nazwijmy rzeczy po imieniu, podglądanie sąsiadów. Wie już, kto z par mieszkających w sąsiedztwie ma problem w małżeństwie, kto kogo zdradza, a kto prowadzi kółko literackie. Być może na swój sposób usiłuje sobie w ten sposób rekompensować własną niemoc, samotność i brak progresu w leczeniu. 

Pewnego dnia Anna zauważa, że do domu, którego okna są vis a vis okien jej własnego domostwa, wprowadzają się nowi sąsiedzi. Szybko poznaje Ethana Russella, siedemnastolatka, sprawiającego wrażenie nieco osamotnionego jak ona sama i momentami dość zalęknionego. Poznaje też jego matkę, Jane Rusell. Jane spędza nawet u niej długi czas pewnego popołudnia, kiedy to obie jedzą czekoladę, grają w szachy, piją zbyt dużo alkoholu, rozmawiają o Ethanie i mężu Jane. Nie jest to, czego nie mówi wprost ale daje do zrozumienia nowa sąsiadka, małżeństwo idealne. Jane okazuje się utalentowana i zostawia nawet w podarunku narysowany naprędce portret Anny Fox.

Niedługo po wizycie nowej sąsiadki Anna tradycyjnie spędza samotny wieczór filmowo alkoholowy gdy nagle coś nie daje jej spokoju. Bierze do ręki aparat i kieruje go w kierunku okien domu Russellów. I jest świadkiem morderstwa Jane Russell. Nie widzi sprawcy morderstwa ale sam fakt. 

Usiłuje coś z tą wiedzą zrobić a nawet pomóc sąsiadce, jednak jej fobia jest na tyle silna i uniemożliwiająca normalne egzystowanie i sprawne reakcje, że kiedy w końcu wydostaje się z domu , traci przytomność i budzi się w szpitalu.

Następnie usiłuje przekonać policjantów, swoją terapeutkę, lokatora zamieszkującego suterenę jak również męża, że tak, była świadkiem przestępstwa na skutek którego Jane Russell straciła życie. Niestety, najwyraźniej w życiu lepiej być pięknym i bogatym, jak również zdrowym i bez chwilowego ale jednak dość długo trwającego problemu ze zdrowiem psychicznym. Jest się wtedy, że tak się wyrażę, wiarygodnym. W innym przypadku, a do takich należy sytuacja Anny Fox, o tym aby ktokolwiek uwierzył w jej słowa, można jedynie pomarzyć. 

Kto wstąpił do zatęchłego domu kobiety, kto zobaczył buteleczki z lekami, jakie zażywa, ale przede wszystkim kolekcję starych kryminałów i jej kolekcję opróżnionych butelek po winie, może mieć całkiem uzasadnione wątpliwości co do tego czy to, o czym opowiada bohaterka w ogóle miało miejsce czy też jest jej halucynacją. Anna jednak zrobi wszystko aby jej uwierzono a przede wszystkim aby poniekąd wyjaśnić morderstwo kobiety, którą znała.

Co mnie irytowało w tej książce to nie do końca równe tempo. Najpierw mamy długi i według mnie zbyt rozwlekły opis tego jak żyje Anna mająca swój konkretny problem. Rozumiem „zabieg” autora, który koniecznie chciał nas czytelników utwierdzić w przekonaniu, że to co dzieje się z Anną może wpływać na jej percepcję świata, jak również wzbudzić w nas samych wątpliwości podobne do tych, jakie mieli potem przesłuchujący ją policjanci i osoby, z którymi o tym, co się wydarzyło, rozmawiała. Niemniej jednak uważam, że opis ten był długi, stanowczo za długi i sprawił, że był moment, gdy właściwie niemal odłożyłam książkę. Jedynie dobre opinie i to, co przeczytałam parę razy czyli to, że przydługi wstęp rekompensuje ciąg dalszy i rozwój akcji, sprawiło, że jednak postanowiłam ją czytać dalej. I nie żałuję bo dalej wydarzenia potoczyły się już w takim tempie, jakiego oczekuję po tego typu książce. Kiedy to chcę aby autor zaskakiwał mnie a przynajmniej sprawiał, że zastanawiam się nad tym co tak naprawdę stało się i dzieje w życiu bohaterki książki. 

