…mam przymknięte oczy, wsłuchuję się w szum fal i przybrzeżnej roślinności. Mad głową latają mewy a mój Mąż i Syn są obok. Nie, to nie nowy rodzaj modnej afirmacji ale prawie to, co miało być czyli krótka historia naszego niedoszłego urlopu. Na wstępie (ale nie Bronisławie) , już przed wyjazdem dopadło nas choróbsko. P. poszedł do lekarza, ja nie, co uważam za błąd, ale za błędy się płaci.
W piątek wyruszyliśmy na dawno oczekiwany urlop na Mazury.
Mieliśmy niefart ogromny bo nie dość, że jechaliśmy podczas tej strasznej nawałnicy, która się przetoczyła nad kilkoma województwami, to w dodatku niemal zaraz po przyjeździe do hotelu zaczęły być problemy. Ponieważ, co wyszło potem w tak zwanym praniu, od ponad 30 lat nie mieli w okolicy takiej nawałnicy, pozwalało słupy energetyczne i zabrakło prądu. Hotel włączył agregat ale mimo, że prąd był, to wody już nie było.
Najpierw mieliśmy nadzieję, że to się uda załatwić szybciej, potem jak minęła doba a nie było żadnej informacji kiedy konkretnie szkody zostaną naprawione , zdecydowaliśmy się na powrót do domu.
I w sumie zrobiliśmy dobrze, bo nasze choróbsko, które mieliśmy nadzieję, że jednak się zwinie, nie zwinęło się a wręcz rozwinęło. U mnie dodatkowo problemami z okiem 😦
Tak więc oboje na antybiotyku, ja mam ostre zapalenie zatok i tak na skraju zapalenia oskrzeli.
Dostałam tyle leków (plus nakaz siedzenia w domu), że nic tylko cały dzień praktycznie co chwila coś zażywam, biorę, zakraplam, wpuszczam maść do oka, psikam, itd itp.
A prace domowe same się nie zrobią, niestety, więc takie kurowanie się plus robota 🙂
Trudno, stało się jak się stało a ja zyskałam nowe doświadczenie i przekonanie, że jak się choruje, to się nie wyjeżdża bo to bez sensu.