Spotkałam się ze stwierdzeniem, że autor w tej książce wykorzystuje znane nam schematy. Zgadzam się. Nie zaserwował nam zbyt wiele nowego ale albo ja nie czytam ostatnio zbyt wielu thrillerów (kiedyś czytałam ich o wiele więcej) albo powód jest inny. Bowiem mnie się ta książka podobała i ja podczas jej lektury miałam (zwłaszcza „po morderstwie Jane”) udanie spędzony nad lekturą czas. 

Ponadto ogromnie podobało mi się nakreślenie stanu zarówno psychicznego jak i fizycznego Anny, który to opis dopełnił mój obraz bohaterki. Gdyby tylko nie ten zbyt długaśny początek 🙂

Denerwowało mnie jeszcze coś innego ale to nic niezwykłego w tym gatunku książek, najwyraźniej inaczej nie pasowałoby i byłoby źle a mianowicie to, że Anna praktycznie nie ma żadnych ani przyjaciół ani, co już chyba dziwniejsze, żadnej rodziny, oprócz męża i córki. Jakby do tej pory wraz z rodziną żyli w jakimś odosobnieniu. Wiem jednak, że to taki wymóg stosowany zapewne po to aby podkreślić siłę samotności bohaterki, która musi praktycznie sama walczyć z przeciwnościami losu.

Ogólnie książka mi się podobała i jak na debiut, uważam, że jest zdecydowanie udana. Moja ocena to 5.5 / 6.

„Britt-Marie tu była”. Fredrik Backman.

Wydana w Wydawnictwie Sonia Draga. Katowice (2018).

Przełożyła Magdalena Greczichen.

Tytuł oryginalny BRITT-MARIE VAR HÄR

Britt-Marie ma sześćdziesiąt trzy lata i poznajemy ją w przełomowym momencie jej życia. Rozstała się z mężem i szukając pracy, trafia do Borg. Małego miasteczka, które właściwie powoli wymiera. 
Szybko orientujemy się jak niewesołe życie wiodła przez ostatnie dziesięciolecia. Niestety, dzieciństwo spędzone w domu rodzinnym dotkniętym dramatycznym wydarzeniem, nie przygotowało Britt-Marie do dobrego życia. Nauczyło ją jedynie podporządkowania się innym, podporządkowania własnego szczęścia osobom drugim, niepamiętanie o własnych potrzebach czy pragnieniach. 

Łatwo współczuje się i kibicuje postaciom idealnym, które krzywdzi los. Britt-Marie nie do końca jest taką bohaterką. Wiele tego, co stało się w jej życiu to wynik jej własnych decyzji. Bywa, że człowiek podczas lektury zżyma się najpierw nad jej wyborami i działaniami. Dopiero stopniowo poznając jej los, jest w stanie pojąć dlaczego Britt-Marie żyjąc dla innych zapomniała żyć dla siebie.

Wydawałoby się, że wylądowanie w zapomnianym przez ludzi i większość świata miasteczku sprawi, ze Britt-Marie całkowicie pogrąży się w pustce i marazmie ale nie, jest wręcz odwrotnie. To tam kobieta dowie się jak żyć aby żyć dla siebie nie przestając jednak być wsparciem dla innych. To wielka sztuka niosąc pomoc innym mieć wzgląd na własne potrzeby i tego bohaterka nauczy się w dość krótkim czasie jaki spędzi w Borg.

Britt-Marie wstrząśnięta jest artykułem niedawno przeczytanym w gazecie. Opisywał on zapomnianą przez wszystkich starszą kobietę, która zmarła w swoim domu niezauważenie a o zgonie sąsiedzi dowiedzieli się dopiero wtedy gdy z powodu nieprzyjemnego zapachu wezwali straż pożarną. Wydaje się, że ów artykuł staje się dla bohaterki książki impulsem i czymś na kształt osobistej niezgody. Niezgody na to aby przejść przez życie niezauważoną. Do tej niezgody jednak musi dojść, u Britt-Marie bardzo powolutku i w jej indywidualnym tempie. 

Jednym słowem to w Borg Britt-Marie dowie się jak nauczyć się żyć tak aby zostać zauważoną, aby zostawić po sobie trwały ślad. Na pewno pomaga jej w tym działalność, której poniekąd musi się podjąć. Zostaje ona mianowicie trenerką miejscowej drużyny piłkarskiej młodzików. Drużyna to zbyt wiele powiedziane. Po stopniowym upadku miasteczka drużyna to zaledwie garstka młodych zapaleńców, którym jednak wciąż się chce działać i wziąć udział w ważnym sportowym wydarzeniu. Britt-Marie na swój oryginalny sposób podejmuje się tego wyzwania. 

Pomagają jej mieszkańcy Borg, których zapewne osoby postronne mogłyby nazwać drwiąco „przegranymi” ale które , szczęśliwie, chyba tak się jednak nie czują. Jest w nich bowiem dużo energii i pomysłów na to jak przetrwać gorszy czas.

Początkowo ta książka mocno mnie przygnębiała. Do postaci bohaterki i jej zachowania musiałam  że się tak wyrażę, „przyzwyczaić”, niemniej jednak z przyjemnością czytałam o jej życiu w Borg, o jej działaniach i osobistym rozwoju czy realizacji. 

Plus dla autora za bohaterkę w takim wieku. Nieczęsto pisze się o osobach starszych nie tworząc z nich dobrotliwych babuń, siedzących w fotelu z robótką czy podsuwających smakołyki i herbatkę z sokiem malinowym. 

Moja ocena to 5 / 5.

„Nawiedzony dom na Wzgórzu”. Shirley Jackson.

Wydana w Wydawnictwie Replika. Zakrzewo (2018). Ebook.

Przełożyła Maria Streszewska-Hallab.

Tytuł oryginalny  The Haunting Of Hill House.

Nie pamiętam abym kiedyś czytała tę książkę, a tak, ukazała się, to jest jej kolejne wydanie. Jeśli jednak czytałam to i tak kompletnie nic z niej nie pamiętałam. 

Książka ta napisana dawno temu trąci według mnie lekką starą stylistyką pisania bądź może (to moa pierwsza książka Shirley Jackson więc trudno mi porównać) przybrano taki a nie inny styl specjalnie do tej właśnie opowieści. Tak czy siak, jest to taka leciutka ramotka ale tak napisałam to z uśmiechem, nie ze złośliwością. No i napisano ją zanim aby cokolwiek wydać koniecznie trzeba było popełnić tomiszcze. Ot, nie za krótka ale i nie za długa opowieść o nawiedzonym domu.

Nawiedzony dom położony jest na wzgórzach. Dom jest silnie personifikowany . Wydaje się żyjącą istotą. Do tejże istoty pewnego lata trafia grupa osób. Są to doktor John Montague, z wykształcenia doktor filozofii, który to jednak z zamiłowania jest badaczem zjawisk nadprzyrodzonych. Nawiedza domostwa, o których zwykło się mawiać iż są nawiedzone. Doktor Montague postanowił sam na własnej skórze przekonać się o tym jak żyje się i co właściwie dzieje się w opuszczonym od dziesięcioleci Domu na Wzgórzu. Znalazł on trójkę asystentów (wśród osób związanych z jakimiś nie do końca dającymi się wyjaśnić zdarzeniami), w tym mężczyznę mającego w przyszłości odziedziczyć tę posiadłość.

Czwórka nieznajomych sobie dotąd osób odtąd miała więc zamieszkać na jakiś czas w posiadłości gdzie dokonywała by obserwacji i zapisków tego czego doświadczy.

Eleanor Vance, trzydziestodwulatka, Theodora, raczej przeciwieństwo Eleanor i Luke Sanderson, w przyszłości właściciel domu, stanowili wsparcie doktora Montegue. 
W trakcie lektury poznajemy nieco ponad tydzień spędzony przez tę nieliczną grupę badaczy zjawisk nadprzyrodzonych. Początkowo niewiele się dzieje. Tymczasowi mieszkańcy poznają posiadłość, która ma niezwykle skomplikowany system przejść i połączeń, starając się zapamiętać jak trafić do jadalni czy przydzielonej danej osobie sypialni. Czynią też pierwsze obserwacje i notatki. 
Początkowo nic się nie dzieje, jakby dom wyczekiwał tego co zamierzają mieszkańcy a także, jakby sama posiadłość „szykowała się” do działania. Które w pewnym momencie następuje i to w dość nagły sposób. Oto już noce stają się poligonem wewnętrznych walk domu i jego próby zastraszenia tej grupy. Hałasy, stukoty, płacz, śmiechy, szepty, intensywne uderzenia w drzwi czy w stojące w korytarzu meble. Tajemnicze napisy pojawiające się na ścianie. Do tego nagle pojawiające się i przenikliwe, wręcz dojmujące uczucie zimna, które niemal mrozi bohaterów, to wszystko staje się ich udziałem podczas dość krótkiego czasu, jaki spędzą w Domu na Wzgórzu. 

Jest to klasyczna opowieść grozy. Czy horror? Zapewne. Nie ma tu jednak duchów czyniących krzywdę mieszkańcom domu. Jak zostało powiedziane w książce, krzywdę uczynili sobie jedynie ci, którzy zamieszkiwali ten dom. Nie jest więc na siłę strasznie i akcja nie biegnie w zatrważającym tempie. Czegoś jednak w tym momencie zabrakło mi w tej książce. Oto bowiem jeśli zamierzeniem autorki było nie strasznie nas, czytelników , że się kolokwialnie wyrażę, w sposób nachalny, a bardziej wysublimowany, chciałoby się aby można się było przestraszyć poznać bardziej wnikliwe analizy psychologiczne samych postaci. Oczekiwałam poznania bliżej bohaterów,które pozwoliłoby mi na znajomość nie tylko samego domu ale i właśnie a może przede wszystkim jego mieszkańców, nawet jeśli tymczasowych. Nie bez powodu przecież te konkretne osoby zamieszkiwały tę posiadłość.

Podsumowując. Podobała mi się ta opowieść ale nie całkowicie i nie bez zastrzeżeń. Mam je też do samego tempa opowieści, które najpierw niespieszne w więcej niż po połowie książki przyspiesza by według mnie niezbyt udanie wyhamować w czasie zakończenia ale są to już moje indywidualne , czytelnicze odczucia i nie jest nigdzie napisane, że ktoś musi mieć takie same odczucia podczas lektury tej książki co ja. 

Moja ocena to 5 / 5.

„Purezento”. Joanna Bator.

Wydana w Wydawnictwie Znak. Kraków (2017). Ebook.

Ta książka okazała się dla mnie być jak tytułowy (nieco zmodyfikowany ) prezent. Dar świetnej prozy, wnikającej we mnie do głębi. Wiem, brzmi górnolotnie ale szczerze mówiąc, trudno, bo tak właśnie z tą książką się czułam podczas lektury.
Zaskakujący jest jej zasięg w moje emocje i nastrój jako, że napisana jest w sposób oszczędny, minimalistyczny. A jednocześnie podczas lektury dosłownie napawałam się opisami codzienności narratorki. Której nawiasem mówiąc imienia nie poznajemy podczas lektury. 

Myślę, że „Purezento” dotarła do mnie w najbardziej odpowiednim momencie. Jestem po lekturze „Manufaktury codzienności” Joanny Matusiak a w tej książce również kładziono nacisk na uważność, na skupienie się na „tu i tera”. 

Na okładce, idealnie zaprojektowanej przez Jaśka Krzysztofiaka, istnieje informacja, że jest to powieść w duchu zen. Nie znam się na tym ale pasuje mi ona do tego wschodniego stylu opzeżywania rzeczywistości. Istnienia tu i teraz, odczuwania tu i teraz, nie pozwalania myślom na zniszczenie aktualnej chwili. 

Jest to bowiem książka niespieszna, spokojna, ascetyczna, minimalistyczna właśnie. A jednocześnie w sposób niezwykle prawdziwy i wyważony dotykająca wrażliwości , przeżyć bohaterki, którą jest narratorka o nieznanym dla nas imieniu.

Bohaterka jest nauczycielką języków polskiego i angielskiego. Poznajemy ją w trudnym momencie życia bowiem w tragiczny sposób ginie jej chłopak. Dodatkowo już chwilę po dramatycznej chwili bohaterka nie mając możliwości spokojnego przeżycia swojej żałoby, dowiaduje się, że od roku była zdradzana. Nie pomaga to w natłoku uczuć jakie na nią spadły. 

Dlatego być może z chęcią przyjmuje propozycję Japonki, pani Myoko, która proponuje jej zamieszkanie w jej japońskim domu i na czas nieobecności właścicielki, która zwiedza kraje Europy, doglądanie domu i spacerowania z kotem pani Myoko. Kot o imieniu Mushin jest dość oryginalny (czy istnieją nie oryginalne koty??) , lubi gdy wozi się go na spacery ale stanowi bardz dobrego towarzysza samotności w pustym japońskim domu.

Szybko okazuje się zresztą, że narratorce nie uda się samej odpocząć i zmóc z traumą żałoby i zdrady albowiem zostanie jej zaproponowana nauka pewnej niezwykłej sztuki naprawiania porcelany i ceramiki. Mowa tu o dawnej sztuce japońskiej jaką jest Kintsugi. Nie wnikając w encyklopedyczne opisy, polega ona na łączeniu potłuczonych fragmentów ceramiki bądź porcelany za pomocą laki połączonej ze sproszkowanymi materiałami szlachetnymi. Sztuka ta, której naukę przejdzie bohaterka, pojawia się w tej konkretnej książce nieprzypadkowo. Albowiem jeśli zerkniecie do zdjęć naprawionych w ten sposób naczyń okaże się, że owe łączenia, naprawdę widać. O to właściwie w tym wszystkim chodzi. Nie o zamaskowanie szkody, nie. Owo uszkodzenie widać ale widać też, że naczynie jest ponownie całe, gotowe do użycia. To symboliczne porównanie do stłuczenia wewnętrznego jakiego doznała bohaterka i jej powolnego powracania do nowego świata, do rzeczywistości „po stracie”. Kiedy nie ma co udawać, że coś się nie wydarzyło, nosimy po takiej stracie dożywotnie blizny, znaki ale jesteśmy i żyjemy. Już sam proces naprawczy trwa i jest żmudny co odczuwa bohaterka na własnym ciele w mocno fizyczny sposób. Ale to znów symbolika dochodzenia do siebie po stracie i tego, że ów proces nie jest ani łatwy ani nie trwa krótko.

Podobał mi się język i styl w jakim jest napisana ta książka. Niby minimalistycznie ale w sposób tak plastyczny, że dosłownie widziałam całe sceny, obrazy jakbym oglądała film. Lub, co może dla niektórych będzie dość obrazoburcze, drzeworyty ale nie te stare, a właśnie sceny nowoczesne ale wykonane w dawnej technice drzeworytu. 

Cieszyła mnie jako czytelniczki oryginalność poznawanych przez narratorkę postaci. Nie ma tam osoby banalnej, nudnej, każda z nich na swój sposób jest interesująca i warto się jej przyjrzeć. 
Podobało mi się, że żałoba bohaterki przeżywana była właśnie w Japonii, i na swój sposób rodzi się tam nowa bohaterka. Kobieta zyskuje zupełnie nowe podejście do świata, do innych. To tam podczas żmudnej naprawy ceramiki i sklejania własnych wewnętrznych ran, uczy się ona żyć „tu i teraz”. Jak sama mówi, „Między mną i światem tworzyła się nowa więź tam, gdzie wcześniej był mur”. Innymi słowy naprawiając naczynia metodą Kintugi bohaterka uczy się naprawić własne życie. Ale robi to powoli i starannie. I odczuwa przy tym fizyczny ból. Niemniej jednak zapewne tym właśnie okupiona jest każda poważna zmiana. I aby wygonić ze swojego życia rekiny ludojady musimy w to włożyć bardzo wiele wysiłku. Sądzę, że imienia bohaterki nie poznajemy całkowicie świadomie ze strony autorki , bowiem tych zmagających się z rekinami ludojadami, jest dużo, dużo więcej. A tak naprawdę na swój sposób jesteśmy tymi walczącymi my wszyscy, i każdy na swój sposób. 

Jestem zachwycona tą książką. Tak więc podczas jakichkolwiek dyskusji na jej temat będę zdecydowanie jej bronić bo uważam, że jest wspaniała. Ale z pewnością – nie dla każdego. 

Polecam.

Moja ocena to 6 / 6. (Dałabym 6.5 ale Wiecie, staram się jednak i w ogóle , no 🙂 ).

ogłoszenie…

…przed Walentynkowe 🙂 Można obchodzić albo nie ale można też zrobić miły uczynek, żebym poczuła się miło. Jeśli macie konto na Fb możecie polubić stronę tegoż blogu tam:) Wystarczy poszukać w wyszukiwarce Chiara76 . W profilowym zimowy obrazek, w tle książki, znajdziecie 🙂 
Serdecznie zapraszam. 🙂

„Ogród Zuzanny”. Justyna Bednarek, Jagna Kaczanowska

Wydana w Wydawnictwie W.A.B. Warszawa (2018). Ebook.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

„Ogród Zuzanny” to część pierwsza nowej serii i jego podtytuł brzmi „Miłość zostaje na zawsze”.

Czytając tę książkę przeniosłam się na chwilę do ogrodu mojej nieżyjącej od dawna Babci ze strony Ojca. Ogrodu, który zdeterminował moje kwiatowe gusty na resztę życia albowiem już dawno odkryłam, że kwiaty, które darzę sentymentem to nie inne jak te rosnące dawniej w babcinym ogrodzie.
Z przyjemnością sięgnęłam po tę książkę, w której wielką rolę odgrywały właśnie rośliny,  kwiaty i sekretny język kwiatów tak popularny w czasach wiktoriańskich. 

Akcja książki rozgrywa się w stworzonym przez autorki książki miejscowości-ogrodzie, jakim jest położona kilkadziesiąt kilometrów od Warszawy Stara Leśna (budząca skojarzenia nieodmienne z Podkową Leśną).

W starej willi noszącej miłą uchu nazwę Kurza Stopka, w dodatku umiejscowionej na ulicy Jeża mieszka czworo członków rodziny. Niemal dziewięćdziesięcioletnia Cecylia, jej córka, Krystyna, prawie czterdziestoletnia wnuczka Cecylii i córka Krystyny – Zuzanna i syn Zuzanny, Wojtek. 
W domu brakuje czasem pieniędzy ale nigdy miłości chociaż bywa ona przez poszczególnych członków rodziny okazywana na najrozmaitsze sposoby.

Tak czy inaczej, rodzina Czapliczów wiedzie spokojny żywot, którego rozrywką jest cotygodniowa rozgrywka karciana organizowana przez Cecylię, na którą to grę zaprasza ona zaprzyjaźnionych aptekarza, księdza proboszcza i cukiernika. 

I może życie upływałoby im tak spokojnie gdyby nie fakt, że w Starej Leśnej pojawia się dawna miłość Zuzanny. Obecnie Adam Przygodzki jest na etapie zamieszania z małżeństwem. Właściwie to jego żona wystąpiła o rozwód a on nabył piękną willę, którą remontuje. Zuzanna zaś pracująca w miejscowej firmie zakładającej ogrody i prowadzącej sklep ogrodniczy ma Adamowi rozplanować na nowo dawniej piękny a obecnie zniszczony ogród.

Akcja książki działa się dość przewidywalnie ale zupełnie mi to nie przeszkodziło. Raz na jakiś czas lubię przeczytać coś, co nie będzie obfitować w nadmiar nieszczęść spadających jak grom z jasnego nieba na niczego nie spodziewających się bohaterów. Lubię też, kiedy złe sprawy udaje się wyprostować i kiedy bohaterowie otrzymują lepszy los. Tak jest nie inaczej w tej książce. Ponieważ bohaterki mają liczne grono przyjaciół i znajomych, o każdym z nich czegoś się dowiadujemy i możemy podczas lektury kibicować losom wielu postaci. Opis języka kwiatów i samych roślin dodaje książce wiele uroku i sprawił, że ja osobiście wróciłam wspomnieniami do tej części mojego dzieciństwa, którą spędzałam w babcinym ogrodzie. 

Mnie się bardzo ta książka podobała i jestem tą osobą, która czeka na jej kontynuację. Tym bardziej, że zmartwiłam się zakończeniem „Ogrodu Zuzanny” i mam nadzieję, że…no ,ale nie będę zdradzać o co chodzi. 

Moja ocena to 6 / 6.

„Szeptać”. Hubert Fryc.

Wydana w Wydawnictwie Książnica. Grupa Wydawnicza Publicat SA. Poznań (2018).
Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Lubicie czytać książki z nieco onirycznym i tajemniczym klimatem ? Opowiadające o czymś, czego już nie ma? O światach, które przeminęły? Napisane ładnym językiem ? Takie, w których nie prędkość akcji się liczy a treść, istota opowieści? „Szeptać” jest właśnie taką książką. 

Od razu chwalę okładkę zaprojektowaną przez Mariusza Banachowicza. Tak łatwo można było wpaść w sztampowy obrazek, zdjęcie sielskiej okolicy z jakąś ładniutką chałupką. Zamiast tego mamy utrzymaną w tonach czerwieni czy purpury okładkę. Widzimy na niej jedynie czyjeś dłonie (mamy podejrzenie, że kobiece) przytrzymujące słój, w którym znajduje się domek. Ta figurka domku wydaje mi się być bombką choinkową ale też o to spierać się nie zamierzam bo nie jest to najważniejsze. W każdym razie okładka idealnie komponuje się z treścią książki a to już dla mnie plus. 

Michała, głównego bohatera i drugiego z narratorów powieści, poznajemy w istotnym momencie jego życia. Właściwie, w przełomowym momencie jego życia. Oto bowiem Michał niebawem zostanie ojcem. Michał przybywa do odziedziczonego po dziadkach drewnianego domu niedaleko Krakowa. To drugi moment ważny w jego życiu. Coś się definitywnie skończyło. Wraz z ojcem mają sprzątnąć dom i zdecydować się na rozbiórkę, do czego jednak nie dojdzie. A sprawi to pewne znalezisko dokonane przez Michała na strychu dziadkowego domu. Odnajduje tam bowiem kasety magnetofonowe. Tak tak, jest to jak podróż do przeszłości, do czasów gdy nośnikiem dźwięku nie były pliki MP3 a stare, poczciwe taśmy. Na tych okazuje się, że pozostały nagrania opowieści dziadka Franciszka snutej na kilku spotkaniach dziadka i wnuka w czasie pamiętnych wakacji jakie Michał spędził u dziadków na wsi w roku 1995. Wtedy w Rzeczowej początkowo wydawało się, że wakacje będą raczej spokojne jeśli nie nudne a okazały się jednymi z najlepszych i obfitujących w interesujące opowieści dziadka, wakacjami Michała. Dodatkowo poznał podczas nich kogoś dla siebie ważnego. 

Nagrane podczas tamtych letnich tygodni spędzonych we wsi Rzeczowa kasety to snuta przez dziadka Franciszka opowieść zarówno o rodzinie bohatera jak i o wsi, w której mieszkali dziadkowie i o historii rodziny. Jest tu i karczma, która z powodu siły złego zapadła się ongiś pod ziemię, i dziwny stawik , w którym nikt się nie kąpał i tajemnicze wojsko, z którym zniknął pradziadek Michała. 
Narratorem książki jest i Michał i po trochu, dziadek Franciszek właśnie. Z opowieści dziadka wyłania się obraz przeszłości, tak istotnej dla młodego człowieka , który jak każdy, na pewnym etapie życia chętnie dowiaduje się o przeszłości rodziny i bliskich.

Z opowieści zaś Michała dowiadujemy się nacechowanych nostalgią wspomnień z sielskich, dobrych lat dzieciństwa, jak również poznajemy proste życie jakie toczyło się na wsi. Powtarzalność niektórych czynności wokół gospodarstwa, ba, nawet rutyna ale i szacunek do ziemi, do tego, jak się na niej pracuje i jak ciężka jest to praca, ten obraz wyłania się ze wspomnień wakacyjnych głównego bohatera. Nacechowane czułością spojrzenie wstecz dotyczy zarówno dziadka Franciszka jak i Michała. Być może dlatego, że obu ich łączy wspólna miłość do wsi, do życia prostszego lub po prostu zupełnie innego niż miejskie. Ci dwaj mężczyźni czują, że wieś jest ich naturalnym środowiskiem, w którym czują się najlepiej. 

To wreszcie opowieść o tym co w życiu jest najważniejsze czyli o rodzinie, o domu, o wartościach, które nas kształtują, o codziennych czynnościach, z których składa się życie. Życie, których rytm wyznaczają zmiany pór roku czy dnia. I o tym, że snucie opowieści to mimo rozwoju techniki wciąż tak samo zajmująca sprawa zarówno dla narratora jak i słuchaczy. Jak również o tytułowych szeptach, które są bardzo, bardzo ważne i mają wręcz terapeutyczne znaczenie. Ojczym dziadka Franciszka, Kazek, powiedział mu kiedyś, że „(…) Szepty są bardzo ważne, (…) bo są ciche i trafiają prosto do ucha. (…) są z serca i z duszy.”

Piękna to opowieść, taka niespieszna , z akcją rytmiczną i spokojną jak letnie dni spędzane w wiejskim gospodarstwie, a jednocześnie przepełniona treścią dotyczącą tego, co w życiu jest dla nas najistotniejsze. I o tym co według dziadka Franciszka powiodło się ojczymowi Kazkowi, który „(…) Uczynił z życia cud”.

Moja ocena to oczywiście 6 / 6. 

„Piratka”. Magdalena Kalupa.

Wydana w Prószyński i S-ka. Warszawa (2018). Ebook.

Książkę przeczytaliśmy rodzinnie dzięki uprzejmości Wydawnictwa.

Kiedy tylko o książce „Piratka”, która ukazać się powinna niebawem (13.02.2018 jest datą premiery na stronie wydwnictwa) usłyszałam a raczej aby być dokładką, przeczytałam, od razu pomyślałam o Jasiu. Co prawda wydawnictwo sugeruje wiek 6 + ale ja już ze swojej strony mogę Wam dać znać, że spokojnie młodsze dzieci mogą to przeczytać a raczej rodzice im mogą przeczytać. Tak sądzę. Ja zdecydowałam się czytać ją Jasiowi bo lubi tematykę piratów, a również dlatego, że czytujemy książki dla starszych dzieci i jest dobrze.

W swojej książce „Piratka” Magdalena Kalupa (autorka i jednocześnie ilustratorka książki) spełniła jedno z moich największych dziecięcych marzeń. Marzeń-wyobrażeń jak ja to nazywam. Snutych przeze mnie przed niejednym zaśnięciem kiedy to na wpół czuwając a na wpół śpiąc już widziałam siebie na pięknym żaglowcu ruszającą z okrzykiem „Ahoj, przygodo!” na podbój mórz i oceanów. 

To co ja sobie jednak jedynie roiłam przed zaśnięciem autorka opisała i w ten sposób powstała książka. O Madlen, Królu Piratów. Tak, ja początkowo też trochę miałam z tym „problem” bowiem jakoś forma „Królowa” narzucała mi się sama ale z czasem zrozumiałam o co chodzi. Nie dość, że Madlen po prostu pokonała Sinobrodego i przejęła jego tytuł to nosząc ów tytuł miała pewność , którą przekazywała dalej, że jest najważniejsza, że ponad nią nie ma szansy już na wyższe stanowisko. 

Akcja książki rozpoczyna się w momencie sztormu (być może wywołanego przez złą Czarownicę), w którym zdobyty z takim trudem statek piratów zostaje przez Madlen stracony. Dziewczynka wpada do wody i zostaje z niej na szczęście uratowana przez dwie Syrenki, Selene i Nadine. Te siostry zaprzyjaźnią się z Madlen i wraz z nią odbędą wiele przygód. A będzie się działo, oj będzie. W każdym rozdziale akcja toczy się wartko i co najważniejsze dla mnie jako dla obserwującej czytelnika podczas lektury, w tempie dostosowanym do dzieci w tym wieku.

Jest i Smok, którego się okiełzna i stanie się przydatnym środkiem transportu, jest Czarownica, z którą się będzie wojowało, są sympatyczne lub mniej postaci. Nie jest też tak, że nie stanie się żadne zło, od razu uprzedzam, że tak całkiem idealnie książka się nie zakończy . Jest też, co stanowi według mnie najważniejszą wartość tej książki, bardzo silnie podkreślana wartość właśnie i siła przyjaźni. Dzięki której, wspólnie, wspierając się, można pokonać niemal każdą przeciwność. Co wie większość czytelników mojego blogu, dla mnie samej znaczenie przyjaźni jest nie do przecenienia i bardzo lubię gdy motyw przyjaźni inspirującej i zmieniającej czyjeś życie na lepsze pojawia się w książkach. Nie inaczej jest w „Piratce”. Nie wiem czy książka powstała na fali książek mających pokazać, jak wiele mogą dziewczyny czy autorka zwyczajnie w roli głównej chciała obsadzić dziewczynkę. Dla mnie to ciekawy „zabieg” bo myśląc „Król Piratów” przed oczami raczej ujrzymy starszego, dość otyłego brodatego i mówiącego ochrypłym głosem mężczyznę, niż zwinną, mądrą i sympatyczną dziewczynę,która o swoje szczęście walczy zajadle jak lwica. 

Książkę przeczytaliśmy rodzinnie można tak to określić bowiem Synowi czytaliśmy ją na zmianę ale osoba, która w danej chwili nie czytała zawsze nadstawiała uszu na to co się działo w danej chwili i jak toczyła się akcja książki. A o tym, jak bardzo wciągnęła nas ta książka niech świadczy fakt, że Jaś wielokrotnie domagał się właśnie kontynuowania „Piratki”. Nie ma według mnie lepszego świadectwa, że książka zwyczajnie Mu się podobała. 

Może i są tu wykorzystane znane z książek dla dzieci motywy ale nie zmienia to mojej bardzo dobrej oceny tej książki a jest nią 5.5 /6. Ocena Jasia 6 / 6.